czwartek, 27 wrzesień 2012 09:06

Aleksandra Jóźwik: Koniec brukowania wsi

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

bruk


  Aleksandra Jóźwik

W odniesieniu do rozwoju Unii Europejskiej brytyjski socjolog Anthony Giddens proponuje, aby państwo dobrobytu stało się państwem aktywnym, które inwestuje w zasoby ludzkie, stawia na edukację... Proponuje rewolucję społeczną. Jakie zagrożenia, ale i jakie szanse niesie ze sobą ta propozycja? 

Od 1975 roku (Traktat Rzymski) Unia Europejska głosiła tezę, iż potrzebującemu należy wręczyć rybę zamiast wędki, to właśnie wtedy pojawił się zalążek programu Polityki Spójności, a zaledwie jedenaście lat później (1986 r. – Jednolity Akt Unii Europejskiej) do aquis wprowadzono rozdział poświęcony spójności gospodarczej i społecznej. Co ważne, w jego treści znalazło się odwołanie do konieczności wyrównania różnic między regionami drogą zmian strukturalnych i umożliwienia im pełnego udziału w rozwoju gospodarczym.

Tak wyglądał piękny sen europejski. Jednakże 25 lat później przyszedł czas weryfikacji doniosłych haseł i planów. Zweryfikowano i zapowiedziano... „koniec brukowania wsi”.

Ale od początku. Na czym polega polityka spójności UE?

Zadaniem Polityki spójności jest wspieranie działań prowadzących do wyrównania warunków ekonomicznych i społecznych w regionach Unii Europejskiej zaliczających się do NUTS II i NUTS III, czyli zmierzania do zmniejszenia różnic w poziomie rozwoju regionów oraz likwidacji zacofania najmniej uprzywilejowanych regionów i wysp, w tym obszarów wiejskich. Polityka spójności opiera się na trzech podstawowych instrumentach, tj.:

1. konwergencji;

2. know-how, czyli podniesieniu konkurencyjności regionów i zatrudnienia; 

3. europejskiej współpracy terytorialnej.

Jakie obszary europejskie dostają rybę?

Powstaje tu pytanie, jak mierzyć ogólny poziom rozwoju. Jest to proces złożony i nie można go interpretować bezspornie. Obejmuje on nie tylko zmiany zachodzące w gałęzi ekonomicznej, ale także społecznej, przestrzennej czy ekologicznej. Powszechnie stosowanym miernikiem rozwoju regionalnego jest wartość wytworzonego w regionie produktu krajowego brutto w przeliczeniu na jednego mieszkańca. Odzwierciedla on główny zysk działalności podmiotów gospodarczych danego regionu. Wskaźnik ten jest zarazem podstawowym wyznacznikiem beneficjentów pomocy polityki spójności. Unia Europejska wybiera państwa, które otrzymają pieniądze z funduszu za pomocą wyżej wspomnianego wskaźnika PKB per capita. Jeśli PKB na jednego mieszkańca w danym regionie jest mniejsze niż 75% średniej w Unii Europejskiej, wówczas taki obszar może liczyć na wsparcie z dotacji unijnych. Jeśli więc wszystkie regiony danego kraju mają niskie PKB, wówczas cały kraj może liczyć na wsparcie finansowe (tak jest w przypadku Polski). Są jednak takie kraje, w których tylko niektóre regiony są objęte pomocą unijną (np. część wschodnia Niemiec).

NUTS-y?

Obszar Unii Europejskiej podzielony jest na tzw. NUTS-y, czyli obszary, których wytypowanie i nazwanie ułatwia wybór regionów, które potrzebują wsparcia. NUTS, czyli Nomenclature of Units for Territorial Statistics, to po polsku Nomenklatura Jednostek Statystyki Terytorialnej. Cała Unia Europejska podzielona jest na pięć NUTS-ów, zaznaczyć trzeba, że do piątego należą także państwa, które starają się o przyjęcie do UE.

