poniedziałek, 28 listopad 2011 09:57

Tomasz Skowronek: Latynoamerykański zwrot w lewo

Oceń ten artykuł
(1 głos)

chavez


  Tomasz Skowronek

Od kilku dobrych lat, prawie cała Ameryka Łacińska zwróciła się na lewo. Wpływ na to miały czynniki geopolityczne, historyczne oraz przede wszystkim społeczno-ekonomiczne. Stany Zjednoczone uważnie przyglądają się temu zjawisku. Waszyngton wielokrotnie zwalczał zaciekle ruchy lewicowe na kontynencie, przez wiele lat grając pierwsze skrzypce w tym regionie. Dlaczego społeczeństwo latynoamerykańskie dało "zielone światło" lewicowym przywódcom?

Kraje Ameryki Łacińskiej wiele łączy – można byłoby nawet stwierdzić, że Ameryka Łacińska to jeden wielki kraj. Tutejsze państwa mają wspólną kulturę, religię i język (poza Brazylią, która była portugalską kolonią). Razem zmagają się z nędzą, korupcją, przemocą, globalizacją, zadłużeniem ale też walczą o poprawę poziomu życia swoich obywateli i zmniejszenie panującej biedy. Niestety nierówności społeczne należą do jednych z największych na świecie. Wszystkie państwa latynoamerykańskie przeżyły również okrutne, krwawe rządy dyktatorskie, zazwyczaj popierane przez USA, które chroniły własne interesy. Już na początku 1823 roku, po ogłoszeniu Doktryny Monroe Waszyngton uznał obie Ameryki za obszar, na którym znajdują się ich prywatne zasoby i robiły wszystko, żeby uzyskać kontrolę nad tym kontynentem. 

 

Pierwszym przejawem zwalczania rządów lewicowych na kontynencie, był zamach stanu w Gwatemali w 1954 roku. Wówczas wojskowa junta przerwała reformy lewicowego prezydenta Jacobo Arbenza. Prawicowe rządy wojskowych i niepokoje społeczne trwały aż do 1985 roku. Bardzo ważnym wydarzeniem była też rewolucja kubańska. Początkowo władze Białego Domu chciały podporządkować sobie Fidela Castro. Gdy to się nie udało, Amerykanie robili wszystko, aby obalić rząd Fidela (m.in. drogą zamachów terrorystycznych, bezpośrednich ataków na ludność cywilną, wielokrotne próby zabójstwa kubańskiego lidera itp.). Waszyngton obawiał się, że jak Castro przetrwa, to rewolucja kubańska może stać się prawdziwym dowodem na to, iż można z sukcesem przeciwstawić się Stanom Zjednoczonym. Jak wiadomo – maleńka Kuba zdołała się oprzeć kolosowi, stając się inspiracją dla wielu państw regionu, które próbowały wyrwać się spod dominacji Waszyngtonu. W późniejszych latach prezydenci Stanów Zjednoczonych kontynuowali politykę "antylewicową", popierając m.in. pucz w Chile w 1973 roku, oraz zwalczając sandinistów, którzy obalili krwawego dyktatora Antastasio Somozę. Najkrwawszym okresem dla Ameryki Łacińskiej, a zwłaszcza dla Ameryki Środkowej, było dojście do władzy Ronalda Reagana (1981-1989). Jego administracja popierała dyktatury i zdecydowanie zwalczała ruchy lewicowe, czy opozycyjne wobec dyktatu Waszyngtonu. To administracja Reagana wspierała krwawe rządy w Salwadorze, czy Gwatemali (mordowano księży m.in. Oscara Romero, wspierano Szwadrony Śmierci, które dokonywały masowych, gwałtownych zabójstw na rodzinach opozycjonistów, czy bezdomne dzieci). Przez te wydarzenia, latynoamerykańska lewica stała się jeszcze bardziej przywiązana do "anty-amerykanizmu".

Ameryka Łacińska skręca w lewo

W latach od 1999 do 2010, od Ameryki Środkowej, aż po Argentynę, we wszystkich niemal krajach, władzę, w demokratyczny sposób przejmowali lewicowi, bądź centrolewicowi przywódcy. Wraz z upadkiem dyktatur i powolnymi narodzinami „demokracji”, rosło też wielkie niezadowolenie. Nędza, bieda, zależność od USA, czy przemoc niestety nie zniknęły. Społeczeństwa latynoamerykańskie postanowiły dać szansę przywódcom, którzy głosili antyimperialne i antyneoliberalne hasła. Waszyngton ostrzegał przed rządami "populistów", które mogą zrujnować gospodarkę. Jednak, jak się okazało – niepotrzebnie. To właśnie lewicowe rządy zapewniły w regionie prawdziwą stabilność i demokrację. Władze USA musiały się pogodzić z coraz bardziej niezależną polityką tych państw. Rządy lewicowe na północnej półkuli są bardzo różnorodne. Jedni przywódcy używają bardziej radykalnego, czy "rewolucyjnego" języka, inni są bardziej umiarkowani, jednak wszyscy bardzo blisko ze sobą współpracują. Wszyscy mają pozytywny stosunek do rewolucji kubańskiej. Mają też identyczny cel – ograniczenie biedy i zapewnienie większej niezależność od Waszyngtonu.

