poniedziałek, 14 wrzesień 2009 12:37

Tomasz Formicki: Wojsko Polskie w ogniu wojny informacyjnej (cz. II)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

altTomasz Formicki

Pisząc pierwszą część niniejszego artykułu, jeszcze nie wiedziałem, jak potoczą się dalsze losy generała Waldemara Skrzypczaka, ale napisałem, że politycy takich rzeczy, na jaką zdobył się dowódca Wojsk Lądowych, nie wybaczają. Nigdy. Słowo stało się ciałem i na skutek manipulacji ministra Obrony Narodowej Bogdana Klicha, który stwierdził, że szef Wojsk Lądowych przyznał się do błędu gen. Skrzypczak podał się do dymisji.

Żołnierz kontra politycy, czyli generała pożegnanie z bronią

20 lipca br. w sprawie gen. Skrzypczaka spotkali się szef resortu obrony i prezydent RP Lech Kaczyński. Z kancelarii prezydenta dochodziły głosy, że Lech Kaczyński nie chce dymisji generała, jednakże sam prezydent miał stwierdzić, że dowódca Wojsk Lądowych przekroczył granicę. Zresztą sam Lech Kaczyński potwierdził to, mówiąc mediom: „Tylko ze względu na szczególne okoliczności nie zdecydowałem się na wyciąganie konsekwencji". I gdy wydawało się, że dojdzie do kompromisowego wyjścia z sytuacji i gen. Skrzypczak pozostanie na swojej funkcji do końca kadencji (jeszcze przez miesiąc), wówczas minister ON podał do mediów informację streszczającą swoją rozmowę z generałem, w której szef Wojsk Lądowych rzekomo miał przyznać się do błędu. „Uznał swój błąd" - z triumfem stwierdził Klich.

Dla gen. Skrzypczaka miarka przebrała się i podał się do dymisji. Pod adresem ministra ON postawił zarzut kłamstwa: „Bogdan Klich zmanipulował treść naszego spotkania. (...)Minister Klich dopuścił się nadużyć i pozbawił mnie honoru. Zmanipulował treść naszego spotkania, bo powiedział, że ja się przyznałem do błędu. Powiedział to tak, jakbym ja odwołał wszystkie moje słowa. Tymczasem ja podtrzymuję wszystko, co powiedziałem do tej pory. (...)Zakupy dla polskiego wojska są siermiężne i minister Klich chce tę biurokrację podtrzymać. Niech armia dalej będzie siermiężna, tak jak on chce." - powiedział generał „Dziennikowi" (21.08.2009).

Generał Skrzypczak nie ukrywał też rozczarowania postawą prezydenta Kaczyńskiego po którym spodziewał się innej reakcji. Dziennikarce „Dziennika" powiedział: „Widzi pani, jak się politycy dogadali?". Szef Wojsk Lądowych nie ukrywa swojego rozgoryczenia postawą prezydenta RP. O ile premier Donald Tusk od razu dał wolną rękę Klichowi w rozwiązaniu sprawy gen. Skrzypczaka o czym poinformował sam minister ON: „Pan premier pozostawił w moich rękach rozstrzygnięcie sprawy generała Skrzypczaka" („Dziennik" 21.08.09), o tyle można się było spodziewać pewnej reakcji Pałacu Prezydenckiego, czy Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Nic z tych rzeczy. Kilka stricte politycznych uszczypnięć ze strony szefa BBN Aleksandra Szczygły w stronę MON i na tym koniec.

Część publicystów i komentatorów na co dzień bezpardonowo atakujących prezydenta Kaczyńskiego tym razem pochlebnie pisała o nim, że nie dał się uwikłać w walkę polityczną i że nie rozpętał burzy politycznej przy tej sprawie. Ot, taka mała nagroda za to, że duży pałac nie przeszkadzał Klichowi w pacyfikacji generała, który odważył się publicznie wytknąć zaniechania i błędy resortowi obrony.

