środa, 08 maj 2013 08:24

Cezary Mech: Przyszłość Europy w sytuacji umacniania pozycji Niemiec i marginalizacji znaczenia Polski

Oceń ten artykuł
(1 głos)

pol_ger_eu dr Cezary Mech

W sytuacji ewidentnego załamania finansowego eurostrefy i jej systemu bankowego, należy się zastanowić nad głębszymi przyczynami jej dysfunkcjonalności i braku adekwatnej reakcji ze strony jej głównego beneficjenta.

Zapoczątkowany proces rozpadu strefy euro

Jean Pisani-Ferry dyrektor Bruegel think-tanku z Brukseli uważa że biznes wycenia już scenariusz rozpadu eurostrefy i powstania chaosu gospodarczego: „Market participants and, increasingly, real businesses are pricing in a break-up scenario”. Instrumenty finansowe już dawniej wyceniały koszt rozpadu euro zakładając jego 25%-owe prawdopodobieństwo, które, według szacunków Bloomberg, na podstawie danych Intrade.com ("The implied probability of a country leaving the monetary union..."), wzrosło do poziomu 59% do końca przyszłego roku, a do końca 2014 r. wynosi 66%. Okazuje się, że Niemcy są do tego procesu najlepiej przygotowane, gdyż nie tylko państwo, ale i koncerny niemieckie, takie jak Siemens i Volkswagen, informują, że przeprowadziły konieczne symulacje. Jak powiedział Jürgen Dieter Hoffmann z Volkswagen Autoeuropa – konkluzja jest taka, że powrót do walut narodowych jest przez biznes niemiecki do opanowania: “We have made a first rough analysis about the consequences of the discontinuation of the euro as the Portuguese currency […] The conclusion is that overall the impact would not be so negative to our company, as we are mainly an exporter and belong to a worldwide group.”

Ostatnio nastąpił również cały wysyp informacji, że na scenariusze zastąpienia euro są przygotowane od dawna państwa i to nie tylko przez drukarnie krajowe, ale i przedsiębiorstwa międzynarodowe pragnące służyć pomocą w przypadku takiej ewentualności. Jak podawali w artykule WSJ „Europe Weighs Exit Scenario” Brian Blackstone, Matina Stevis i Stephen Fidler, wprawdzie Bank Grecji nie zaprzeczył na pytanie czy są przygotowani do wydrukowania drachm o tyle, co wzbudziło duże zdziwienie, potwierdziła to firma angielska De La Rue PLC. A jak podała agencja Reuters, powołując się na anonimowe źródła, do drukowania drachmy przygotowana jest już brytyjska drukarnia De La Rue, największy prywatny producent banknotów na świecie, pracujący na zlecenie ponad 150 krajów. A jak podał Times of London jest ona przygotowana do wydrukowania drachm, mimo że jej przedstawiciel podał, że przygotowania nie nastąpiły na wniosek strony greckiej. Jak podają autorzy artykułu przygotowanie do druku nowych banknotów trwa miesiące i nie jest jasne, od kiedy Anglicy do tej operacji się przygotowali. O ile do spekulacji należy przypuszczenie, że za całą logistyką stoi EBC, to zastanowić musi opinia komisarza handlu Karela De Guchta, zamieszczona w belgijskim dzienniku mówiąca o tym, że Komisja Europejska i EBC musi pracować nad scenariuszami awaryjnymi w sytuacji, kiedy Grecy sami ich nie posiadają („working on emergency scenarios if Greece does not make it”). Ponadto Herman Van Rompuy i Manuel Barroso przez stwierdzenia, że nie będą komentowali planu B („We never comment on Plan 'B'”), potwierdzają istnienie takich przygotowań. W tym kontekście charakterystyczne jest powtarzanie przez rzecznika ministerstwa finansów Niemiec stwierdzenia Wolfganga Schauble, że obywatele oczekują od nich, aby byli przygotowani na każdą ewentualność („Our citizens expect us to be prepared for every eventuality”), i żal, że w Polce nie tylko brak jest planów awaryjnych, ale i nie stawia się w ten sposób powinności państwa.

