piątek, 04 wrzesień 2015 07:14

Tomasz Jankowski: Geopolityka człowieka lewicy

Oceń ten artykuł
(8 głosów)

Tomasz Jankowski

Spór wokół definicji lewicowości, tak jak w przypadku innych ogólnikowych definicji politycznych, doczekał się już wielu opracowań, artykułów czy nawet pouczeń ze strony „przyznających się” do tego pojęcia. Zazwyczaj dotyczy to podziałów na tle ideowo-historycznym, czyli socjaldemokracja vs. komunizm, nierzadko uzupełnionym o aspekt partyjny, czyli np. PSOE vs. PODEMOS lub SYRIZA vs. KKE lub pożądanej postawy, co do konkretnych postulatów. Nie rzadziej występują spory na temat samego źródła lewicowości i wartości z nią związanych. „Wolność – równość – braterstwo”, a może „cała władza w ręce rad”? Niniejszy artykuł, jak zwykle bywa przy tego rodzaju okazjach, zakłada oczywiście pewną tezę, ale tym razem spróbujemy wykazać różnice na tle geograficznym, uzupełnionym o aspekt polityczno-historyczny.

Od Paryża do Moskwy

Zwykle, gdy idzie o lewicowość, jako jej źródło podaje się fakt zasiadania po lewej stronie deputowanych stanu trzeciego we francuskich Stanach Generalnych. Uwzględnia to oczywiście aspekt klasowy, ale dopiero powstanie i popularyzacja idei socjalistycznych ugruntuje tę pozycję (np. w Danii „lewica” nie jest utożsamiana z socjalizmem, a raczej z opcją liberalną). Za historyczne wydarzenie, będące pierwszym wyrazem próby realizacji tych ideałów, należy więc uznać dopiero Komunę Paryską, wśród której nie brakowało zwolenników nowych prądów. Tak się złożyło, że ona właśnie połączyła siłą rzeczy ideę narodową z żądaniem równości społecznej. W dalszej historii Europy (z powodów praktycznych, należy ograniczyć badanie jednak do tego kontynentu jako źródła) występowały jeszcze inne zrywy i krótkotrwałe próby realizacji idei socjalistycznych, jak choćby rozlewająca się po całej carskiej Rosji rewolucja 1905 roku, ale dopiero sukces bolszewików wyznaczył ramy, w których poruszamy się (świadomie lub nie) do dziś.

Europa Zachodnia przez następne lata już nigdy nie dokonała takiego kroku na drodze do komunizmu, a ten ostatni był tam tylko jedną z wersji lewicowości. Zwycięstwa Labour Party w Wielkiej Brytanii, Frontów Ludowych we Francji i Hiszpanii czy dominacja SPD w pierwszym dziesięcioleciu Republiki Weimarskiej nie wywołały tak ogromnego wpływu na sytuację społeczną w swoich krajach, jak rewolucja październikowa.

Poza Związkiem Radzieckim miała miejsce ostre walki między socjaldemokratami, a komunistami, które pomimo występowania również nurtów pośrednich raczej zdominowały podział na lewicy. Cezurę wyznaczyła jednak II wojna światowa i jej następstwa. Tak się złożyło, że awangardami walczących między sobą sił były państwa zdominowane przez ideologię (co było widać nawet w ich państwowych symbolach), czyli nazistowska III Rzesza ze swastyką, liberalno-kapitalistyczny sojusz Wielkiej Brytanii i USA z Union Jackiem i Statuą Wolności oraz wspomniany Kraj Rad z sierpem i młotem na czerwonym sztandarze. Zwycięstwo Armii Czerwonej było jednocześnie „amnestią” za bolszewicki terror, Wielką Czystkę, ale także za zbrodnie wojenne jak Katyń. Niewielu ludzi lewicy na Zachodzie miało odwagę krytykować wówczas Związek Radziecki, a demokracje ludowe na wschód od Berlina bardzo szybko zyskały oficjalne uznanie przez międzynarodowe instytucje.

