piątek, 16 październik 2009 06:12

Ryszard Czarnecki: Europa: nowa architektura polityczna

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
  alt Ryszard Czarnecki   Wybory europejskie A.D. 2009 stanowią dobrą fotografię rzeczywistości politycznej Starego Kontynentu. Gdyby chcieć je podsumować, co niełatwe, jednym zdaniem brzmiałoby ono tak: centroprawica wygrywa, lewica bierze baty, rosną akcje eurorealistów, słabną liberałowie, w górę idą zieloni, ale też nacjonaliści.    
 
W Parlamencie Europejskim będzie też więcej tych polityków, którzy wprost deklarują swój sceptycyzm do muzułmańskiej imigracji i islamu jako religii coraz bardziej ofensywnej na naszym kontynencie.
 
Europa skręciła w prawo. Po 7 czerwca widać wyraźnie, że euroentuzjazm nie jest „trendy". Rację politycznego bytu - a nie tylko politycznego marginesu - zyskały ugrupowania, które wręcz budują swoją pozycję na krytyce bądź to eurobiurokracji (słusznie) bądź dalszego rozszerzania Unii (niesłusznie), bądź wreszcie unijnych tendencji federalistycznych (słusznie). Ciekawe jest też, że nawet ugrupowania politycznego establishmentu, obojętnie na prawo czy na lewo od centrum, starały się w kampanii do europarlamentu, nieraz nawet trochę sztucznie, eksponować wątki patriotyczne, a wcale nie europejskiej jedności czy przyszłej euroszczęśliwości. Dotyczy to zresztą także Polski, gdzie nie tylko Prawo i Sprawiedliwość, co naturalne, ale w zasadzie wszystkie ugrupowania odwoływały się do polskiego interesu narodowego, traktując UE mniej lub bardziej otwarcie jako dojną krowę. To zupełnie inna sytuacja niż w 2004 roku, gdy wiele formacji budowało Unii w kampanii europejskiej swoiste propagandowe kapliczki.
 
Europejska lewica jest więc w kryzysie, co zresztą sama przyznaje. Niewielkim dla niej pocieszeniem jest fakt, że wkrótce po wyborach zasiliło ją w Parlamencie Europejskim 20 liberałów, „nawróconych" na lewicowe, widocznie niezbyt odległe od liberalnych, wartości. Ale to norma, że podczas kryzysu gospodarczego wyborcy skłaniają się ku politykom bardziej konserwatywnym, by w czasach stabilizacji i dobrobytu, wywalczonego przez owych konserwatystów, znowu wybierać rozdającą pieniądze lewicę. Paradoksalnie osłabiona została także centroprawica. Nie tyle jednak poprzez kartkę wyborczą, ale polityczną decyzję szefów brytyjskiej partii torysów i czeskiej rządzącej ODS, które decydowały się pójść własną drogą i współtworzyć wraz z polskim PiS-em grupę polityczną bardziej wyrazistą, bardziej prawicową i jednak, nie ukrywajmy, bardziej eurosceptyczną.
 
Europuzzle
Europejskie puzzle polityczne są interesujące o tyle, o ile ma na to wpływ Polska i o ile warunkują one przyszłość, rozwój, bezpieczeństwo naszego kraju. Decyzje dla Polski kluczowe rozstrzygają się w Radzie Unii Europejskiej, a dopiero potem w Komisji Europejskiej i europarlamencie. Mimo tendencji federalistycznych Rada - przedstawicielstwo rządów państw narodowych - wciąż zachowuje decydujący głos. Pośrednio jest kontrolowana przez europejskiego wyborcę via wybory narodowe. W tym organie UE dużo zależy od aktywności rządów i państw, ich umiejętności zawierania koalicji. Ale warto załatwiać tam sprawy dotyczące interesów politycznych i ekonomicznych państw członkowskich Unii, lecz niebędące w kompetencjach innych organów UE. Stąd błędem rządu Donalda Tuska było forsowanie kandydatury Jerzego Buzka na przewodniczącego Parlamentu Europejskiego właśnie poprzez oficjalne struktury międzyrządowe, a nie polityczne struktury międzypartyjne, których emanacją jest European People Party, czyli Europejska Partia Ludowa. W ten sposób Polska wyraźnie zmniejszyła swoje szanse na poważną tekę w Komisji Europejskiej. Politykę personalną w europarlamencie robić poprzez rząd? Można, ale ogranicza to efektywność polityki europejskiej danego państwa. Pozytywnym przykładem „jak to się robi" jest Hiszpania. W poprzedniej kadencji PE (2004-2009) wywalczyła funkcję szefa Parlamentu Europejskiego dla Josepa Borrella Fontellesa (w pierwszej „połówce" kadencji, czyli od lipca 2004 do stycznia 2007) poprzez kontakty PSOE, czyli Hiszpańskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej, a już na szczeblu międzypaństwowym, absolutnie prestiżowe, ale też realnie wpływowe stanowiska: superważnego komisarza ds. gospodarczych i walutowych (Joaquín Almunia) oraz Wysokiego Przedstawiciela Unii Europejskiej ds. Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa (Xavier Solana)
 
