sobota, 22 sierpień 2015 07:34

Rostisław Iszczenko: Korzystna geopolitycznie transakcja

Oceń ten artykuł
(10 głosów)

Rostisław Iszczenko

Wśród dokumentów pozostawionych w spadku przez Michaiła Gorbaczowa, znajduje się Traktat o konwencjonalnych siłach zbrojnych w Europie (CFE), podpisany 19 listopada 1990 r. w Paryżu, który wszedł w życie już po upadku ZSRR 9 listopada 1992 r. Wspomniany układ wprowadził ograniczenia zarówno w kwestii ogólnej liczby broni, jak i sprzętu, umieszczonego na terytorium europejskim oraz ich stosowania (niepełne możliwości dyslokacji żołnierzy i sprzętu w tzw. regionach towarzyszących).

Już w czasach Borysa Jelcyna został podpisany (w maju 1996 r.) i wszedł w życie (15 V 1997), dokument końcowy pierwszej konferencji przeglądowej Traktatu CFE, lepiej znany jako zbiór dokumentów, które powstały po upadku ZSRR i Układu Warszawskiego (UW). W 1999 r., kolejna umowa została podpisana w sprawie adaptacji Traktatu CFE do nowych realiów (po upadku ZSRR i rozszerzeniu NATO, i zasadniczej zmianie bilansu broni konwencjonalnej). Jednak umowa ta, mimo że została podpisana w czasie istnienia znacznej przewagi militarnej NATO nad Rosją, nigdy nie weszła w życie z powodu ignorancji ze strony Stanów Zjednoczonych. W rezultacie, w 2007 roku, Władimir Putin, w orędziu do Zgromadzenia Federalnego ogłosił moratorium na realizację przez Rosję Traktatu CFE, a w 2014 roku Rosja bezterminowo zawiesiła swoje w nim uczestnictwo.

Jednym z głównych powodów unieważnienia traktatu była uparta odmowa przystąpienia do niego przez Litwę, Łotwę i Estonię. W rezultacie terytoria Baltikum stały się „czarną dziurą” i nie podlegały ograniczeniom Traktatu CFE. Od momentu wejścia tych krajów do NATO, zaistniała możliwość niekontrolowanego umieszczenia we wspomnianym regionie dowolnej ilości broni, ponieważ nie podlegają one ograniczeniom Traktatu CFE. Jeśli chodzi o rosyjską obronę, to już w latach 1990’ istniała ogromna przepaść pomiędzy Rosją a Europą. Kraje Bałtyckie, należące do NATO, teoretycznie mogły zaatakować Petersburg, co zagroziłoby zniszczeniem całej Floty Bałtyckiej oraz opanowaniem obszaru w okolicach Wiaźma-Kaługa. To właśnie tam w okresie od września do października 1941 r. rozpoczęła się ofensywa na Moskwę, przeprowadzona przez niemiecką 3. Armię Pancerną. Siły osi miały także okazję natarcia na Smoleńsk oraz separowanie Białorusi od Rosji.

Korzyści strategiczne przewidziane przez NATO dla Baltikum, zostały wyrównane trudnościami logistycznymi, które ograniczają możliwość wdrażania i utrzymania środków do życia dużej grupy żołnierzy przez długi czas. Mówiąc w skrócie, siły lądowe i morskie Krajów Bałtyckich byłby pod kontrolą rosyjskiej armii i marynarki.

Tak więc, bałtycki przyczółek mógłby być efektywnie wykorzystany w kampanii wojskowej przeciwko Rosji tylko wtedy, gdy nagromadzenie sił i środków niezbędnych do agresji wyniknęłoby pod pozorem wiarygodnego pretekstu w czasie pokoju. Po rozpoczęciu działań wojennych, siły zbrojne Baltikum miałyby zapewnione wsparcie sił NATO w Europie Wschodniej. Tak więc podstawowe pytanie brzmi, dla kogo kryzys będzie rosnąć szybciej – dla grupy białorusko-rosyjskiej posiadającej swoje siły w Kaliningradzie, na Białorusi, w Petersburgu i rejonie Pskowa czy też dla ugrupowań NATO w Krajach Bałtyckich i Polsce. W rzeczywistości wygrywa ten, kto pierwszy zbierze siły i zaatakuje.

