środa, 02 wrzesień 2009 17:40

Tomasz Formicki: Wojsko Polskie w ogniu wojny informacyjnej (cz. I)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

alt Tomasz Formicki

Śmierć kapitana Daniela Ambrozińskiego w Afganistanie wywołała prawdziwą burzę wokół Ministerstwa Obrony Narodowej oraz samego szefa resortu Bogdana Klicha. Dowódca Wojsk Lądowych generał Waldemar Skrzypczak w prostych, żołnierskich słowach, pośrednio zarzucił politykom i urzędnikom z MON winę za śmierć polskiego oficera. Śmierć, której można było uniknąć, gdyby tylko polscy żołnierze byli w odpowiedni sposób wyposażeni i uzbrojeni.

Gen. Skrzypczak nad trumną poległego oficera powiedział: „Nie urzędnicy wojskowi, biurokracja ma nam mówić, czym walczyć. To my wiemy, czym mamy walczyć, i chcemy, żeby nas słuchano. Zabrano nam kompetencje, zostawiając odpowiedzialność". Dla bezpieczeństwa swoich żołnierzy generał zaryzykował wiele, być może całą swoją karierę postawił na jednej szali, bowiem jego słowa, to publiczne oskarżenie skierowane pod adresem cywilnego kierownictwa MON oraz polityków. Ci ostatni, jak powszechnie wiadomo nie wybaczają takich rzeczy. Swego czasu przekonali się o tym generał Tadeusz Wilecki, pułkownik Ryszard Chwastek, czy były dowódca 6. Brygady Desantowo- Szturmowej z Krakowa generał Jerzy Wójcik, gdy stanął w obronie żołnierzy z Nangar Khel.

Znam osobiście gen. Skrzypczaka i wiem, że to nie jest typ samobójcy-kamikadze. Jest żołnierzem, a nie politykiem i wie co to jest hierarchia oraz cywilna kontrola nad armią. Jednakże stojąc nad trumną podkomendnego, gdzieś w środku, coś w tym znakomitym dowódcy pękło i na głos powiedział to, co przygniatająca większość kadry oficerskiej i żołnierzy myśli o sytuacji w MON, wszechobecnej tam biurokracji i o firmujących ten stan rzeczy politykach (nie tylko obecnej koalicji rządzącej). Jego słowa, to głos rozpaczy dowódców, którzy nie mogli i nadal nie mogą przebić się ze swoimi potrzebami do polityków i urzędników. Gen. Skrzypczak oddał się do dyspozycji Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego.

Medialna zawierucha, jaka rozpętała się wokół śmierci kpt. Ambrozińskiego i słów gen. Skrzypczaka odsłoniła tylko wierzchołek góry lodowej - stopniowego, systematycznego demontażu obronności Polski i całego sektora zbrojeniowego w naszym kraju.

Bez właściwego wyposażenia na Talibów

Gen. Skrzypczak poszedł na całość i 17 sierpnia br. w „Dzienniku" ukazał się przeprowadzony z nim wywiad zatytułowany „Czara goryczy się przelała, armia jest zmęczona histerią strachu i braku zaufania". Dowódca Wojsk Lądowych powiedział m.in.: „(...)My prosimy o broń, ale wszystko tonie w procedurach biurokratycznych. Decydują urzędnicy wojskowi, którzy front widzieli w filmie „9 kompania". My jesteśmy stawiani pod pręgierzem przez przełożonych, którzy słuchają doradców mających mgliste pojęcie o szkoleniu i tkwią w schematach z lat 70. i 80. (...) Dziwne jest, że kupuje się sanitarki, których w jednostkach mamy pod dostatkiem. Idzie pełną parą rozdmuchiwany program zakupów mostów dla wojsk lądowych. Tymczasem śmigłowców, które są nam potrzebne nie ma. A wystarczy, żeby uwzględniono to, cośmy pisali jako Dowództwo Wojsk Lądowych. Dwa lata temu dokonaliśmy głębokiej analizy tego, co nas spotka w latach 2009-11. Stwierdziliśmy, że zabraknie nam śmigłowców na front i do szkolenia. Alarmowaliśmy, że trzeba nam kupić śmigłowce Mi-24, Mi-17 lub Mi-171. Generalnie wszyscy się z tym zgodzili, ale potem sprawa umarła śmiercią naturalną. Tymczasem już dziś piloci czekają w kolejkach, żeby móc uczyć się latać. Prawdziwy problem zrodzi się w drugiej połowie 2012 roku. Nie będzie na czym latać. (...) Występowaliśmy o uzbrojenie śmigłowców w karabin automatyczny Dillon M13RD, który w ciągu sekundy wystrzeliwuje 50 pocisków, to prawdziwy siewca śmierci. Ale ktoś napisał opinię, że na burcie śmigłowca nie można zamocować takiego karabinu maszynowego, bo nie da się zbudować podstawy, która go utrzyma. Kiedy to powiedziałem swoim pilotom, obśmiali się jak norki. Takie podstawy do mocowania można przygotować w dwa tygodnie. Dodam, że chodzi o dozbrojenie śmigłowców Mi-17, czyli tych, które w zeszły poniedziałek poleciały z odsieczą dla oddziału kapitana Ambrozińskiego. (...)Ważne jest posiadanie taktycznych bezpilotowych samolotów rozpoznawczych. My mamy bezzałogowe orbitery. Są dobre, ale mają mały, kilkukilometrowy zasięg. Nie mamy tych bezzałogowców taktycznych o zasięgu 150 km. Zabiegamy o nie ponad dwa lata. Zabiegamy bez powodzenia".

