środa, 14 grudzień 2011 10:02

Jakub Bizoń: Unia Europejska szykuje psikusa

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

euro_eurogeopolityka  Jakub Bizoń

Ton wypowiedzi po ostatnim szczycie przywódców Państw UE który odbył się w dniach 8-9 grudnia jest właściwie jeden - porażka, początek końca strefy euro. Wydaje się jednak, że może być odwrotnie...

Od kilku miesięcy media epatowały informacjami na temat końca strefy euro, końca całej Unii Europejskiej a niektóre osobistości straszyły świat kolejną wojną. Należy zastanowić się o jaka stawkę toczy się ta gra.

 

Wielu obserwatorów wydarzeń z pewnością zastanawia się dlaczego agencje ratingowe, o których mało kto słyszał w mediach, przez dziesiątki lat swojego istnienia nagle stały się tak bardzo są aktywne. Ich aktywność pokrywa się z wielką troską o los UE, wyrażaną co rusz przez amerykańskiego prezydenta Baracka Obamę i licznych ekonomistów zza wielkiej wody. W ciągu kilku ostatnich dni, w każdym wydaniu New York Times pojawiał się kolejny wywiad z ekonomistą, który wieszczył rychły koniec strefy euro i rozpad Unii Europejskiej. Ekonomiści ci doradzali by Europejski Bank Centralny zajął się skupowaniem obligacji państw unijnych, a zatem dokładnie tym samym, czym zajmował się już dwukrotnie FED, osłabiając tym samym amerykańską walutę. O ile jednak dolar nie odczuł tak mocno "drukowania pieniądza". gdyż jego rezerwy na świecie są olbrzymie, o tyle posłuchanie tych rad i dodruk euro przez EBC może już mieć opłakane skutki. Namowy zza oceanu do tego posunięcia i wyrażane zdanie, że tylko tak euro można uratować – budzi co najmniej mieszane uczucia.

Równolegle z tymi wywiadami trzy amerykańskie agencje ratingowe "bombardowały" kraje unijne groźbami obniżenia ratingów wiarygodności finansowej, by w końcu przyznać, że właściwie to są gotowe obniżyć całej UE  rating – bez "bawienia się"  w obniżanie ich poszczególnym państwom. Te zapowiedzi wskazują na to, że agencjom wcale nie zależy na dogłębnej i rzeczowej analizie gospodarek poszczególnych krajów. Wręcz przeciwnie  – posługują się metodą generalizacji, która nie może istnieć w tak ważnych sprawach, jak obniżanie ratingów.

Notoryczne informowanie przez agencje o słabej kondycji finansowej krajów UE i wyraźne wskazywanie, że w przyszłości są gotowe na kolejne cięcia ratingów – wywołują automatyczny strach inwestorów przed obligacjami tychże krajów i w naturalny sposób kierują je w stronę bardziej stabilnej gospodarki np. USA. To zjawisko bardzo silnie dało się odczuć właśnie w momencie, gdy państwa UE poszukiwały potencjalnych nabywców swych obligacji w Chinach i Norwegii. Można zadać sobie w tym momencie pytanie, dlaczego USA nie chce silnej Unii?

Otóż USA zależy na silnej Europie, ale z pewnością nie na silnej walucie euro, która obecnie, jako jedyna, obok złota, może zagrozić słabnącemu dolarowi. Stany Zjednoczone nie są zainteresowane poradzeniem sobie z kryzysem UE w sposób, który wzmocniłby wspólną walutę. Wydaje się, że ich odwieczny sojusznik, jakim jest Wielka Brytania, nie bez przyczyny stara się popsuć plan ratowania euro i jako jedyny kraj UE nie popiera planu reform finansowych. Gra toczy się zatem o dużą stawkę – o przyszłą, dominującą walutę, na której będą opierały się rynki finansowe.

Media w ostatnich dniach wieszczyły w razie niepowodzeń UE nagły spadek giełd o nawet 40% przy jednoczesnym umocnieniu się dolara. Tymczasem UE są na dobrej drodze, by wielu zrobić psikusa. Plan, który zdaje się rysować, być może powstał "w praniu", ale ma wielkie szanse na powodzenie. Podczas wielu poprzednich spotkań na szczycie UE starano się wypracować plan napraw w oparciu o istniejące traktaty i zapisy mówiące o spójności i współdecydowaniu wszystkich Państw UE -  to nie przyniosło skutku. Obecnie zatem wydaje się, że UE zamierza pozbyć się malkontentów lub "przeszkadzaczy" jakimi jest choćby Wielka Brytania i postawić sprawę jasne" Kto z nami – zapraszamy, kto ma inne zdanie – żegnamy".

Unia Europejska stanęła przed olbrzymią szansą stworzenia prawdziwych Stanów Zjednoczonych Europy – swoistej „super-Unii”, z bardzo silną walutą. Czy będzie się ona nazywać nadal euro, to nieistotne. Ważne, że waluta ta może pozbawić dolara hegemonii. Szansa ta wyłania się tym bardziej, im częściej mówi się o wdrożeniu rygoru finansowego i nakazowości fiskalnej, która powinna być wprowadzona od samego początku tworzenia wspólnej waluty. Wówczas jednak wydawało się, że skoro jest dobrze, to można stworzyć wspólną walutę bez rygoru finansowego. Obecnie władze unijne już wiedzą, że to nie jest możliwe.

Póki co, jednak niewielu dostrzega zmiany, jakie stara się wprowadzić Unia. Jeśli uda się jej uwolnić od ograniczających ją traktatów, nakazujących jednomyślność i wprowadzić rygory finansowe – ten związek państw może szybko stać się potęgą gospodarczą z silną walutą, która zdetronizuje dolara. UE zatem, "dzięki" kryzysowi, dostała zielone światło do przeprowadzenia gruntownych zmian. Jeśli dobrze wykorzysta okazję, jaką przyniósł kryzys, będzie świętować swe odrodzenie.

Tak oto, coś co wydawało się, że musi rychło upaść – ma szanse nie tylko na przetrwanie, ale również na odwrócenie losów świata finansów. Już dziś można wyobrazić sobie scenariusz, w którym giełdy wcale nie upadają, a dolar, miast się umacniać, po oczekiwanym przez USA upadku euro, odchodzi do lamusa, ustępując pola nowej, światowej walucie należącej do bloku Zjednoczonych Państw Europy.

Tekst zamieszczony rónież na blogu autora Invest-Blog.pl

Czytany 5166 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04