piątek, 08 styczeń 2010 07:46

Ryszard Czarnecki: Polski punkt widzenia. Europa: dwa fronty

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
alt Ryszard Czarnecki   ...w Europie - nie tylko w Unii Europejskiej - nie chodzi o to, żeby się podobać, żeby być miłym i grzecznym. Rację bytu mają tylko ci, którzy twardo walczą o własne interesy, ostro negocjują i doskonale wiedzą, że europejska retoryka zda się psu na budę, bo - choć trzeba jej używać - każde państwo broni swoich interesów.  
Miejsce akcji: Bruksela, ambasada jednego z krajów członkowskich UE. Czas: październik 2009. Mój rozmówca to bardzo wysoki urzędnik Rady Unii Europejskiej, dokąd trafił po karierze administracyjnej i bankowej w swoim kraju. Człowiek, którego znam od 12 lat i z którym jestem po imieniu. Był do bólu szczery: „Prezydencja szwedzka w Unii jest OK. Nie obrażają się, gdy mówimy, że coś spieprzyli. Albo kiwają głowami, albo mówią, że nie do końca mamy rację. Z Czechami było gorzej. Byli nieufni, podejrzliwi, patrzyli na ręce. Trudno się z nimi pracowało, ale teraz odetchnęliśmy". Pytam o Hiszpanów, którzy półroczną prezydencję w UE przyjmują 1 stycznia. Mój rozmówca krzywi się: „Wiesz, będzie ciężko. Oni mają sieć własnych informatorów. W każdej instytucji - w europarlamencie, w Komisji mają swoich agentów, którzy pracują dla nich. Obsadzają stanowiska tylko swoimi. Spójrz, co zrobił Solana u nas, w Radzie - otoczył się głównie rodakami. Tak robią zawsze, obojętnie jaka opcja tam rządzi. Nie będą nam ufać. To będzie trudne pół roku"...
 
Ta opinia znaczącego eurobiurokraty jest w gruncie rzeczy komplementem dla Czechów i laurką dla Hiszpanów. Gdybym był Szwedem nie ucieszyłbym się raczej słysząc taką opinię. Bo w Europie - nie tylko w Unii Europejskiej - nie chodzi o to, żeby się podobać, żeby być miłym i grzecznym. Rację bytu mają tylko ci, którzy twardo walczą o własne interesy, ostro negocjują i doskonale wiedzą, że europejska retoryka zda się psu na budę, bo - choć trzeba jej używać - każde państwo broni swoich interesów. Gdy Niemcy mocno forsowali odejście od uświęconej półwieczną praktyką EWG-owskiej i unijnej zasady jednomyślności, ubierali to w szaty interesu europejskiego. Ale nawet co przytomniejszy student politologii wiedział, że chodzi im o zwiększenie, w praktyce aż dwa razy, liczby tzw. głosów ważonych w Radzie UE. Gdy premier Włoch Silvio Berlusconi wystąpił niczym szermierz „pokojowego współistnienia" przeciw potępieniu przez UE Rosji za agresję na Gruzję, każdy kto cokolwiek wie, co w eurotrawie piszczy doskonale zdaje sobie sprawę, że trzykrotny już szef rządu Italii grał tu nie o pokój na Kaukazie, tylko o interesy włoskich firm, dostających gigantyczne zamówienia od Rosjan przy budowie Nord Streamu (Gazociągu Północnego).
 
Walka o „służbę zewnętrzną"
Tak naprawdę to, że w każdej niemal sprawie poruszanej na forum Parlamentu Europejskiego chodzi o interesy narodowe i państwowe poszczególnych krajów członkowskich, pokazuje także ostatnie starcie odnośnie regulacji dotyczących tzw. „Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych" UE. Chodzi o unijną dyplomację, kadry, które mają realizować politykę zagraniczną - czyli właśnie zewnętrzną Unii Europejskiej. Mimo że upłynęło już przeszło 5 lat od akcesu 10 nowych członków do Wspólnot Europejskich oraz blisko 3 lata od wstąpienia kolejnych dwóch państw, to „unijny MSZ", czyli przedstawicielstwa Komisji Europejskiej rozsiane na sześciu kontynentach opanowane są niemal w całości przez reprezentantów „Piętnastki", czyli tzw. starej Unii. Dobrą egzemplifikacją tego, jak „stara Europa" (by użyć idiotycznego określenia autorstwa byłego sekretarza stanu USA Donalda Rumsfelda) traktuje nowe kraje jest choćby fakt, że wszyscy niemieccy członkowie gabinetu byłego niemieckiego komisarza ds. rozszerzenia UE Güntera Verheugena (obecnie pełni funkcję komisarza ds. przemysłu i przedsiębiorczości) zostali szefami placówek dyplomatycznych Unii. Ale przecież Niemcy nie są tu wyjątkiem: o stanowiska dla „swoich" bardzo dba i duża Francja, i średniej wielkości Holandia, czy relatywnie mała Irlandia. Nawet po części eurosceptyczna Wielka Brytania, choć neguje często samą istotę Wspólnej Polityki Zagranicznej UE, to zabiega usilnie o obsadę kierowniczych stanowisk dyplomatycznych, zwłaszcza na terenach wchodzących w skład byłego Imperium Brytyjskiego.
 