W tym samym dniu w wywiadzie udzielonym stacji TVN 24, gen. Skrzypczak powiedział m.in.: „Kto ma mówić? Ja mówię głosem moich żołnierzy, ja nie zabiegam o elektorat, ja nie startuję w wyborach. My wiemy czym mamy walczyć, nie urzędnik. Ja zazdroszczę Niemcom, Amerykanom, Kanadyjczykom - oni to, o co poproszą, mają w kilka miesięcy. Polscy żołnierze w Afganistanie powinni mieć dwie eskadry śmigłowców Mi-24 i dwie eskadry Mi-17, czyli w sumie 16 maszyn".

Premier Tusk jedno, a szef MON drugie...

W święto Wojska Polskiego premier Donald Tusk odwiedził polskich żołnierzy w Afganistanie. Premier przyznał, że polskiemu kontyngentowi potrzeba więcej sprzętu. Szkopuł w tym, że nie wspomniał, iż to jego decyzją MON stracił w czasie wiosennych cięć budżetowych najwięcej pieniędzy ze wszystkich resortów. Teraz, po śmierci oficera premier dostrzegł potrzeby polskiego wojska. Zapowiedział zmianę procedur, które mają ułatwić natychmiastowy zakup odpowiedniego sprzętu m.in. śmigłowców.

Gdy premier mówił o konieczności nowych zakupów dla afgańskiego kontyngentu, w tym samym czasie minister Klich przekonywał, że wojska w tej misji mamy wystarczająco dużo i podkreślał, że nasi żołnierze są dobrze wyposażeni i tego wyposażenia „zazdroszczą nam inne kontyngenty".


Wdowa po poległym oficerze, Natalia Ambrozińska w dzienniku „Polska" (18.08.09) powiedziała: „Mój mąż na własny koszt kupował dodatkowe magazynki, celowniki, gogle antyodłamkowe, a nawet kamizelkę kuloodporną. Sam musiał sobie także kupić kalkulator, który pomagał w przeliczaniu współrzędnych na mapie". Jest tajemnicą poliszynela, że wyjeżdżający na misje żołnierze własnym sumptem, z własnych budżetów domowych dozbrajają się, dokonują zakupu sprzętu niezbędnego podczas akcji bojowych.

Siłą rzeczy powstaje pytanie: jeśli według ministra Obrony Narodowej nasi żołnierze są tak dobrze wyposażeni, to dlaczego po śmierci polskiego oficera premier zapowiedział wzmocnienie polskich sił kilkunastoma Kołowymi Transporterami Opancerzonymi Rosomak i dwoma śmigłowcami? Prawdziwa tragikomedia: premier mówi jedno, a szef resortu drugie, zaprzeczając głowie rządu i gdyby sytuacja nie była dramatyczna, to można by było się z tego nieźle pośmiać.