W Brazylii wybory w 2003 roku wygrał były związkowiec Lula Da Silva – największy fenomen w Ameryce Łacińskiej ostatnich lat. Da Silva nie miał skończonej nawet szkoły podstawowej. Straszono, że nowy prezydent zniszczy kraj i zrujnuje gospodarkę. Dziś, po jego ośmioletnich rządach mówi się o "cudzie brazylijskim" – ze skrajnej nędzy wyszło prawie 30 mln Brazylijczyków. Administracja brazylijskiego prezydenta podniosła płacę minimalną, kredyty stały się bardziej dostępne dla biednych, ubogie dzieci zaczęły wreszcie powszechnie chodzić do szkoły. Wprowadzony został także program "Zero głodu". Lula Da Silva świetnie połączył wzrost gospodarczy z ochroną socjalną, w efekcie czego Brazylia staje się prawdziwym mocarstwem.

W Argentynie również w 2003 roku władze przejął lewicowy peronista Néstor Kirchner, który wyprowadzili gospodarkę z najgłębszego kryzysu gospodarczego w historii tego kraju. Mimo wysokiego poparcia społecznego, nie zdecydował ubiegać się o reelekcję. Poparł kandydaturę swojej żony, Cristiny Kirchner która została prezydentem. Dziś Argentyna może pochwalić się wysokim wzrostem gospodarczym i spadającym bezrobociem.

W Wenezueli władzę przejął Hugo Chavez – dla wielu najbardziej kontrowersyjna postać latynoamerykańska ostatnich lat. Chavez słynnie z ostrego języka oraz z wielkiej niechęci do Stanów Zjednoczonych. Przez przeciwników jest oskarżany o dążenia do dyktatury. Sam Chavez nie ukrywa, że chciałby rządzić jeszcze trzecią kadencję. Jednak Organizacja Państw Amerykańskich, czy Centrum Jimmy'ego Cartera uznały wybory czy referenda w Wenezueli za uczciwe. Sam Chavez może również się pochwalić pewnymi osiągnięciami. W 2004 roku wzrost gospodarczy Wenezueli wynosił aż 18%. Dzięki wysokim cenom ropy naftowej zlikwidowano deficyt budżetowy i znacznie ograniczono poziom biedy. W 1998 r. poniżej progu ubóstwa żyło 55% Wenezuelczyków, zaś w 2008 roku już tylko 27%. Wzrosła płaca minimalna, powstały szkoły boliwariańskie, w których dzieci otrzymują bezpłatne posiłki. Znacznie ograniczono analfabetyzm. Problemem nadal pozostaje ogromna przestępczość. Stolica państwa –  Caracas obecnie nadal jest jednym z najbardziej niebezpiecznych miast na świecie.

W Boliwii prezydentem został Evo Morales, który jest pierwszym prezydentem indiańskiego pochodzenia w tym kraju. Podobnie, jak wenezuelska głowa państwa, prowadzi antyamerykańską politykę. Sam prezydent cieszy się 60% poparciem.

W Ekwadorze 4 lata temu w wyborach zwyciężył lewicowy ekonomista i były minister finansów Rafael Correa. Prezydent ogłosił zawieszenie spłacania przez Ekwador zadłużenia zagranicznego, które nazwał "bezprawnym" ponieważ został zaciągnięty przez reżim wojskowy, który był marionetkową strukturą Stanów Zjednoczonych.

W Chile prawdziwa fala zwycięstw lewicy nastąpiła w latach 2000-2010. Najpierw na czele koalicyjnego rządu socjalistów i chadecji stanął ekonomista i prawnik Ricardo Lagos. Za jego prezydentury podpisano porozumienia o wolnym handlu m.in. z Chinami, Unią Europejską oraz Koreą Południową. W 2006 roku władzę przejęła socjaldemokratka Michelle Bachelet, która odchodząc z urzędu cieszyła się aż 65% poparciem społecznym.

Fala zwycięstw lewicy w krajach latynoamerykańskich nie ominęła Urugwaju. Po wieloletnich rządach Partii Colorado (skupiająca polityków centrolewicowych i liberałów), Urugwajczycy postanowili dać szansę socjaldemokratom i socjalistom. W 2005 roku wybory wygrał Tabare Vazquez. Za jego rządów spadło znacznie bezrobocie. Władze zapewniły świadczenia socjalne dla najuboższych oraz podniosły opodatkowanie dla najbogatszych. W 2010 roku prezydentem został jego partyjny kolega, były partyzant José Mujica. Wielu komentatorów obawiało się, że stanie się drugim Chavezem czy Danielem Ortegą z Nikaragui. Jednak Mujica okazał się bardzo umiarkowanym socjalistą, który kontynuuje politykę Vazqeza.