Ucieczka kapitałów siłą sprawczą kryzysu

David Enrich, Sara Schaefer Munoz i Charles Forelle w artykule WSJ „Europe Banks Fear a Flight” podliczyli, że przedłużający się kryzys powoduje silne „wykrwawianie” się gospodarek krajów peryferyjnych. I tak, o ile w Portugalii 21% z 133 mld depozytów może być w każdej chwili wycofane, to w Hiszpanii jest ich 30% z 1,55 bln, a we Włoszech aż 48% – € 990 mld z 2,05 bln depozytów. Bazując na obserwacjach z Argentyny początku wieku Stefan Niediakov z Citigroup podał, że w przypadku opuszczenia Grecji strefy euro banki Irlandii, Portugalii, Hiszpanii i Włoch mogą szybko stracić między 80 mld a 340 mld depozytów. A najbardziej zagrożona obecnie Hiszpania musi się liczyć z odpływem od 38 mld do 130 mld depozytów wytransferowanych do „skarpetki”, lub przelanych do Niemiec lub innego bezpieczniejszego kraju. I choć indagowani przez WSJ przedstawiciele greckiego sektora bankowego przyznawali że na obecną chwilę „dają sobie radę” z wycofaniami depozytów to w przypadku ich nasilenia sytuacja jest nie do opanowania: "If it reaches large dimensions then it's not solvable". Powoduje to że jak obliczył J.P. Morgan w swojej analizie całkowita ekspozycja na ryzyko euro jest w UE olbrzymia i w Hiszpanii wynosi aż 2,8 bln, a we Włoszech 3,5 bln, a sam Target2, rozliczający operacje płatnicze tylko tych dwóch krajów, wynosi ponad 0,5 bln.

Z jednej strony występuje silny nacisk na Greków, a z drugiej strony trwa przygotowanie logistyczne państw i banków na ewentualność ogłoszenia bankructwa przez Grecję i ewentualne jej wystąpienie z dławiącego ją euroGrexit. W ile w artykule WSJ „Cost of Losing Athens Can't Be Calculated” jest podane, że bezpośrednie straty kapitałowe dla Francji będą wynosiły 66,4 mld, a Niemiec 89,8 mld to szacunki pośrednie nie są już tak precyzyjne, bo jedynie szacowane są na poziomie minimum 1 bln. Był taki okres, kiedy to w ciągu zaledwie jednego dnia Grecy wyjęli ze swoich kont 700 mln, a Anglicy w obawie o kondycję banków hiszpańskich w wycofali £200 mln z Banco Santander w następstwie ogłoszenia obniżonego ratingu. Koszty niepewności będą Europę kosztowały coraz więcej w sytuacji, kiedy obywatele obawiają się, że któregoś pięknego dnia obudzą się i dowiedzą że ich oszczędności w euro, które mieli wczoraj, obecnie są w drachmach, pesetach czy lirach. Jak podaje Gabriele Steinhauser w artykule WSJ „Experts Try to Chart Path for Exit From Currency” taka operacja, jeśli się odbędzie to nastąpi podczas długiego weekendu, kiedy to wszystkie automaty bankowe będą nieczynne, a bankierzy będą się męczyli ze zamianą elektronicznych zapisów. Niemniej już następnego dnia wartość waluty spadnie i np. dopiero po osłabieniu o przynajmniej 40% drachma osiągnie punkt równowagi popytu z podażą.

