poniedziałek, 14 październik 2013 08:03

Konrad Rękas: ECAG - obserwacja wyborów prezydenckich w Azerbejdżanie

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

elections-armenia  Konrad Rękas

Nie da się prowadzić jakiejkolwiek polityki wschodniej w Polsce bez pozbycia się nieuzasadnionego użycia wyższości wobec tamtejszych państw. Ba, bez uznania, że sami też jesteśmy Europą Wschodnią, a nie tylko akcydentalnie rzuconym na ten odcinek lotniskowcem Zachodu. 

Pogardliwie nastawienie mediów w Polsce do wyborów w Azerbejdżanie jest takim samym objawem kompleksów, jak rechot, że „hehe, Putin poszedł obniżać ceny w supermarkecie”, rozlegający się w kraju, którego premier podobnie dyskutuje z mieszkańcami na wałach powodziowych o cenach papryki, partie opozycyjne nie mogą rejestrować swoich list w wyborach, a lider opozycyjnego związku zawodowego i były wicepremier wiesza się na haku do worka bokserskiego, a potem dla porządku wyłącza jeszcze telewizor.

Głównym newsem na temat azerskiej elekcji prezydenckiej, był w Polsce żarcik, że jej wynik podano jeszcze przed dniem wyborów. Wprawdzie byłem tego dnia w Azerbejdżanie, wprawdzie miałem ze sobą smartfona zalogowanego do miejscowej sieci, a mimo to nie otrzymałem od Centralnej Komisji Wyborczej informacji o wynikach – ale to z pewnością żaden dowód. Ciekawszy natomiast jest fakt, że te przedwczesne „wyniki” przekazane rzekomo części użytkowników telefonii komórkowej przed głosowaniem (72,76 proc. na Ilhama Alijewa) – miały się nijak do faktycznych rezultatów (84,55 proc. za reelekcją prezydenta). W najgorszym razie mogłyby więc być podciągnięte pod próbę niedozwolonej agitacji wyborczej – na pewno jednak nie uznane za naruszenie transparentności ustalania wyników głosowania.

Że zaś te nie mogły być inne – wcale nie wynikało z jakiejś szczególnej diaboliczności reelektowanego prezydenta Ilhama Ilijewa i jego zwolenników. Przeciwnie – nawet stosunkowo liczne głosy krytyczne wobec stanu demokracji w Azerbejdżanie, jakie podczas pobytu z misją obserwacyjną usłyszałem od mieszkańców nie dotyczyły bynajmniej fałszerstw, czy nacisków wyborczych.

– A ile razy może być wybrany prezydent w Polsce? Bo w USA tylko dwa razy, to czemu u nas tak nie ma?! – pytał kioskarz w bocznej uliczce w Baku. I było to to samo pytanie, jakie mógłby zadać gazeciarz w Siedliszczu koło Chełma, Markuszowie koło Puław, czy każdej innej gminie w Polsce obarczonej ciężarem „odwiecznych i wiecznych wójtów”. Jest to jednak kwestia przyjętego systemu politycznego i stosunku do alienowania się jego beneficjentów, a nie zagadnienie z zakresu problemów teorii demokracji.

Rozmawiając w gronie obserwatorów wyborów prezydenckich w Azerbejdżanie (a było ich łącznie blisko 1.200, reprezentujących Komisję Europejską, Radę Europy, OBWE, Independent American Center of Political Monitoring i inne organizacje międzynarodowe, a także państwa Unii Celnej) zgodnie dochodziliśmy do wniosku, że prezydent Ilham Alijew wyborów nie fałszował, bo prostu nie musiał. Mieszkający kraju, mającego wciąż najwyższy wzrost ekonomiczny w regionie, najniższe i najprostsze podatki, najniższe bezrobocie i perspektywy rozwoju współpracy gospodarczej tak z Zachodem, jak i sąsiadami – po prostu przyjmują do wiadomości wiodącą rolę rodu Alijewów. Tym, bardziej, że azerska opozycja (nigdy specjalnie nie aktywna) po raz kolejny dała popis skłócenia i nieskuteczności. Najpierw, gdy wspólnie uzgodniony kandydat Rustam Ibrahimbekow obawiał się zrzeczenia swego drugiego, rosyjskiego obywatelstwa i nie chciał przyjechać do kraju, o którego prezydenturę się ubiegał. Następnie zaś – gdy do wyborów stanęło łącznie dziewięciu kandydatów opozycyjnych. W tej sytuacji głos na kogoś innego niż prezydent stawał się nie tyle aktem odwagi, co hobbistyki.