Co więcej ludzie z MON oraz niektórzy komentatorzy zarzucali i nadal zarzucają gen. Skrzypczakowi, że u schyłku swej kadencji wykorzystał okazję do próby wylansowania się i zrobienia kariery politycznej. Są to absurdalne zarzuty bowiem po pierwsze: gen. Skrzypczak postawił na szali całą swoją karierę wojskową i gdyby faktycznie był typowym karierowiczem, to siedziałby cicho na zasadzie obowiązującej w MON i Sztabie Generalnym: BMW - bierny, mierny, ale wierny, a politykom w to graj. Po drugie: już dzisiaj wiadomo, że kariera wojskowa generała już jest raczej zakończona dlatego, że miał odwagę publicznie, tak żeby cała Polska usłyszała powiedzieć o tym, co się dzieje w MON i w armii. Zresztą sam generał nie pozostawił złudzeń, co do swoich intencji: „Do polityki proszę mnie nie mieszać, ja nie jestem politykiem. Proszę zobaczyć, jak się minister zachował. Niegodnie. Skłamał przed kamerą. Jeżeli ktoś manipuluje informacjami, to źle to świadczy o randze tego kogoś, o jego kompetencjach. Jestem teraz w trudnej sytuacji. Widzi pani, jak się politycy dogadali? Jedyna rzecz, jaką w tej chwili żołnierz może zrobić, to odejść" („Dziennik" 21.08.09). Z kolei w wywiadzie udzielonym dziennikowi „Polska" (21.08.09) powiedział: „(...) Dla wojska zawarłbym pakt z diabłem. Ale z Klichem się nie dało. Dlaczego z Klichem nie dało się dogadać? O to należy zapytać psychiatrów".

Generał Skrzypczak samotnie, choć z milczącym poparciem przygniatającej większości oficerów i żołnierzy poszedł na wojnę z patologią, która jak rak od 1989 r. drąży MON i armię. I chociaż dysponował czterema dywizjami, sześcioma brygadami, tysiącem czołgów i 60 tys. żołnierzy, to musiał przegrać w starciu z betonem osiemnastu departamentów i kilku biur w MON, z siedmiuset cywilami i bezdusznymi, cynicznymi politykami zarówno partii rządzącej, jak i opozycji.

Używając nomenklatury wojskowej z punktu widzenia taktyczno-operacyjnego chwilowo poniósł porażkę, jednakże jak na generała przystało jest strategiem i być może patetycznie to zabrzmi, ale poświęcając swoją osobę idąc na otwarte starcie z politykami i urzędnikami zwrócił uwagę całej Polski na stan armii i to co się dzieje w MON. I to jest pozytyw tej sprawy. Opinia publiczna oraz media teraz z dużo większą uwagą niż dotychczas przyglądają się armii i być może to sprawi, że premier Tusk dla którego sondaże i pijar uber alles, chcąc nie chcąc będzie musiał dokonać niezbędnych czynności dla częściowej normalizacji spraw w Wojsku Polskim i MON. Kto wie, być może kiedyś uznamy, że czyn gen. Skrzypczaka z perspektywy strategicznej przyniósł wymierne korzyści armii, bowiem przymusił polityków do podjęcia konkretnych, pozytywnych działań i był kamyczkiem, który poruszył lawinę. Zresztą MON już zapowiedział duże zamówienia w zbrojeniówce. Oczywiście pomiędzy zapewnieniami polityków i urzędników, a wykonaniem obietnicy droga daleka oraz nie wiadomo ile z tych zamówień będzie realizowanych przez polskie firmy z sektora zbrojeniowego, ale fakt jest faktem, że jednak coś w tej materii się ruszyło. Śmiem postawić tezę, że bez słów gen. Skrzypczaka zarówno w MON, jak i całym rządzie nadal trwałby błogi stan bezruchu.

