piątek, 05 kwiecień 2013 08:47

Tomasz Skowronek: Piracka Zatoka Gwinejska

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

pirates-1geopolityka  Tomasz Skowronek

Państwa leżące wzdłuż Zatoki Gwinejskiej mają znacznie ograniczone możliwości w walce z piractwem. Na chwilę obecną mało prawdopodobne jest, aby siły morskie innych państw zainterweniowały na tym akwenie, jak to miało miejsce w Zatoce Adeńskiej. Tymczasem tylko w ostatnim roku liczba ataków pirackich wzrosła aż o 50%...

Somalijscy piraci, którzy budzili strach wokół Rogu Afryki, ostatnio znacznie ograniczyli swoją działalność, zwłaszcza po tym, jak wspólnota międzynarodowa wysłała okręty oraz uzbroiła cywilne statki. Jeszcze w 2009 r. doszło aż do 163 ataków. W 2012 r. u wybrzeży Somalii odnotowano „tylko” 35 takich przypadków. Metoda dozbrajania okazała się skuteczna. Dzięki temu Międzynarodowe Biuro Morskie odnotowało znaczny spadek pirackich ataków – po tylko za jednym akwenem... Mowa tutaj o Zatoce Gwinejskiej, sięgającej od Gwinei aż po Republikę Konga. Region ten, z roku na rok staje się coraz bardziej niebezpieczny dla okrętów. Tylko w ciągu ostatniego roku, ataki wzrosły prawie o 50%. Piractwo zatem tam zaczyna bujnie kwitnąć, a warto zwrócić uwagę, że jeszcze dekadę temu, problem ten w ogóle nie istniał.

Najczęstsze ataki występują na wodach terytorialnych Nigerii, Beninu, Toga oraz Kamerunu. Piractwo narodziło się tam ok. 10 lat temu, głównie u wybrzeży Nigerii. Początkowo przedmiotem napadów były małe łodzie rybackie lub lokalne statki przewożące towary. Zatoka Gwinejska stała się wprost idealnym miejscem dla narodzin piractwa. Na lądzie otaczającym ten akwen szaleje korupcja, zaś same wody pozostawały słabo zabezpieczone. Również instytucje państwowe są słabe. W samych krajach rozwijają się liczne konflikty społeczne, bieda i brak stabilności politycznej a ostatnio także „przekleństwo Czarnego Lądu” – boom naftowy. Właśnie po ostatnim wzroście eksportu ropy naftowej, piraci zaczęli napadać na wielkie tankowce, które coraz częściej zaczęły pojawiać się na tych niebezpiecznych wodach.

Warto zaznaczyć, że piraci pozostają silnie związani z różnymi zorganizowanymi organizacjami przestępczymi, a nawet i to bardzo często – z urzędnikami, policjantami czy żołnierzami. Mając na uwadze te kwestie, oraz w przyszłości większe wydobycie ropy naftowej – można śmiało prognozować że problem piractwa w Zatoce Gwinejskiej będzie się istotnie pogłębiał.

Jak podaje amerykański think-tank Stratfor – napady występują zwykle w odległości ok. 110 mil morskich od brzegu. Oznacza to, że piraci dysponują coraz lepszym sprzętem i używają coraz bardziej zaawansowanych technicznie łodzi. Najazdy zdarzają się także przy portach tak, jak to miało miejsce na Pointe-Noire w Kongu, Lagos w Nigerii czy tylko 17 mil od Lome, stolicy Togo, kiedy to uprowadzono grecki tankowiec. Statek został uwolniony dość szybko, gdyż po dwóch dniach, ale ukradziono z niego blisko 3 ton paliwa. Piraci zabrali też część ładunku, biżuterię i pieniądze należące do załogi.

Plan ataku na tankowce jest bardzo podobny do taktyki somalijskiej – szybki atak i szybki odwrót. Do danej jednostki podpływają łodzie motorowe, uzbrojeni w ostrą broń mężczyźni terroryzują bezbronną załogę. Przejmują statek i kierują go do swej bazy, w której przepompowują tony ropy naftowej. W porównaniu do somalijskich band, piraci z Zatoki Gwinejskiej nie atakują statków w celu porwania ludzi i brania za nich okupu. Ich głównym celem jest ropa naftowa, którą później sprzedają na czarnym rynku. Podobnie czynią z kosztownościami załogi. Wskutek tego podejścia zakładnicy często są gorzej traktowani, ponieważ nie są oni głównym celem rabunku i nie są rzeczywistym „kapitałem”. W czasie ataku piraci nie muszą się zatem liczyć z ofiarami. Inaczej jest z somalijskimi piratami, którzy muszą lepiej traktować załogę, aby skutecznie negocjować i dostać okup.

