środa, 18 wrzesień 2013 08:57

Konrad Rękas: Alijew radzi sobie bez Amerykanów

Oceń ten artykuł
(1 głos)

IAlijew03Konrad Rękas

Azerbejdżańska Centralna Komisja Wyborcza odmówiła rejestracji kandydatury Ilgara Mammedowa w wyborach prezydenckich 9 października. Z kolei rządząca Partia Nowego Azerbejdżanu zapowiedziała, że jej kandydat – prezydent Ilham Alijew „nie będzie prowadzić kampanii jako takiej”, bowiem „za jego wyborem przemawia całokształt dotychczasowych dokonań”.

Zwolennicy przebywającego w areszcie I. Mammedowa (oskarżonego o podżeganie do zamieszek) przedłożyli wprawdzie w CKW wymagane ordynacją podpisy w liczbie 41.247, jednak Komisja zakwestionowała aż 4.982 spośród nich. Mazahir Panachow, przewodniczący CKW, zapewnił, że przeliczanie podpisów odbyło się z udziałem obserwatorów międzynarodowych, w tym „przedstawicieli ambasady USA”. Ta jednak oficjalnie zdementowała te informacje, zapewniając, że dyplomacja amerykańska nie wtrąca się do żadnego z etapów procedur wyborczych w Azerbejdżanie. Kłam temu stanowisku zadają jednak inne działania amerykańskie placówki dyplomatycznej, organizującej spotkania z liderami opozycji. Analitycy azerscy nie wierzą również w spontaniczność aktywność Rebeccki Vincent, obecnie głośnej blogerki, piętnującej naruszenia praw człowieka w Azerbejdżanie, a wcześniej pracownicy departamentu stanu USA.

Działania CKW wobec I. Mammedowa potępił już kandydat zjednoczonej w ramach Rady Narodowej części opozycji, Jamil Hasanli. – Nie ma możliwości przeprowadzenia demokratycznych, wolnych i uczciwych wyborów, gdy kandydaci są więzieni i odmawia się im rejestracji, gdy prawo wyborcze jest regularnie łamane, gdy dochodzi do tradycyjnego już nadużywania aparatu administracyjnego do promowania jednej tylko kandydatury, gdy ponad stu więźniów politycznych (w tym kilkunastu członków Rady Narodowej) nadal przetrzymywanych jest więzieniach – krytykował podczas wizyty w Londynie Hasanli.

Niezrażony atakami sekretarz generalny Partii Nowego Azerbejdżanu Ali Ahmedow podkreślił, że nie ma potrzeby, aby prezydent I. Alijew osobiście uczestniczył w prowadzonej na jego rzecz kampanii. – Będą ją z radością prowadzić członkowie naszego ugrupowania, natomiast sam prezydent nie będzie zmieniał swojego zwykłego harmonogramu, aktywnie wykonując obowiązki głowy państwa – podkreślił Ahmedow. Pomimo bliskości terminu wyborów – kampania nie rzuca się więc w oczy – bardziej interesując chyba obserwatorów zewnętrznych.

Ci jednak mają problemy nawet z dotarciem do Azerbejdżanu. Władze w Baku oficjalnie odmówiły przyjęcia – wprost nazywanej „przedwyborczą wizytacją” – delegacji departamentu stanu USA, na czele z zastępcą szefa amerykańskiej dyplomacji, Thomasem Melią. Waszyngton wydał już w tej sprawie gniewne oświadczenie: „Stany Zjednoczone ubolewają, że rząd Azerbejdżanu zgłosił sprzeciw wobec składu delegacji USA mającej złożyć oficjalną wizytę przedwyborczą w Azerbejdżanie. W rezultacie wizyta nie dojdzie do skutki. Działania władz Azerbejdżanu wywołują pytania o atmosferę i sytuację wewnętrzną przed wyborami 9 października. Wzywamy rząd Azerbejdżanu do zapewnienia wolnego i uczciwego procesu wyborczego, który odzwierciedli wolę narodu. Wzywamy władze Azerbejdżanu do poszanowania wolności zgromadzeń, zrzeszania się i wolności słowa, jak również zasad praworządności i prawa do sprawiedliwego procesu przed, w trakcie i po wyborach prezydenckich. Wzywamy również do umożliwienia działania krajowych i międzynarodowych obserwatorów wyborów” – zakomunikował departament stanu USA.

Amerykańscy komentatorzy już zastanawiają się, czy mamy do czynienia z jednorazowym i jednostronnym afrontem, czy też stosunki Waszyngton-Baku ulegną długotrwałemu i strategicznemu ochłodzeniu. Z jednej strony Ameryki nie stać na utratę tak ważnego przyczółka u wrót Azji, pozwalającego bezpośrednio szachować Iran i mogącego stać się bazą wypadową na Kaukaz i do Azji Środkowej. Jednocześnie jednak dyplomacja waszyngtońska nie jest przyzwyczajona do przejawów niezależności krajów uznawanych za wasalne. Zatem decydowanie kto może, a kto nie może wjeżdżać z oficjalną wizytą do Azerbejdżanu – w neokolonialnej mentalności departamentu stanu USA nie może należeć do władz kraju zależnego. Baku trafiło więc celnie, a Amerykanie, liczący jeszcze niedawno na role arbitrów w wewnętrznej polityce azerskiej oraz szachowanie prezydenta I. Alijewa możliwością cofnięcia swojego poparcia – teraz zmuszeni są bezradnie patrzeć, jak azerski przywódca wystawia ich za drzwi udowadniając, że z własną opozycją – poradzi sobie sam i sam zadba o swoją... pozycję.

Fot. www.trtdeutsch.com

Czytany 4190 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04