Konsensus Waszyngtoński odrzucony

Neoliberalna recepta, która była zgodna z założeniami „Konsensusu Waszyngtońskiego”, zastosowana w krajach Ameryki Łacińskiej na początku lat dziewięćdziesiątych XX w. nie sprawdziła się w ogóle. Okazało się także niezwykle bolesna dla społeczeństwa latynoamerykańskiego. Ta polityka nie tylko nie zlikwidowała problemów społecznych, ale wręcz jeszcze pogłębiła nierówności. Jej skutkiem nadal duża część społeczeństwa nie ma dostępu do energii elektrycznej, a dzieci są niedożywione. Konsensus waszyngtoński w założeniu oznaczał gwarancję praw własności – jak najmniej państwa i rządu, czyli prywatyzacja przedsiębiorstw państwowych, liberalizacja handlu, czyli otworzenie się gospodarki na globalizację.

Zastosowanie polityki neoliberalnej w krajach latynoamerykańskich świetnie opisał Joseph Stiglitz – ekonomista i noblista w dziedzinie ekonomii z 2001 roku: „Jeszcze w 1999 r. szefowie MFW stawiali Argentynę za wzór dla państw rozwijających się. Dwa lata później nastąpiła całkowita zapaść. Neoliberalna recepta nie działa. W Ameryce Łacińskiej w latach 90. – gdy większość krajów podążała za wskazaniami MFW – wzrost gospodarczy stanowił ledwie połowę wzrostu osiąganego w latach 50., 60. czy 70. Nie muszę dodawać, że beneficjentami wzrostu w latach 90. byli jedynie ludzie ze szczytów drabiny społecznej".

Nowe lewicowe rządy całkiem lub przynajmniej częściowo zrezygnowały z "Konsensusu Waszyngtońskiego" wybierając inną drogę. Lewicowi reformatorzy postawili na inwestycje publiczne i walkę ze zjawiskiem biedy i wykluczeniem społecznym. Zastosowano większy interwencjonizm państwowy i protekcjonizm, a surowce naturalne nie są już kontrolowane przez korporacje międzynarodowe. Gospodarka krajów Ameryki Łacińskiej rozwija się bardzo dobrze. Latynoamerykańskie kraje są świadkami wysokiego wzrostu gospodarczego. Jeżeli przyjrzymy się wskaźnikowi rozwoju społecznego (HDI), to widać znaczną poprawę, a na arenie międzynarodowej Ameryka Łacińska ma coraz więcej do powiedzenia.

Co dalej?

W roku 2011 Ameryka Łacińska nadal skręca w lewo. W Argentynie ponowne wygrała Cristina Kirchner, która odniosła miażdżące zwycięstwo w wyborach prezydenckich, uzyskując 53,96% poparcia. W Nikaragui wybory wygrał sandinista, Daniel Ortega zdobywając 62,65% głosów. W Peru – umiarkowany socjalista, były wojskowy Ollanta Humala, który już zapowiedział wzrost płacy minimalnej oraz potrzebę wzmocnienia roli państwa w gospodarce. Nowy prezydent Peru chce pójść drogą byłego prezydenta Brazylii Luli Da Silvy. Brazylijczycy od tego roku mają nowego prezydenta. Jest nim socjalistka Dilma Rousseff, była szefowa gabinetu prezydenta da Silvy, która jest także pierwszą kobietą na tym stanowisku. Pani prezydent ma zamiar kontynuować politykę Luli. Jedynie w Chile, po raz pierwszy od 1990 roku, wybory prezydenckie wygrał kandydat centroprawicy Sebastián Piñera. Co ciekawe – już teraz Chilijczycy twierdzą że jest najgorszym prezydentem tego kraju od 1990 roku. Jednak z oceną będzie trzeba poczekać jeszcze 4 lata.

Poparcie dla lewicy w Ameryce Łacińskiej pokazuje, że społeczeństwo akceptuje lewicowych reformatorów i prowadzoną przez nich coraz bardziej niezależną politykę gospodarczą. Ameryka Łacińska potrafi pogodzić wzrost gospodarczy ze sprawiedliwością społeczną, skutecznie zmniejszając obszary biedy i nędzy – choć jeszcze wiele pozostaje do zrobienia. Obrana droga wskazuje, że Ameryka Łacińska rozwija się i ma na tym polu poważne sukcesy. Wraz z rozwojem gospodarek polepsza się też jakość życia, a demokracja stale się umacnia. Kontynent zaczyna dążyć do niezależności i z powodzeniem odzyskuje należną mu godność.

Czytany 7790 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04