środa, 19 październik 2011 08:04

Kazimierz Wóycicki, Adam Balcer: Dylematy członkostwa w europejskim klubie

Oceń ten artykuł
(1 głos)

euflagi02

geopolityka

  dr Kazimierz Wóycicki
Adam Balcer

Dylemat suwerenności wiąże się z kwestią zachowania tożsamości narodowej. Europa miała zyskać nowe perspektywy, a jej gospodarka, równa amerykańskiej i większy od Ameryki potencjał ludnościowy wraz z perspektywami poszerzenia Unii windować miały Europę na pozycję największego gracza na światowej scenie (Pax Europeana, Imperium Europa).

Wejście Polski do UE to jedno z najważniejszych wydarzeń w naszej tysiącletniej historii. Stwarza ono wielką szansę dla dokonania olbrzymiego skoku gospodarczego naszego kraju i wydobycia się z ekonomicznego zacofania, które na dobrą sprawę trwa kilka wieków. W Unii Polska może się też czuć bezpieczna, bowiem dawne zagrożenia związane z położeniem między Niemcami a Rosją, póki istnieje Unia, przestają być aktualne. Należymy więc do prestiżowego klubu najbogatszych państwa świata i jest to znakomita wiadomość. Gorszą wiadomością jest to, że klub ten boryka się z licznymi problemami. Gdyby jednak nasz klub miał stać się w całości biedniejszy lub wpadł w tarapaty i, nie daj Boże, miał się rozpaść, byłaby to dla Polski wiadomość zła, albo nawet bardzo zła.

Wykorzystanie więc w pełni możliwości, w jakiej znajduje się nasz kraj, związane jest nie tylko z dobrym poprowadzeniem spraw wewnętrznych i tradycyjnie rozumianej polityki zagranicznej, ale także w ogromnym stopniu ze staraniami o trwałość i siłę Unii Europejskiej. W tej sytuacji podstawowe znaczenie ma umiejętność posiadania własnych koncepcji, pokazujących czym Unia ma być i skuteczność w ich negocjowaniu. Nie ma na to bynajmniej prostych recept, są natomiast skomplikowane dylematy z nieustannym „za“ i „przeciw“ przy każdym prawie możliwym rozstrzygnięciu dotyczącym decyzji podejmowanych w Unii.

Stąd pierwszym i nadrzędnym dylematem polskiej polityki unijnej jest to, jak znaleźć równowagę między długofalowym interesem UE a aktualnymi interesami Polski? Jest to trudna kwestia za każdym razem, gdy się pojawia. Warto więc zapytać, czy jeśli na sile i sprawności Unii tak nam zależy, to co jesteśmy skłonni na jej rzecz poświęcić?

Dylemat suwerenności

Eurosceptycy mówią o ograniczaniu suwerenności państwa i są z tego powodu niezadowoleni. Trafniejsze jest jednak mówienie o poszerzonej suwerenności i o dylemacie suwerenności. Państwa członkowskie UE mogą w szczególny sposób, poprzez mechanizmy unijne wpływać na szeroki obszar swego otoczenia międzynarodowego. Polska, dzięki swemu członkostwu, wpływa na decyzje Francji, Niemiec i wszystkich pozostałych członków Unii w sposób, jaki jest niedostępny w stosunkach bilateralnych. Mniej integracji oznacza więcej swobody dla własnego państwa, ale za to mniej możliwości oddziaływania na innych. Zdaniem niektórych integracja doprowadzać ma do osłabiania roli państw członkowskich. Zbyt silnie zintegrowana Unia zostanie rzekomo zdominowana przez największych członków. Z drugiej strony twierdzi się jednak, że bardziej luźny charakter Unii pozwala właśnie owym silniejszym i największym na grę ponad głowami tych mniejszych, a więc i nad naszymi głowami. Co jest w takim razie lepsze i co trzeba wybrać? Nazwać to wypada dylematem suwerenności. Należy przy tym zauważyć, że gospodarcza i polityczna pozycja Unii na arenie globalnej jest ściśle powiązana ze stopniem jej integracji.

Dylemat suwerenności wiąże się z kwestią zachowania tożsamości narodowej. Niebezpieczeństwo rzekomej jej utraty w procesie integracji jest w dużym stopniu irracjonalne, a także celowo wyolbrzymiane przez eurosceptyków. Kulturowe przejawy globalizacji (tzw. McWorld) myli się też niekiedy z efektami integracji unijnej. W rzeczywistości Unia przyczynia się raczej do utrwalenia specyfiki narodowych kultur niż do ich zanikania, a rozwój regionalizmów w UE w ostatnich dekadach pokazuje, że Europie nie zagraża homogenizacja. Lęków związanych z globalizacją i integracją w wymiarze kulturowym nie należy jednak lekceważyć. Publiczna debata na tematy tożsamościowe jest jednak potrzebna. Jest najlepszą metodą zapobiegnięcia, by populistyczne hasła nie przenikały do głównego nurtu życia politycznego. Więcej integracji wcale nie musi oznaczać osłabienia tożsamości [1].

Więcej integracji nie oznacza też by państwo miało być słabsze. Hasło „mniej państwa więcej europejskiej integracji“ jest tylko pozornie prawdziwe. Integracja europejska kształtuje się bowiem na różnych poziomach i w różnych wymiarach. Potrzebna jest nam Unia obywateli, ale także Unia regionów. Potrzebne są sprawne instytucje unijne, ale także Unia sprawnych państw. Właśnie posiadając silniejszą, czyli bardziej sprawną (co nie musi oznaczać więcej centralizmu i biurokracji) administrację państwową, Polska będzie mogła skuteczniej skorzystać z możliwości, jakie daje integracja europejska, co sprawi że możemy mieć większy wkład w ten proces.