Moskwa stała się więc mimowolnie stolicą lewicy na świecie. Tego wrażenia nie zmazały narodziny maoizmu, a zachodnioeuropejska socjaldemokracja, przechodząc na coraz bardziej liberalne pozycje (w tym rezygnując z marksistowskiej terminologii), powoli degradowała się do roli lewego skrzydła kapitalizmu. Jednocześnie wydarzenia węgierskie w 1956 r., Pradze w 1968 r. i polski stan wojenny w 1981 r. – kompromitowały w coraz większym stopniu zachodnie partie komunistyczne, a nawet doprowadziły do narodzin tzw. eurokomunizmu, który jednak nie zyskiwał szerszego poparcia wśród wyborców. Strefa wpływów ZSRR, będąc coraz bardziej izolowaną na scenie międzynarodowej – weszła w okres budowy nowego projektu, który śmiało można nazwać odrębną cywilizacją. Choć to tylko niecałe 50 lat – ten podział, mimo napływu zachodnich wzorców, nie tylko widoczny jest do dziś, ale przynajmniej w Polsce nie stracił na aktualności.

Anarchia czy silna władza?

Pierwszym z zauważalnych podziałów między lewicą okcydentalną, a orientalną jest sam stosunek do kwestii związanych ze sprawowaniem władzy. Hasło „cała władza w ręce rad”, będące wyrazem odrzucenia liberalnej demokracji na rzecz jej bardziej bezpośredniej, pracowniczej formy, okazało się wstępem do leninowskiej „dyktatury proletariatu”, która uznawszy partię bolszewicką za awangardę rewolucji, automatycznie obdarzyła ją całą władzą. W łonie partii, również leninowski „centralizm demokratyczny” szybko uległ przeobrażeniu w nieformalną dyktaturę Józefa Stalina i jego następców. Podobny system, z mniej lub bardziej ograniczonymi wolnościami politycznymi występował również w całym bloku wschodnim, z tą różnicą, że oprócz partii centralnej – komunistycznej, występowały partie satelickie (przeznaczone dla nierobotniczych klas społecznych lub wyznawców niekomunistycznych ideologii, w NRD istniała nawet partia narodowa, będąca swoistym czyśćcem dla dawnych członków NSDAP).

Z drugiej strony na zachodzie, w warunkach liberalnej demokracji, rozwijały się lewicowe prądy, negujące samą istotę władzy państwowej czy nawet odrzucające hierarchiczność wśród struktur społecznych. Dodatkowym aspektem tej popularności był los anarchistów w bolszewickiej Rosji. Ten kierunek rozwinął się zwłaszcza w Nowej Lewicy, która adoptowała wiele z anarchistycznych idei. Na tej kanwie popularność zyskały tzw. skłoty, czyli nielegalnie zajmowane budynki publiczne, w których prym wiodą ludzie prowadzący alternatywny tryb życia, często przeciwnicy władzy państwowej.

Podsumowując pierwszy z wyraźnych podziałów należałoby zaznaczyć, że „człowiek lewicy Zachodu” postrzega bezpośredniość demokracji i/lub odrzucenie władzy państwowej jako element warunkujący społeczną sprawiedliwość, podczas gdy jego wschodni rywal warunkuje poparcie dla władzy realizacją przezeń ideałów lewicy. Nie trudno zauważyć, że wpływa to na cały szereg różnic światopoglądowych między oboma typami.

Publiczna własność czy wysokie podatki?

Eduard Bernstein, uważany za ojca socjaldemokracji, opracował koncepcję, wedle której kluczowa dla socjalizmu jest nie tyle kwestia własności środków produkcji (teza Karola Marksa i Fryderyka Engelsa), co redystrybucja dochodów. Stwierdzenie to, popierane dziś szeroko przez socjalliberałów, socjaldemokratów, a nawet radykalną lewicę na Zachodzie, w konsekwencji doprowadziło do utraty znaczenia konfliktu między pracą, a kapitałem. Zachodnie państwo dobrobytu, powstałe w obawie przed dalszą popularyzacją idei komunistycznych, nie negowało bowiem wielkiej własności prywatnej, a jedynie windowało podatek dochodowy celem zwiększenia udziału bogatych w partycypacji w państwowym budżecie. Z drugiej strony, w systemach będących pod wpływem ZSRR, wielcy posiadacze zostali wywłaszczeni, a wolny handel istniał na poziomie minimalnym. Produkcja stała się służebna wobec narodu, a np. w Jugosławii eksperymentowano z przekazywaniem coraz większych kompetencji pracownikom danych zakładów.

