piątek, 31 sierpień 2012 08:46

Konrad Rękas: Biały spokój

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

belarus_mapa_gogKonrad Rękas

Wybory parlamentarne na Białorusi już 23 września, a tymczasem w Polsce na ich temat wiadomo tylko, że kolejne dwuosobowe „partie opozycyjne” (najczęściej zlokalizowane zagranicą) ogłaszają ich bojkot. O sytuacji politycznej u jednego z naszych najważniejszych sąsiadów, na którego terytorium mieszka największa zorganizowana mniejszość Polska w tej części świata – „dalibóg mniej wiemy, niż o Chinach”.

„Upiększyć Białoruś”

To zaś, co „wiemy” najczęściej ma się nijak do rzeczywistości. Rzadko zauważanym w Polsce faktem jest np. brak na Białorusi partii rządzącej, czy też prezydenckiej, co istotnie odróżnia ten kraj nie tylko od Rosji, czy Ukrainy, ale także od... RP. Ruch społeczny „Biała Ruś”, przedstawiany niekiedy jako formacja „łukaszystów”, „polityczne ramię reżimu”, czy wręcz odpowiednik pro-kremlowskiej Jednej Rosji – ma więcej cech polskiego PRON-u, formacji państwowców, niż tylko zbioru zadeklarowanych fanów osoby prezydenta Łukaszenki. Organizacja zresztą świadomie nie dąży bynajmniej do absolutnego sukcesu wyborczego, dość oczywistego, niż gdybyśmy mieli do czynienia z zawoalowaną monoportią. „Biała Ruś” (kierowana przez ministra edukacji Aleksandra Radkowa) zarejestrowała ostatecznie 70 kandydatów do 110-miejscowej Izby Przedstawicieli Zgromadzenia Narodowego Republiki Białorusi. – Rozwijamy się w sposób podobny do partii i udział w kampanii wyborczej z pewnością jest krokiem w tym kierunku, ale przede wszystkim służy temu, by widzieć błędy obecnego życia partyjnego! – podkreśla Radkow. „Biała Ruś” liczy (wg danych własnych) 132 tysiące członków, zaś za cel stawia sobie m.in. „zwiększanie świadomości obywateli w zakresie tworzenia prawa i potrzeby aktywizacji społeczeństwa”, odwołuje do postulatów zwiększenia wydajności pracy czy „upiększenia ojczyzny”.

Skala odrzutów

Same wybory odbywają się wg dwutorowej ordynacji większościowej bezwględnej (z wymaganą w pierwszej frekwencją 50%, a w drugiej 25% uprawnionych). Ostatecznie, 23 sierpnia – na 494 złożone wnioski o rejestrację – zarejestrowano 363 kandydatów rekomendowanych przez partie polityczne i organizacje społeczne (w tym związki zawodowe), a także niezależne grupy inicjatywne. Oznacza to, że do wyborów dopuszczono 73,5% początkowo zainteresowanych (część sama zrezygnowała w toku rejestracji), a więc odsetek porównywalny ze skalą odrzuceń wniosków odnotowaną podczas ostatnich wyborów parlamentarnych w Polsce.

W białoruskim wyścigu bierze udział m.in. osiem partii. Najwięcej kandydatów spośród nich zgłosiła nacjonalistyczna, ale antyzachodnia Liberalno-Demokratyczna Partia Republiki Białorusi Siergieja Gajdukiewicza, a 35 – demoliberalna Zjednoczona Partia Obywatelska Anatolija Labedźki (w której jednak pojawiają się silne głosy, by po przedstawieniu się w ramach kampanii – ostatecznie wycofać się z wyborów). Białoruski Front Ludowy Alaksieja Janukiewicza zarejestrował 30 kandydatów (na 33 zgłoszonych – co przeczy tezie o jakimś szczególnym prześladowaniu „radykalnej opozycji'). Wśród zaakceptowanych kandydatów znalazł się nawet były kandydat Frontu na prezydenta, znany z radykalizmu Ryhor Kastusiou. Podobnie Białoruska Partia Socjaldemokratyczna (Hromada) zarejestrowała 11 z 15 zgłoszonych, kampania "Mów prawdę!" – 13 kandydatów, a określająca się jako „eurokomunistyczna” Białoruska Partia Lewicy „Sprawiedliwy Świat” – 27. Ostatecznie – jak podał koordynator akcji „Za Uczciwe Wybory” Wiktor Korniejenko, różne środowiska opozycyjne zarejestrowały kandydatów w 78 ze 110 okręgów.

Oligarchowie tak! – byle zachodni?

Co do podstawowych treści programowych, większość formacji opozycyjnych ogranicza się do ogólnego odwoływania do „wartości demokratycznych” i krytyki władzy. Wyraziściej na tym tle prezentuje się BNF, który w swej propagandzie ostrzega przed „rosyjską ekspansją” i „penetrowaniem Białorusi przez rosyjskich oligarchów”, a także zdominowaniem życia obywatelskiego przez rodzimą biurokrację. Domaga się za to „przyciągnięcia inwestycji z Europy i USA”. Z drugiej jednak strony lider Frontu, Janukiewicz podkreśla: „Ważne jest, aby o losie Białorusi decydowano tutaj w Mińsku, a nie w Moskwie, Warszawie i Brukseli”. Propagandowy przekaz prozachodnich „narodowców” białoruskich jest osłabiany przez nawoływanie do bojkotu przez rozłamową strukturę Konserwatywno-Chrześcijańskiego BNF Zenona Paźniaka – niemal nieistniejącą w kraju, ale mającą swoje kanały informacyjne między innymi via media działające z Polski.

Odpadł celowo?