Skąd się bierze taki rozdźwięk pomiędzy premierem, a szefem MON? Skąd u ministra ON taki optymizm i propaganda sukcesu? Odpowiedzi udzielił gen. Skrzypczak we wspomnianym wywiadzie: „(...) U nas generalnie nie wysłuchuje się dowódców, przynajmniej mnie. Są inni doradcy. Nie wiem czy moje informacje do ministra docierają. Podejrzewam, że nie. Do ministra dociera zniekształcony obraz rzeczywistości. Wynika z niego, że wszystko jest OK., na piątkę. W praktyce jest inaczej. Opinie na temat zakupów piszą ludzie, którzy technicznie są może i dobrze przygotowani, ale nie znają naszych oczekiwań. Nie czują pola walki. To my powinniśmy decydować o tym, co jest nam potrzebne na wojnie. Tymczasem zawłaszczono nasze kompetencje. Oddano je ludziom, którzy nie ponoszą żadnej odpowiedzialności. Oczekuję, że ktoś odpowie przed sądem za to, że nie mamy środków walki, które zapewniają bezpieczeństwo polskim żołnierzom. Za to moim zdaniem trzeba ponosić odpowiedzialność karną. Tymczasem oni siedzą teraz w zaciszu domowym i nie przejmują się tym, co się stało. Panowie, to wy jesteście winni! Nie chodzi o to, że obcięto budżet MON. Pieniądze na sprzęt były, ale zwyczajnie go nie kupiono".

Gen. Skrzypczak dotknął bardzo ważnej kwestii, kto wie czy nie kluczowej dla uzdrowienia życia publicznego w naszym kraju. Otóż słusznie zauważył, że urzędnik, osoba odpowiedzialna za podjęcie konkretnych, negatywnych decyzji w danym resorcie nie ponosi żadnych, literalnie żadnych konsekwencji za to. Ktoś personalnie podejmuje decyzje, a w naszej polskiej rzeczywistości odpowiedzialność jest rozmywana i okazuje się, że winnych nie ma. Stąd między innymi na odpowiedzialne stanowiska szeroką ławą garną się niekompetentni ludzie z nadania partyjnego, nie przygotowani merytorycznie do pełnienia tych funkcji, bowiem mają świadomość, że nikt ich nie rozliczy za złe decyzje.

Minister Klich i jego zaplecze próbują pacyfikować gen. Skrzypczaka zarzutami o podważenie przez niego cywilnej kontroli nad armią. Sęk w tym, że cywilna kontrola nad armią jest dobra i sprawdza się w państwach, gdzie właściwie funkcjonuje wymiar sprawiedliwości. Cywilna kontrola nad armią nie polega przecież na akceptacji bałaganu i dyletanctwa osób, które podejmują fatalne w skutkach decyzje nie tylko dla armii, ale także dla bezpieczeństwa państwa.

W dniu 17 sierpnia w TVP Info na temat tej sprawy wypowiadał się pierwszy dowódca GROM generał Sławomir Petelicki, który kilka dni wcześniej nie zostawił suchej nitki na krytykującej Bogdana Klicha opozycji. Jednakże po wypowiedzi gen. Skrzypczaka stanął po jego stronie, zarzucając ministrowi ON kłamstwo. Stwierdził, że jest potrzebna kontrola w MON, która wykaże, że resort obrony jest siedliskiem niekompetencji, zacofania i betonu. Publicznie oświadczył, że nie będzie już doradzał ministrowi Klichowi, bo on nie wyciąga wniosków z tego, co się do niego mówi. Warto przypomnieć, że rok temu z doradzania Klichowi zrezygnował jeden z najwybitniejszych ekspertów w Polsce generał Stanisław Koziej.

Swojego przełożonego próbował bronić rzecznik prasowy MON Robert Rochowicz. Sam minister Klich zabrał głos mówiąc, że gen. Skrzypczak nie mówił mu prosto w oczy o aktualnym stanie w armii. Na ripostę nie trzeba było długo czekać. W „Dzienniku" (18.08 br.) gen. Skrzypczak stwierdził: „Jeszcze wszystkiego nie powiedziałem. Jeżeli ktoś mi zarzuca, że kłamię, to tego nie daruję. Informowaliśmy przełożonych o brakach sprzętu. Trzy opasłe teczki leżą w archiwum Wojsk Lądowych". To prawda. Zresztą nie tylko w Dowództwie Wojsk Lądowych leżą materiały oraz dokumenty kompromitujące urzędników i polityków w MON.

Nie będzie niczego?

