sobota, 21 sierpień 2010 08:42

Rafał Smentek: Euroarmia w natarciu

Oceń ten artykuł
(2 głosów)
altalt


geopolityka
Rafał Smentek Dla Stanów Zjednoczonych główną organizacją bezpieczeństwa w Europie jest wciąż Sojusz Północnoatlantycki, a w powstającym militarnym potencjale UE widzą konkurenta w stosunku do niego i choć zasadniczo popierają integrację europejską oraz zwiększenie nakładów na obronę przez państwa europejskie, to do pomysłu stworzenia unijnej armii wciąż podchodzą sceptycznie, a dawniej nawet bardzo krytycznie.  
Maximilian de Bethune Sully (1560 – 1641), minister finansów francuskiego króla Henryka IV w swoim dziele Memoires des sages et royales economies d´etaats kreślił projekt pokoju w Europie poprzez zabezpieczenie przed zatargami państw chrześcijańskich i mechanizmy polubownego rozstrzygania sporów między nimi. Europa miał stać się federacją 15 państw o zrównoważonej sile zbrojnej i ściśle oznaczonymi granicami. Władzę zwierzchnią sprawować miała Rada Ogólna składająca się z delegatów z każdego państwa. Integralną częścią tej koncepcji było powołanie wspólnych europejskich sił zbrojnych złożonych z sił lądowych i morskich utrzymywanych ze wspólnego skarbu wojennego. Pomysł ten żywy jest do dzisiaj.
 
Idea wydawała się wówczas utopijna, ale w tamtych czasach – w obliczu tureckiego zagrożenia – cieszyła się wśród władców popularnością. Realizację projektu zatrzymała śmierć francuskiego władcy. Dziś, po niemal 400 latach integracja europejska jest już faktem, a francuski prezydent jeszcze do niedawna mocno akcentował potrzebę wspólnej armii europejskiej. Tym razem ten pomysł jest jak najbardziej realny.

Armia to od wieków ważny symbol najpierw władzy królewskiej, a od pokoju westfalskiego suwerennego państwa. W obliczu idei powstania sił zbrojnych Unii Europejskiej pojawia się wiele pytań m.in. o to jak taka armia miałaby wyglądać, czy jej powstanie oznaczałoby sprowadzenie Unii Europejskiej do statusu państwa oraz, co za tym idzie, czy w ten sposób państwa członkowskie utraciłyby swoją suwerenność tracąc, drugi po walucie, ważny jej symbol. Zwolennicy wymieniają jednak szereg argumentów za ich utworzeniem, z których najważniejsze to: szansa uzyskania na świecie pozycji odpowiadającej sile gospodarczej Unii, konieczność troszczenia się o własne europejskie interesy oraz redukcja wydatków przeznaczanych na obronę.

Jak to się zaczęło?

Jak pokazał przykład Sully’ego, pomysł utworzenia wspólnych europejskich sił zbrojnych nie należy do nowych, jednak dopiero po II wojnie światowej idea ta nabrała realistyczną postać. Czynnikami decydującymi były wciąż duża obawa przed niemieckim wojskiem oraz powstanie bipolarnego układu sił na świecie. Wynikiem był francuski pomysł z 1950 roku utworzenia europejskich sił zbrojnych (Plan Plevena), przerodzony dwa lata później w koncepcję Europejskiej Wspólnoty Obronnej Jej  rdzeniem miała być reaktywacja niemieckiej armii przeciw ZSRR ale  pod wspólnym europejskim dowództwem. Idea ta przepadła jednak w 1954 w wyniku braku jej ratyfikacji przez francuskie Zgromadzenie Narodowe.

Niejako w jej zastępstwie powstała Unia Zachodnioeuropejska (UZE), która musiała  uznać prymat NATO jako głównej organizacji bezpieczeństwa w Europie i przeszła w „stan uśpienia”. Sytuacja ta trwała do 1984 roku, czyli daty przyjęcia przez Radę UZE Deklaracji Rzymskiej, w której podkreślono potrzebę europejskiej tożsamości obronnej, co było niejako reaktywacją tej organizacji. W Traktacie o Unii Europejskiej określono już UZE jako integralną część UE, dodając przy tym ewentualność utworzenia Wspólnej Polityki Obronnej, która z czasem powinna doprowadzić do Wspólnej Obrony (Art. J.7.).

W roku podpisania Traktatu przyjęto Deklarację Petersberską, która wyznaczała zadania sił zbrojnych UZE. Na francusko-brytyjskim szczycie w St. Malo w 1998 postanowiono zaś o wyposażeniu UE w zdolności wojskowe poprzez „wchłonięcie” zasobów UZE, a już rok później po szczycie NATO w Waszyngtonie oraz posiedzeniach Rady Europejskiej w Kolonii i Helsinkach ustalono szczegóły współpracy między UE a NATO (formuła Berlin Plus) oraz ustanowiono Europejską Politykę Bezpieczeństwa i Obrony jako narzędzie wykonawcze Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa. Traktat z Lizbony rozszerzył zadania petersberskie, wprowadził klauzulę zobowiązującą wszystkie państwa do pomocy w przypadku napaści na kraj członkowski oraz wprowadził nowe mechanizmy (współpraca strukturalna).