Polskie społeczeństwo wciąż jest w trakcie kształtowania własnego państwa i praca w to włożona to jedno z najbardziej istotnych zadań. Według rankingu opracowanego przez autorów raportu „Polska 2030“ wydajność polskiej administracji jest jedną z najniższych w UE. Innym niekorzystnym wskaźnikiem jest ranking Corruption Perception Index opracowany przez Transparency International. Polskę wyprzedzają zdecydowanie nawet niektóre kraje postkomunistyczne. Jest więc wiele do zrobienia, aby nasze państwo uczynić silniejszym. Należy to czynić, zamiast dyskutować o „osłabianiu“ państwa i tożsamości na skutek integracji.

Dylematy wewnętrznego rozwoju (integracji) Unii

Istotne dla Polski są też dylematy rozwoju Unii. Choć jej rozpad jest mało prawdopodobny, pozostaje pytanie: czy Unia może trwać bez dalszego postępu integracji? Inaczej mówiąc, czy może zadowolić się swoim obecnym stanem, czy też niezbędna jest jej dalsza intensywna wewnętrzna ewolucja.

Związane jest z tym jednak pytanie, jakie Warszawa musi sobie stale zadawać, co jest ważniejsze: dalsze rozszerzanie Unii czy też pogłębianie integracji? Obie sprawy wydają się istotne, trudne są jednak do jednoczesnej realizacji. Polska wydaje się często bardziej adwokatem rozszerzenia niż wewnątrzunijnych reform. Wizja poszerzenia Unii o Ukrainę i Białoruś cieszy się w Polsce poparciem. W dużo mniejszym stopniu rozważa się jednak w Polsce kwestię, w jaki sposób pogłębiona może być unijna współpraca.

Oczywiście wciąż istnieje pewien stopień niepewności, czy Unia jest tworem trwałym i czy w sytuacji kryzysu nie zagrozi jej rozpad. Te obawy istnieją i dzisiaj podnoszone są ze względu na kryzys gospodarczy, który uderzył w strefę euro. Nie można też zapominać, że Unia powstała w reakcji na dwie europejskie wojny domowe, które przybrały charakter światowego konfliktu. To wewnątrz Europy nastąpiło głębokie załamanie cywilizacyjne, czego najbardziej widomym symbolem był nie tylko Holocaust [2]. Europa zrodziła też komunizm i jego zbrodnie. Pytanie, jak dalece dawne rany zagoiły się, wciąż pozostaje nie bez znaczenia.

Rozwój Unii Europejskiej nigdy nie następował w sposób ściśle zaplanowany. Był reakcją na wydarzenia, odpowiedzią na kryzysy. Unia Europejska, jako związek państw będący podmiotem prawa międzynarodowego, zawiera się między formułą federacji i konfederacji, choć ostatnio tendencje „federacyjne“ zdecydowanie osłabły. Niezwykle ważne orzeczenie niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego z Karlsruhe z 2009 r. na temat Traktatu z Lizbony nakłada dodatkowe wymogi konsultacji parlamentarnej działań legislacyjnych na płaszczyźnie UE. To nie odsuwa jednak pytań o dalszy wewnętrzny rozwój Unii. Unia w nowatorski, choć skomplikowany sposób, definiuje suwerenność, współzależności i przenikanie się kompetencji różnych podmiotów. Jest to bezdyskusyjnie absolutnie novum ustrojowe, dla którego trudno znaleźć wyraziste precedensy czy analogie. Na pytanie, jaki ustrój ma Unia, odpowiedź jest pozornie rozbrajająco banalna – Unia ma ustrój unijny. Promować trzeba te instytucje i organy Unii, które gwarantują większą niezależność i obiektywność procesu politycznego. Najważniejszym z nich jest dziś Komisja Europejska. Dotychczasowe doświadczenie wskazuje, że instytucje europejskie są skuteczniejszym gwarantem ochrony interesu słabszych ekonomicznie państw członkowskich, w tym Polski. Warszawa winna wspierać niezależność Komisji, dbając jednocześnie o jak najlepszą reprezentację w jej strukturach [3]. Stabilizatorem systemu unijnego są bez wątpienia instytucje. Dlatego Polska powinna wspierać proces instytucjonalizacji, choć nader trudno o jednoznaczne sugestie, w jakim kierunku winno to dzisiaj postępować.
Konkurencyjność i solidarność

Dylemat dla polskiej polityki unijnej stwarza napięcie między wymogiem konkurencyjności i solidarności. W szczególny sposób uwidacznia się on ostatnio. Kraje unijnego południa radzą sobie znacznie gorzej ze skutkami kryzysu ze względu na niski poziom konkurencyjności. Ważne jest znalezienie przez UE odpowiednich proporcji pomiędzy innowacyjnością i konkurencyjnością gospodarki a solidarnością. Dopóki Polska pozostaje poza strefą euro, choć konkurencyjność polskiej gospodarki jest niska, może sobie z tym dylematem dobrze radzić, dzięki własnej walucie. Jeśli jednak chcemy wejść do strefy euro, co jest na dalszą metę konieczne, to winniśmy być zainteresowani w takich rozwiązaniach, by niższa konkurencyjność polskiej gospodarki nie postawiła nas w przyszłości w sytuacji Grecji.

Jak ważna jest dla Polski ogólnoeuropejska solidarność widać doskonale na przykładzie polityki energetycznej. Polska jest pod tym względem pionierem i domaga się wspólnych ogólnoeuropejskich rozwiązań. Rozwój ekonomiczny Polski oraz całej Unii będzie zależeć od zdolności tworzenia wspólnego rynku energetycznego. Wiele jest do zrobienia, by przezwyciężyć sprzeczne interesy poszczególnych państw, koncernów czy narodowych grup gospodarczych w sytuacji dość poważnego uzależnienia kontynentu od dostaw zewnętrznych. Podobnie wiele trzeba zrobić, by Europa wykorzystywała w bardziej znaczący sposób swój potencjał naukowy w badaniach nad nowymi technologiami w dziedzinie energetyki odnawialnej.

