piątek, 09 listopad 2012 08:37

Bartosz Mroczkowski: Kryzys Europy

Oceń ten artykuł
(1 głos)

wbrytania


  Bartosz Mroczkowski

Czas kryzysu w organizacjach międzynarodowych to zawsze moment testu dla sentymentów dla silniejszej regionalizacji, bądź podstaw do ściślejszej integracji. W 2008 roku, po upadku banku Lheman Brothers jasne stało się, że Unia Europejska tworzona była na czas prosperity, nie posiadając mechanizmów broniących się przez krachem finansowym.

Poza sensem ekonomicznym, poważnie zmieniła się wizja struktur Unii Europejskiej. Unia nie może istnieć  tylko w ramach niedookreślonych podstaw gospodarczych z państwami, które nie spełniając kryteriów konwergencji, znajdują się w strefie euro. Taki związek nie jest też możliwy z państwami, które po prostu nie chcą w niej być, jednocześnie żądając równego traktowania i praw do współdecydowania o losach przyszłości Wspólnoty, której kręgosłupem jest waluta euro. Regionalizacja, niczym rzymski Janus, posiada różne twarze. Odnosi się do bogatszych i biedniejszych regionów kontynentu, do państw funkcjonujących w strefie euro, ale też tych które chcą do niej wstąpić i wreszcie do państw, które chcą zachować wpływ przy jednoczesnym zachowaniu  niezależności integralnej i politycznej. Tym ostatnim państwem niewątpliwie jest Wielka Brytania. Czy można więc sądzić, że Londyn dalej jest członkiem Unii Europejskiej, czy jednak odłączy się, zachowując status Norwegii, czyli państwa, które nie wchodzi w unijne struktury, ale dzieli praktycznie każdą część integracji?

Norwegia posiada surowce energetyczne, a Wielka Brytania świat finansów wraz z największą giełdą w Europie, znajdującą się w Londynie. To wątpliwe, bo pomimo niechęci do strefy euro, brytyjska stolica jest drugim płatnikiem netto po Niemczech. Ten fakt daje jej znaczący wpływ na procesy decyzyjne na kontynencie.

Brytyjski premier David Cameron najwyraźniej ma własny plan na pozycjonowanie Wielkiej Brytanii w świecie. Znajdując się w Unii Europejskiej, Londyn ekonomicznie nie korzysta tak bardzo jak politycznie. Jednak należy podkreślić, że w ostatnim czasie najwięcej do powiedzenia miały państwa strefy euro, bo to wspólna waluta unijna jest głównym filarem scalającym UE i kontynent.

Po pierwsze: David Cameron na najbliższym szczycie UE 22-23 listopada, zamierza zażądać reform funduszy strukturalnych, co otworzy nowe pole do dyskusji o budżecie na lata 2014–2020. Jest to logiczne rozumowanie brytyjskiego establishmentu, ponieważ Wielka Brytania wpłaca do unijnego budżetu 4,2 mld funtów rocznie, z czego dostaje z powrotem ok. 1,2 mld na sfinansowanie różnego rodzaju projektów. Problemem jest fakt braku kontroli nad wydawanymi pieniędzmi. „Cameron na unijnym szczycie zgłosi propozycję, w myśl której bogate państwa UE nie otrzymywałyby więcej pieniędzy z funduszy strukturalnych, co pozwoliłoby ukrócić praktykę ich "recyklingu", umożliwiając zaoszczędzenie 4,2 mld funtów (w latach 2007–13)” – głoszą szacunki ośrodka analitycznego Open Europe. W przyszłości, tego rodzaju fundusze byłyby przeznaczone tylko dla najbardziej potrzebujących [1]. Problem leży w istnieniu pewnego kuriozum, w ramach którego państwa bogate inwestują pieniądze pochodzące z państw bogatych. Łącząc ten fakt z innymi nieprzemyślanymi projektami, które z zasady nie mają na celu walki z ubóstwem, Brytyjczycy mają spore szanse na realizacje swoich żądań.