Polscy eurodeputowani postanowili zmienić tę sytuację, wprowadzając w drugiej połowie października 2009 roku poprawkę, która do projektu unijnych regulacji - a dokładnie do raportu przygotowanego przez Komisję Spraw Konstytucyjnych, której sprawozdawcą był nieprzypadkowo znany niemiecki polityk Elmar Brok (wieloletni przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych PE, zwolennik zacieśniania stosunków Bruksela-Moskwa) - wprowadzała zasadę kryterium geograficznego, tak aby w ten sposób zapewnić pulę stanowisk dla państw Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Polski. Charakterystyczne, że przeciwko tej poprawce podpisywanej ponad podziałami politycznymi przez europosłów PiS i PO ostro protestowali - także ponad podziałami politycznymi - niemieccy eurodeputowani CDU i SPD.
 
Powyższy przykład jest nie tylko przykładem walki o własny interes narodowy, toczonej na różnych poziomach i płaszczyznach wewnątrz UE, ale również pokazuje swoisty paternalizm krajów „Piętnastki" wobec nowych członków tzw. rodziny europejskiej. Polska, nie mówiąc o mniejszych krajach naszego regionu, jest traktowana jako biedny kuzyn zaproszony do stołu bogatej familii. Co prawda może jeść, ale nie on ustala menu i nigdy, Boże broń, nie może narzekać na kucharza. Widać to na każdym kroku.
 
Czego chcą ci Polacy?
Bardzo dobrze oddaje tę sytuację prywatna wypowiedź niemieckiego eurodeputowanego Michaela Gahlera z CDU. Ów znaczący polityk Europejskiej Partii Ludowej, który w zeszłej kadencji był wiceprzewodniczącym Komisji Spraw Zagranicznych Parlamentu Europejskiego, pozwolił sobie na chwilę szczerości w... europarlamentarnej windzie. Nie wiedząc, że jest słuchany powiedział do swego rozmówcy: „Co sobie myślą ci Polacy! Oni uważają, że budżet UE na 2007-2013 jest załatwiony i już nie chcą szefostwa Komisji Budżetowej! Tyle o nich i o «nową Unię» walczyliśmy, ale ich to nie interesuje. Uważają, że wszystko zostało załatwione...".
 
No właśnie. Polacy, cytując poprzedniego prezydenta Francji Jacquesa Chiraca, „nie skorzystali z szansy, aby siedzieć cicho". Nasi szacowni zachodni partnerzy, a przynajmniej znacząca ich część, wciąż nie mogą zrozumieć, dlaczego Polska będąca szóstym co do wielkości państwem UE, nie tylko bierze co łaskawie dadzą, ale też ma aspiracje do tego, aby mówić własnym głosem i wpływać na bieg unijnych spraw.
 
Ale przecież nie o politykę i budżet tylko chodzi. Przejawia się to na przykład w ograniczonym dla Polaków dostępie nawet do niższych stanowisk w Parlamencie Europejskim i Komisji Europejskiej (wyższe stanowiska mają określone limity narodowe: z krajów naszego regionu najszybciej wypełnili je Węgrzy, najgorzej idzie to Polakom i krajom bałtyckim) - choćby kierowców czy sekretarek. Z kolei polscy tłumacze w europarlamencie skarżą się od lat, że zarabiają za tę samą pracę mniej niż ich zawodowi koledzy z tzw. Zachodu. Ich protesty, nawet przy naszym poparciu, nie skutkują.
 
Ten paternalizm widać nawet w pozornych drobiazgach. Każdy eurodeputowany otrzymuje tzw. Laissez-passer (karta wstępu, przepustka), ułatwiający wstęp do wszelkich instytucji unijnych: Komisji, Rady, Parlamentu, a także unijnych agencji w różnych krajach, ale przede wszystkim zapewniający nam immunitet. Otóż, mimo że Polska i jedenaście innych nowych krajów weszło do UE pięć (lub trzy) lat temu, a więc są tam już drugą kadencję, to nasze dokumenty Laissez-passer dalej mają na okładce napisy tylko... w jedenastu językach krajów „starej Unii" (co prawda tzw. stara UE obejmuje 15 państw, ale Austriacy mówią po niemiecku, Belgowie po francusku i flamandzku - który to język jest w praktyce dialektem niderlandzkiego i też nie jest językiem oficjalnym w PE, luksemburski dialekt „luxembourgeois" nie jest reprezentowany w europarlamencie, a Irlandczycy dopiero co wywalczyli oficjalne używanie w PE swojego rodzimego języka galickiego).
 