Niemcy głównym beneficjentem euro i obecnego kryzysu

W polemikach dotyczących odpowiedzialności Niemiec, nie przyjmują oni do wiadomości, że o ile Chiny, Brazylia i inne kraje wschodzące stoją za wzrostem niemieckiego eksportu, to jednak nawet obecnie strefa euro jest odbiorcą ponad 40% niemieckiego wywozu. Również, jeśli strefa euro się rozpadnie, to niemiecka marka będzie aprecjonować, powodując ograniczenie atrakcyjności niemieckich produktów. Dlatego to właśnie Niemcy powinni się opodatkować na rzecz wyrównania dysproporcji w strefie euro, jeśli naprawdę chcą utrzymać korzyści z jej funkcjonowania. Gdyż to oni są głównym beneficjentem istnienia eurostrefy, w czasie której ich zagraniczna pozycja majątkowa wzrosła o 40% PKB, a nawet kryzysu który ona spowodowała i to z dwóch powodów. Osłabione kryzysem euro (już o 10,5% od 2009 r.) poprawia konkurencyjność sprzedawanych przez nich towarów, a ucieczka kapitałów z krajów peryferyjnych, tak bolesna dla nich, jednocześnie powoduje, że Niemcy pożyczają pieniądze na rynku kapitałowym praktycznie za darmo, gdyż rentowności dwuletnich obligacji mają poziomy negatywne i za pożyczanie pieniędzy trzeba nawet dopłacać. O ile bezrobocie młodzieży przekracza poziomy 50% w Grecji i Hiszpanii, a 35% we Włoszech, to w Niemczech od 2005 r. stale spada i jest bezpiecznie poniżej 10% od dwóch lat i to mimo przyjmowania imigrantów z całej Europy na skalę 1 mln rocznie. Osłabienie euro sprawiło, że eksport niemiecki poza UE wzrósł od 2009 r. o 42%, osiągając pozom ponad 420 mld, to jednak i w ramach UE jest od niego wyższy o 200 mld i w tym samym czasie również rósł dynamicznie o 25% przekraczając poziom przedkryzysowy. Nadwyżka bilansu płatniczego wzrosła dynamicznie w okresie funkcjonowania euro, od 2004 r. przekraczając co roku poziom 100 mld i będąc lustrzanym odbiciem deficytu, który notowały kraje peryferyjne eurostrefy. Nic dziwnego że gdy analizujemy bilanse Banku Centralnego Niemiec w systemie Target2, to zauważamy od roku 2007 Niemcy odnotowały ponad 600 mld nadwyżkę podczas, gdy w sumie pozostałe nadwyżkowe kraje (Finlandia, Holandia i Luksemburg) miały ją na poziomie dwukrotnie niższym. Równocześnie zobowiązania krajów peryferyjnych (Włoch, Hiszpanii, Irlandii, Grecji i Portugalii) narosły do rekordowego poziomu prawie 900 mld. A przecież, gdyby wszystkie kraje eurostrefy chciały zastosować postulowane przez Niemcy działania, polegające na ograniczeniu konsumpcji i zwiększeniu eksportu, to nie byłoby tych, którzy mogliby tę nadwyżkę kupić.

Przy czym, wszystkiego typu pakiety pomocowe stanowią zaledwie połowę 704 mld ekspozycji Berlina, a wg analiz Bundesbanku na koniec marca całość wierzytelności publiczno-prywatnych wynosiła 804 mld. Tak wysoki poziom ekspozycji sprawia, że obecnie strategia Niemiec polega na działaniach mających na celu odzyskanie zainwestowanych sum w wielkości nominalnej, jednak w przypadku rozpadu eurostrefy straty na zdewaluowanych aktywach lub roszczeniach względem bankrutów będą ogromne. Aprecjacja waluty do tego się jeszcze dołoży, Niemcy stracą nie tylko rynki zbytu, ale i na wartości zagranicznych inwestycji. Wtedy nagle wszyscy zauważymy, że wiedzą oni, że w takiej sytuacji należy przeprowadzić ekspansję budżetową, godzić się na deficyty związane z załamaniem kredytowym, koniecznością transferów socjalnych, jak i ratowaniem pozbawionych aktywów banków na równi z przeżywającymi straty przedsiębiorstwami. W takim scenariuszu, wg analizy ING, w ciągu trzech lat PKB Niemiec spadnie o 10%, a wg UBS straty tylko w pierwszym roku wyniosą w sumie 650 mld ekwiwalent 20–25% ich PKB.

Odrodzenie niemieckiego nacjonalizmu przyczyną buty

Coraz trudniej jest opinii publicznej zrozumieć aktualne zachowanie Niemiec, a kanclerz skarbu Wlk. Brytanii George Osborn wprost posunął się do sugestii, że dążenie do wywołania kryzysu euro ma na celu doprowadzenie do szoku opinii publicznej w celu uzyskania aprobaty dla działań, których w innym przypadku nie można byłoby przeprowadzić. W sytuacji ewidentnego załamania finansowego eurostrefy i jej systemu bankowego, należy się zastanowić nad głębszymi przyczynami jej dysfunkcjonalności i braku adekwatnej reakcji ze strony jej głównego beneficjenta.