Polityka ta oceniania jest w sposób bardzo zróżnicowany. Niestety do roku 2000 nie spełniła swojej roli, a w odpowiedzi na pogłębiający się kryzys stworzono Strategię Lizbońską. Rada Europejska wskazała, że celem tej strategii jest uczynienie „...z Unii Europejskiej najbardziej dynamiczną, konkurencyjną i opartą na wiedzy gospodarkę na świecie, zdolną do zapewnienia zrównoważonego wzrostu, oferującą więcej lepszych miejsc pracy oraz większą spójność społeczną, jak również poszanowanie środowiska naturalnego”. U podłoża strategii leżało przekonanie, że aby polepszyć standard życia oraz utrzymać szczególny model społeczny w UE, Unia musi zwiększyć swoją produktywność i konkurencyjność w warunkach coraz silniejszej światowej konkurencji, zmian technologicznych i starzenia się społeczeństw. W związku z faktem, iż program reform obejmował wiele obszarów polityki leżących w kompetencjach państw członkowskich, zorientowano się, że jej realizacja jedynie na poziomie UE nie będzie możliwa. Strategia Lizbońska po raz pierwszy również odzwierciedliła pogląd, że gospodarki państw członkowskich są ze sobą nierozerwalnie powiązane i że w związku z tym działanie w jednym państwie członkowskim może mieć znaczące konsekwencje dla Unii Europejskiej jako całości.

Po kilku latach od wdrożenia projektu w życie okazało się, iż jego działania są mało efektywne a przede wszystkim pozbawione są priorytetów działania. Strategia miała sprawić, iż gospodarka państw członkowskich będzie w stanie konkurować z gospodarką Stanów Zjednoczonych i Japonii, a nawet je przegoni, okazało się, że plan pogłębił tylko lukę rozwojową UE. Cały projekt został podsumowany przez RAPORT stworzony przez KOKA. W raporcie Koka jako główne przyczyny porażki wskazano „zbyt obszerny program, słabą koordynację, sprzeczne cele oraz brak politycznej determinacji ze strony Państw Członkowskich”. Jednakże efektem krytyki stało się ponowne ruszenie z projektem Strategii Lizbońskiej, tzw. relaunch.

W 2009 roku ówczesny szwedzki przewodniczący parlamentu europejskiego Fredrik Reinfieldt oficjalnie wydał oświadczenie, iż Strategia Lizbońska okazała się porażką. Arkadyjska wizja wygranej podczas jednostronnej zimnej wojny pomiędzy UE a Stanami Zjednoczonymi upadła, nieoficjalnie projekt ten nazywa się „Niespełnionymi Marzeniami”. UE uznała, iż przegrała bitwę, ale nie wojnę i postanowiono zreformować Strategię Lizbońską. Skoncentrowano się na pobudzeniu innowacyjności z wykorzystaniem ICT oraz zbilansowane korzystanie z zasobów, powzięto również plan wzrostu i poprawy inwestycji w sferze B&R. Chciano pokazać, że w Europie jest bardzo dużo miejsc do inwestowania, rozwoju przedsiębiorczości i stwarzaniu owych miejsc pracy, co znajdowało przełożenie w eamarketingu (polityka spójności). Mocno zbilansowane cele do dwóch podstawowych i najważniejszych mogły być gwarancją sukcesu, ponieważ precyzyjnie wskazywały kierunek działania. Zaangażowały się również wszystkie państwa członkowskie. Reformy jednak nie odniosły skutku i Państwa Członkowskie zaczęły się niecierpliwić, a nawet nawoływać do zmiany polityki UE. Elżbieta Bieńkowska, była minister rozwoju regionalnego powiedziała: „Były już w Unii pomysły pompowania wielkich pieniędzy w biedne regiony, ale nie sprawdziły się. Większość państw Unii idzie w kierunku rozwoju obszarów metropolitarnych”.

Czym więc są owe obszary metropolitarne?

Aby móc się zastanowić nad rolą metropolii w Unii Europejskiej należy wyjść od definicji tegoż pojęcia. Już na wstępie napotykamy na problem, ponieważ nie ma jednoznacznej definicji, która by określała, co jest metropolią. Drogą dedukcji możemy uznać, iż mamy na myśli obszary, w których jest punkt dominujący, czyli miasto i jego otoczenie. Miasto dlatego jest metropolią, bo pełni określone funkcję wobec jego mieszańców i wobec jego otoczenia. Funkcje te określa się mianem wyższych, bo powodują, że dany ośrodek ma zdolność oddziaływania na otoczenie. Nie ma jednego wzoru dla metropolii, ponieważ w różnych krajach różne miasta uważa się za ważne z tego punktu widzenia. Niemniej jednak mamy na myśli punkty, które koncentrują na swoim obszarze instrumenty oddziaływujące na naukę, edukację, przemysł. Wspominam o tym dlatego, iż UE jako swą strategię obecnie obrało zieloną ekonomię, czyli inwestowanie w gospodarkę opartą na wiedzy i wynalazczości. Naturalnie zwraca to naszą uwagę na obszary metropolitarne, które przecież są ośrodkami skupiające know-how.