Analizując politykę realizowaną przez MON nie tylko za kadencji obecnego rządu, ale także poprzednich ekip warto zwrócić uwagę na jedną rzecz i w zasadzie, to ona powinna być punktem wyjścia. Otóż od 1989 roku w naszym kraju nie ma wypracowanej całościowej, kompleksowej doktryny obronnej. To pod jej kątem ustawia się całe planowanie strategiczno- obronne oraz produkcję sektora zbrojeniowego, który pracuje na rzecz obronności i dużą część zamówień otrzymuje z armii. Grzech zaniechania w związku z brakiem doktryny obronnej mają wszystkie kolejne ekipy i cała klasa polityczna. To co się dzieje obecnie w MON, to pokłosie poprzednich lat.

Charakterystyczne dla pracy całego resortu Obrony Narodowej pod kierownictwem ministra Klicha jest jego zachowanie i słowa, gdy okazało się, że „Bumar" nie wywiąże się z terminowych zobowiązań na dostawę KTO Rosomak dla polskiej armii. Jak podał dziennik „Rzeczpospolita" z dnia 12.12.2008 z winy „Bumaru" polscy żołnierze walczący z terrorystami w Afganistanie nie otrzymali na czas 17 Rosomaków. Jak na to zareagował minister Klich? Czy wyciągnął konsekwencje wobec osób odpowiedzialnych za ten stan rzeczy? Nie. Czy wyciągnął konsekwencje wobec urzędników z Departamentu Polityki Zbrojeniowej MON? Nie. Minister Klich powiedział: "Natomiast będę bezwzględny, jeżeli chodzi o egzekwowanie tych zobowiązań od Bumaru i jeżeli do 31 grudnia nie wywiąże się ze swojego zobowiązania, będziemy poszukiwać innego partnera" (PAP 18.12.2008). Minister Klich zamiast uporządkować źle funkcjonujące instytucje zajmujące się tymi kwestiami, ukarać osoby odpowiedzialne za ten stan rzeczy ku przestrodze innych urzędników, woli szukać zagranicznych dostawców i im napędzać gospodarkę kupując od nich sprzęt wojskowy za nasze, podatników pieniądze. Oczywiście kosztem upadku polskich zakładów pracy, masowych zwolnień w Polsce i kolejnych rzesz bezrobotnych.

Kolejną kwestią jest Marynarka Wojenna. W 2018 roku kończy się okres amortyzacji ostatniej jednostki pływającej w ramach polskiej marynarki wojennej. 29 maja 2008 Komisja Obrony Narodowej Sejmu RP skierowała do Rady Ministrów RP dezyderat w sprawie ustanowienia programu wieloletniego „Narodowy Program Budowy Okrętów".

Warto przytoczyć fragment tego dokumentu: „(...) Niestety Marynarka Wojenna nie będzie w stanie wykonywać, po 2018, zadań narodowych i sojuszniczych. W tym czasie dojdzie do zderzenia się dwóch negatywnych zjawisk: a.) całkowitego zestarzenia się okrętów i statków powietrznych, gdyż MW nie pozyskuje nowych jednostek od 20 lat; b.) budżet Ministerstwa Obrony Narodowej, ze względu na konieczność modernizacji Sił Zbrojnych w wielu innych obszarach (np. kupno śmigłowców bojowych i transportowych), nie będzie w stanie sfinansować budowy nowych okrętów bojowych.

Marynarka Wojenna utraci nieuchronnie zdolność bojową - wskutek wycofania w tym czasie dwóch fregat rakietowych, czterech okrętów podwodnych, dwóch okrętów rakietowych i trzech niszczycieli min, których okres eksploatacji wyniesie 40 lat. Komisja biorąc pod uwagę pilne potrzeby i trudną sytuację budżetu państwa opowiada się za pozyskaniem uzbrojenia i sprzętu dla Marynarki Wojennej, tak by podtrzymać jedynie minimalny potencjał sił morskich.

(...) Zdaniem Komisji tylko wieloletni program budowy okrętów daje gwarancję racjonalnego dysponowania środkami publicznymi i stabilnego finansowania. Tylko wtedy można zawierać wieloletnie kontrakty na budowę i wyposażenie serii okrętów - co jest koniecznym warunkiem dla obniżenia jednostkowych kosztów budowy okrętów. Zdaniem Komisji Obrony Narodowej wdrożenie Narodowego Programu Budowy Okrętów będzie silnym bodźcem do rozwoju krajowego przemysłu obronnego, z możliwością wykorzystania potencjału kilku polskich stoczni oraz przemysłu zbrojeniowego i elektronicznego. Pozwoli to także na napływ nowoczesnych technologii oraz uzdrowienie wielu polskich przedsiębiorstw zbrojeniowych".