Kryzys w eurostrefie jest wyraźnie wykorzystywany w warstwie politycznej, gdyż jak na konferencji CDU powiedziała pani kanclerz Angela Merkel, gotowa jest zrobić więcej dla wzrostu w zamian za rezygnację z suwerenności: „she is ready to heed calls for Germany to do more for growth but wants other euro states to accept giving up sovereignty over their budgets in exchange”, oczywiście z uznaniemm że kraje będą mogły zostać sądzone przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości, jeśliby łamały wyznaczoną dyscyplinę fiskalną. Należy również oczekiwać ich zgody na przejęcie kontroli nad sektorem bankowym UE, ale na pewno nie na zasadzie sfinansowania jego wydatków.

Podobnie na euroszczycie, mimo zablokowania debaty przez premiera Mario Montiego i w efekcie uzyskania przez Hiszpanię możliwości bezpośredniego dokapitalizowania banków, realnym zwycięzcą okazały się Niemcy. I to mimo pompatycznego pokazu jedności, jak i chwilowego spadku rentowności długu państw peryferyjnych, nie doszło do przełomu na szczycie, gdyż ma rację Wolfgang Münchau że „The real victor in Brussels was Merkel”, ponieważ bez euroobligacji i skupywania włoskich obligacji przez EBC eurostrefa w obecnym kształcie nie przetrwa: „Without eurozone bonds or a change in ECB policy, Italy’s and Spain’s debt – and eurozone membership – is not sustainable.” Należy też dodać, że zwycięstwa Hiszpanii są pyrrusowe, gdyż jedynie trwałym pozostanie niemiecki nadzór nad hiszpańskimi bankami. A to dlatego, że w toku prac okaże się, że nie można z Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego (EMS) wstrzyknąć kapitału bezpośrednio do banków, gdyż traktat mówi wyraźnie, że EMS pożycza pieniądze dla państw. Już obecnie szef komisji budżetowej Bundestagu mówi, że do materializacji tego porozumienia zmiana traktatu jest potrzebna. W tym kontekście nie powinno dziwić nagłośnienie sukcesu Unii Bankowej, w sytuacji kiedy nie są nią objęte niemieckie banki oszczędnościowe, a nadzór nad bankami przenosi się do Niemiec.

Co ciekawe, o ile w internetowym artykule Petera Spiegela w Financial Times’ie znalazło się jako końcowe konkludujące zdanie: „Niemcy zapobiegli oddaniu UE uprawnień w stosunku do swoich politycznie silnych kas oszczędnościowych” („A German-backed plan only covers large, cross-border banks, but the draft proposes giving the new supervisor the power to intervene in smaller banks if it sees a risk. Germany has resisted giving EU authorities powers over its politically powerful regional savings banks.”) To w wersji papierowej pierwszostronicowej artykułu “EU plan to rewrite budgets” zabrakło ostatniego zdania dotyczącego niemieckiego weta. Zresztą wyłączenie landesbanków nie jest kluczowym osiągnięciem. Ważniejszym wydaje się zagwarantowanie dla Niemiec stanowisk w europejskim nadzorze, o czym relacjonuje Peter Spiegel i Joshua Chaffin w artykule FT „Spain wins restructuring of bank deal”: „In exchange for the concessions, a German-led group of northern creditor countries will gain more control over all of the eurozone banks through the new single supervisor.” Świadczy o tym również przebieg debaty w Bundestagu i wyniki ustaleń na ten temat, zanotowane przez Williama Bostona i Marcusa Walkera w Wall Street Journal („German Lawmakers Set to Ratify Bailout Fund”): “She insisted she had won important concessions herself, especially on euro-zone banking supervision.”

