niedziela, 24 luty 2013 08:24

W Armenii po wyborach bez rewolucji

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

demostr_erywan  Info ECAG

Próba zdestabilizowania sytuacji po wyborach prezydenckich w Armenii, dokonywana przez zwolenników przegranego kandydata partii „Dziedzictwo”, Raffiego Howannisjana spaliła chyba ostatecznie na panewce. Przywódca opozycji zdecydował się na spotkanie ze zwycięskim prezydentem Serżem Sarkisjanem, co zostało odebrane jako przyznanie się do porażki, choć oficjalnie podtrzymano wezwanie do „pokojowej walki” z władzą.

W wyborach 18 lutego urzędujący prezydent – jak było to zapowiadane przez wszystkie sondaże – odniósł zdecydowane zwycięstwo, zdobywając 58,64% głosów. R. Howannisjan uzyskał poparcie 36,75% wyborców, przy frekwencji 60,18%. Nazajutrz po wyborach, po podaniu wstępnych wyników elekcji – zwolennicy „Dziedzictwa” zaczęli organizację manifestacji nie uznając jej wyników. R. Howannisjan podkreślał w swych wystąpieniach, że czuje się prawdziwym zwycięzcą, choć nie przedstawił żadnych dowodów na poparcie swych tez. Krytykował natomiast przebieg kampanii wyborczej, zaznaczając, że co najmniej dziesięć zgonów w jej trakcie należy wiązać z motywami politycznymi. Opozycja przypomina też zamach na kandydata  Parujra Hairikjana, jako dowód na niespełnianie przez ormiańskie wybory standardów demokratycznych.

„Dziedzictwo” i mniejsze organizacje próbowały również rozszerzyć wiece poza Erewań, jednak nie zyskały one większego zainteresowania Ormian, mimo starań o sprowokowanie incydentów  z milicją. Wyniki wyborów uznały także mocarstwa, w tym Stany Zjednoczone i Rosja. Ormiańscy analitycy szacują, że prezydent S. Sarkisjan czuje się na tyle pewnie, że zamiast ustępować opozycji – dokona raczej rozliczeń w obrębie własnego obozu i administracji, odwołując jedynie tych przedstawicieli władz lokalnych, na których terenie nie uzyskał większości.

Działania opozycji ormiańskiej można uznać za element rytuału – mobilizowania własnych zwolenników i utrzymywania pozycji wobec władzy. Na razie jednak prezydent S. Sarkisjan ma rozwiązane ręce w kraju, a więc może – a nawet powinien pilnie zająć się stabilizacją sytuacji międzynarodowej Armenii. Ma ku temu wszelkie możliwe dane. Tuż przed wyborami Erewań odwiedzali wysocy rangą wojskowi i notable rosyjscy (na czele z szefem Sztabu Generalnego Federacji Walerym Gierasimowem), co było odbierane zarówno dla reelekcji S. Sarkisjana, jak i jako czytelny sygnał dla Azerbejżdżanu. Azerowie zaraz po wyborach podjęli wprawdzie próby prowokowania incydentów zbrojnych na pograniczu karabachskim, jednak póki co nie spełniły się obawy analityków, wieszczących rychły wybuch nowego konfliktu azersko-ormiańskiego.

Oficjalnie Baku podkreśla, że opowiada się za pokojowym rozwiązaniem kwestii spornych, jednak minister spraw zagranicznych Azerbejdżanu Elmar Mammadjarow zaznaczył, że azerska dyplomacja nie może zgodzić na „jednostronne i nielegalne” działania Ormian, takie jak otwarcie lotniska cywilnego w Chodżały, na terenie Górskiego Karabachu. Azerbejdżan uznaje działanie portu za ingerowanie we własną przestrzeń powietrzną, o czym powiadomił Międzynarodową Organizację Lotnictwa Cywilnego i Europejską Konferencję Lotnictwa Cywilnego. Z kolei Turcja zamiast groźbami – woli wobec Erewania posługiwać się „marchewką”. Ankara zaproponował włączenie Armenii do projektów infrastrukturalnych w ramach prac Grupy Mińskiej OBWE, mających połączyć Turcję i Bliski Wschód z rejonem Kaukazu - o ile dojdzie do rozwiązania konfliktu karabachskiego.

(karo)

Czytany 3924 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04