sobota, 26 luty 2011 05:38

Krzysztof Kokoszczyński: Rozłamane serce Europy

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

  BelgiansercKrzysztof Kokoszczyński

Belgia, kraj, gdzie, poprzez multum instytucji unijnych, serce Europy bije mocniej, niż  w jakimkolwiek innym państwie na naszym kontynencie pobiło własny rekord najdłuższego okresu bez sformowanego rządu. Już od ponad 250 dni wiodące partie polityczne nie są w stanie dojść do porozumienia w sprawie koalicji. Ta sytuacja, typowa niestety dla Belgii, ma swoje podłoże w dosyć racjonalnej idei zapewnienia równowagi tamtejszemu systemowi politycznemu.

 

Przede wszystkim, zwróćmy uwagę na dosyć unikalną sytuację wewnętrzną Belgii. Państwo jest bardzo wyraźne i ostro podzielone na dwie nierówne części: południową Walonię (z dominującym językiem francuskim i katolicyzmem) oraz północną Flandrię (z dominującym flamandzkim i wyznaniami protestanckimi). Wyróżniana jest też społeczność niemieckojęzyczna, ale jest ona przyćmiewana przez Walonów i Flamandów. Należy też zauważyć, że historycznie mniej liczni katoliccy Waloni byli klasą posiadającą, dominującą w życiu politycznym Belgów. Jednakże od dłuższego czasu Flamandowie wzrastają tak w liczbie, jak i w pozycji ekonomicznej, co powoduje wzrost ich oczekiwań względem ich roli w państwie i we władzach na wszystkich szczeblach. Co więcej, uprzywilejowana pozycja Walonów pozostawiła wśród Flamandów pewien resentyment, co zwiększa trudności w porozumieniu między dwoma grupami.

System wyborczy, w połączeniu z szerszym system zarządzania państwem, począwszy od lat 70. ubiegłego wieku, był poddawany gruntownej reorganizacji. Miała ona na celu stworzenie takiego systemu, który zapewni równy udział we władzy dwóm największym grupom kulturowym i zapobiec pojawieniu się poczuciu wykluczenia w którejkolwiek z nich.

Dzięki tej reformie, a raczej serii reform, Belgia ma teraz złożony system federalny, z trzema prowincjami (Walonia, Flandria i Bruksela-Region Stołeczny) i taką samą liczbą „Wspólnot” (Flamandzkojęzyczna, Francuskojęzyczna, Niemieckojęzyczna), aczkolwiek rząd Flandrii i Wspólnota Flamandzkojęzyczna są traktowane jako jedno ciało. Te pięć równorzędnych elementów systemu federalnego Królestwa posiada takie same uprawnienia, jednak przyczyniają się one również do wzmocnienia linii podziałów wzdłuż różnic kulturowych.

Właśnie to podziały są przyczyną problemów w Królestwie. Jakkolwiek system promujący takie podziały pomaga przełamywać faworyzowanie przez państwo danej grupy kulturowej na danym obszarze, to jednak rodzi dwa poważne problemy. Pierwszy, widoczny w trudnościach, jakie ma parlament federalny w sformowaniu rządu, to możliwość, a raczej jej brak, podejmowania wspólnych decyzji obejmujących całą federację. Drugi natomiast to pogorszenie sytuacji mniejszości na terenach przypisanych formalnie do jednej ze Wspólnot, jak widoczne jest w przypadku okręgów wyborczych, przypisanych do danej grupy kulturowej, w których jest mimo to znacząca mniejszość drugiej grupy (szczególnie widoczne w tuż za granicami regionu Brukseli, która, jako stolica przyciąga tak Walonów, jak i Flamandów, z uwagi na co region stołeczny ma szczególny, dwujęzyczny status); ta mniejszość, jako że okręgi są jednojęzykowe, w trakcie głosowania nie ma możliwości głosowania na kandydatów związanych z ich sytuacją, a często (w przypadku partii ze skrajnej prawicy) wręcz wrogo do nich nastawionych.

Systemy wyborczy promujące koalicyjność rzeczywiście pomagają walczyć z wykluczeniem poszczególnych grup społecznych i, przynajmniej potencjalnie, zapewniają, że wszystkie bardziej rozpowszechnione w społeczeństwie punkty widzenia będę reprezentowane w parlamencie. Dzięki temu, w społeczeństwach spolaryzowanych, jak Belgia, z historią wykluczania jednej grupy społecznej przez inną, można zapewnić taki podział władzy, który uniemożliwia podobne nadużycia w przyszłości, jak i zapewni wspólny udział w budowanie państwa wszystkim grupom, co sprzyja budowie wspólnej tożsamości narodowej.

Jednakże przykład Belgii ukazuje wszystkie  niebezpieczeństwa związane z takimi systemami. System opiera się na założeniu, że jakkolwiek grupy mogłyby się różnić, jakkolwiek polityka dotycząca samych grup mogłaby być przyczyną konfliktu, to jednak istnieją takie kwestie na szczeblu ogólnopaństwowym, federalnym, w których różnice kulturowe i polityczne nie odgrywają znaczenia. Jednakże ostatnie wybory pokazują fatalny błąd w tych założeniach. W trakcie tworzenia obecnego systemu wyborczego nikt nie zakładał, że nastroje w państwie staną się tak zradykalizowane, zakładano, że mimo wszystko dobro całości państwa przeważy. Jeżeli jednak podziały między poszczególnymi uczestnikami życia politycznego są zbyt duże, jakiekolwiek rządy mogą się okazać prawie niemożliwe. Jako że parlament jest tak równo podzielony, a Król, mimo dużego, nieformalnego autorytetu, jakim się cieszy, jest jedynie symboliczną głową państwa, to nie ma żadnej możliwości do wywarcia realnej presji na największe partie i doprowadzenie do wyłonienia rządu. I tak cały kraj wisi w zawieszeniu, czekając, kto pierwszy i jak bardzo ustąpi.