Dylematy europejskiej polityki rolnej

Dylematy dla Warszawy stwarza też europejska polityka rolna (CAP), z której Polska korzysta w bardzo istotny sposób. Przypadek EPR/CAP pokazuje uderzający konfl ikt między interesami europejskiego lobby rolniczego (w tym i polskiego) a możliwościami oddziaływania UE na świat zewnętrzny. Zniesienie protekcjonizmu rolnego UE (otwarcie na dużą skalę rynku europejskiego dla produktów rolnych spoza Europy) byłoby bardzo ważnym pozytywnym wsparciem dla gospodarek sąsiadów z południa oraz biedniejszych państw. W efekcie tworzenie nowych miejsc pracy mogłoby zmniejszyć presję emigracyjną do UE. Trudno jest Polsce rezygnować z pieniędzy na politykę rolną; bardziej dalekosiężne interesy całej Unii wskazują jednak, że jest to w jakimś stopniu niezbędne.

Postawa, jaką przyjmuje Warszawa wobec CAP, wpływa też na odpowiedź na pytanie: jaki model rozwojowy powinna wybrać Polska? Na razie wybiera postawę status quo polegającą na ostrożnym nastawieniu do odważniejszych i radykalniejszych reform. UE, a także Polska, stoją przed strategicznym wyborem między kontynuowaniem dotychczasowej polityki rolnej a wydatkowaniem tych samych miliardów na innowacyjność i konkurencyjność gospodarki.

Pieniądze przeznaczane na rolnictwo pomagają Polsce uporać się z wieloma problemami społecznymi, pozwalając poprawić sytuację polskiej prowincji, co jest zadaniem niezwykłej wagi. Jednocześnie pieniądze z CAP w bardzo małym tylko stopniu pomagają modernizować Polskę, gdy chodzi o technologie najbardziej zaawansowane. Polska z 15% zatrudnionych w rolnictwie jest po Rumunii drugim krajem w UE pod względem wielkości tego sektora. Dla porównania średnia w UE wynosi mniej niż 5%. Negatywnym zjawiskiem jest wolne tempo zmniej szania się udziału rolnictwa w strukturze zatrudnienia w naszym kraju. Od 2000 do 2009 r. w nowych krajach UE zatrudnienie w rolnictwie spadło o ponad 30 proc, w tym w Estonii o 55%, zaś w Bułgarii o blisko 50%. W Polsce ten spadek był najniższy (nieco powyżej 10%). Polskie rolnictwo jest też rozdrobnione, a sytuacja pod tym względem nie poprawia się.

Wydaje się, że dotychczasowy model dużych nakładów na rolnictwo jest nie do utrzymania,  jeśli Unia chciałaby wspierać rozwój nowoczesnej gospodarki. W UE dotacje stanowią obecnie blisko 30% dochodów rolników, podczas gdy w USA 12%, zaś w Brazylii niewiele ponad 5%. Przykład tej ostatniej pokazuje, że możliwe jest radykalne zwiększenie wydajności oraz unowocześnienie produkcji bez wielkich subsydiów rządowych. Z drugiej zaś strony Unia wydaje niemal 40% swego budżetu na rolnictwo i tylko 5% na politykę innowacji.

Dylemat polityki spójności

Podobny choć nie tak wyrazisty dylemat przedstawia dla Warszawy europejska polityka spójności. Drugim obok CAP najważniejszym źródłem wsparcia unijnego dla Polski są fundusze spójności przeznaczone przede wszystkim na rozwój infrastruktury. Pomagają nam one zmniejszać zapóźnienie w podstawowych sprawach, do których należą przysłowiowe autostrady, jednak w małym stopniu pomagają Polsce doganiać świat w dziedzinie nowoczesnej gospodarki. Jeśli fi nansowanie polityki rolnej i polityki spójności pozostawać będzie w Unii na tak wysokim poziomie jak dotychczas, to trudno wyobrazić sobie, by większe pieniądze unijne poszły na innowacyjną gospodarkę, badania naukowe etc. Takich zaś inwestycji Polsce najbardziej brakuje i trudno wyobrazić sobie dziś lepsze źródło pieniędzy na inwestycję w polską nowoczesność, na miarę XXI wieku, niż właśnie dotacje z Unii Europejskiej.

W efekcie, z perspektywy przyszłości Polski, kluczowe znaczenie ma odpowiedź na pytanie czym UE ma być – kasą zapomogową wspomagającą poprawę bieżącej sytuacji czy też skomplikowanym narzędziem realizacji cywilizacyjnych ambicji i wspierania długofalowej strategii rozwojowej kraju. Tak zarysowane dylematy są zapewne zbyt jaskrawe, to jednak przydatne, by zdać sobie sprawę z wagi problemu.
Warszawa winna zabiegać o utrwalenie w Brukseli poglądu, że innowacyjność i spójność nie są wobec siebie konkurencyjne, lecz komplementarne. Budowa innowacyjnej gospodarki w całej Unii powinna uwzględniać różny poziom rozwoju, a tym samym odmienne potrzeby poszczególnych państw członkowskich. Jednym z ważnych zadań jest na przykład kwestia gospodarki niskoemisyjnej. Ta idea jest wielkim wyzwaniem dla Polski, której gospodarka jest zdominowana przez węgiel. Z pewnością nasz kraj powinien być konsekwentny w staraniach o odpowiednie okresy przejściowe, co pokazuje z jakimi trudnościami borykać się muszą polscy negocjatorzy, zwłaszcza gdy jednocześnie chcą wspierać unijną innowacyjność.

W perspektywie długoterminowej istotną kwestią pozwalającą na zachowanie przez UE międzynarodowej konkurencyjności będzie budowa Europy innowacyjnej, solidarnej i niskoemisyjnej zarazem. Drugim bardzo ważnym członem strategii gospodarczej powinien być „powrót do źródeł”, a więc wzmocnienie jednolitego rynku, gdzie nadal funkcjonuje bardzo wiele barier i ograniczeń, a w ogromnej liczbie obszarów jednolity rynek ledwo funkcjonuje [4]. W średnim okresie bardzo ważną kwestią jest implementacja: strukturalnych reform polegających na wprowadzeniu euroobligacji, agendy koordynacji reform ekonomicznych ze specjalnym odniesieniem do unii monetarnej, polityk służących zredukowaniu nierównowagi ekonomicznej i dużo ściślejszego nadzoru polityki fi skalnej państw członkowskich, który byłby stosowany zanim ogłaszane zostają budżety krajowe [5].