Politrucy na straży betonu

Generał Waldemar Skrzypczak nie będzie miał raczej problemów ze znalezieniem nowej pracy. O polskich wojskowych wysokiego szczebla biją się zagraniczne koncerny. „Już dzwonili do mnie z kilku globalnych firm i wypytywali o gen. Skrzypczaka. To fachowiec i profesjonalista, każdy chce go mieć u siebie" - powiedział w rozmowie z "Polska" (26.08.2009) generał Sławomir Petelicki, twórca jednostki specjalnej GROM, dziś w dużej amerykańskiej firmie doradczej. Do czego przydają się wielkiemu biznesowi byli żołnierze? „Ludzie pracujący w wojsku czy służbach oprócz ogromnej wiedzy nie związanej tylko z bezpieczeństwem mają coś znacznie wartościowszego: kontakty. Wiadomo, że człowieka, który dajmy na to pracował w lotnictwie, będzie poszukiwała firma, która w lotnictwo inwestuje pieniądze. Taki ktoś zna przecież ludzi z branży, więc będzie doskonałym lobbystą" - tłumaczy generał Gromosław Czempiński, były szef UOP.

Wygląda na to, że żyjemy w bardzo bogatym i dobrze prosperującym kraju, że stać nas oddawanie obcym koncernom takich fachowców jak gen. Skrzypczak. Przyjrzyjmy się zatem merytorycznemu przygotowaniu niektórych osób będących w MON. Szef resortu Bogdan Klich jest z zawodu psychiatrą. Dyrektorem generalnym MON jest Jacek Olbrycht, który wcześniej zajmował się reklamą i pijarem, a jedynym jego atutem (w oczach ministra Klicha rzecz jasna) jest chyba to, że pochodzi z tego samego miasta co jego pryncypał, czyli z Krakowa. W gabinecie politycznym Klicha zasiadają panie Barbara Bartkowska i Małgorzata Gąsiorowska, które wcześniej prowadziły panu ministrowi biuro poselskie, czy Jerzy Popiel, 30 - letni działacz PO, członek krakowskiego zarządu tej partii, pracujący wcześniej w Małopolskim Urzędzie Marszałkowskim i tamtejszym oddziale NFZ. Takich przykładów w MON jest dużo więcej. Powstaje pytanie: jak to się ma do słów Donalda Tuska, który podczas kampanii wyborczej w 2007 r. przekonywał nas, że PO będzie obsadzała stanowiska merytorycznie przygotowanymi ludźmi, a nie z klucza partyjnego?

Gen. Petelicki odejście gen. Skrzypczaka podsumował: „To triumf betonu. Minister nie był w stanie dojść do porozumienia z najlepszym dowódcą Wojsk Lądowych. Stracą na tym całe siły zbrojne" („Rzeczpospolita" 21.08.09).

Strażnicy betonu z MON zadbali, aby przez przypadek ktoś z kadry oficerskiej nie pomyślał, że coś się zmienia na lepsze. W zaciszu koszar i gmachów wojskowych zaczęła się pacyfikacja tych, którzy odważyli się głośno popierać gen. Skrzypczaka. 20 lipca br. w siedzibie dowództwa Wojsk Lądowych w warszawskiej Cytadeli odbyła się cotygodniowa odprawa. Przyjechał na nią delikatnie rzecz ujmując wzburzony wiceszef MON Czesław Piątas. Chodził wśród oficerów i żołnierzy, nakazując aby się nie ważyli postawić tak jak gen. Skrzypczak. Podchodził do danej osoby i pytał: „Może pan się z tym nie zgadza? A może pan?".


Czesław Piątas uchodzi w resorcie za tego, który jest uosobieniem betonu. O Piątasie wypowiedział się gen. Skrzypczak: „Podczas mojej nieobecności wiceminister Czesław Piątas, były szef sztabu, który doradza Klichowi, ustawił kadrę dowódczą i mówił, że to, co ja robię, to robię dla kariery. Nie mają prawa tak mówić! To skandal, że on mnie oskarża o chęć zrobienia kariery politycznej! Powiem to otwarcie, okres, kiedy Piątas kierował sztabem generalnym był okresem ciemnogrodu w siłach zbrojnych. To największy mąciwoda i szkodnik w armii" („Dziennik" 21.08.09).