Po drugie: securitydefenceagenda.org na swoich stronach podaje informacje o fiasku fuzji między dwoma gigantami zbrojeniowymi – brytyjskim BAE Systems i EADS oraz niechlubnej roli, jaką przy tej transakcji odegrała Komisja Europejska. Integracja dwóch nowoczesnych liderów w dziedzinie lotnictwa i awioniki mogłaby utworzyć światowego giganta w dziedzinie obronności i pomogłaby skonsolidować przemysł obronny w Unii Europejskiej. Eksperci krytykują Komisję Europejską za brak aktywności w dążeniu do zawarcia fuzji między tymi dwoma przedsiębiorcami. Jednak tajemnicą poliszynela jest to, że firmy te mają charakter strategiczny. Zatem przy takich transakcjach bardziej liczy się polityka, niż sucha kalkulacja ekonomiczna. W zeszłym tygodniu The Guardian informował o trzydniowej podróży Davida Camerona w rejon Zatoki Perskiej. Szef brytyjskiego rządu chciał nakłonić Zjednoczone Emiraty Arabskie do kupna samolotów typu Eurofighter Typhoon, które mogłyby zastąpić przestarzałą flotę francuskich myśliwców typu Mirage. ZEA wyraziły zainteresowanie kupnem 60 samolotów, Oman 12, a Arabia Saudyjska rozważa drugie zamówienie do 72 samolotów. Działania te jednoznacznie wskazują na indywidualne podejście do spraw europejskich – do fuzji nie doszło, bo... nie miało do niej od początku dojść.

Oliwy do ognia dodaje fakt, że podróż D. Camerona została skrytykowana przez organizację Amnesty International, która oskarża Wielką Brytanię o bratanie się i handlowanie z państwami autorytarnymi. O ile prawdą, że jest, że Arabia Saudyjska wspiera rebelię w Syrii, o tyle przeciwdziała legalnie wybranym władzom w innych państwach w regionie. W Egipcie, stara się podważyć prezydencję Mohameda Mursiego, za pomocą finansowania opozycji i świeckich islamistów. Efekt tych działań widać chociażby na Synaju. W Katarze, naciskano na emira, by usunął niezależnego szefa stacji telewizyjnej al-Jazeera, której transmisje odegrały kluczową rolę w wydarzeniach Tunezji i w Kairze na placu Tahrir. Przedstawiciele Saudów prowadzą rozmowy z Bractwem Muzułmańskim W Zjednoczonych Emiratach Arabskich, co także podgrzewa protesty wewnątrz tego kraju. Dla Wielkiej Brytanii oznacza to obecnie znalezienie się w rozkroku po obu stronach barykady i to w jednym czasie – wspierać rewolucję demokratyczną z jednej strony, a z drugiej sprzedawać broń autokracji, która zwalcza proces demokratyzacji w celu uniemożliwenia jego rozprzestrzeniania się. Takie postępowanie jest bardzo nieodpowiedzialne [2]. Tym samym powstaje pytanie, czy te działania są przemyślane?

Wielka Brytania stoi na rozdrożu własnej polityki zagranicznej i najwyraźniej nie nadąża za szybkimi zmianami, jakie zachodzą zarówno na kontynencie europejskim, jak i w globalnej polityce. Nie jest już uprzywilejowanym przyjacielem Stanów Zjednoczonych, których kandydaci na fotel prezydenta w czasie ostatniej kampanii wyborczej skupiali się głównie na Azji. Londyn chce posiadać autonomię w Unii Europejskiej, jednocześnie zachowując przewodni wpływ na proces decyzyjny we Wspólnocie. Nie chce wchodzić do strefy euro – z racjonalnych powodów – krytykuje projekt nowej unii celnej, chce zmniejszenia budżetu, ale w tym samym czasie chce być liderem w polityce europejskiej. Przy wszystkich tych aspektach D. Cameron pomaga wolnościowym ruchom w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie, jednocześnie wspierając własny przemysł obronny, który po potencjalnej fuzji z francusko-niemieckim EADS, nie mógłby pozwolić sobie swobodny handel z państwami, które mają odmienny i bardziej rygorystyczny interes – inny od filozofii demokratyzacji, która góruje w Unii Europejskiej. Londyn próbuje być małą Ameryką, ale nie posiada wystarczającego gospodarczego i militarnego potencjału. Nie jest już wielkim mocarstwem, a próby manewrowania pomiędzy Europą a Bliskim Wschodem mogą się skończyć źle dla Brytyjczyków. Najbliższy szczyt Unii będzie nowym początkiem drogi, który odpowie na pytanie czy Wielka Brytania dalej będzie w Unii Europejskiej i to na własne życzenie.

_______________________________________________
1 PAP, „Sunday Telegraph”: Cameron zażąda reform funduszy strukturalnych, www.wyborcza.pl, 6 listopada 2012 r.
2 http://www.guardian.co.uk, David Cameron`s Gulf trip: our man in Manama, Monday 5 November

Czytany 5940 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04