Dylematy polityki imigracyjnej

Dylematy stwarza też polityka imigracyjna, w której tle pozostaje trudna sytuacja demografi czna kontynentu. Demografi czna dysproporcja między starzejącą się Europą a jej południowym sąsiedztwem, makroregionem o najbardziej dynamicznym wzroście ludności we współczesnym świecie, przybiera niepokojące rozmiary. Europie, między innymi z powodu mozaiki językowej, nader trudno stworzyć jest konsekwentną politykę imigracyjną. Dla Stanów Zjednoczonych na przykład jest ona źródłem siły i rozwoju. Imigrant przybywający natomiast do Unii zmuszony jest asymilować się przede wszystkim do partykularnej, narodowej, a nie ogólnoeuropejskiej kultury. Uczy się też języka kraju, do którego przybywa, mało już przydatnego w kraju sąsiednim. Wydaje się, że ujednolicenie polityki imigracyjnej, jak również bardziej wyrazista polityka językowa (uznanie angielskiego w jakimś stopniu za język ofi cjalny Unii, a przynajmniej w szczególny sposób uprzywilejowany, co zresztą nieformalnie się dokonuje) to konieczne środki by sytuację poprawić. W oczywisty jednak sposób wprowadzenie takich ujednoliceń sprawiłoby Polsce wiele trudności i kłopotów. Pytanie dotyczy tego, czy chcemy się z nimi zmagać w imię bardziej dalekowzrocznych celów.

Dylematy rozszerzenia

Pytania czy i jak rozszerzać Unię i jaką prowadzić politykę sąsiedztwa są równie zasadniczej wagi. Bez stabilizacji swojego sąsiedztwa UE bardzo trudno będzie odgrywać rolę globalnego gracza. Dla Polski, z uwagi na wschodnich, mało stabilnych sąsiadów, pytania te posiadają szczególną wagę.

Ambicje UE do odgrywania roli globalnego gracza w najbliższych dekadach będą zależały od jej zdolności do trwałej stabilizacji szeroko rozumianego sąsiedztwa (nie tylko obszar ENP). Bałkany Zachodnie są wręcz laboratorium Wspólnej Polityki Zagranicznej i Obronnej (CFDP). Trwała stabilizacja Bałkanów Zachodnich, jest ściśle powiązana z procesem rozszerzenia. Stosunki z krajami Europy Wschodniej (Gruzja, Ukraina, Mołdowa oraz Armenia, Azerbejdżan) mają dla Unii również wielkie znaczenie, choć perspektywa rozszerzenia Unii w kierunku wschodnim coraz bardziej się oddala.

Potencjalnie nowym członkiem Unii jest także Turcja. W przypadku członkostwa tego kraju UE zdecydowanie zwiększy swój potencjał oddziaływania na kraje sąsiedzkie, Rosję i Azję Centralną, a także możliwości rozbudowy CSDP oraz dywersyfi kacji energetycznej, czyli w przypadku kwestii bardzo istotnych dla Polski. Trzeba też zdawać sobie sprawę, że Turcja może być potencjalnym, poważnym i zewnętrznym wyzwaniem dla UE, w przypadku niepowodzenia procesu akcesyjnego. Unia Europejska powiększona o Bałkany Zachodnie (Turcję, Ukrainę), a w dalszej perspektywie nie wykluczone, że także Kaukaz Południowy liczyłaby ponad 600 mln ludności, o 1/4 więcej niż UE z 27 członkami i stanowiłaby giganta w skali światowej oraz potężny pomost w kierunku świata islamu oraz Rosji. W perspektywie bardzo długoterminowej (do 2050 r.) UE nie powinna także wykluczyć – co dzisiaj wydaje się kompletnym science fi ction – akcesji zdemokratyzowanej Rosji.

Rozszerzenie Unii na Wschód dawałoby w oczywisty sposób więcej bezpieczeństwa przede wszystkim Polsce. Przywracałoby też kulturową łączność regionu, który historycznie tak długo był ze sobą związany. Rozszerzenie Unii o Turcję dawałoby znacznie więcej bezpieczeństwa całemu kontynentowi. Są to nader poważne argumenty za polityką rozszerzenia Unii. Są też jednak poważne argumenty, aby tego nie czynić a w każdym razie, by się z tym nie spieszyć. Dalsze rozszerzenie może zagrozić spójności UE. Polska jako kraj na dorobku z pewnością musi rozpatrzyć wszystkie za i przeciw dalszego rozszerzenia. Z pewnością wiązałoby się ono dla Polski z poważnymi kosztami. Rozszerzenie o kraje biedniejsze to inwestycja, która dopiero w dłuższej perspektywie zwraca się wszystkim. Przyjmując Ukrainę, której gospodarka jest w opłakanym stanie, Bruksela zmuszona byłaby do udzielania jej znaczącej pomocy, co w rezultacie oznaczałoby zmniejszenie wsparcia dla Polski. Akcesja Turcji, która stałaby się wtedy najludniejszym krajem UE (bez koniecznych reform można spodziewać się osłabnięcia spójności wewnętrznej Unii) oznaczałoby dla Polski także relatywne osłabienie jej pozycji politycznej. Warszawa wypadałaby z grupy „większych“ państw Unii, którą to pozycję z trudem, ale skutecznie, obecnie sobie zdobywa. Nie należy też zapominać, że olbrzymie znaczenie dla przyszłości UE ma też rezultat procesu modernizacji w krajach muzułmańskich Morza Śródziemnego i związane z nią procesy demokratyzacji. Rzeczywiście wszystkie państwa MENA (Middle East and North Africa) borykają się z poważnymi problemami wewnętrznymi [6]. Warszawa nie może nie dostrzegać również tej perspektywy.