Podobnie gen. Petelicki na betonie nie zostawia suchej nitki: „Piątas - jeszcze w czasach, gdy ministrem był Szmajdziński, a on sam kierował sztabem - zaproponował by zlikwidować GROM. Stwierdził, iż Polska i tak nie prowadzi działań wojskowych za granicą, więc wystarczy, jak GROM będzie miał 30 żołnierzy, bo świetne jednostki antyterrorystyczne ma policja. To typowy przykład wstecznego myślenia betonu. Niestety, w armii jest go nadal za dużo. To nie tylko Piątas, ale też gen. Mieczysław Stachowiak, zastępca szefa sztabu generalnego. Przecież on kiedyś podczas ćwiczeń stracił 90 proc. żołnierzy podczas pierwszego dnia manewrów. Co więc z tego, że obecny szef sztabu gen. Franciszek Gągor jest wybitnym wojskowym, skoro musi pracować z takimi ludźmi" („Polska" 18.08.09).

Niestety beton w MON trzyma się twardo i to bez względu na zmieniające się kolejno ekipy rządzące. Zresztą beton jest nie tylko w MON. Wystarczy uważniej przyjrzeć się „Bumarowi", aby tam także dostrzec podobne zjawisko. Wśród kadry oficerskiej o betonie w MON krąży ponury dowcip, że jest on jak Rolling Stonesi: był, jest i będzie.

BBN - niewykorzystywany potencjał

Na tle betonu i panujących w związku z tym porządków (a w zasadzie nieporządków) w MON od początku kadencji prezydenta Lecha Kaczyńskiego otwierała się przed nim i jego środowiskiem pewna szansa. Otóż jeśli MON od lat ewidentnie nie wywiązywał się należycie ze swoich obowiązków prezydent Kaczyński, który tak chętnie przy okazji różnego rodzaju rocznic i uroczystości patriotycznych utożsamia się z Wojskiem Polskim mógł stworzyć realną alternatywę dla MON, nie umniejszając w niczym resortowi obrony. Mam na myśli BBN, który jest ośrodkiem ewidentnie niewykorzystywanym do celów, które mógłby realizować z wielką korzyścią dla państwa polskiego. Niestety, według piszącego tę rzecz środowisko prezydenta zmarnowało cztery lata, bowiem BBN zarówno merytorycznie, jak i mentalnie niewiele różni się od MON. A przecież BBN jako instytucja doradzająca prezydentowi RP mógłby spełniać rolę kuźni, gdzie w ogniu merytorycznej oraz analitycznej pracy wykuwana by była myśl geostrategiczna dla Polski. Poza tym w BBN mogliby być szkoleni i przygotowywani najbardziej uzdolnieni młodzi ludzie związani z szeroko pojętym bezpieczeństwem narodowym, w którym powoli, systematycznie byliby wdrażani do pracy na najtrudniejszych i najbardziej odpowiedzialnych odcinkach pracy w administracji państwowej. BBN w myśl tej koncepcji powinien spełniać nie tylko rolę doradczą przy prezydencie, ale także koncepcyjną oraz edukacyjną. Jednakże do tego prezydent musiałby okazać się politykiem na miarę męża stanu zdobywając się na faktyczną, a nie werbalną ponadpartyjność i ściągnąć do BBN najwybitniejszych w skali kraju fachowców, wśród których są także ludzie, którzy mają odmienny światopogląd od prezydenta.

Tymczasem BBN jest typową przechowalnią ludzi sympatyzujących z PiS i co gorsza, używany jest na poletku politycznym do rozmaitych, nie najwyższych lotów gier i gierek pomiędzy Pałacem Prezydenckim, a Kancelarią Premiera i środowiskiem PO. Traci na tym nie tylko BBN, ale także prestiż państwa oraz autorytet prezydenta RP.

My ze spalonych WSI...