Państwa leżące wzdłuż Zatoki Gwinejskiej mają znacznie ograniczone możliwości w walce z piractwem. Na chwilę obecną mało prawdopodobne jest, aby okręty innych państwa zainterweniowały na tym akwenie, jak to miało miejsce w Zatoce Adeńskiej. Na wybrzeżach Somalii, społeczność międzynarodowa musiała w końcu zainterweniować, ponieważ Somalia to państwo upadłe, rozdarte, rządzone przez różne klany. W dodatku znajduje się tuż obok jednego z najważniejszych i najbardziej ruchliwych szlaków morskich świata, łączących Europę z Azją. W wypadku analizowanego akwenu sytuacja wygląda nie co inaczej, co nie oznacza braku zainteresowania za strony wspólnoty międzynarodowej stabilizacją na tym akwenie. Kraje tam położone produkują około 500 mln litrów ropy naftowej dziennie, a liczba ta z pewnością wzrośnie. Europa kupuje ok. 40% ropy z tego regionu a Stany Zjednoczone ok. 29%.

Wskutek nabrzmiewającej sytuacji także same państwa regionu powoli zaczęły współpracować ze sobą w walce z piractwem. Nigeria, wraz z Beninem, wysłała na wody wspólne patrole. Także Kamerun rozpoczął operację antypiracką. Jednak te działania nie należą do bardzo skutecznych, m.in. ze względu na korupcję. Sama współpraca nie jest również zbyt aktywna. Mniejsze kraje, takie jak Togo czy Benin posiadają dość niewielkie możliwości finansowe, jak i militarne do zwalczania piractwa. Natomiast dwa najsilniejsze państwa w regionie, czyli Nigeria i Kamerun od lat prowadzą miedzy sobą spór graniczny na półwyspie Bakassi. Tak więc ich kooperacja jest na chwilą obecną ograniczona.

Należy zwrócić uwagę też na kolejny aspekt – kraje wokół Zatoki Gwinejskiej nie były dobrze przygotowane na zagrożenie piractwem. Tym samym społeczność międzynarodowa nie wątpliwie musi pomóc afrykańskim państwom w budowaniu wspólnej strategii bezpieczeństwa, co niewątpliwie już zaczyna następować. W 2011 r. amerykańska marynarka wojenna zorganizowała ćwiczenia wojskowe dla togijskiej marynarki. Jednak klucz do rozwiązania problemu na morzach wciąż pozostaje na lądzie.

Zbrojne akcje na morzu nie zlikwidują źródła problemu, ale tylko ograniczą jego objawy. Rozwój piractwa na Zatoce Gwinejskiej ma swoje źródła w słabych instytucjach państwowych oraz w ogromnej biedzie. Piractwem zajmują się głównie zdesperowani rybacy oraz młodzi ludzie, którzy nie widzą dla siebie przyszłości. Przykładowo w Nigerii prawie 70% społeczeństwa żyje poniżej progu ubóstwa, czyli jakieś 100 mln ludzi. Rządy państw muszą jednak działać szybko. Przecież wszyscy piraci po rabunkach wracają na ląd, gdzie mają swoje bazy i działają na czarnym rynku pozbywając się „fantów”. Tym co niewątpliwie pomogłoby rozwiązać w znacznej mierze sytuację, to gruntowna reforma służb porządkowych, które są bardzo skorumpowane i wprost utrudniają walkę z piractwem. W końcu należałoby przeprowadzić reformy gospodarcze i społeczne, które zmniejszą bezrobocie, oraz zapewnią przyszłość młodym pokoleniom, odwodząc go od pirackiej kariery. Tak więc rozwiązanie problemu na wodach leży w polityce państw realizowanej na lądzie.

Czy jednak ta droga ma szansę szybkiej realizacji w obliczu afrykańskiego boomu naftowego, aktywnie niszczącego delikatną tkankę społeczną w państwach leżących wzdłuż Zatoki Gwinejskiej?

Fot. businessnews.com.ng

Czytany 6796 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04