Dylematy bezpieczeństwa

Dylematów i to bardzo poważnych dostarczają też kwestie bezpieczeństwa europejskiego, a w szczególności europejskiej polityki obronnej. Unia, jako potęga handlowa, uzależniona jest w dużym stopniu od stabilności sytuacji międzynarodowej. Potęgi handlowe wymagają pokoju, co paradoksalnie pociąga za sobą pytanie o zabezpieczenie tego pokoju i szlaków handlowych. Niestety Europejczycy nie są wciąż zdolni do ustalenia wspólnej polityki bezpieczeństwa. Wydatki EU na obronność stanowiły przed kryzysem połowę tego co wydają Stany Zjednoczone. Jeśli przeliczyć to na wydatki militarne na głowę ludności sytuacja wygląda jeszcze gorzej – wydatki europejskie to zaledwie 1/3 wydatków amerykańskich [7]. Cięcia budżetowe w krajach UE spowodują, że dystans ten w najbliższych latach jeszcze się powiększy. Z drugiej strony kryzys stwarza wielką szansę na większą koordynację polityk obronnych państw UE w celach oszczędnościowych. Obecnie wydatki unijne są w dużym stopniu marnotrawione. Posiadające łącznie 1,8 miliona żołnierzy państwa unijne (pół miliona więcej niż USA) nie są w stanie od wielu lat stworzyć 60 tys. sił szybkiego reagowania. Ponad 70% wojsk państw unijnych nie jest zdolna do działań zagranicą. Nawet w przypadku wprowadzenia w życie prognozowanych sił szybkiego reagowania ich potencjał stanowić będzie jedynie ok. 10–15% amerykańskiego. Nakłady na badania i rozwój w sektorze zbrojeniowym w Stanach Zjednoczonych są sześć razy większe niż w UE. Produkcja uzbrojenia w UE jest zdecydowanie droższa niż w USA [8]. Śledząc meandry europejskiej polityki bezpieczeństwa można dojść do przekonania, że politycy europejscy uwierzyli w „koniec historii“ i postanowili po roku 1989 r. bez ograniczeń korzystać z „dywidendy pokoju“.

Dylemat transatlantycki

Pytanie, jak silnie i jak dalece można i należy angażować się po stronie Ameryki – jako członek Unii Europejskiej – pozostawać będzie jeszcze długo trwałym dylematem polskiej polityki zagranicznej. W Europie i USA pojawiają się czasami głosy o konieczności porzucenia sojuszu transatlantyckiego i poszukiwania nowych sojuszników, a nawet budowy własnych tożsamości we wzajemnej opozycji. Coraz częściej dochodzi także do napięć w kwestiach strategicznych (np. polityka klimatyczna, zaangażowanie w Afganistanie, interwencja w Iraku) między Waszyngtonem i niektórymi krajami UE. Jednak przy wszystkich znaczących różnicach występujących między USA i Europą łączy je wyjątkowa wspólnota ekonomiczna, polityczna i kulturowa (olbrzymie wzajemne inwestycje zagraniczne – unikalne zjawisko w skali świata, najważniejsi partnerzy handlowi, demokracja liberalna, wolny rynek, zachodnie dziedzictwo kulturowe) [9].

Z drugiej strony napięcia w stosunkach amerykańsko- unijnych są nieuniknione ze względu na wyjątkowość ich relacji: bliskie powiązania oraz podobieństwa przy jednoczesnych dość poważnych różnicach w modelach społecznych, gospodarczych, metodach działania, mentalności i interesach. Nie są one kwestią tego bądź innego prezydenta USA lub przywódców europejskich. Mają one głębszy i poważniejszy charakter i wynikają przede wszystkim z asymetrii potencjału politycznego między partnerami [10]. Kluczowe znaczenie ma zdolność obu stron do poszukiwania kompromisu i poszukiwania licznych wspólnych punktów.

Transatlantycki związek (sojusz Europy z USA) jest wciąż najistotniejszą podstawą bezpieczeństwa UE. Choć Ameryka nie odgrywa roli gwaranta bezpieczeństwa w Europie w takim stopniu jak w czasach zimnej wojny to nie widać, aby Europejczycy byli w stanie sami zapewnić sobie ochronę przed zagrożeniami dla stabilności starego kontynentu. Brutalnie unaoczniły to konfl ikty na Bałkanach w latach 90. Ta sytuacja raczej nie ulegnie w najbliższych dekadach radykalnym zmianom. Nie można się spodziewać, aby Europa zaczęła wydawać znacznie więcej na obronność, ani aby dorobiła się szybko wspólnej armii. Jeden z niemieckich politologów radzi Europie by stosowała wobec Ameryki „strategię na barana“, czyli posłużenie się amerykańską potęgą w celu zapewnienia Europie bezpieczeństwa [11].

W żywotnym interesie UE leży ścisła współpraca z Ameryką i stworzenie „acquis atlantic“, w czym kryje się oczywiste nawiązanie do „acquis communotaire“ Unii Europejskiej [12]. UE ma bowiem jak najbardziej żywotny interes w tym by przywracać znaczenie basenu Oceanu Atlantyckiego, który wyraźnie konkuruje ze strefą Pacyfi ku. W owej konkurencji dwóch oceanów można ujrzeć jedno z najpoważniejszych napięć współczesnej globalnej polityki. Pamiętać przy tym trzeba, że basen atlantycki to nie tylko UE i USA, ale także Kanada i Meksyk, Brazylia i Argentyna czy RPA i Nigeria. Głównym punktem odniesienia dla Polski powinna być UE, jednak powinniśmy pamiętać, że sojusz Ameryki z UE jest najlepszym gwarantem uzyskania silnej pozycji przez tą ostatnią na arenie globalnej.