W tym kontekście przypomnę, że minister finansów Jacek Rostowski zastanawiał się publicznie, czy marynarka wojenna w Polsce i Stocznia Marynarki Wojennej (SMW) są w ogóle potrzebne. Załóżmy czysto hipotetycznie, że SMW jest zlikwidowana. Gdzie będziemy produkować okręty dla polskiej marynarki wojennej? Przecież mamy zobowiązania sojusznicze w ramach NATO w basenie Morza Bałtyckiego. Czy tak jak w innych przypadkach, gdy zlikwidowano całą gałąź polskiego przemysłu jesteśmy skazani na kupowanie produktów obcych państw napędzając tym samym zagraniczne gospodarki? Przy zakupie nowych jednostek w zagranicznych stoczniach przepłaca się kilkakrotnie wzmacniając gospodarkę obcych państw, jak i rozbudowując obcym krajom małe oraz średnie przedsiębiorstwa kooperujące z dużymi koncernami, realizującymi interesy gospodarcze i polityczne swoich państw.

Jeżeli państwo polskie myśli o jakiejkolwiek dywersyfikacji surowców energetycznych, to musi mieć dobrze funkcjonującą flotę wojenną. Do Polski mają płynąć gazowce i tankowce. One muszą mieć ochronę, chociażby przez wzgląd na proceder piractwa.            Przypomnieć też należy, że w Obwodzie Kaliningradzkim mieści się silne zgrupowanie wojsk rosyjskich: lądowy komponent Floty Bałtyckiej obejmujący wojska lądowe, siły powietrzne oraz marynarkę wojenną, znajdujący się pod jednolitym dowództwem.

Armia polska jest na pograniczu rozkładu. Wojska lądowe funkcjonują dlatego, że realizowane są misje zagraniczne. Zakłady zbrojeniowe są na pograniczu likwidacji, zresztą duża część już została zlikwidowana. MON nie daje im zamówień, za to lekką ręką wydaje miliony na sprzęt wojskowy produkowany zagranicą. Jest kryzys, na wszystko brakuje, a MON wyprowadza z Polski ogromne pieniądze kupując sprzęt od obcych koncernów zbrojeniowych.

Jednym z takich przykładów jest zamówienie przez MON 12 rakiet typu NSM w norweskiej firmie „Konsberg" za 420 mln zł, wypłacając zaliczkę w wysokości 133 mln 720 tys. zł. Zaliczka została wypłacona, mimo że pociski „Konsberga" nie przeszły badań wykazujących, że spełniają odpowiednie warunki. Te badania miały być wykonane do końca czerwca br., nie wykonano ich. Przy tym zamówieniu MON zręcznie ominął ustawę o zamówieniach publicznych.

Kolejnym przykładem jest zamówienie w Mielcu, który jest własnością amerykańską na 12 samolotów „Bryza". Ten typ samolotu w chwili obecnej polskiej armii do niczego nie jest potrzebny, bowiem takich maszyn na stanie ma 30. Firma „United Technology Corporation", która poprzez zależną od UTC- „United Technology Holding" kupiła zakłady mieleckie otrzymała lukratywny kontrakt. Piszący tę rzecz śmie postawić tezę, że jeśli Mielec nadal byłby w ręku polskim, to tego zamówienia nie otrzymałby. Analiza zamówień MON wykazuje jednoznacznie, że obrano kierunek likwidacji polskiego sektora zbrojeniowego i to rękoma polskiego MON, bowiem sprzęt dla armii zamiast produkować w polskich zakładach, importujemy od zagranicznych firm.

W kontekście działalności ministra ON Bogdana Klicha pewne światło na jego posunięcia i decyzje rzuca Instytut Studiów Strategicznych, którego współzałożycielem jest obecny szef resortu obrony. Mass mediom, które opisywały sprawy na linii resort obrony- ISS umknął jeden, istotny szczegół. Otóż ISS, który jest typowo rodzinną instytucją (wystarczy zerknąć na nazwiska głównych person zasiadających w zarządzie) sponsorowany jest m.in. przez niemieckie fundacje. Na liście darczyńców Instytutu są cztery niemieckie fundacje: Konrada Adenauera, Friedricha Naumanna, Friedricha Eberta i niemiecko-amerykańska German Marshall Fund. Fundacje: Adenauera i Eberta w 90 procentach dotowane są przez budżet federalny Niemiec. Fakty są takie, że budżet domowy państwa Klichów (druga żona pana ministra Anna Szymańska-Klich jest prezesem Instytutu) przynajmniej częściowo jest sponsorowany przez niemieckie fundacje. Siłą rzeczy nasuwa się pytanie: czy sponsorowanie przez Niemców tegoż Instytutu nie ma wpływu na decyzje ministra Klicha? Wystarczy chociażby przypomnieć pomysł szefa resortu ON dotyczący zakupu produktu niemieckiej stoczni: okrętu podwodnego U-214, którego nawet Grecy nie chcieli.