W tej sytuacji dowodem zużycia dynastii mogłaby być obniżona frekwencja wyborcza – ale i ona była wyższa, niż przy poprzednich elekcjach i niż oczekiwano (72,31 proc). Tymczasem jeśli nawet pilnowano samego aktu głosowania – to przecież dotąd absencją wyborczą się nie przejmowano, nie można też było dostrzec aktów organizowania „aktywizacji obywatelskiej” dla podrasowania wyniku. Jeśli więc założymy, że sceptyczni wobec przedłużających się rządów prezydenta Alijewa Azerowie zostali w domach – to i tak nadal dysponuje on poparciem większości społeczeństwa.

Dlaczego jednak wyraźnie utracił je w oczach OBWE i zachodnich mediów?

Czemu najlepszy przyjaciel USA na Zakaukaziu nagle stał się obiektem kpinek i żarcików ze swego poparcia, nadmiernego zdaniem osób i czynników, które nawet nie wysłały do Azerbejdżanu własnych obserwatorów?

Przyczyny są co najmniej dwie. Po pierwsze Zachód (czyt. Waszyngton) jeszcze przed wyborami postanowił był udzielić Baku lekcji demokracji, a więc pokazać I. Alijewowi, że sama prozachodniość geopolityczna nie wystarcza, należy też dopasowywać się do mimikry, demoliberalnej frazeologii panującej w USA i UE, a może nawet przenieść na grunt azerski sztuczki z pozorną wymianą głowy państwa, przy zachowaniu władzy tego samego układu polityczno-towarzyskiego. W tym kontekście pojawiały się nie tylko „demokratyzujące” pouczenia amerykańskiego sekretariatu stanu, ale nawet pomysły tak fantastyczne, jak zastąpienie w roli kandydata Ilhama Alijewa przez jego piękną małżonkę – Mehriban. W skrócie chodziło zaś o udowodnienie prezydentowi, że jego pozycja zależy od sympatii Zachodu, w tym objawianego tam kręcenia nosem na „niedemokratyczne standardy” Azerbejdżanu. Sęk w tym, że pogląd ten nie miał żadnego umocowania w rzeczywistości, co zirytowany prezydent szybko udowodnił swym zachodnim sojusznikom.

Problem błędnej oceny sytuacji w regionie nie był zresztą tylko udziałem analityków zachodnich. Z podobnego założenia wyszedł też jakiś czas temu prezydent Armenii Serż Sarkisjan, liczący przez chwilę na powtórzenie zagrywki Wiktora Janukowycza, wysiedzenie na dwóch stołkach, lawirowanie między UE a Unią Celną, a w listopadzie może nawet podpisanie układu stowarzyszeniowego z Brukselą. Tak jak Amerykanie sądzili, że „Alijew nie ma wyjścia” i jako zadeklarowany sojusznik Zachodu musi wypełniać stawiane przezeń warunki – tak przywódca Ormian myślał, że bez alternatywy pozostaje Rosja, dla której Armenia stanowiła dotąd klin wbity między pro-amerykanskie państwa nad Morzem Czarnym i Kaspijskim. Dowcip polegał jednak na tym, że „sytuacje bez wyjścia” stają się udziałem takich amatorów geopolitycznych, jak Barack Obama i naiwniaków jak Serż Sarkisjan – a nie wyjadaczy jak Władimir Putin i Ilham Alijew.

Mieli nie mieć wyjścia – więc się dogadali. Wbrew wszystkim obciążeniom historycznym i źle rozpoznawanym przez innych uwarunkowaniom Moskwa i Baku znalazły szybko modus operandi. Wizyta prezydenta Władimira Putina w Azerbejdżanie, kontrakt na dostawy broni, faktyczne zdezawuowanie kandydatury R. Ibrahimbekowa – wszystko to stworzyło nowy klimat. Dzięki niemu Federacja uzyskała kapitulację Erewania, Armenia pokornie pomaszeruje do Unii Celnej, zaś Baku pokazało Amerykanom, że demokracji to mogą uczyć  w Wisconsin, a nie na Zakaukaziu.

Polityka B. Obamy, w tym jego odejście zasady, że „może być sukinsyn, byle nasz” prowadzi dyplomację amerykańską do największej zapaści od czasów carterowskich. Fakt, że globalne media otrzymały zielone światło do rzucenia się na prezydenta I. Alijewa i wyniki azerskich wyborów – jest tylko smętnym przyznaniem się do porażki eksperymentu mającego prowadzić do narzucenia w Baku „zachodnich standardów”.