Ostatecznie nigdzie nie zanegowano własności prywatnej w 100%, ale, o ile Zachód poza paroma wyjątkami (nacjonalizacja banków w Anglii Clementa Atlee, czy strategicznych sektorów gospodarki we Francji Françoisa Mitterranda) jej w ogóle nie naruszył, o tyle Wschód jedynie przymykał oko na jej drobne przejawy. Niemniej jednak mocny w swoim czasie socjaldemokratyczny gabinet Françoisa Hollande, w odpowiedzi na kryzys nie zdecydował się na akcję nacjonalizacyjną, a budżet postanowił łatać horrendalnie wysokim podatkiem dla najbogatszych, podczas gdy słowacki lewicowy premier Robert Fico znacjonalizował w swoim kraju elektrownię wodną.

Częściowo ten dylemat, to rozwinięcie sporu z poprzedniego akapitu. Jeśli lewicowiec ze Wschodu uznaje państwo i jego władzę za odpowiedzialną za społeczną sprawiedliwość – popiera jego siłę i rozumie, że musi ono posiadać instrumenty własnej niezależności, jak i kreowania sytuacji społecznej. Z drugiej strony zachodniemu lewicowcowi jest całkowicie obojętne to państwo (a jego siła kojarzy mu się raczej z faszyzmem), więc wystarczy mu funkcja redystrybucyjna.

Permisywizm czy introwersja?

Nieodłącznie ruch socjalistyczny, od swoich początków zresztą, kojarzył się z całą gamą postulatów, które zawierały się w pojęciu społecznego wyzwolenia. Dotyczy to zarówno kobiet, mniejszości religijnych, narodowych i innych, nieszkodliwych ze społecznego punktu widzenia, odmienności.

Orientalny lewicowiec wszystkie te reformy ma już za sobą. Szanuje różnorodne tożsamości wewnątrz swojego kraju, nie odmawia kobiecie pracy poza domem, nie zagląda nikomu do łóżka. Jeżeli wspomni coś na temat dyskryminacji, to tylko tyle, że „za komuny jej nie było”. Zresztą zgodnie z materialistycznym punktem widzenia. Lewicowy okcydentalista jest jednak rzecznikiem postulatów wszelkiego rodzaju mniejszości niezależnie od tego czy mają one sens – to wartość sama w sobie. Ruch LGBTQiA, III fala feminizmu, nieświadoma ojkofobia. Dla wyzwolenia mniejszości seksualnych należy promować ich styl życia, jeśli go nie ma, trzeba go wymyśleć. Najlepszym sposobem na wyzwolenie kobiety jest pozbycie się tożsamości płciowej, a własna tożsamość narodowa jest wrogiem tożsamości alternatywnych.

Dla wychowanego w Polsce Ludowej człowieka, to nie tyle polityka, co już dziwactwo. Uznaje on bowiem to za sprawę prywatną. Nie musi być przy tym konserwatywny, ale nie domaga się specjalnych praw dla jakiejkolwiek odmienności. Tym bardziej, gdy w jego kraju restytuowano kapitalizm przy pomocy tych samych kolorowych sił.

Gdzie jest moja ojczyzna?

Tym razem, nawet uznając nasz kraj za składnik wschodniego elementu badawczego, należy poczynić dla niego mały wyjątek i wspomnieć o polskiej tradycji narodowo- i społeczno-wyzwoleńczej. Lewica w Polsce to swego czasu Tadeusz Kościuszko, to Romuald Traugutt, to Organizacja Bojowa PPS... Rozwój socjalizmu zastał nasze ziemie pod zaborami. „Za wolność naszą i Waszą” docierało za sprawą Józefa Bema na Węgry i do Turcji, a Gustaw Bergud dotarł z tym hasłem nawet do dalekiej Wenezueli.