Korzyści z tworzenia metropolii wydają się być niezaprzeczalne. Metropolie tworzy się po to, by łatwiej rozwiązywać problemy które w pojedynkę rozwiązać trudniej, twierdzi europoseł Tadeusz Zwiefka. Janusz Zemke zaś uważa, że: „Metropolie to idea, która ma sens. Zawsze pojawi się problem, czy dzielić pieniądze równo, czy wzmacniać mocniejsze lokomotywy. Doświadczenie pokazuje, że lepiej umacniać lokomotywy, które sobie poradzą. Wtedy ciągną także wagoniki, które są za nimi”.

Rozwojowe lokomotywy

Metropolie określane mianem rozwojowych lokomotyw mają ciągnąć za sobą peryferie tzw. wagoniki. Jest to nowa taktyka Europy, która ma koncentrować się na pobudzaniu rozwoju peryferii, zamierza skupić się na wzmacnianiu pozycji najlepiej rozwiniętych części kraju, a więc przede wszystkim największych aglomeracji. Innymi słowy Europa wdraża model polaryzacyjno-dyfuzyjny. Na czym on polega?

Polaryzacja, czyli pobudzanie wzrostu gospodarczego nawet za cenę doraźnych nierówności, ale również dyfuzja czyli rozlewanie owocu wzrostu w taki sposób, by stopniowo wyrównać szanse regionów i grup pomiędzy sobą. Motorem rozwoju będzie nadal gospodarka, zmieni się natomiast rola państwa. Z „Welfare state”, którego celem jest zabezpieczenie przed podstawowym ryzykiem życiowym, społecznym i ekonomicznym, musi stać się aktywnym i inteligentnym promotorem szans rozwojowych.

Co model polaryzacyjno-dyfuzyjny oznacza w praktyce?

W biednych regionach należy inwestować w to wszystko, co pomoże im podłączyć się do sukcesu osiąganego w regionach bogatszych. Michał Boni – twórca dokumentu „Polska 2030 Wyzwania Rozwojowe” (plan zastosowania tegoż modelu w Polsce) – nie ukrywa, że model ten przyczyni się do regionalnych nierówności w poziomie rozwoju („Jeśli wybiera się model polaryzacyjno-dyfuzyjny, to konsekwencją jest silne sprzyjanie wzrostowi lokomotyw rozwojowych, akceptacja pewnej skali nierównomierności tempa rozwoju”). Bez sensu przecież jest z punktu ekonomicznego stawianie hut wytopu stali w regionach z dala od surowców i klientów. Nie łudźmy się – jedne regiony zastygają, inne się rozwijają. Wiedzą o tym Jankesi, którzy próbowali już ożywić konające miasta, prowadzili do nich autostrady, wznosili w nich fabryki, ustanawiali specjalne strefy ekonomiczne. Bezskutecznie. Rozczarowali się również Niemcy i Włosi. Wyśnione przez mieszkańców Polski B inwestycje mogą przypominać unowocześnianie Iranu z „Szachinszacha” Ryszarda Kapuścińskiego. Szach Reza Pahlavi, który dorobił się na nafcie postanowił zapewnić swojej ojczyźnie bogactwo. Eksportował z obczyzny gotowe fabryki, hale, a gdy towary przybyły na statkach, okazało się, że nie ma portów. Gdy wymyślono jak je wyładować, nie było jak ich przetransportować. Gdy finalnie fabryki stanęły należało ekspertów sprowadzić z zagranicy, ponieważ w Iranie nikt nie miał odpowiednich umiejętności. W ten sposób Iran wyrzucił miliony dolarów w błoto.

