niedziela, 11 wrzesień 2011 08:19

Krzysztof Kokoszczyński: 'Przebudzenie w dorosłość'

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

pentagon  Krzysztof Kokoszczyński

Mija właśnie 10 lat od momentu, jak świat się zmienił. 11 września 2001 roku skończył się liberalny sen o XXI wieku, w którym wyzwaniem będzie zapewnienie powszechnego dobrobytu i pokoju; wraz z płonącymi wieżami World Trade Center runęły marzenia, a rzeczywistość się głośno upomniała o swoje prawa.

I, jakkolwiek konsekwencje tego zamachu dało się odczuć w całym świecie: od zwiększonych kontroli bezpieczeństwa w każdym możliwym miejscu po kampanie przeciw terrorystom, to najbardziej zmieniły się same Stany Zjednoczone.

Wystarczy spojrzeć na ich zachowanie w ciągu ostatniej dekady, by zobaczyć tego wyraźne ślady. Na początku można zaobserwować fatalną interwencję w Afganistanie. Fatalną z każdego punktu widzenia, ponieważ cel, tj. zniszczenie Al Kaidy, nie został osiągnięty, zaś konsekwencje humanitarne, finansowe i polityczne nadal są odczuwalne. Dwa lata później pojawiła się druga wojna w Zatoce i mimo, że spreparowane dowody na istnienie w Iraku broni masowego rażenia, tudzież zachowanie Stanów na arenie międzynarodowej w trakcie przygotowania inwazji, były wyjątkowo szkodliwe dla ich pozycji na arenie międzynarodowej, sam fakt usiłowania przekonania opinii międzynarodowej świadczy, że jakieś lekcje już zaczęły być odrabiane w Waszyngtonie.

Naturalnie, można argumentować, że interwencja w Iraku nie była konieczna, jednak należy pamiętać o wewnętrznej sytuacji politycznej w USA w tamtym okresie. Brak spektakularnych sukcesów w Afganistanie i nadchodzące wybory były katalizatorami, które doprowadziły w końcu do podjęcia decyzji o kolejnej kosztownej i długoterminowej interwencji zbrojnej. Jednak kolejne niepowodzenia i nieumiejętność w zaprowadzaniu stabilności w następnym okupowanym kraju sprawiły, że republikanie przegrali wybory i prezydenckie, i parlamentarne.

Już po zmianie administracji w Białym Domu widać zdecydowaną zmianę w polityce zagranicznej. Nie tylko odcięcie się od przymusowych ekstradycji i tajnych więzień, ale również wyraźna zmiana zachowania na arenie międzynarodowej ukazzała większą dojrzałość Ameryki. W tym roku widać to było podczas rosnącego niezadowolenia i wybuchu powstania w Libii. Jeżeli republikańskie Stany były szybkie we wspieraniu opozycji do reżimów niedemokratycznych (Pomarańczowa Rewolucja na Ukrainie, „kwietne” rewolucje na Kaukazie i w Azji Środkowej), to prezydent Obama pokazuje, że będzie dążył do spokojniejszych i bardziej wyważonych działań. Stany Zjednoczone nie zaangażowały się samodzielnie na rzecz powstańców z Benghazi, lecz poczekały na odpowiednie decyzje ONZ, a i po nich USA jest obecna w Libii tylko za pośrednictwem struktur NATO.

Taką zmianą był też słynny „reset” stosunków z Rosją. Rozpoczęcie na nowo dialogu z tym, może już nie supermocarstwem, ale nadal istotnym graczem w światowej polityce, pokazuje odejście od liberalnego idealizmu „Końca historii” Fukuyamy na rzecz większego pragmatyzmu w amerykańskim podejściu do swoich partnerów. Brak wymagania zaadoptowania „amerykańskiej drogi”, czyli demokratyzacji prowadzonej według sztampowego, zachodniego wzorca, otwiera Amerykanom drogę do nowych, szerszych możliwości dialogu i współpracy, która, paradoksalnie, może szybciej, łatwiej i taniej doprowadzić ich do efektów, które republikanie usiłowali osiągnąć przez operacje wojskowe. Po raz kolejny, przykładem tutaj może być Libia, której obecni przywódcy troszczą się bardzo, by nie stracić wsparcia zachodnich przywódców. Ewenementem, jeżeli chodzi o takie przewroty, jest zapobieganie (w miarę możliwości) mordom odwetowym. Równie zaskakujące jest oświadczenie jednego z przywódców, Mustafy Abdula Dżalila, że jest gotów, po zakończeniu powstania, poddać się osądowi za swoje czyny, jako ministra sprawiedliwości w rządzie Kaddafiego; prawdziwość tej deklaracji pozostaje kwestią otwartą, ale już samo jej złożenie, sam fakt, że powstańcy przejmują się opinią szeroko rozumianego Zachodu, pokazuje istotną zmianę w perspektywie.

Stany Zjednoczone w ciągu 10 lat od zamachów z 11 września (liczba mnoga, bo nie można zapominać o Pentagonie, czy też czwartym samolocie, na którym terroryści zostali obezwładnieni przez pasażerów) przeszły długą drogę. Dojrzały, są teraz bardziej wyważone w sądach, ostrożniejsze w swoim zachowaniu; mają większą dozę szacunku dla swoich partnerów i instytucji międzynarodowych. Musiały poświęcić pewne marzenia – zwłaszcza te o świecie pełnym dobrobytu i wolności, co budzi pewien smutek, szczególnie, gdy z powodu kryzysu, świat pogrąża się w dyskusji na temat finansów i długów. Sen o sprawach praktycznych i ważnych, lecz pozbawionych tego rozmachu, który charakteryzował cele polityki amerykańskiej po rozpadzie Związku Radzieckiego, skończył się. Stany Zjednoczone przestawiają się na życie dojrzałe, pełne kompromisów i poświęceń – już bez rozmachu, ale za to z mniejszą liczbą dramatów i konfliktów.

Fot. Wikipedia/Uszkodzony budynek Pentagonu

Artykuł jest głosem dyskusji ECAG o 11 września 2001 r. Przeczytaj inne artykuły:

Marcin Domagała: 20 chłopców zaatakowało...

Kornel Sawiński: Rocznica 11 września: dekada geopolitycznej ofensywy USA

Ryszard M. Machnikowski: 10. rocznica wydarzeń 11 września

Bartosz Mroczkowski: Ameryka 10 lat po zamachu

 

Czytany 9302 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04