Hiszpania, kraj absolutnie porównywalny z nami, gdy chodzi o czynnik demograficzny i formalne znaczenie w Unii Europejskiej (taka sama ilość głosów tzw. ważonych w Radzie UE, ale też identyczna ilość mandatów w europarlamencie: w kadencji 2004-2009 po 54, w kadencji 2009-2014 po 50, a po ewentualnej ratyfikacji Traktatu Reformującego, zwanego Lizbońskim lub po Traktacie Akcesyjnym Chorwacji do UE - po 51) - potrafiła zdobyć trzy istotne stanowiska w strukturach Unii - w tym dwa kluczowe (komisarz ds. euro i nieformalny „minister spraw zagranicznych"). Bo Hiszpanie potrafią twardo negocjować i wiedzą np. że nie należy odpalać rządowych armat w Parlamencie Europejskim - należy je zostawić na te struktury unijne, które wprost zależą od władz państw narodowych (Komisja i Rada).
 
A że Królestwo Hiszpanii potrafi negocjować, świadczą nie tylko liczby bezwzględne unijnych środków per capita - pod tym względem ten kraj właśnie, a nie Polska, zajmuje pierwsze miejsce wśród członków UE - ale też mało znany, a wart przytoczenia fakt świadczący o umiejętności stawiania w Europie na swoim.
 
Rzecz miała miejsce w 1991 roku, a dotyczyła i Hiszpanii i Polski. Zakończono w praktyce negocjacje nad Układem Stowarzyszeniowym między wspólnotami europejskimi a trzema państwami: Rzeczpospolitą Polską, Republiką Węgierską i Czechosłowacją.
 
Hiszpański przykład
Tuż przed formalnym podpisaniem Układu z udziałem, przypomnijmy 15 państw („12" ze „starej Unii", jeszcze bez Szwecji, Finlandii i Austrii i 3 kraje ówczesnego Trójkąta Wyszehradzkiego: Polska, Węgry i jeszcze wtedy istniejącą Czechosłowacja) nagle delegacja hiszpańska zablokowała sfinalizowanie tego politycznego kontraktu. Uroczystość podpisania dokumentu, będącego pierwszym krokiem do rozszerzenia EWG (wtedy jeszcze!) o kraje z Europy Środkowo-Wschodniej została odwołana! Zrobił się dyplomatyczny skandal.
 
Hiszpanii jednak nie chodziło o antypolski gest - Madryt nie miał żadnych zastrzeżeń do Warszawy. Pragmatycznym Hiszpanom chodziło o wymuszenie na Brukseli zmiany niekorzystnych dla ich kraju zapisów Traktatu Akcesyjnego między EWG a Królestwem Hiszpanii z 1985 roku, w którym mocno ograniczono akweny morskie, gdzie hiszpańscy rybacy mogli dokonywać połowów. W przypadku państwa, dla którego rybołówstwo jest jednym z trzech przemysłów narodowych, obok turystyki i rolnictwa, stanowiło to poważny uszczerbek dla gospodarki. Stąd weto dla Traktatu Stowarzyszeniowego z Polską. Madryt okazał się skuteczny: EWG zgodziła się na zmiany w hiszpańskim Traktacie Akcesyjnym i ustępstwa Brukseli stały się faktem.
 

 
Racjonalizacja składki
Nowa architektura polityczna Parlamentu Europejskiego jest ważna, ponieważ właśnie w tej kadencji PE będzie decydować się tzw. nowa perspektywa finansowa UE. Mówiąc normalnym językiem: nowy unijny budżet na lata 2014-2020. To budynki PE w Brukseli i Strasburgu staną się areną walki między bogatą a biedną Unią, „Unią A" i „Unią B": to tu, o czym się w Polsce w ogóle nie mówi, będzie się także rozstrzygał bój o tzw. renacjonalizację składki członkowskiej UE. Rzecz w tym, że najsilniejsze gospodarczo państwa Unii, te, które są płatnikami netto do kasy w Brukseli będą starały się znaleźć pretekst - oczywiście wskazując na dobro Unii jako takiej - aby jak najwięcej odebrać ze składki płaconej co roku. Stąd też już obecnie usilnie czynione starania, aby dokonać restrukturyzacji budżetu UE w kierunku: mniej na rolnictwo, więcej na innowacje, nowoczesne technologie, IT. Byłaby to świetna podstawa do uczynienia „ulicy dwukierunkowej" z unijnych pieniędzy: wędrując z Berlina, Hagi, Paryża czy Sztokholmu do Brukseli, wracałyby tam z powrotem w większym stopniu niż dotąd, oczywiście pod sztandarem unowocześniania unijnego przemysłu, większego łożenia na badania naukowe etc.
 