20 sierpnia br. gen. Skrzypczak część dokumentów świadczących o tym, że od dłuższego czasu zgłaszał do MON problemy z uzbrojeniem i wyposażeniem żołnierzy osobiście skierował do Służby Kontrwywiadu Wojskowego. I tutaj stajemy przed problemem funkcjonowania wojskowych służb specjalnych po tornadzie jakie przeszło w nich za czasów Antoniego Macierewicza.

Niedawna głośna w mediach sprawa szyfranta wywiadu wojskowego, chorążego Stefana Zielonki pokazuje, że w wojskowych specsłużbach (zarówno w wywiadzie, jak i kontrwywiadzie) nie dzieje się najlepiej.

Chorobą, która od 1989 r. dręczy służby specjalne (nie tylko wojskowe, ale także cywilne) jest fakt, że politycy starają się je wykorzystać do swoich partykularnych celów, wciągnąć część oficerów w różnego rodzaju zależności i układy. Mówi o tym chociażby obecny minister Spraw Zagranicznych Radosław Sikorski w książce „Strefa zdekomunizowana". Zarzucił w niej politykom, że upolityczniali działalność Wojskowych Służb Informacyjnych.

W 2005 roku do władzy doszedł PiS. Partia braci Kaczyńskich z poparciem PO, rękoma Antoniego Macierewicza zlikwidowała WSI, którym zarzucano: od działalności na rzecz Rosji do działalności przestępczej części jej oficerów. Owocem pracy komisji likwidacyjnej był osławiony już dokument zwany potocznie „Raportem Macierewicza".

W „Raporcie" opublikowano materiały, w których ujawniono dane pracowników służb specjalnych i agentury oraz formę prowadzenia działań wywiadowczych i kontrwywiadowczych. Wystarczy podać przypadek ppłk. Wiesława Kowalskiego, oficera WSI pracującego pod przykryciem na Bliskim Wschodzie. Podanie jego personaliów oraz szczegółów działalności wywiadowczej, to zagrożenie dla ludzi, z którymi pracował i których zwerbował. Innym przykładem jest ujawnienie czynności w operacjach kontrwywiadowczych przeciwko Rosji (str.39 - 43 „Raportu"). Dla rosyjskich analityków jest to prostu prezent, bowiem pokazano słabe punkty ich metod oraz zaprezentowano pełną gamę rozwiązań, stosowanych przez polskie wojskowe służby specjalne.

W żadnym cywilizowanym kraju w ten sposób - przy świetle kamer telewizyjnych nie robi się porządków w służbach specjalnych. Przykładem tego jest sprawa tzw. „piątki z Cambridge". W latach 30. radziecki wywiad zwerbował kilku wartościowych agentów wśród lewicujących studentów brytyjskich. Grupa ta zajmując coraz wyższe stanowiska w dyplomacji i angielskich służbach specjalnych dokonała sporych spustoszeń w systemie bezpieczeństwa Wielkiej Brytanii na trudną do dzisiaj określenia skalę. Jednakże Anglicy nigdy nie wpadli na pomysł, aby rozwiązywać służby specjalne. Dokonano przebudowy, zwolniono pracowników, jednakże odbywało się to bez rozgłosu. Nie ujawniono też ani metod działania, ani agentów i pracowników kadrowych. Podobnie było w przypadku sprawy Aldricha Amesa, byłego oficera operacyjnego CIA, który piastował m.in. stanowisko szefa kontrwywiadu CIA. Jak się okazało Ames współpracował z radzieckimi, a po rozpadzie ZSRR z rosyjskimi służbami specjalnymi. Jednakże nikomu z rządzących w USA nie przyszło do głowy rozwiązanie CIA i ujawnianie jej aktywów. Tak to się robi na Zachodzie.