Są to wszystko przesłanki by Polska wyraziście wspierała transatlantycki sojusz. Nie należy przy tym spodziewać się za to od Waszyngtonu szczególnej wdzięczności. Nie należy też Waszyngtonu traktować jak lepszego przyjaciela od Paryża czy Berlina. Z całą zaś pewnością Ameryka nie jest w stanie wspierać Polski, gdyby uwikłała się w jakikolwiek wewnątrzeuropejski konfl ikt. Dopatrywanie się na przykład w Stanach Zjednoczonych sojusznika w grach przeciw Niemcom i Rosji jest naiwnością. Co więcej, Polska skonfl iktowana z najważniejszymi mocarstwami w Europie przestanie być atrakcyjnym partnerem dla Waszyngtonu, stając się w jego oczach obciążeniem. Polska proamerykańskość nie powinna być ślepa i bezkrytyczna. Należy dostrzegać także postawy „antyamerykańskie“, będące istotnym nurtem polityki europejskiej i to, że będąc proamerykańskim będzie się krytykowanym i oskarżanym o zdradę europejskich interesów. Polski „proamerykanizm“ będzie miał więc sens wtedy, kiedy będzie mógł być rozumiany jako europejska proatlantyckość. Taka postawa balansowania może być niekiedy dla Polski krótkotrwale niewygodna, na dłuższą metę jest jednak niezbędna.

Z kim „knuć“ w Unii?

Dylematów i to licznych dostarcza Warszawie też to, w jakie koalicje wchodzić w Unii, z kim „knuć“ w Brukseli bardziej, a z kim mniej. Znany z żargonu unijnego termin o „zmiennej geometrii“ zdaje się być tu odpowiedzią. Znaczy on tyle, że w zależności od sprawy należy zawierać takie lub inne sojusze. Jest to jednak odpowiedź częściowa. W kwestiach bowiem bardziej strategicznych sojusze są i winni być bardziej trwałe. Trzeba brać pod uwagę nie tylko konkretną sprawę, którą ma się w danym momencie załatwić, ale pozycję jaką się zdobywa i która może być ważna w przyszłości. Polska zdaje się mieć szanse, by stać się liderem krajów Europy Środkowej (krajów byłego bloku wschodniego będących obecnie w Unii). Narzędziem takiej polityki jest m.in. grupa Wyszehradzka (V4). Jak jednak użyteczne mogą być starania o takie liderowanie? Czy to dobry pomysł, by stać w Unii wciąż blisko tych, którzy są biedniejsi? Z drugiej strony czy integracja Europy Środkowej nie jest na dłuższą metę czynnikiem zasadniczym, gdy chodzi o pozycję całej Unii?

Z drugiej strony obecny wewnątrzunijny kryzys zadłużeniowy ujawnił istnienie w UE podziału na północ i południe. Przy takim podziale znajdujemy się wśród krajów, które zdecydowanie lepiej dają sobie radę. Czy nie lepiej jest więc, by zamiast być „adwokatem” biedniejszych, starać się o dołączenie do grupy krajów liderujących Unii?

Istnieje ciągle kwestia, czy częściej trzymać się bliżej Paryża czy Berlina. Obawiamy się wciąż zdominowania przez Niemcy, z drugiej jednak strony Francuzi zdradzają małe zainteresowanie naszym regionem, kierując swoje spojrzenie ku Śródziemnomorzu. Czy należy wciąż balansować między dwoma najsilniejszymi krajami Unii, do czego dobrą okazją są spotkania Trójkąta Weimarskiego? Czy nie lepiej postawić na ściślejszą i trwałą współpracę z Berlinem, co zresztą rysuje się ostatnio w sposób dość istotny? Są to wybory natury strategicznej, które należy nieustannie dyskutować nie tylko w gronach „ekspertów”, ale i podczas szerokich debat publicznych.

* * *

Unia Europejska to niezwykle ciekawy model politycznego związku licznej grupy państw, dzięki czemu stanowić może ciekawą inspirację i wzorzec dla innych światowych makroregionów.

Niestety żaden z polskich think-tanków nie brał udziału w przygotowywaniu opracowania, które sygnują Daniel S. Hamilton i Frances G. Burwell. Skłania to do pytania, czy jest to wynikiem jakiegoś przypadku czy też polskie think-tanki zbyt mało włączone są w światowy obieg intelektualny albo też po prostu są zbyt małe i niedostatecznie znane. Na szczęście jednak żadne z głównych wyobrażeń i inicjatyw proponowanych w raporcie nie wydaje się sprzeczne z polskimi szeroko pojętymi interesami. Wyobrażenie porządku światowego, w którym EU-Europa odgrywa kluczową rolę daje Polsce gwarancję bezpiecznej przyszłości i dobrobytu.

W XXI w. Unia jako modelowy międzynarodowy klub może utrzymywać silną pozycję w świecie, nie tylko dzięki silnej gospodarce (ten czynnik może zostać zrelatywizowany przez gospodarczy rozwój innych regionów), ale w dużym stopniu dzięki politycznemu know-how jako „wzór z Sevres“ dla innych organizacji „kontynentalnych“. Już dzisiaj UE odgrywa rolę potęgi normatywnej w skali globalnej. Większość prawodawstwa międzynarodowego dotycząca najróżniejszych dziedzin opiera się na unijnej legislacji. Unia ma więc w procesie globalizacji wiele do przekazania światu i ma istotne możliwości zachowania własnej pozycji. Nie można się więc dziwić tym, którzy Europie jako Unii Europejskiej przepowiadają jak najlepszą przyszłość, pisząc o europejskiej superpower czy zapowiadając, że wiek XXI będzie wiekiem EU-Europy [13].

UE, licząca obecnie blisko 500 mln obywateli, dysponuje równolegle do Stanów Zjednoczonych największą gospodarką świata. Jako potęga handlowa wyprzedza nawet Stany Zjednoczone. Patrząc na dochód narodowy na głowę, Unia należy do najbogatszych regionów świata, ustępując wyraźnie jednak Ameryce. Wysokie wykształcenie jej obywateli zapewnia jej też znaczące miejsce w wyścigu technologicznym [14].