Stan zawieszenia trwający w Belgii dotyczy również innych państw. Najbardziej widocznym oczywiście jest niemożność podejmowania przez Belgię żadnych poważnych decyzji (poza przeprowadzaniem referendum) z uwagi na tymczasowy i „zarządzający” charakter trwającego rządu. Jednakże są też i mniej widoczne konsekwencje. Waloni od zawsze mieli bliskie powiązania z Francją i kilkakrotnie pojawiały się projekty włączenia Waloni do Francji i pozostawienia Flamandom własnego państwa. Jakkolwiek chłodna Francja się odnosiła do takich propozycji, sama ich obecność może budzić pewną nerwowość w mniejszych państwach Unii Europejskiej, które Belgia wspierała w przeciwważeniu większych. Jednakże sytuacja, w której rzeczywiście Walonia i Flandria miałyby się oddzielić od siebie na razie wydaje się odległa. Obecnie najbardziej prawdopodobne wydaje się jeden z dwóch scenariuszy: albo rozpisanie wcześniejszych wyborów i wiara, że wyborcy, widząc niemożność sformowania rządu zmienią swój głos jako pewnego rodzaju karę za brak koncyliarności, albo utworzenie koalicji przy mediacji Króla z bardzo szczegółowymi regułami dotyczącymi funkcjonowania rządu. Ten drugi scenariusz doprowadziłby do normalizacji sytuacji w Królestwie i zapewniłby funkcjonowanie Belgii aż do kolejnych wyborów.

Pierwszy scenariusz miałyby za to bardziej złożone konsekwencje. Istnieje w nim ryzyko powtórzenia obecnej sytuacji oraz wzrastającego lawinowo zniechęcenia wyborców do partii i polityków. Jako, że w Belgii głosowanie jest obowiązkowe, to zniechęcenie wyborców, naturalne w takiej sytuacji, nie grozi raczej brakiem frekwencji, jednakże może doprowadzić do dalszej radykalizacji belgijskiej sceny politycznej. Już teraz flamandzkie partie radykalne, szczególnie Vlaams Belang, są zwolennikami niepodległości Flandrii, to wzrost poparcia dla nich oraz ich walońskich odpowiedników mógłby rzeczywiście sprawić, by rozdział Flandrii i Waloni stał się faktem. Jednakże zniechęcenie musiałoby narastać przez co najmniej kilka lat, by przeważyć ogromny, jednoczący wpływ Króla.

Rozpad Belgii z kolei mógłby mieć bardzo poważne konsekwencje: byłby przede wszystkim bardzo wyraźnym znakiem przeciwko koalicyjności i równouprawnieniu różnych grup kulturowych w jednym państwie. A biorąc pod uwagę, że imigracja do Europy stale rośnie i coraz więcej państw będzie musiało wypracować jakiś model relacji z mniejszościami kulturowymi w swoich granicach, rozpad Belgii mógłby oznaczać znaczące zwycięstwo nurtów promujących twardą linię względem imigrantów. Konsekwencje dla UE też byłyby zauważalne: oba nowe państwa otrzymałyby status członkowski, co wiązałoby się z potrzebą zapewnienia im równej pozycji z innymi państwami członkowskim, podobnie jak przy każdych negocjacjach akcesyjnych. Mogłaby być to okazja do przeprowadzenia reform w samej Unii, ale wraz ze stratą Belgii utracono by silny głos na rzecz głębszej integracji, co mogłoby zaowocować właśnie rozmyciem stopnia integracji Unii jako takiej.

Status Brukseli, jako siedziby najważniejszych instytucji UE również byłby problematyczny, wątpliwe bowiem jest by Walonia lub Flandria łatwo z niej zrezygnowała. A Unia mogłaby mieć problem z funkcjonowaniem w mieście o niejasnej przynależności terytorialnej. W tej sytuacji instytucje unijne musiałyby się przenieść i, jeżeli duże państwa członkowskie przeforsowałyby jedno z nich jako nową siedzibę (co nie jest niemożliwe, biorąc pod uwagę jak zajadle Francja broniła PE w Strasbourgu), mogłoby to doprowadzić do pomniejszenia roli mniejszych państw członkowskich.

Brak jasnego głosu z Belgii może doprowadzić do zwiększenia napięć pomiędzy dużymi i małymi państwami, co w sytuacji, gdy Unia nadal otrząsa się po kryzysie euro i potrzebuje zdecydowanych i, przede wszystkim, wspólnych działań może prowadzić do dalszego osłabienia Wspólnoty. Szczególnie teraz, w trakcie walki z efektami obu kryzysów (strefy euro i globalnego), głos mniejszych państw członkowskich UE powinien brzmieć pewnie i stanowczo, by zapewnić, że nikt nie zostanie pominięty.

Czytany 5307 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04