Europa chce własnej armii

Europejczycy twierdzą, że potrzebują swoich własnych sił zbrojnych, aby nie być uzależnieni w kwestii bezpieczeństwa od NATO, a ściślej rzecz biorąc od USA. Powody są dwa. Po pierwsze państwa Unii dostrzegają odmienność swoich interesów od priorytetów polityki zagranicznej Waszyngtonu, a po drugie jest to przygotowanie na ewentualność wycofania się Stanów Zjednoczonych z Europy. Towarzyszy temu obawa o marginalizację Europy w przyszłości, czemu dał wyraz włoski minister spraw zagranicznych Franco Frattini zwracając uwagę na rosnącą rolę tzw. Grupy G2, złożonej z USA i Chin. Wśród wielu głosów, głównie francuskich, pojawia się też argument o konieczności odgrywania większej roli na świecie, odpowiadającej przynajmniej potencjałowi gospodarczemu Unii. Bez własnej armii jest to niemożliwe. Gunther Verheugen powiedział na konferencji prasowej w 2007 roku, iż Europa nie stanie się światowym graczem bez wspólnych europejskich sił zbrojnych. Jego słowa potwierdza wypowiedź Kofi Annana z 1998 roku , który – choć nie mówił o UE – stwierdził, iż można zrobić wiele za pomocą samej polityki, ale znacznie więcej jeśli owa polityka ma za sobą siły militarne.

Pojawiają się też argumenty finansowe. Dr Sven Biscop postuluje specjalizowanie się mniejszych państw w określonym typie sił zbrojnych, zwracając uwagę, iż np. Czechom albo Danii niepotrzebne są siły powietrzne. Jego koronnym przykładem jest Belgia, z której sam pochodzi. Państwo to jest położone tak, iż jakakolwiek agresja ze strony innego państwa wydaje się niemożliwa. W tym wypadku utrzymywanie tradycyjnej armii narodowej wydaje się bezcelowe. W zamian proponuje on rezygnację z pewnych rodzajów wojsk i wyspecjalizowanie się w jednym, czy dwóch, które będą mogły być później użyte w operacjach pokojowych.

Transatlantyckie rozbieżności

Amerykanie w odpowiedzi na obawy Europejczyków podkreślali, że Stary Kontynent jest i pozostanie ich najważniejszym partnerem strategicznym, z czym wiąże się też pomoc militarna. Natomiast na zarzuty, iż NATO jest narzędziem w ich rękach, zwracali uwagę na różnicę pomiędzy leadership (przewodzenie) i hegemony (hegemonia), przy czym to pierwsze jest stanem naturalnym przewagi najsilniejszego państwa, a drugie jest narzucone. Dla Stanów Zjednoczonych główną organizacją bezpieczeństwa w Europie jest wciąż Sojusz Północnoatlantycki, a w powstającym militarnym potencjale UE widzą konkurenta w stosunku do niego i choć zasadniczo popierają integrację europejską oraz zwiększenie nakładów na obronę przez państwa europejskie, to do pomysłu stworzenia unijnej armii wciąż podchodzą sceptycznie, a dawniej nawet bardzo krytycznie. Były sekretarz generalny NATO Lord George Robertson porównał taką politykę do stanu schizofrenii, podkreślając, że kiedy Europejczycy są proszeni przez Stany Zjednoczone o zwiększenie budżetów obronnych, aby ich nieco odciążyć, a państwa europejskie tą prośbę spełniają, to takie zachowanie jest przez Amerykanów odbierane jako chęć usamodzielnienia się i ograniczenia ich wpływów.

Rozbieżności pomiędzy USA i UE przeniosły się też na grunt tej drugiej dzieląc państwa na dwie grupy. Pierwsza z nich, którą można nazwać „atlantycką” za naczelną organizację bezpieczeństwa w Europie, podobnie jak USA, uważa NATO, a europejskie dążenia w kwestii obronności popiera o tyle, o ile nie są one konkurencyjne w stosunku do Sojuszu. Państwem przewodnim w tej grupie jest Wielka Brytania. Druga grupa dostrzega natomiast odrębność interesów i konieczność stworzenia własnych sił, co nie wyklucza rzecz jasna współpracy z NATO. Państwami dominującymi są tu Francja i Niemcy. Podstawowa różnica polega na tym, iż dla pierwszej z grup Organizacja Paktu Północnoatlantyckiego jest nadrzędna, podczas gdy dla drugiej z nich równorzędna w stosunku do powstających sił UE.

Porozumienie kluczem do sukcesu

Choć każda ze stron nieco inaczej pojmuje wzajemną współpracę, to obie dostrzegają, że można na niej tylko zyskać. Szansą na nią były propozycje specjalizacji. Amerykanie proponowali, aby NATO odpowiedzialne było za interwencje, a UE za misje stabilizacyjne po ich przeprowadzeniu. Europejczycy zwracali jednak uwagę, iż ich zadanie byłoby dużo trudniejsze, bardziej kosztowne i długotrwałe. W zamian proponowali, aby UE działała poprzez interwencje, a NATO w przypadku agresji na jedno z państw członkowskich. Wtedy jednak Sojusz przeszedłby niechybnie w „stan uśpienia”.

W 1999 roku na szczycie w Waszyngtonie wypracowano porozumienie Berlin Plus, dające Unii dostęp do zasobów, zdolności i danych planistycznych NATO przy przeprowadzaniu operacji bez udziału USA. Trzy lata później podpisano deklarację (oświadczenie Solana – Robertson) pomiędzy NATO, a UE ustanawiającą strategiczne partnerstwo pomiędzy obiema organizacjami. Relacje pomiędzy nimi układają się obecnie dobrze, ale wciąż należy wyjaśnić pewne kwestie, jak choćby pierwszeństwo w interwencji, albo szczegóły przeprowadzania wspólnych operacji NATO - UE. Wszystko idzie na razie w dobrym kierunku, co pozytywnie rokuje na przyszłość, bowiem efektywna współpraca jest gwarantem bezpiecznej Europy.
Artykuł pochodzi z portalu miesięcznika Stosunki Międzynarodowe. Publikacja za zgodą wydawcy.

 

Czytany 5073 razy Ostatnio zmieniany piątek, 11 marzec 2016 14:44