Wartym jest rozważenie przyczyn propagowania absurdalnych opinii, którymi zwłaszcza epatują gazety niemieckie, w tym i wpływowy Frankfurter Allgemeine Zeitung, który niedawno na pierwszej stronie oceniając kraje południa Europy jako takie, które „błędnie mylą strefę euro z rajem, w którym dobrobyt przychodzi bez ciężkiej pracy." Wydaje się że łatwiej będzie można zrozumieć naszego zachodniego sąsiada, jeśli zanalizuje się autorską wypowiedz Thomas’a Steffen’a, sekretarza stanu w niemieckim ministerstwie finansów na konferencji w Brukseli którą przytoczyli w artykule Wall Street Journal „Germany Grapples With Role In Rescue” Vanessa Fuhmans i Matthew Karnitschnig. Otóż w odpowiedzi na krytykę, że Niemcy są zbyt powolne, aby pomóc swoim sąsiadom, wezwał kraje południa Europy, aby raczej wzięły swój los we własne ręce, opowiadając bajkę o mrówce i koniku polnym. „Mrówka, zauważył, pracuje przez całe lato gromadząc żywność na zimę natomiast konik polny marnował okres ciepłych miesięcy śpiewając. [...] Pan Steffen nie powiedział jednak publiczność jak się bajka skończyła: Kiedy nadeszła zima, głodujący konik polny błaga mrówkę o żywność. Besztając konika polnego za jego bezczynność, mrówka odwraca się plecami i czołga się dalej.” O ile końcowa scena jest najbliższa prawdy poza tym, że w rzeczywistości mrówka mówi konikowi polnemu że zastanowi się solennie nad kredytem żywnościowym dla niego, o ile obecnie solennie zobowiąże się, że odda się w mrówczą niewolę, o tyle początek bajki jest typowym europrzekłamaniem. Gdyż ta historia opowiadana w kraju peryferyjnym strefy euro jest całkiem odmiennie. Gdyż to właśnie w miesiącach letnich mrówka się byczyła w ciepłym klimacie, a konik polny ciężko pracując na życie umilał jej czas śpiewem. Jednak kiedy nadszedł kryzys to zachwiał on dotychczasowym podziałem pracy między owadami. Otóż hierarchicznie zorganizowane mrówki posłuchały się swojej królowej i podczas letnich wakacji odpoczywają przy śpiewie swoich bezrobotnych mrówek w mrowisku. I chociaż muzyka ta nijak się ma do jakości śpiewu konika polnego, to pozwala mrówkom łagodniej przeżyć kryzys. A konik polny musi się przekwalifikować i słuchać poleceń mrówek, jeśli chce dostać kredyt na zimę.

Dzieje się tak dlatego, że o ile po II Wojnie Światowej Niemcy temperowały swoje polityczno-ekonomiczne zapędy, aby odbudować zaufanie partnerów, to teraz uważają że nie muszą. Jak opisuje to Ulrike Guérot z Berlina: "Próbujemy utrzymywać ową narrację działania dla Europy, ale nie można jej porównywać do motywującej siły jaką miały wspomnienia wojny, Holocaustu i zagrożenia sowiecką dominacją". Nawet apele sędziwego 93-letniego byłego kanclerza Helmuta Schmita, który przypominał: "Nie raz Niemcy spowodowali że inni cierpią z powodu naszej potęgi" zostały zignorowane. Gdyż jak uważa Fuhrmansi i Karnitschnig w WSJ po prostu: „Dziś większość Niemców nie chce, aby ich przeszłość wpływała na ich relacje z resztą Europy.” W tym kontekście nie należy się dziwić frustracji niemieckich parlamentarzystów, którzy po przybyciu w listopadzie do Aten, zamiast czołobitnego przyjęcia usłyszeli żale o „brutalności” narzucanych przez Niemców Grekom wymogów, porównywanych do wojennej okupacji, oraz o braku odszkodowań wojennych jako pierwotnej przyczynie ich trudności ze spłatą zagranicznych kredytów. Podczas gdy nawet lewicowi przeciwnicy polityczni kanclerz Merkel w sprawach polityki zagranicznej wprost uważają, że bez politycznych koncesji ze strony „peryferii” się nie obejdzie. Jak to wprost powiedziała oburzona Viola von Cramon z Partii Zielonych: „Chcą aby dać im pieniądze, ale bez warunków, bez wpływów [!-cm] politycznych”. Oj dobrze z tą Europą to już nie będzie, jeżeli wszyscy będą jedynie myśleć o swoich egoistycznych interesach, a jedynie my Polacy będziemy karmieni „europejskimi ideałami”!