Czasy kryzysu sprzyjają nie tylko gospodarczemu interwencjonizmowi, ale również tendencjom odśrodkowym. Powierzchowni obserwatorzy widzą je w działalności ruchów eurosceptycznych, a zupełnie nie dostrzegają, że dużo większe znaczenie mają decyzje dużych i bogatych państw UE, które wykorzystując trudną sytuację gospodarczą, usiłują faktycznie ograniczyć swoją „daninę" na rzecz „wspólnej Europy". Nie jest to zgodne z zasadą europejskiej solidarności, która legła u podstaw tworzenia przed ponad pół wiekiem Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, nie jest zgodne z całą filozofią Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, że bogatsze państwa i regiony pomagają biedniejszym. Ale jest zgodne z panującą, choć broń Boże niedeklarowaną oficjalnie, ideologią praktycznego egoizmu narodowego, który zdecydowanie zwycięża w Europie XXI wieku. Jest to zresztą znacznie radośniejsza wersja rozwoju wydarzeń niż nachalne, aintelektualne forsowanie nieracjonalnej idei federalistycznej, czyli tworzenia de facto jednego państwa europejskiego (na kształt Stanów Zjednoczonych Europy).
 
Europejski diabeł tkwi w szczegółach. W debatach o polskim interesie narodowym należy zejść z poziomu sloganów o Europie Ojczyzn czy Europie Narodów na poziom konkretów. Jakie rozwiązania w ramach CAP (Common Agricultural Policy) - Wspólnej Polityki Rolnej - Polska powinna bronić, za jakim kształtem reformy tejże polityki powinna się opowiadać - tu i w wielu innych przypadkach poszczególne kraje UE mają swoje bardzo różne interesy. Nie ma ani w tej sprawie ani w bardzo wielu innych pojęcia „wspólny interes Unii". A zupełnie inną wizję mają bogate kraje ze śladowym niemal rolnictwem, jak Niemcy, Holandia, Szwecja, Wielka Brytania (wszyscy płatnicy netto), a inną kraje o większym lub nawet całkiem sporym udziale rolnictwa w strukturze społecznej czy gospodarczej kraju, jak Francja, Włochy, Hiszpania, Portugalia, Grecja czy Polska. W naszym interesie narodowym leży utrzymanie CAP w obecnym kształcie, z oczywistymi korektami odnośnie doprowadzenia dopłat dla polskich rolników do poziomu 100% tego, co otrzymują farmerzy zachodni. Zmniejszenie Wspólnej Polityki Rolnej oznacza de facto redukcję środków UE dla naszego kraju.
 
Rosyjskie interesy
Unia Europejska będzie musiała radzić sobie z coraz silniejszymi wpływami rosyjskimi. Są one realnym faktem ekonomicznym i politycznym, mimo że kryzys mocno dotknął Federację Rosyjską. Już w tej chwili widać gołym okiem aktywa Moskwy w przemyśle zbrojeniowym Słowacji, w przemyśle motoryzacyjnym Niemiec (sic!), w przemyśle energetycznym Węgier (pośrednio) oraz Bułgarii (bezpośrednio), a także w szeregu krajów Europy Południowo-Wschodniej kandydujących do Unii (niech egzemplifikacją będzie spektakularny przykład Serbii i jej przemysłu energetycznego). Ale przecież także należy w tym kontekście wymienić Królestwo Holandii, z którego bardzo ważna firma - znowu z przemysłu energetycznego - „Gasunie" jest, o czym mało kto wie, formalnym udziałowcem (ma ponad 8%) Gazociągu Północnego. Kolejnym jaskrawym przykładem są Włochy: firmy z tego kraju otrzymały kontrakty przy budowie tegoż Nord Streamu. Wyraźnie widać jak bardzo te wpływy gospodarcze stały się trampoliną dla rosyjskich wpływów stricte politycznych. Dbająca zawsze o przestrzeganie praw człowieka w Europie i na świecie Holandia dyplomatycznie milczy w sprawie Czeczenii i Gruzji, a Republika Włoska wręcz stała się ambasadorem racji Moskwy przy okazji wojny rosyjsko-gruzińskiej. Jednak ani premier Silvio Berlusconi ani minister spraw zagranicznych (i były przewodniczący Komisji Europejskiej) Franco Frattini nie zakochali się nagle w Putinie czy Miedwiediewie: ta włoska fascynacja ma bardzo konkretny, pragmatyczny wymiar...
 