„Robotnicy nie mają Ojczyzny”, jak pisał K. Marks, chcący w ten sposób raczej zaapelować do nich, by ją sobie wywalczyli, a nie atakować patriotyzm. Związek Radziecki przed II wojną światową jako taką „Ojczyznę proletariatu” sam się przedstawiał. Jednak czerwonoarmiści polegali za „rodinu mać” i ewentualnie J. Stalina, a nie w imię światowej rewolucji. Bolszewizm zaadoptował rosyjskość na długie lata, a biała emigracja coraz częściej nazywana była po prostu zdrajcami własnego kraju. Ernst Busch przed wojną wyśmiewał w swoich pieśniach SA-Mannów za ich nacjonalizm, ale już w NRD, śpiewając o Froncie Jednolitym, wskazywał, że sojusz socjalistów i komunistów ma na celu przecież dobro Niemiec. Wreszcie ostatni aspekt: decentralizacja. Lewica na wschodzie to idea narodowego wyzwolenia, a później walki o narodową niezależność w ramach jednego bloku. To nie tylko Władysław Gomułka i Mieczysław Moczar, ale też Josip Broz Tito, Nicolae Ceaușescu czy z bardziej tragicznych – Imre Nagy i Alexander Dubček.

Zachód urzekła idea europejskiej integracji. Nawet wyraźne symbole zdominowania tej idei przez wielki kapitał nie zniechęcają do niej wielu lewicowców, a już na pewno nie wywołują poczucia narodowego upokorzenia. Może też dlatego, że przedstawiciele tych nacji nie są raczej tymi poszkodowanymi jak w wypadku narodów wschodniej Europy. Albo i z drugiej strony: człowiek lewicy na zachodzie musiał w końcu przez lata obserwować żołnierzy z flagą swego państwa na frontach NATO, tam gdzie krwawo tłumiono dążenie do wolności.

Lewicowy orientalista to więc, znów w nawiązaniu do podziału pierwszego, patriota, chcący jak najlepiej dla swojej Ojczyzny. Internacjonalizm? Owszem, bo dumnym wypada być z Jarosława Dąbrowskiego, dowodzącego wojskami Komuny Paryskiej i polskich ochotników po stronie hiszpańskich republikanów. Jednak nie car Mikołaj Romanow, ale dekabryści będą miarą patriotyzmu rosyjskiego lewicowca. Wreszcie to przecież Rot Front Kampferbund pierwszy stawił czoła nazistom, by uchronić niemieckość przed odorem II wojny światowej. Gdyby nie wyraźny i powszechny historyczny aspekt tych postaw – na Zachodzie, wśród lewicowych intelektualistów, byłyby one piętnowane jako faszystowskie.

Religijna tolerancja czy wojujący ateizm?

Kolejny front otwiera stosunek do konfesji. Tu jednak dokonał się pewien przewrót. Państwowa walka z religijnością miała miejsce na wschodzie właściwie już w początkowych latach Rosji radzieckiej. Wątki łączące aspekt wiary w Boga ze społecznym wyzwoleniem spopularyzowały się na poziomie państwowym dopiero później. W Polsce dotyczyło to PAXu Bolesława Piaseckiego, ale i niesłusznie kojarzony z antykomunizmem prymas Stefan Wyszyński dotykał tych kwestii w rozmowie z W. Gomułką. Tu warto zaznaczyć, że właściwie poza Europą wszędzie łączono socjalizm z religią, czego najlepszym przykładem jest Ameryka Łacińska.

50 lat dominacji lewicy na wschodzie Europy doprowadziło do powstania polskiego wynalazku, czyli „wierzącego antyklerykała”, który, gdy już zdąży wykrzyczeć swoje zarzuty pod adresem kleru (jakże często są one klasowe!) – razem z rodziną pójdzie na niedzielną mszę. Zachód tymczasem stał się wrogiem religii, choć skrajnie niekonsekwentnym. Atakowany jest papież czy katolicki tryb życia, ale w tym samym czasie pisze się kilometrowe peany na część buddyzmu, a krytyka muzułmanów bądź judaizmu automatycznie klasyfikowane są jako islamofobia bądź antysemityzm. Znów góruje duch indywidualizmu, odrzucający to, co dominujące we własnej wspólnocie, w konsekwencji zbliża to okcydentalną lewicę do ojkofobii.