Rosyjski lobbing
Walka o własne interesy narodowe w instytucjach europejskich toczy się bynajmniej nie tylko w obrębie 27 krajów UE. Swoją nogę w unijne drzwi wsadzają państwa, które zapewne nigdy nie będą we Wspólnotach Europejskich. Myślę tu choćby o Rosji. Wcześniej, w tym miejscu, pisałem o rosyjskim lobbingu w takich sprawach, jak Gazociąg Północny czy nowa 10-letnia umowa UE - Rosja. Czy można uznać za lobbing fakt, że reprezentująca rosyjską mniejszość na Łotwie, prof. Tatiana Zdanoka, eurodeputowana Grupy Zielonych, została... wiceprzewodniczącą delegacji Unia Europejska-Mołdowa? Nie wybrała ani Afryki, ani Azji, ani Ameryki Łacińskiej, choć turystyka polityczna na te kontynenty jest doprawdy pasjonująca. Wybrała nieefektowną, biedną Mołdawię - dawną republikę sowiecką, która jednak ma problem z rosyjską strefą wpływów w tzw. Republice Naddniestrzańskiej. Stąd też wybór Rosjanki z Łotwy nie był zapewne przypadkowy. Tak jak nieprzypadkowa, ma się rozumieć, była obrona rosyjskich interesów przez niemieckich eurodeputowanych z różnych partii w kontekście nowej umowy Bruksela-Moskwa, która zbiegła się ze znaczącym ożywieniem relacji gospodarczych RFN i Rosji.
 
Batalia o interesy narodowe i strefę wpływów odbywa się również na poziomie tzw. staffu w Parlamencie Europejskim, czyli kadry wyższych i średnich urzędników obsadzających poszczególne komisje. Zacytuję w tym kontekście polityka, którego trudno posądzić o polski nacjonalizm - Janusza Lewandowskiego, polityka PO, a dawniej ministra z KLD. Gdy pełnił on funkcję przewodniczącego jednej z dwóch najważniejszych komisji w europarlamencie - Komisji Budżetowej, powiedział mi, że w jego komisji wszystkie kluczowe stanowiska urzędnicze pełnią... Niemcy. A to właśnie ta komisja decyduje o poprawkach, nieraz na wiele miliardów euro, do budżetu proponowanego przez Komisję Europejską, zarówno na poszczególne lata, jak i w perspektywie 7-letniej.
 
Polacy zajmują bardzo wysokie, najwyższe w historii naszego uczestnictwa w UE, stanowiska w Parlamencie Europejskim (pierwszy polski przewodniczący PE - Jerzy Buzek i pierwszy polski szef grupy politycznej - Michał Kamiński), ale nie idzie za tym podobna ofensywa, gdy chodzi o hierarchię urzędniczą.
 
Oczywiście walka o interesy państwowe i narodowe nie wyczerpuje aktywności na niwie europejskiej. Do tego dochodzą spektakularne, a często ukryte starcia natury ideowej i światopoglądowej. Gdy delegacja polskiego Episkopatu przyjechała do Brukseli na spotkania w Komisji Europejskiej, to w jej gmachu urzędnicy byli tak zaskoczeni, że wychodzili ze swoich gabinetów, aby zobaczyć nigdy wcześniej tam niewidzianych mężczyzn w sutannach... Gdy niedawno przedstawiciele COMECE (Komisji Episkopatów Wspólnoty Europejskiej) z szefem jego sekretariatu, Polakiem, ks. prof. Piotrem Mazurkiewiczem na czele, spotkali się w sprawie badań genetycznych z wysokim urzędnikiem Komisji Europejskiej - to ten był wielce zaskoczony, bo nigdy wcześniej nikt nie przedstawiał mu opinii Kościoła Katolickiego w tej kwestii.
 