Jeszcze kilka lat temu Rosja czarowała liderów największych krajów członkowskich UE: państwo Putinowie przyjaźnili się z państwem Schroederów czy państwem Blair'ów, a Putin podkreśla swoje bezpośrednie relacje z prezydentem Chirakiem czy premierem Berlusconim. Polityka Moskwy niemal wprost w praktyce odwoływała się do polityki dynastycznej dawnej Europy: tak jak niegdyś powiązania dworów królewskich czy cesarskich łagodziły polityczne i militarne konflikty, tak w Europie lat 90. osobiste relacje prezydenta Rosji z szefami rządów Niemiec, Wielkiej Brytanii, Włoch czy prezydentem Francji ponad głowami całej reszty krajów Unii Europejskiej, łagodziły ostrze krytyki Moskwy za nieprzestrzeganie europejskich standardów i napędzały rosyjską gospodarkę. W pierwszej dekadzie XXI wieku przyszedł czas na użycie przez Moskwę wprost instrumentu gospodarczego jako pasa transmisyjnego wpływów politycznych. Oplatanie Europy przez Rosję międzynarodowymi sieciami zależności styku gospodarki i polityki przyniosło wymierne efekty między sierpniem a listopadem 2008, gdy w ciągu jednego kwartału udało się Moskwie spacyfikować niechętne jej - po ataku na Gruzję - nastroje większości krajów UE.
 
Ten rosyjski lobbing było widać także w Parlamencie Europejskim kadencji 2004-2009. Charakterystycznym przykładem było opóźnianie przez niemieckich eurodeputowanych (z różnych partii!) przyjęcia krytycznej wobec Gazociągu Północnego rezolucji PE. Tenże lobbing był również widoczny, gdy starano się, aby europarlament bezwarunkowo i bezkrytycznie zaaprobował nową 10-letnią umowę między Federacją Rosyjską a Unią Europejską (kluczową rolę w rosyjskiej grupie nacisku w tej sprawie odegrali... niemieccy eurodeputowani z komisji spraw zagranicznych PE, szczególnie chadecy z przewodniczącym komisji Elmarem Brokiem na czele).
 
Można się spodziewać, że tego typu prorosyjska aktywność będzie również, niestety, stałym „fragmentem gry" w europarlamencie kadencji 2009-2014. A że nie przynosi ona za każdym razem pożądanych efektów widać na przykładzie choćby owego anty-Nord Streamowego raportu PE, który ostatecznie udało się przyjąć dużą większością głosów...
 
***
 
Nowa architektura europejska będzie kształtowana w momencie, gdy Europa traci na znaczeniu. Traci obiektywnie: ze względów gospodarczych, demograficznych, politycznych, ale też ze względu np. na zasadniczy zwrot w polityce USA. Jednak nawet w tej „Europie mniejszego znaczenia" warto i trzeba odgrywać istotną rolę. Polska, będąc szóstym krajem UE, musi mieć na politykę europejską wpływ adekwatny do swojej - relatywnie silnej pozycji - w strukturach UE (Rada i Parlament Europejski). Nie możemy więc skazywać się na bycie klakierem. Powinniśmy być bardziej dyrygentem czy pierwszym skrzypkiem, a nie cymbalistą z ostatniego rzędu. Należy to wpisać rządzącym do sztambucha.
 
Aby to jednak realizowali, muszą mieć oni poczucie polskiej siły i polskich możliwości. Mentalność klienta czy ubogiego kuzyna z prowincji, dopuszczonego do pańskiego stołu, to pewna recepta na porażkę. Europa bowiem ceni tylko tych, którzy bez pardonu, twardo, ale też mądrze, nawet przy użyciu „europejskiej" retoryki biją się o swoje, żądają i bronią własnego interesu. W Europie XXI wieku warto być mądrym i niepokornym. To się po prostu opłaca - znacznie bardziej niż naiwna wiara we wspólny „europejski" interes czy przeświadczenie, że wspólne odśpiewywanie Ody do radości może łagodzić euroobyczaje...
 
Artykuł ukazał się w numerze 89 (5/2009) dwumiesięcznika Arcana alt
Czytany 6266 razy Ostatnio zmieniany piątek, 11 marzec 2016 14:44