sobota, 14 lipiec 2012 11:28

Rafał Zgorzelski: Sprawy libijskie

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

libyan_rebels  dr Rafał Zgorzelski

W minioną sobotę odbyły się pierwsze, po upadku Muammara Kaddafiego, wybory do libijskiej Konstytuanty, w których wzięło udział prawie 60% uprawnionych do głosowania obywateli Libii. W zmaganiach o mandaty w tym dwustuosobowym gremium uczestniczyło niemal 4 tys. kandydatów, reprezentujących ponad 100 ugrupowań politycznych oraz kandydaci indywidualni.

Ubiegali się oni łącznie o 80 mandatów przeznaczonych dla partii politycznych oraz 120 dla pretendentów indywidualnych. W wyborach tych uczestniczyli obserwatorzy Unii Europejskiej oraz licznych organizacji międzynarodowych, w tym Centrum Cartera. Eksperci z UE byli zaangażowani w weryfikację tego, czy wybory są realizowane zgodne ze standardami międzynarodowymi oraz obowiązującym w Libii prawem wyborczym. Obserwowali oni też kampanię wyborczą, kwestię wyłaniania oraz układania list kandydatów (m.in. weryfikowano to czy osoby aspirujące do mandatów spełniają niezbędne kryteria i nie były powiązane wcześniej z Kaddafim), udział w niej mediów. Poddali analizie też głosowanie w terenie oraz cały proces wyborczy.

Do głosowania uprawnionych było 2,8 mln obywateli Libii (na 6,7 mln ludności zamieszkującej ten kraj), którzy mogli złożyć kartkę wyborczą w ponad 1,5 tys. lokali wyborczych, choć nie odbyło się to bez zakłóceń, głównie we wschodniej części kraju, w której silną pozycję odgrywają ruchy autonomiczne domagające się zwiększenia reprezentatywności tych prowincji w libijskim zgromadzeniu ustawodawczym. Konstytuancie, która przecież wskaże 60 osób mających za zadanie wypracowanie projektu konstytucji libijskiej definiującej ustrój polityczny tego państwa. Podobne, choć w zdecydowanie mniejszym zakresie, trudności pojawiły się również w południowej części Libii, w regionach saharyjskich, gdzie występują konflikty plemienne. Sporadycznie także w północnej części kraju, gdzie zginęły nawet 2 osoby.

W dzień poprzedzający wybory na jednym z placów w Benghazi, we wschodniej Libii, demonstrowały setki osób, które wyraziły w ten sposób swoje niezadowolenie z faktu przyznania (w oparciu o kryterium ilości ludności zamieszkującej dany obszar) wschodnim prowincjom jedynie 60 mandatów w Konstytuancie. Warto dodać, że to właśnie w tej części kraju znajdują się główne złoża ropy naftowej oraz skoncentrowany jest niemal cały przemysł wydobywczy Libii. Mimo pewnych zakłóceń w wyborach, o których mowa wcześniej, ich przebieg został jednak oceniony pozytywnie zarówno przez szefa unijnych ekspertów eurodeputowanego Alexadra Graf Lambsdorffa, jak i przedstawicieli innych organizacji międzynarodowych.

Przed wyborami największe szanse, podobnie zresztą jak wcześniej w Tunezji i Egipcie, dawano islamistom. Dużą popularnością wydawały się cieszyć m.in. utworzona przez Bractwo Muzułmańskie, występujący pod szyldem Partii Sprawiedliwości i Budowy, liberałowie zgromadzeni w koalicji Sojusz Sił Narodowych skupiającej kilkadziesiąt, tj. 56 partii skonstruowanej przez byłego premiera rządu przejściowego z Narodowej Rady Libijskiej Mahmuda Dżibrila oraz kierowany przez dowódcę sił rebelianckich Abdelhakima Belhadża, Hizb El-Watan. Żadnej z tych partii obserwatorzy nie dawali jednak większych szans na uzyskanie zdecydowanej przewagi wyborczej. Zresztą ideą formuły wyborczej wypracowanej przez libijską centralną komisję wyborczą było niedopuszczenie do tego, aby którekolwiek z ugrupowań politycznych uzyskało zdecydowaną większość nad pozostałymi. Propozycja libijskiej PKW zakładała połączenie większościowego systemu wyborczego z proporcjonalnym. W praktyce jednak o 120 miejsc przeznaczonych dla kandydatów indywidualnych ubiegało się wiele osób związanych z różnymi ugrupowaniami politycznymi. Wydawało się jednak, że w kraju, który uchodzi za bardziej konserwatywny na sukces mogą liczyć właśnie islamiści. Jednakże okazało się, już po obliczeniu przez PKW wstępnych wyników wyborów, że w co najmniej 2 z 3 okręgów, to jest w Janzurze na zachodnich przedmieściach Trypolisu oraz w Zlitenie na zachód od Misraty większość osiągnęli liberałowie. W samej Misracie zaś zwyciężyło lokalne ugrupowanie, a tuż za nim uplasowała się Partia Sprawiedliwości i Rozwoju, następnie zaś Front Narodowy Mohameda Jusefa Magarifa. Tu Dżibril nie uzyskał dobrego wyniku. W samej stolicy, tj. Trypolisie oraz największym mieście we wschodnich prowincjach Bengazi natomiast centryści zdobyli również przewagę. Mimo tego więc, że wciąż nie mamy jeszcze oficjalnego potwierdzenia wyniku libijskich wyborów, to można z całą pewnością uznać, iż spory sukces osiągnęli w nich liberałowie Dżibrila, który sam nie ubiegał się o mandat. Jest on dziś uznawany za kandydata na szefa nowego rządu libijskiego, aczkolwiek deklarował wcześniej, iż nie będzie ubiegał się o to stanowisko. W zasadzie jednak na Zachodzie, mimo tego, że nie zostały potwierdzone jeszcze wyniki wyborów, okrzyknięto go premierem, co akurat nie jest zbyt dyplomatycznym posunięciem, choć pokazuje dobitnie, po której to stronie alokują się sympatie międzynarodowych elit politycznych.