Poważnym zagrożeniem dla EU-Europy jest często występujący prowincjonalizm myślenia politycznego, wtedy gdy elity polityczne poszczególnych państw kierować się zaczynają wąsko pojętymi interesami narodowymi, nie łącząc ich z interesami całości kontynentu. Przykładów takiego prowincjalizmu można wskazać wiele. Innego przykładu naiwności dostarcza długoletnia fascynacja Chinami z magnetyczną obietnicą wielkiego chińskiego rynku, na którym europejskie (międzynarodowe) koncerny mogą się szybko wzbogacić. Okazało się, że to Europa jest rynkiem dla Chin. Europejskie elity zapomniały natomiast w ogromnym stopniu o rozwoju gospodarczym z bliższym otoczeniem, jakim są kraje arabskie, co przyczyniłoby się do ich rozwoju i modernizacji. Wspierano w nich dyktatorów, nie bardzo skłonnych do głębszych reform, w obawie przed islamskimi fundamentalistami, którymi to zresztą obawami owi dyktatorzy zręcznie manipulowali. Ostatnia nieskończona fala rewolucji w krajach arabskich uwidoczniła ogrom problemu. Słabością Unii jest też wciąż brak jednego unijnego głosu na arenie międzynarodowej, co w naturalny sposób zmusza poszczególne stolice do samodzielnego działania. Brak wspólnej polityki zagranicznej zawiera w sobie czynnik dezintegracji.

Wczytując się literaturę poświęconą europejskiej przyszłości dostrzec można znamienną ewolucję od obrazów wspaniałej przyszłości do malowanych bardziej ciemnymi barwami. Na początku lat 90. panował przede wszystkim optymizm, powodowany upadkiem komunizmu. Znikło wówczas obecne przez dziesięciolecie poczucie zagrożenia. Europa miała zyskać nowe perspektywy, a jej gospodarka, równa amerykańskiej i większy od Ameryki potencjał ludnościowy wraz z perspektywami poszerzenia Unii windować miały Europę na pozycję największego gracza na światowej scenie (Pax Europeana, Imperium Europa). Krytycy „agresywnej“ polityki amerykańskiej przeciwstawiali jej „miękką siłę“ Europejczyków, której przypisują znacznie większą skuteczność. Mowa była o renesansie Europy. W Stanach Zjednoczonych ten optymizm dotyczący Europy jako Unii Europejskiej przetrwał dłużej, co powodowane jest w dużym stopniu wewnątrzamerykańskimi dyskusjami [15]. Z czasem jednak optymizm zgasł także w Europie. Obserwacje dotyczące europejskiej demografii, braku solidarnego działania europejskich rządów, wielu niepowodzeń procesu integracji, nieumiejętności samodzielnego rozwiązywania konfl iktów na Bałkanach, a wreszcie obecny kryzys strefy euro, dały argumenty pesymistom. Dziś przede wszystkim pisze się często o schyłku Starego Kontynentu [16], czym może nie należy się aż tak przejmować, lecz zmiana nastrojów jest widoczna.

I na zakończenie raz jeszcze należy przypomnieć dylemat nadrzędny i najważniejszy: jak znaleźć równowagę między długofalowym interesem UE a interesami Polski? Jak wyważyć między interesami europejskiego klubu jako całości a naszymi własnymi interesami jako jej członka? Polska, jak każdy inny kraj i co całkowicie zrozumiałe, chciałaby zachować jak najsilniejszą pozycję w UE. Co jednak zrobić, gdy polski interes wewnątrz UE stoi w sprzeczności z interesami Wspólnoty jako całości i to w ocenie polskiej strony? Jak dalece własne interesy poświęcić można na ołtarzu tak potrzebnej nam Wspólnoty? [17]. Dokonywanie niekiedy wyboru między interesem UE jako całością a bezpośrednim interesem Polski jest i będzie jednym z najistotniejszych dylematów polskiej polityki. Trzeba bowiem bardzo wyraźnie stwierdzić: istnienie Unii, pogłębianie się jej integracji i jej rozszerzanie daje Polsce coraz więcej bezpieczeństwa i gwarancje życia w dobrobycie – a to dwa podstawowe cele, jakie stawia sobie każdy dobry rząd.

To jednak, że Polsce na Unii tak winno zależeć nie może być jednak narzędziem wewnętrznego czy zewnętrznego szantażu. Nie należy wyciągać fałszywego wniosku, że w każdej sytuacji należy ustępować, gdy tylko będzie się mówiło o interesie Unii. Polsce winno jednak zależeć bardziej na istnieniu UE niż na przykład Francji lub Niemcom. Doświadczenia ostatniej dekady pokazują, że żadne z europejskich państw nie jest w stanie podołać w pojedynkę problemom związanym z globalizacją. Wobec jej wyzwań skuteczne działanie jest możliwe tylko dzięki wspólnemu i solidarnemu działaniu wszystkich państw członkowskich Unii. Bez Unii żadne z europejskich państw nie jest w stanie dać sobie rady. Nawet europejskie potęgi (Francja, Niemcy, Wielka Brytania), działając w pojedynkę są w najbliższych dekadach skazane na marginalizację.

Z całą jednak pewnością łatwiej będzie rozstrzygać o wszystkich wymienionych dylematach, jeśli Polska będzie dysponowała własną wizją tego, co ma być w jej oczach interesem całej Europy oraz jakie miejsce w europejskim klubie chce zająć. Polska i nasza opinia publiczna, przy wszystkich zróżnicowaniach, jakie mogą i muszą wystąpić, musi mieć własny plan dla Europy, który będzie negocjować z innymi. Zrozumiałe jest też, że Polska chce mieć w tym klubie jak najlepszą pozycję i w gąszczu często sprzecznych interesów poszczególnych państw członkowskich pragnie dbać jak najlepiej o swoje własne. Nie inaczej postępują inni. Francuski egoizm l’Union c’est moi to bardzo dobrze znany przykład. Z drugiej strony ponad 50 lat istnienia UE doprowadziło – wbrew przekonaniu eurosceptyków widzących w Unii jedynie egoistyczną walkę państw przykrytą „politycznie poprawnymi frazesami“ – do wykształcenia się „interesu unijnego“ i „unijnej racji stanu“, który wykracza poza interesy narodowe. Chodzi o to by Polska ów unijny interes aktywnie mogła negocjować i współkształtować.