Euronieprzyjaciele Pana Boga
Europa nie jest indyferentna religijnie, ale unijne instytucje często sprawiają wrażenie, że właśnie są indyferentne, takie chcą być lub za takie chcą uchodzić. W gmachu Parlamentu Europejskiego w Brukseli jest bodaj tylko jedno miejsce, które w zewnętrznym wymiarze jednoznacznie kojarzy się z religią: na trzecim piętrze skrzydła nazwanego imieniem włoskiego polityka Altiero Spinelli wyeksponowany został obraz-ikona Madonny, dar greckiego parlamentu dla europarlamentu. Niektórzy podają błędnie, że w Parlamencie Europejskim jest czynna kaplica. Nieprawda. Istnieje tam, na parterze gmachu w Brukseli niewielki pokój, przeznaczony do celów... medytacyjnych. Widziałem tam uroczystości, w tym msze katolickie, ale też obrzędy żydowskie. Symbole poszczególnych religii trzeba przynieść ze sobą i oczywiście zabrać po zakończeniu modlitw. Owa sala jest jednak używana rzadko. Z mojej inicjatywy w zeszłej kadencji Parlamentu odbyła się tam pierwsza katolicka msza święta odprawiana przez dwóch polskich księży: misjonarza mieszkającego w Belgii i księdza diecezjalnego z Dolnego Śląska. Msze odbywają się sporadycznie. Polacy organizowali je w związku ze śmiercią Ojca Świętego Jana Pawła II i w kolejne rocznice tego smutnego wydarzenia, zaś na przykład Włosi odprawiali msze żałobne w związku ze śmiercią ich żołnierzy w Afganistanie.
 
Natomiast w czasie posiedzeń plenarnych w Strasburgu, odbywających się raz w miesiącu, organizowane są przez europosła z Bawarii Bernda Posselta katolickie msze święte oraz - niejako konkurencyjnie, bo też w środę rano - ekumeniczne śniadania, gdzie kilkunastu europarlamentarzystów spotyka się, je i popijając kawę, słucha moderatora, który komentuje wybrany fragment Pisma Świętego. Widziałem to raz - i wystarczy... Bój ideologiczny rozgrywa się często na Komisji Praw Kobiet i Równouprawnienia. Jej przewodniczącą (oczywiście zawsze musi to być kobieta) była w zeszłej kadencji przez 5 lat katoliczka ze Słowacji, Anna Zaborska, która poddawana była niemal na każdym posiedzeniu politycznej egzekucji przez większościowe towarzystwo pań będących zwolenniczkami aborcji, swobód homoseksualnych itd. Także w zeszłej kadencji z drugiej strony odbyła się konferencja prasowa z udziałem zdeklarowanych, po „coming-out", homoseksualistów, jak brytyjski socjalista Michael Cashman i hiszpański zielony Raül Romeva i Rueda, którzy ubolewali nad rzekomą dyskryminacją gejów w Europie, że szczególnym zresztą uwzględnieniem Polski. Dość dramatyczne następstwa spowodowała wystawa antyaborcyjna, która zorganizowali polscy europosłowie. Została ona spektakularnie zamknięta, zaledwie po paru godzinach od jej otwarcia, na skutek protestów lewaków i liberałów. Ochrona PE - eurodpowiednik naszej sejmowej Straży Marszałkowskiej zaczęła ją demontować, Polacy stawili czynny opór, doszło do przepychanek i przemocy, a w debacie, która przy okazji na ten temat odbyła się na forum PE, europosłanka z Niemiec przyznała się, ni w pięć ni w dziewięć, do zmiany orientacji na lesbijską, a europosłanka z Portugalii - do dokonania aborcji.
 
Już w tej kadencji, w październiku, grupa europosłów wystąpiła z inicjatywą powołania Intergrupy PE zajmującej się „rodziną, prawami dzieci i solidarnością międzypokoleniową". A z drugiej strony, w ramach kontrofensywy tego, co Jan Paweł II nazwał „cywilizacją śmierci", pięcioro posłów z czterech grup politycznych (zieloni, socjaliści, liberałowie i... chrześcijańska demokracja!) zgłosiło tzw. oświadczenie pisemne pod zupełnie niewinną nazwą, ale z bardzo niedobrą treścią: „w sprawie promowania alternatyw i doświadczeń przeprowadzonych na zwierzętach". Niby nic, a tak naprawdę chodzi o doświadczenia genetyczne przeprowadzone na... ludzkich zarodkach!!!
 
Przez Unię Europejską codziennie biegnie front walki o własne interesy narodowe i państwowe, a także front „walki ideologicznej", starcia światopoglądowego między obozem konserwatywnym, obozem tradycji, a nurtem lewicowo-liberalno-progresistowskim. Polska i polscy politycy są uczestnikami tych frontów.
 
Autor jest deputowanym do Parlamentu Europejskiego. Jest członkiem frakcji Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy.
Artykuł ukazał się w numerze 90 (6/2009) dwumiesięcznika Arcana alt
Czytany 6836 razy Ostatnio zmieniany piątek, 11 marzec 2016 14:44