Car jest dobry, tylko urzędnicy są źli

Dobrym sygnałem był fakt, że w święto WP premier Tusk wybrał się do Afganistanu bez asysty i filtra urzędników MON. Zobaczył jak wyglądają realia codziennego życia żołnierskiego w warunkach wojennych, choć z perspektywy dobrze zabezpieczonej bazy.

Problem w tym, czy jest to kolejny element strategii PR-owej głowy rządu, czy autentyczne zaangażowanie w poprawę wyposażenia polskich żołnierzy i sytuacji w całej armii. Chcąc nie chcąc sytuacja wykreowana jest w ten sposób: urzędnicy z MON i minister są winni całej sytuacji, a premier w nawale pracy był odcięty od informacji o faktycznym stanie rzeczy. Nie wiem, czy jest to celowe działanie doradców premiera z Centrum Informacji Rządu, czy nie, jednakże wątpliwości, co do postawy premiera pozostają, bowiem primo: to on jest głową rządu i to on dobiera współpracowników, odpowiedzialnych za poszczególne resorty. Duo: pewne fakty wskazują, że dotychczas premier stosował metodę strusia- chowania głowy w piasek na rzecz jałowego PR-u.

Na niekorzyść premiera wskazuje chociażby sprawa gazosygnalizatora „Tafios" opisywana na łamach „Myśli Polskiej". Rok temu wybuchła w mediach sprawa, która powszechnie została nazwana aferą „Tafios", a portal Onet.pl uznał ją za drugą z najgłośniejszych spraw ubiegłych wakacji. Chodzi o próbę wyprowadzenia wojskowej technologii przez obce służby specjalne. Nadmienię, że według opinii ekspertów „Tafios" na początek mógł przynieść zysk polskiemu Skarbowi Państwa rzędu 500 mln zł.

Na dziesiątki pism wystosowanych przez Zakład Badawczo-Innowacyjny (w którym skupieni byli konstruktorzy technologii „Tafios") do MON, resort obrony odpowiadał tak, żeby nic z tego nie wynikało. W pewnym momencie doszło do paranoicznej sytuacji, bowiem „Bumar" (w którym „Tafios" był produkowany) i MON zachowywali się jak spółka cywilna, a ZBI jak spółka Skarbu Państwa. Tak więc polscy naukowcy z ZBI zderzyli się w MON z tym, co gen. Petelicki nazwał „betonem". Wypisz, wymaluj sytuacja z gatunku tych opisywanych obecnie przez gen. Skrzypczaka i gen. Petelickiego. Interpelacje poselskie w tej sprawie składał poseł Bogusław Kowalski, a były eurodeputowany Sylwester Chruszcz złożył zawiadomienie do prokuratury.

W lipcu ubiegłego roku naukowcy, konstruktorzy „Tafiosa" wystosowali do premiera Tuska dramatyczne w brzmieniu pismo o przyjrzenie się tej sprawie i zbadanie jej. O złożeniu tego pisma do kancelarii premiera szeroko informowały media, które monitorowały tę sprawę, więc doradcy premiera w CIR musieli wiedzieć o tej sprawie. Kilka dni po złożeniu tego pisma piszący tę rzecz widział briefing, w którym premier Tusk opowiadał jak ważna dla jego rządu jest nauka, nowoczesne technologie i jak wielką wagę do tego przykłada. Tymczasem naukowcy z ZBI do dnia dzisiejszego nie dostali odpowiedzi od premiera.

Przypomnijmy, że to decyzją premiera Tuska MON stracił w czasie wiosennych cięć budżetowych najwięcej pieniędzy ze wszystkich resortów, co znalazło rezonans w upadku szeregu zakładów w sektorze zbrojeniowym i masowych zwolnieniach.

Autor specjalizuje się w walce informacyjnej i wojnie psychologicznej.

Czytany 14178 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04