Co ciekawe jednak, główny ostatnio ulubieniec zachodnich „przyjaciół białoruskiej demokracji”, Aleksander Milinikiewicz, lider Ruchu „Za Wolność” – również podjął demonstracyjną próbę zgłoszenia swojej kandydatury, tłumacząc, że „bojkot jest na rękę władzom”. Ostatecznie jednak biegli grafolodzy, na których opinię powołała się Centralna Komisja Wyborcza, orzekli, że sfałszowanych mogło być ok. 15% z 3 tys. podpisów, popierających kandydaturę A. Milinkiewicza. Ponadto CKW zwróciła uwagę na zatajenie w oświadczeniu majątkowym kandydata (nie wykazano własności posiadłości polityka). Juraś Milaśkiewicz, kierujący grupą inicjatywną kandydatury lidera „Za Wolność” oświadczył, że zarzuty są nieprawdziwe, bowiem w oświadczeniu wykazano własność domu A. Milinkiewicza, a działka znajduje się jedynie w dzierżawie polityka, podpisy natomiast przeszły kilka etapów wewnętrznej weryfikacji. Porażka A. Milinkiewicza jest mu jednak poniekąd na rękę, bowiem uwiarygodnia go w oczach Zachodu jako „ofiarę reżimu” i daje PR-owskie uzasadnienie akcji bojkotu – na razie popartego jedynie w feralnym, 109 okręgu wyborczym w Mińsku, gdzie nie udało się dokonać rejestracji.

Bojkot, współpraca czy wspólne wycofanie?

Bojkot jednak łamie się, podobnie jak i pomysły na wspólną akcję propagandową przeciw władzy. Liderka Białoruskiej Partii Socjaldemokratycznej (Hromada) Iryna Wesztard uznała rzekomy „wspólny front” narzucany przez nieuczestniczących w bojkocie przedstawicieli opzycji za nieuzasadniony i sprzeczny z regułami demokracji. Podkreśliła też, że nie widzi problemu w tym, że kandydaci „Hromady” będą rywalizować z przedstawicielami demokratycznej opozycji. Co ciekawe, procedur rejestracyjnych nie przeszedł były przywódca tej formacji, Anatolij Liaukowicz.

Koncepcję wspólnej taktyki wyborczej popierają natomiast m.in. „Mów Prawdę” i „Za Wolność”. Z kolei ZPO Labedźki zapewne podejmie decyzję o wycofaniu kandydatów na swej konwencji 15 września – i do takiego samego kroku wezwie BNF. Front jednak na razie zapowiada, że kampanię poprowadzi na pewno także po tej dacie. Z kolei LDP RB ogłosiła już swój sukces w związku z rejestracją największej ilości kandydatów i wezwała część patriotycznych środowisk opozycyjnych do przeniesienia swego poparcia na „liberalnych-demokratów”.

Liberalniej, ale pod obserwacją

Lidia Jermoszina, szefowa CKW, określiła skład kandydatów jako bardzo zróżnicowany. Zwróciła też uwagę na większą niż dotychczas aktywność partii politycznych, co jej zdaniem wiąże się z uproszczeniem procedur zgłaszania i rejestracji kandydatur. Udział w wyborach deklaruje wg różnych szacunków od 60 do 70% uprawnionych. CKW przyznała akredytacje 157 obserwatorom międzynarodowym, w tym z OBWE, Rosji i Mołdawii. Łączna liczba obserwatorów zaproszonych przez różne środowiska szacowana jest na około 600 osób. W większościowych wyborach trudno mówić o profesjonalnych szacunkach szans wyborczych, jednak proste zestawienia nazwisk kandydatów wskazuje, że poza przedstawicielami „Białej Rusi” znaczące szanse na wejście do Izby Przedstawicieli mają także niektórzy kandydaci „liberalnych-demokratów”, „Sprawiedliwego Świata”, czy „Hromady”.

Kolejny zwód mińskiego lisa

Tymczasem prezydent A. Łukaszenka po raz kolejny dokonuje personalno-politycznego zwrotu w działaniach swej administracji. Na jej szefa powołał Andreja Kabiakou, przez ostatnie dziesięć miesięcy ambasadora Białorusi w Moskwie, stałego przedstawiciela Białorusi przy Euroazjatyckiej Wspólnocie Gospodarczej, uważanego za zwolennika integracji eurazjatyckiej Mińska. Równocześnie jednak, w ramach typowego cięcia po skrzydłach prezydent dał klasycznego „kopniaka w górę” dotychczasowemu szefowi administracji, zwolennikowi umiarkowanej liberalizacji Uładzimirowi Makiejowi, „awansując” go na stanowisko ministra spraw zagranicznych. Tym samym jedną podwójną rotacją lis z Mińska mrugnął i na Wschód, i na Zachód, nie po raz pierwszy dowodząc geopolitycznej niezależności i sprytu.

Kto jest Stalinem?

Ten zaś będzie A. Łukaszence chyba bardzo potrzebny, zachodnie – ale i rosyjskie media już emocjonują się bowiem stanowiskiem amerykańskiej Partii Republikańskiej, która wezwała „przywódców rosyjskiego rządu o ponowne rozważenie takich kwestii jak: tłumienie działalności opozycyjnych partii, ograniczanie wolności mediów i aktywności społeczeństwa obywatelskiego, nierozwiązany problem inwazji na Gruzje, stosunki z tyranami na Bliskim Wschodzie, tolerowanie nadużyć w sąsiednich państwa i wspieranie ostatniego reżimu stalinowskiego na Białorusi”. Antyrosyjska i neokonska platforma programowa Mitta Romneya to sygnał, że Eurazja być może zostanie zmuszona do zwarcia szeregów w przypadku sukcesu wyborczego Republikanów.

Fot. Google Maps

Czytany 4942 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04