Dżibril jest postacią rozpoznawalną na Zachodzie. Jest też osobą dobrze wykształconą – obronił doktorat z planowania strategicznego na University of Pittsburgh w USA, na którym to uniwersytecie pracował również w charakterze wykładowcy. To głównie dzięki jego staraniom Francja jako pierwsze państwo uznała libijską Narodową Radę Tymczasową za prawomocne władze ogarniętego wojną domową państwa. Dżibril objął też w dniu 23 marca 2011 roku funkcję premiera rządu tymczasowego rezygnując jednak z tegoż (już po upadku Kaddafiego) zgodnie z zapowiedzią w dniu 23 października 2011 roku wraz z oficjalnym zakończeniem działań wojennych w Libii. Przemawia to oczywiście na korzyść Dżibrila, ponieważ dotrzymywanie danego słowa dodaje tej postaci wiarygodności. Dżibril jest uznawany za orędownika prywatyzacji oraz wolnego rynku, a także zwolennika zagranicznych inwestycji w Libii, co jeszcze bardziej przynosi mu sympatię Zachodu. W oczach międzynarodowej opinii nie obciąża go nawet fakt współpracy ze stronnictwem Kaddafiego – pełnił funkcję szefa Narodowego Urzędu na Rzecz Rozwoju Gospodarczego. Cieszy się on też szczególnymi względami USA.

Wprawdzie nie wiemy jeszcze jak ułoży się układ sił w libijskiej Konstytuancie, ponieważ wybór 80 delegatów uznawanych za oficjalną reprezentację poszczególnych ugrupowań politycznych nie przesądza ostatecznych rozstrzygnięć. Niewiadomą pozostają preferencje oraz poglądy i postawy polityczne pozostałych 120 mandatariuszy. Wiemy natomiast, że Mahmuda Dżibrila należy dziś zakwalifikować do grona najpoważniejszych polityków libijskich, który zapewne będzie w kolejnych latach odgrywał w tym państwie dużą rolę. Nie ma on wprawdzie takiej pozycji na arenie międzynarodowej, jak Mohamed ElBaradei, który wspierał rewoltę w Egipcie, lecz jest postacią coraz bardziej identyfikowaną przez wpływowe kręgi polityczne Zachodu. Jest też gwarantem bardziej świeckiego i liberalnego państwa, z którym to chętniej będzie rozmawiał Barack Obama oraz kraje zachodnie niż z konserwatywnymi islamistami. Z tego punktu widzenia Dżibril, niezależnie od ostatecznego wyniku wyborów, odniósł duży sukces. Nie znaczy to jednak wcale, że porażkę poniosły siły islamistów, które będą nadal zajmowały bardzo poważną pozycję na libijskiej mapie politycznej z najprawdopodobniej tendencją wzrastającą po przelotnym zachłyśnięciu społeczeństwa bardziej liberalnymi trendami. Będzie temu też służyła potencjalnie wzrastająca ingerencja państw ościennych – głównie USA – złaknionych ropy w wewnętrzne sprawy Libii, której to należy spodziewać się po objęciu teki premiera przez Dżibrila bądź związanej z jego środowiskiem politycznym postaci.

Na koniec nie można też zapominać o tym, iż Libią targają wewnętrzne sprzeczności, i że bardzo silne są tu tendencje separatystyczne. Utrzymanie spójności państwa będzie, niezależnie od tego kto stanie na czele rządu Libii, poważnym wyzwaniem.

Czytany 6104 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04