W tym kontekście oddajmy głos obecnemu ministrowi Spraw Zagranicznych Radkowi Sikorskiemu, który we wcześniej wspomnianej książce dzieli się z czytelnikami spostrzeżeniami z kierowaniem resortem Obrony Narodowej za rządów PiS: „(...) Dowiedziałem się jednak wystarczająco wiele, żeby stwierdzić, że przy wszystkich swoich grzechach Wojskowe Służby Informacyjne miały na koncie też sukcesy. O większości spraw nie mogę mówić, ale niektóre przykłady są znane. Choćby ten, że w Iraku oficerowie WSI schwytali zabójców polskiego reportera wojennego Waldemara Milewicza. Po powrocie do kraju dostali ode mnie nagrody finansowe. Uznałem, że należy im je przyznać, zwłaszcza w atmosferze bardzo wobec WSI nieprzychylnej. A to byli akurat ludzie, którzy dobrze wykonywali swoją robotę. W gruncie rzeczy - podobnie jak wielu ich kolegów - płacili za błędy poprzedników. Odniosłem bowiem wrażenie, że od pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych zaangażowanie polityczne WSI malało. W miarę upływu czasu tego typu sprawy przesunęły się na margines, a w centrum znalazły się kwestie czysto wojskowe. Pamiętajmy też, że do polityki wciągnęli oficerów politycy. (...) Tymczasem znacząco obniżyła się także średnia wieku w WSI. W momencie likwidacji wynosiła zaledwie trzydzieści pięć lat. W latach dziewięćdziesiątych rozpoczęło tam pracę wielu młodych ludzi, zaraz po studiach, bardzo zdolnych, niemających nic wspólnego ze starymi układami. (...) Podobało mi się również wiele analiz, które dostawałem z WSI - na przykład zestawienia porównawcze sprzętu wojskowego z całego świata. Gdy zastanawialiśmy się, czy kontynuować któryś z naszych programów zbrojeniowych, dzięki tym analizom wiedzieliśmy, jakie są trendy technologiczne. Dobrze wspominam również techniczną analizę systemu tarczy antyrakietowej. W dniach kryzysu politycznego na Ukrainie analizy WSI były w kilku kluczowych przypadkach celniejsze niż te z Agencji Wywiadu (...) Mam wrażenie, że większość zatrudnionych tam ludzi chciała po prostu wykonywać swoje obowiązki. Na razie nie widziałem dowodów na to, aby był to jakiś związek przestępczy. Pamiętajmy też, że między służbami wojskowymi a cywilnymi od zawsze istniała zdrowa dla państwa rywalizacja. Jak powiedział mi jeden z weteranów WSI jeszcze z czasów Peerelu: „Ziścił się odwieczny cel SB, aby nas zlikwidować". (...) Typowy przykład to słynna afera bakszyszowa z oficerami, którzy w Iraku brali łapówki. Przypisuje się ją Wojskowym Służbom Informacyjnym, a tymczasem ona przez te służby została wykryta i dzięki nim trafiła do sądu! To samo z handlem bronią. Czasami państwo potrzebuje dostarczyć broń partnerom niekoniecznie najczystszej wody i kto, jeśli nie służby tajne ma taką operację wykonać?(...) Wniosek jest taki, że mówiąc o WSI, trzeba zachować proporcje, a nie powielać własną propagandę" (Łukasz Warzecha - „Strefa zdekomunizowana. Wywiad rzeka z Radkiem Sikorskim", str. 210 - 211). Tyle Sikorski, któremu chyba nikt nie zarzuci inklinacji prorosyjskich, czy „komunistycznych".

Co ciekawe podczas czystek w trakcie rozwiązywania WSI nie dokonano kompleksowych zmian. Odpowiedzialny za kontrwywiad Macierewicz nie wyczyścił chociażby „Bumaru" z występujących tam patologii. To za czasów PiS i szefowania przez Macierewicza Służbą Kontrwywiadu Wojskowego do Stoczni Gdańsk wszedł „Donbas", którego szef Siergiej Taruta na łamach portalu emeconomy.com przyznał się do powiązań z Siemionem Mogilewiczem - szefem najgroźniejszej rosyjskiej grupy przestępczej w Eurazji tzw. „Sołncewskiej braci". Teraz do przejęcia „Donbasu" szykują się rosyjscy biznesmeni z Romanem Abramowiczem na czele.