Państwo musi wybierać. Czy bardziej opłaca się inwestować w fabrykę w metropolii, czy pod wschodnią granicą... Odpowiedź jest logiczna i prosta. W metropolii, gdyż tam znajdzie się inwestor, know-how, mechanizm popyt-podaż... Choćby te aspekty pokazują, że różnice muszą istnieć. Oznacza to także, że nie warto na siłę tworzyć tego, co nie ma racji bytu w danych okolicznościach. Należy wykorzystywać potencjał danego miejsca i bogactwo natury. Obszary biedniejsze uzyskują swoją szansę rozwoju wtedy i tylko wtedy, gdy uczestniczą w sukcesie najsilniejszych regionów, a nie na skutek doraźnej pomocy w ramach polityki redystrybucji i przyznania rozmaitych przywilejów. O tym właśnie mówią ekonomiści, przekonując, że „...nie ma sensu dążyć do tego, by na siłę w każdym miejscu w kraju tworzyć miejsca pracy, bo nie wszędzie dadzą się one produktywnie stworzyć i utrzymać” – (L. Balcerowicz); „...światem rządzą metropolie” – (G. Gorzelak); „...wydawanie pieniędzy na tworzenie miejsc pracy w Polsce B jest najgorszym możliwym wariantem. Gospodarka rozwija się w dużych miastach, i to je musimy wspierać”  – (R. Petru).

„Na Europy peryferiach...”

Niestety już dziś możemy ocenić, iż model polaryzacyjno-dyfuzyjny nie jest wyjściem idealnym. Przykładem może być województwo mazowieckie, gdzie plan zatrzymał się na etapie polaryzacji. Obszar, który powinien być pędzącą lokomotywą i wzorem dyfuzji rozwoju z bogatej metropolii na pozostałe tereny w rzeczywistości jest województwem przypominającym trochę... Indie – z jednej strony bogactwo, a zaraz obok skrajna bieda. Województwo Mazowieckie może się poszczycić tym, iż jego PKB przekracza 75% średniej dla całej UE. Tylko sama Warszawa odpowiada za generowanie 61,6% PKB per capita dla całego województwa, a dwa podregiony podwarszawskie za 18,2%. „Gdyby z województwa mazowieckiego wyłączyć aglomerację warszawską, nagle okazałoby się, że poziom rozwoju bogatego Mazowsza utrzymuje się na poziomie województwa wschodniego należących do najbiedniejszych regionów Unii Europejskiej”. Nadzieje na ogrzanie się w blasku stolicy okazały się płonne. Rozwój z bogatej metropolii wcale nie rozlewa się na okolicę. Niesie to za sobą dalsze zjawiska niebezpieczne dla peryferii.

Anthony Giddens brytyjski socjolog, ekspert Labour Party, przestrzegał, że już niedługo zmierzymy się z problemami, które dręczą świat: globalizacją, przemianami demograficznymi i ekonomicznymi. „Nie pomoże zaklinanie rzeczywistości: społeczeństwo się starzeje, rolnictwo kurczy, ludzie migrują. Uboższe regiony się wyludniają, bogate metropolie-zaludniają. To dopiero początek procesu.” – ostrzegał A. Giddens.

Cel uświęca środki?

Czy w imię sukcesu wsie należy pozostawić samym sobie? A. Giddens proponuje, aby Welfare state stało się państwem aktywnym, które inwestuje w zasoby ludzkie, stawia na edukację... Proponuje rewolucję społeczną. Dlaczego?

Gdyż to usługi i przemysł są przyszłością nowoczesnej gospodarki, wypierając dawny system. Nowe zawody wymagają precyzyjnego wykształcenia. „Państwo będzie musiało zreformować system społeczny, tak by mniej wydawać na zasiłki i emerytury, a znacznie więcej na edukację i wychowanie dzieci” – przekonuje brytyjski naukowiec. Bo to przecież dzieci są przyszłością, powinny mieć szanse nauki poruszania się w międzynarodowym środowisku i umiejętności przystosowania się do zmieniających się warunków.

Im Westen nicht neues

Mimo iż od 1975 roku Wspólnota usilnie próbuje rozbić ekonomiczny bank, stawiając stale na coraz to nowsze plany, modele, taktyki, to jednak bardziej jej działanie przypomina hazardzistę, który przegrywa i codziennie wraca do kasyna, aby się odegrać... Mimo, że hazardzista zmienia odzienie to jednak obsługa kasyna i inni goście doskonale go rozpoznają. Jedni z ciekawości, drudzy z nudy obserwują kolejne poczynania. Czy uśmiechnie się do niego szczęście i w końcu rozbije bank? Czy może powinien udać się na odwyk?

Fot. sxc.hu

Czytany 4654 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04