Na tym tle nie dziwi że połowa Niemców, w sondażu zorganizowanym przez nadawcę ZDF, uznała, że wspólna waluta jest dla nich… niekorzystna! I że prawie 80% z nich jest przeciwna emisji euroobligacji, mimo iż, jak napisał Wall Street Journal, realizacja postulatów niemieckich oznacza że: ”Niektóre południowe kraje europejskie czekają lata recesji i agonii, aby przywrócić ich międzynarodową konkurencyjność.”

Ameryka, Wlk. Brytania i Włochy ewentualnymi sojusznikami temperowania Niemiec

W artykule Financial Times’a „Germany’s reticence to agree threatens European stability” nawet George Soros wprost oskarża Niemcy o kolonializm. Stwierdzając że kanclerz Angela Merkel, wymuszając na partnerach UE pakt fiskalny, bez redukowania ryzyka krajów peryferyjnych „...sprawi, że Niemcy staną się centrum imperium i umieści „peryferie" w pozycji podporządkowanej na stałe”: „This may serve Germany’s narrow self-interest but it will create a very different Europe from the open society that fired people’s imagination. It will make Germany the centre of an empire and put the “periphery” into a permanently subordinated position.” Ubocznym mało zauważalnym efektem wprowadzonych rozwiązań paktu fiskalnego jest z jednej strony uzależnienie Europy od niemieckiego procesu decyzyjnego, a z drugiej dalszej centralizacji państwa niemieckiego kosztem autonomii 16 landów. Jak zauważa w Bloombergu w artykule „Merkel Backs Debt Sharing in Germany Amid Closer EU Push” Tony Czuczka – o ile Kanclerz Angela Merkel, wymuszając na innych dyscyplinę finansową i nie godząc się na euroobligacje, rozumie że w ramach Niemiec funkcjonowanie optymalnego obszaru walutowego oznacza konieczność dodatkowych transferów fiskalnych i gwarancję dla długów landów. Zastanawiającym przy tym, że popierając w ramach UE tworzenie autonomii regionów, w Niemczech wspierany jest proces dalszej centralizacji. A działania unifikacyjne, nie wypominając NRD, dziwną historią losu ma miejsce stale od 200 lat, z przyspieszeniem za Bismarcka, oraz unifikacyjnymi efektami I i II Wojny Światowej.

Niall Ferguson z Nourielem Rubinim w głośnym artykule Financial Times’a „Germany is failing to learn the lessons of the 1930s…” apelują do Niemiec o opamiętanie, postulując proste recepty na kryzys w postaci wzrostu inwestycji infrastrukturalnych w krajach peryferyjnych w powiązaniu z wzrostem płac w u siebie w celu zwiększenia konsumpcji: „supply-stimulating infrastructure spending in the periphery (preferably with some kind of “golden rule” for public investment), and wage increases above productivity in the core to boost income and consumption.” W sytuacji kiedy Niemcy są głównym beneficjentem wprowadzenia euro: „Germany’s prosperity is in large measure a consequence of monetary union. The euro has given German exporters a far more competitive exchange rate than the old Deutschmark would have.” Uważają że w sytuacji kiedy Niemcy wyduszają na krajach UE rezygnację z suwerenności występuje ryzyko poważnego kryzysu gdyż wymagania te okażą się nie do zaakceptowania przez innych: „The main risk is that any proposal acceptable to Germany would imply such a loss of sovereignty over fiscal policy that it would be unacceptable to the periphery, particularly Italy and Spain.” A takie działania mają charakter kolonialny, gdyż jak zauważyli Ferguson z Rubinim, istniej różnica między federalizmem a neokolonializmem: „there is a difference between federalism and “neo-colonialism””! Dopowiadając federalizm wymusza transfery, a kolonializm w Indiach zdegradował ten kraj z pozycji największego producenta światowego do pozycji pariasa. Niemcy nie godząc się wspierać finansowo kraje dotknięte kryzysem, bez koncesji politycznych nawiązują do antysolidarnościowej polityki, którą stosowały w przeszłości. Podczas, gdy nie ma też żadnej pewności, że jeśli kraje te oddadzą suwerenność i władzę polityczną, to transfery z Niemiec nastąpią. Otóż odpowiadając na propozycję innych wiceminister spraw zagranicznych Niemiec Michael Link wg artykułu Gabriele Steinhauser „New Plan Sees Closet Euro-Zone Ties” zamieszczonego w Wall Street Journal otwarcie stwierdził „Każdy ma prawo do zaproponowania swoich propozycji. A my mamy prawo, aby je odrzucić.” (Germany's deputy foreign minister, Michael Link, retorted: "Everyone has the right to put proposals on the table. And it's our right to reject them.").