Swoją drogą zresztą taką samą sztukę, choć na mniejszą skalę – zastosowali sami Azerowie, eksponując te głosy zagranicznych obserwatorów, którzy jak europoseł BNP Nick Griffin mówili, że „prawdziwie skorumpowane i ograniczające możliwość wyrażania opinii przez obywateli wybory to są w Zjednoczonym Królestwie”, albo jak Gerhard Huber (BZÖ) spokojnie zauważali, że sama technika (jak choćby oznakowanie fotoczułym barwnikiem kciuka głosujących, pełna informatyzacja, czy dbałość o zabezpieczanie kart do głosowania) – też mogłyby być wzorem dla systemów zachodnich.

Przymykanie oczu na słabości demokracji Zachodu i wyśmiewanie się z ich kopiowania poza strukturami euroatlantyckimi nosi przy tym znamiona niekonsekwencji. Z jednej strony bowiem narzuca się „standardy demokratyczne” społeczeństwom, które cechuje zdrowa wiara we władzę i odpowiedzialność jednostki – z drugiej zaś, gdy już dla świętego spokoju organizuje się kampanie wyborcze, głosowania itp. – to się kręci nosem, że nie przynoszą one „prawdziwej zmiany”. A gdzie – przepraszam – przyszła ona wraz z wyborami i demokracją na Zachodzie i w jego podróbkach?

Podczas misji obserwacyjnej przedstawiciele opozycji – zwłaszcza poza Baku – zgłaszali pojedyncze przypadki naruszeń i nieprawidłowości, choć część z nich miała rangę nieporozumień, znanych choćby z praktyki pracy mężów zaufania przy wyborach w Polsce. Poważniejsze deklarowane problemy – zawsze odbywały się gdzieś poza obecnością obserwatorów „w obwodzie obok”, znane były z opowieści osób trzecich, albo wprost nie znajdowały potwierdzenia w faktach. A piszę to z całą odpowiedzialnością, gdy obserwatorzy docierali do losowo wybranych komisji, zatrzymywali się przy przypadkowych lokalach, czy bez przeszkód opuszczali stolicę kraju, z góry podejrzewaną o lepsze przygotowanie elekcji. W tej sytuacji np. rewelacje OBWE, oparte głównie na skargach przedstawicieli opozycji z okresu kampanii wyborczej nie wydają się przekonujące w kraju, w którym o polityce dyskutuje się zupełnie otwarcie i jawnie, nie szczędząc głosów krytyczny obecnej administracji – ale też nie przykłada się szczególnej wagi do tych form systemu demokratycznego, które rytualnie przykuwają uwagę kreatorów zachodnioeuropejskiej opinii publicznej.

Czy więc wybory w Azerbejdżanie były „uczciwe” (cokolwiek by to nie miało oznaczać wg krytyków)?

Zdaniem opozycji pewnie nie, bo w końcu nie umiała ich wygrać, ani w nich zaistnieć. Niska absencja (27,69 proc. uprawnionych) i 15,45 proc. głosów oddanych na kandydatów innych niż prezydent – to realna skala poparcia dla oponentów I. Alijewa i dowód, że może on spokojnie rządzić dalej bez uciekania się do cudów nad urną czy fizycznego eliminowania przeciwników. Co więcej – dla wybranego na trzecią kadencję prezydenta to także mandat dla dowolnych możliwych manewrów, także geopolitycznych. I choć niektóre rozważane chyba w Baku warianty mogą wzbudzić jeszcze większą nagonkę zachodnich mediów – to dokładnie nic z niej dla azerskiej polityki nie wynika, poza umocnieniem jej niezależności. Jako państwo graniczne – Azerbejdżan pozostaje potrzebny Wschodowi i Zachodowi, Północy i Południu. Stanowi wrota do Zakaukazia i Azji Środkowej, pas transmisyjny dla dostaw surowców, samemu będąc zresztą ich znaczącym producentem, a przy tym jeszcze to w Baku może znajdować się klucz do rozwiązania problemu irańskiego. Śmianie się z wadliwej aplikacji na smartfona niczego w tym zakresie nie zmieni.

polska_grupa

Foto: polska misja obserwacyjna w Azerbejdżanie, od lewej Konrad Rękas (wiceprezes ECAG), posłowie Tadeusz Woźniak i Andrzej Romanek.

Czytany 4456 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04
Więcej w tej kategorii: Demokracja po azersku »