Metody pracy SKW i nowych ludzi wprowadzonych przez Macierewicza wcale nie opierały się na modelu działania operacyjnego i strategicznego przedwojennej „Dwójki", która teoretycznie dla postpiłsudczykowskiego PiS powinna być pewnym wzorcem. Opierano się nadal na modelu wschodnim - prowokacji (czytaj: zbieraniem haków na żołnierzy), a pokłosiem tego była sprawa siedmiu żołnierzy z Nangar Khel, czy chociażby kompromitujące zdjęcia żołnierzy SKW na portalu Nasza - Klasa na tle map operacyjnych.

Z perspektywy czasu można ocenić, że w wojskowych służbach specjalnych nie tylko, że nie poprawiła się sytuacja, ale kryzys i chaos w ich łonie pogłębił się. Wewnętrznie rozbite, podzielone na grupy i grupki, z bojaźliwością spoglądające na beton i polityków są obecnie biurokratyczną imitacją tychże służb.

Dlatego można mieć poważne wątpliwości, czy dokumenty złożone do SKW przez gen. Skrzypczaka będą właściwie wykorzystane do uzdrowienia i poprawy sytuacji w Wojsku Polskim, a nie wsiąkną gdzieś w zakamarkach gmachu przy ul. Oczki.

Dokąd to wszystko zmierza?

Obserwując i analizując to co obecnie dzieje się z Wojskiem Polskim wnioski nasuwają się same. Trwa systematyczny demontaż nie tylko WP, ale także polskiego sektora zbrojeniowego i chociaż są to mocne słowa, to za swoje decyzje, tudzież zaniechania niektórzy politycy i urzędnicy powinni znaleźć się w kręgu zainteresowania prokuratury. Także działalność pewnych osób w sektorze zbrojeniowym daje podstawy do mówienia o sabotażu gospodarczym.

Cybernetyczna analiza jednoznacznie wskazuje na to, że pomiędzy Sztabem Generalnym WP, MON i sektorem zbrojeniowym jest zakłócone sprzężenie zwrotne, czego dobitnym dowodem jest opisywane w poprzedniej części niniejszego artykułu zachowanie szefa MON, gdy „Bumar" nie wywiązał się na czas z dostawy KTO „Rosomak" dla armii.

Ryba psuje się od głowy. To politycy dają przyzwolenie na ten nienormalny stan rzeczy i tylko politycy mogą być katalizatorem poważnych zmian na rzecz uzdrowienia sytuacji. Jeżeli chodzi o stan WP oraz o szeroko pojęte bezpieczeństwo państwa, to politycy kolejnych ekip rządzących od 1989 r. mają sporo za uszami. Są na to dowody i dokumenty. Cóż z tego jeśli w naszym kraju wymiar sprawiedliwości w przypadku osób ze świecznika działa na zlecenie polityczne. Kruk krukowi oka nie wykole i politycy zamiatają niewygodne dla siebie sprawy pod dywan na zasadzie: po co mam komuś brudy wyciągać, jak nie mam gwarancji, że i mnie ktoś nie wyciągnie. W ten sposób politycy szachują się wzajemnie i trwa chocholi taniec w MON (i nie tylko w tym resorcie).

Na polskiej scenie politycznej nie ma siły, która potrafi myśleć w kategoriach państwa, strategii i polskiej racji stanu. Perspektywa czasowa całej naszej klasy politycznej nie trwa dłużej niż kadencja sejmu i to jest przekleństwo, które wisi nad Rzeczpospolitą. Póki co, nie pozostaje nic innego jak pilnować, aby temat wyposażenia armii i sytuacji w WP nie wygasł, podtrzymywać zainteresowanie opinii publicznej sprawami wojska oraz przymusić wręcz premiera, jak i MON do wywiązania się z obietnic, a to łatwe nie będzie.

Autor specjalizuje się w walce informacyjnej i wojnie psychologicznej.

.

Czytany 11819 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04