W tym kontekście nie dziwią również bezpośrednie słowa Silvio Berlusconiego o „Seniora Merkel” i stwierdzenia że "[n]ie byłoby źle gdyby Niemcy wyszli z euro". Mimo powszechnej krytyki Niemcy nie uginają się i nic w tym dziwnego, w sytuacji kiedy Kanclerz Angel Merkel miało się nieuważnie „wyrwać”, że "póki żyje" nie będzie uwspólnotowienia długów. Taka postawa spotkała się nawet z krytyką ze strony Premiera Luksemburga Jean-Claude Juncker’a który powiedział: "Częścią problemu jest to, że Niemcy działają tak, jakby byli jedynym cnotliwym krajem na świecie, który musi płacić rachunki za wszystkich. Jest to niezwykle obraźliwe dla innych krajów".

Unia Europejska Narodu Niemieckiego i saco di Polonia?

Obecnie okazało się, że jeśli niemieccy decydenci są na urlopie to proces podejmowania decyzji w Unii Europejskiej również zamieraa przecież to oni powinni pracować, jak mrówki. O czym przekonali się inwestorzy, licząc na jakikolwiek komunikat po wakacyjnym spotkaniu premiera Monti z premierem Rajoy’em w Madrycie. Sygnał o tyle istotny, że na przyszłość analitycy mogą uznawać wypowiedzi tych przywódców, nie jako autentyczne stanowisko ich krajów, ale jako wyreżyserowane stanowisko które wcześniej zostało uzgodnione z przywódcami niemieckimi.

W efekcie pogłębiającego się kryzysu, zamiast spodziewanego upadku euro możemy zatem mieć skok do przodu w kierunku znacznie głębszej integracji. Wszystko zmierza w kierunku powstania scentralizowanego molocha europejskiego pod egidą Niemiec, pod wielokrotnie eksponowanym przez Kanclerz Merkel hasłem: „więcej Europy, nie mniej Europy” w której pozostałe kraje będą musiały po prostu „odrobić [zadaną] pracę domową”. Realizacja tej strategii jest możliwa dlatego, że narody eurostrefy, chcą dwóch wzajemnie wykluczających się rzeczy naraz – suwerenności i wspólnej waluty, są zakładnikami grup interesu. Gdy zaś muszą wybierać – oddają suwerenność kraju na rzecz indywidualnych interesów takich jak czasowe utrzymanie wartości emerytur czy oszczędności wyrażonych w euro, mimo że w analogicznej sytuacji zarówno Argentyńczycy i Islandczycy w końcu postąpili odwrotnie, i dobrze na tym wyszli.

W tym teatrze wirtualnych polityk powinniśmy się nastawić na spektakl, w którym Niemcy będą dozowali „pomoc” „elitom” krajów UE, rozpaczliwie pragnącym zachować znaczną część swoich majątków, wyrażonych w euro, za kolejne oddawanie kontroli nad instytucjami UE i zamianą zobowiązań względem Niemiec na prywatyzowany majątek państwowy. W tym procesie Polska jest zbyt blisko stolicy Niemiec, aby biernie się temu procesowi przyglądała i dlatego, aby nie znaleźć się w sytuacji zakładnikautraty połowy województw, albo pozycji wasalnejjak najwcześniej powinna podnieść kwestię swojego dalszego uczestnictwa w strukturach Unii Europejskiej.

Tekst pochodzi z najnowszego numeru kwartalnika Mysl.pl Mysl26-2013

Fot. www.dw.de

Autor jest ekonomistą i nauczycielem akademickim, byłym wiceministrem finansów. Jako pracownik naukowy pracował m.in. w Instytucie Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk oraz Wyższej Szkole Handlu i Prawa/University of Wales. Współpracował z Centrum im. Adama Smitha

Czytany 7574 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04