Co z tego wynika?

Oczywiście opisane tu postawy to tzw. typy idealne, których przedstawicieli pewnie ciężko odnaleźć. Niemniej jednak obserwacja sceny politycznej Unii Europejskiej ze szczególnym uwzględnieniem podziału na scenę wschodnią i zachodnią, wyraźnie pokazuje, że opisany tu podział „geograficzny” dominuje nad różnicami ideowymi. Jeżeli nawet przyjmiemy za obowiązującą tezę, iż komuniści kształtowali się na Wschodzie, a socjaldemokraci na Zachodzie – wszyscy aktorzy sceny politycznej zachowują się tak, jak wynika to z ich położenia na mapie.

Socjaldemokrata słowacki, R. Fico, wprowadził obowiązek śpiewania hymnu narodowego przed lekcjami, przeciwstawiał się próbom wikłania swojego kraju w nieformalne sojusze wymierzane przeciw Rosji, zdecydował się także na radykalny krok w spraie nacjonalizacji elektrowni wodnej, która nie tylko nie dostała odszkodowania, ale też zażądała go od poprzedniego właściciela! Jak wypada R. Fico na tle rzekomo pokrewnych polityków pokroju Tony’ego Blaira, Jose Luisa Zapatero czy F. Hollande? O cechach podobnych moglibyśmy zresztą powiedzieć w wypadku Miloša Zemana, obecnego prezydenta Czech. Dobrym przykładem jest również rosyjska socjaldemokracja, reprezentowana przez Siergieja Mironowa (Sprawiedliwa Rosja, używająca skrótu SR, jak socjaliści-rewolucjoniści), która już u swoich źródeł ma sojusz z narodową lewicą (Rodina, niedawno restytuowana) i z gruntu stoi na moskiewskich pozycjach mocarstwowych. Tam jest to zupełnie naturalne.

Dla odmiany komuniści na zachodzie bardzo często przyjmują prymat wątków obyczajowych nad społeczno-ekonomicznymi, angażują się w akcje pacyfistyczne, alterglobalizm i właściwie w tej materii nie wykraczają poza ramy wyznaczone w swoim czasie przez ideowych socjaldemokratów, żądając tylko ich pilnych realizacji. Autor tekstu zdaje sobie jednakże sprawę, że sama próba rozróżnienia cywilizacyjnego w łonie lewicy będzie uznana za „atak” jako, że zarówno socjaliści i komuniści z obu stron Europy – pragną uczynić swoje idee uniwersalistycznymi.

Wreszcie ostatnich aspektem, o jakim warto wspomnieć, jest pozycja lewicy w polskim systemie partyjnym. Historia Sojuszu Lewicy Demokratycznej może być postrzegana jako historia zdradzania ideałów PZPR. To SLD dopuściło się prywatyzacji, wojen w imię interesów USA, zaangażowania w wojny obyczajowe... Przez dwadzieścia kilka lat politycy Sojuszu zrobili wszystko, by zniechęcić do siebie swój własny elektorat byle tylko przypodobać się zachodnim sojusznikom mającym przecież… kontrolę nad socjaldemokratyczną międzynarodówką.

Do walki o schedę po parlamentarnej lewicy w Polsce przystąpiło właśnie kilka nowych formacji politycznych, z których co najmniej dwie znakomicie obrazują metapolityczny podział uwzględniony w tym artykule. Przyjmując założenie, że obie będą rozwijać się równorzędnie (tzn. upowszechniać fakt swojego istnienia wśród społeczeństwa) za kilka lat poznamy odpowiedź na pytanie, do której warstwy należy polski lewicowiec (niekoniecznie swej proweniencji świadomy!). Czy 25 lat zachodniej indoktrynacji dało już oczekiwany efekt? I czy w ogóle może dać? Warto pokusić się o analizowanie tych zjawisk z zaprezentowanej tu perspektywy.

Fot. pandapirate.wordpress.com

Czytany 3288 razy