Tekst ukazał się w numerze 7/2011 czasopisma "Debata, Materiałów Społecznego Zespołu Ekspertów przy Przewodniczącym Sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych".

fot.: sxc.hu/Brian Cheung

_________________________________________________________
1 To właśnie w Europie pojawiła się też idea nowożytnego państwa narodowego (suwerenem jest cały naród, a porządek prawny oparty na równości wszystkich obywateli). Doświadczenie Europy z politycznym tworem, jakim jest państwo narodowe, było i pozostaje dwuznaczne. Nacjonalizmy pierwszej połowy XX wieku doprowadziły do wielu tragedii, których skutki odczuwamy do dziś. Z drugiej strony, państwo narodowe (z dodatkiem „obywatelskie”) pozostaje wciąż najbardziej użytecznym narzędziem do modernizacji społecznej i cywilizacyjnej.
2 Dan Diner (red.), Zivilisationsbruch. Denken nach Auschwitz, mit Beiträgen von Theodor W. Adorno, Günther Anders, Hannah Arednt, Ernst Bloch, Max Horkheimer, Siegfried Kracauer, Leo Löwenthal, Herbert Marcuse, Franz Neuman und Walter Benjamin, Frankfurt am Main 1988.
3 Polska silna w Europie, demosEUROPA, Centrum Strategii Europejskiej, ekspertyza przygotowana dla Ministerstwa Spraw Zagranicznych, 2010, s. 10–11.
4 Mario Monti, A New Strategy for the Single Market, May 2010.
5 Polska silna w Europie, demosEUROPA, s. 24–27.
6 W rankingu Freedom in the World 2010 opracowanej przez „Freedom House” żadne z państw arabskich nie zostało uznane za wolne. Jedynie trzy państwa (Maroko, Liban, Kuwejt) są uznawane za częściowo wolne, jednak ich ranking jest bliższy kategorii niewolne niż wolne. Co więcej, w ostatnich latach w kilku państwach sytuacja uległa wyraźnemu pogorszeniu.
7 SIPRI: World and regional military expenditure estimates 1988–2006, <http://www.sipri.org/contents/milap/milex/mex_ wnr_table.html>. Na dysproporcje te w ciekawy sposób zwraca uwagę Stephan Bierling, Die Huckepack-Strategie. Europa muss die USA einspannen. Ein Standpunkt (2007).
8 Polska silna w Europie, demosEUROPA.
9 UE i USA są dla siebie najważniejszymi partnerami handlowymi (blisko 20% udział UE w bilansie handlowym USA i ponad 15% tych ostatnich w bilansie handlowym UE). Olbrzymie są także wzajemne inwestycje zagraniczne liczące około 2,5 biliona euro.
10 „Reshaping EU–US Relations: A Concept Paper” fundacji Notre Europe zredagowanej przez grupę refl eksyjną Romani Prodi, Guy Verhofstadt, Jerzy Buzek, Etienne Davignon, Jacques Delors, Joschka Fischer, Paavo Lipponen, Tommaso Padao- -Schioppa.
11 S. Bierling, Die Huckepack-Strategie...
12 Hasło „acquis atlantic” zaczerpnięto tu z raportu czołowych amerykańskich i europejskich think-tanków „Shoulder to Shoulder. Shoulder to Shoulder. Forging a Strategic U.S. – EU Partnership.” Lead Authors Daniel S. Hamilton and Frances G. Burwell. Contributors Atlantic Council of the United States, Center for European Policy Studies, Center for Strategic and International Studies, Centre for Transatlantic Relations, John Hopkins University SAIS, Fundatcion Alternativas, Prague Security Studies Institute, Real Instituto Elcana, Swedish Institute of International Aff airs. December 2009.
13 Patrz: John McCormick, The European Superpower (2008); Mark Leonard, Why Europe will run the 21st century (2005); Jeremy Rifkin, Europejskie marzenie. Jak europejska wizja przyszłości zaćmiewa American Dream (tłum. polskie Warszawa 2005).
14 UE musi jednak uważać, aby nadmiernie nie podkreślać swoich zasług i nie mówić wyłącznie o zaletach europejskiej „kultury politycznej”. Reszta świata mogłaby w odpowiedzi intensywniej przypominać Europejczykom czasy kolonializmu, z których „staremu kontynentowi” przyjdzie się jeszcze nie raz tłumaczyć, gdy wyrównają się polityczne potencjały. Dzisiaj, gdy politycy europejscy zwracają uwagę na kwestie praw człowieka w Chinach, wspomnienia „wojny opiumowej” z pewnością ułatwia Chińczykom nieprzyjmowanie tych uwag ze sceptycyzmem.
15 Lennart Souchon, Die Renaissance Europas (1993). Wcześniej cytowane były już pod wieloma względami huraoptymistyczne prace: J. McCormick, The European Superpower (2008), M. Leonard, Why Europe will run the 21st century (2005), J. Rifkin, Europejskie marzenie...
16 Przenikliwą, choć jednoznacznie krytyczną i pesymistyczną analizę, daje Walter Laquer, The Last Days of Europe. Epitaph for an Old Contitent (2007).
17 Dylemat ten widoczny jest już dzisiaj. Traktat nicejski daje Polsce pozycję silniejszą niż traktat lizboński. Na to powołują się jej zwolennicy. Porażka jednak traktatu lizbońskiego, gdyby ostatecznie miała nastąpić, oznaczałaby osłabienie całej UE i uniemożliwiałaby jej dalsze rozszerzanie, do czego Polska dąży.

Czytany 5243 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04