Tymczasem na obszarze Baltikum znajduje tylko lokalne wojsko, które trudno nazwać armią, mające ograniczoną liczbę samolotów bojowych, przyznawanych przez NATO bardziej adekwatnym militarnie krajom na zasadzie rotacji, co mogło stanowić ewentualne zagrożenie dla bezpieczeństwa Rosji. Jednak w ostatnich miesiącach, Stany Zjednoczone rozpoczęły działania, które mogą zostać zinterpretowane jako demonstracja polityczna, działania prowojenne oraz jako prowokowanie FR do ataku na wspomnianej flance. Oczywiście, przetransportowane tam kilkunastu czołgów i setek innych pojazdów opancerzonych nie jest jeszcze wystarczającym powodem do rozpoczęcia kampanii zbrojnej przeciwko Rosji.

Jednakże przybycie nawet wspomnianych ograniczonych sił na Łotwę i do Estonii niezwłocznie podwoiło zdolności bojowej lokalnych armii, choć wcześniej można było w ogóle wątpić w ich zdolności wojskowe. Po drugie, precedens został stworzony i można teraz okresowo, powołując się na ekspertów lub wyrażając troski o bezpieczeństwa sojuszników, wysyłać coraz więcej jednostek. Niech każda z nich będzie mała, lecz połączone prędzej czy później mogą stać się poważną siłą. Po trzecie, elastyczne wzmocnienie ugrupowania NATO w pobliżu granic rosyjskich prowadzi do kontrposunięć strony przeciwnej. A stąd już niedaleka droga do eskalacji napięcia. Tak więc atak wyprzedzający, mający na celu eliminację przyczółka bałtyckiego może być konieczny z wojskowego punktu widzenia, nawet nie dlatego, że ktoś oczekuje na ten atak, ale w celu skrócenia linii frontu (chociażby w sposób wirtualny) oraz uzyskania korytarza lądowego do grupy stacjonującej w Kaliningradzie, tak aby wykorzystać ją w ważniejszych kwestiach.

Ponadto, należy pamiętać, że panujący w Kijowie reżim proamerykański pozycjonuje położenie Krajów Bałtyckich wobec północnej Białorusi takie samo, jak i podejście do sytuacji na południu Ukrainy. W tym samym czasie już od miesięcy mówi się o rozmieszczeniu wojsk NATO na Ukrainie. Logistyka i inteligentna infrastruktura są już w dużej mierze wdrożone, a armia ukraińska, choć w żadnym stopniu nie dorównuje rosyjskiej, stanowi większą siłę zbrojną, niż trzy ugrupowania armii Baltikum. Działania i intencje Waszyngtonu są absolutnie przejrzyste i praktycznie nie są w żadnej mierze ukrywane. Po porażce próby formalnego wciągnięcia Rosji w konflikt zbrojny na Ukrainie, co skutkuje powolnym, ale coraz bardziej wyraźnym odwróceniem Paryża i Berlina w kierunku poszukiwania kompromisu z Moskwą, Stany Zjednoczone ponownie próbują podnieść stawkę i wpłynąć na Brukselę i Moskwę w sprawie Ukrainy, na zasadzie – zrób to sam.

Waszyngton już ogłosił Kraje Bałtyckie kolejnymi ofiarami „rosyjskiej agresji”. W celu zaangażowania się w bardziej aktywny sposób w ukraińskim kryzysie USA naciskają Polskę – łudząc ją obszarami zachodniej Ukrainy – i Rumunię oraz próbują zaostrzyć konflikt z pomocą swoich marionetek w Kijowie i Kiszyniowie. Polska, Rumunia i Baltikum – to członkowie NATO i UE. Jeśli Stany Zjednoczone będą w stanie zaostrzyć sytuację w Naddniestrzu, Rosja, której siły pokojowe znajdują się w kraju, będzie natychmiast wciągnięta w konfrontację z Mołdawią i Ukrainą, co z kolei spowoduje możliwość motywowania „pomocy” ze strony Rumunii i Polski chęcią utworzenia „demokratycznych rządów” w Kijowie i Kiszyniowie. Może to doprowadzić do bezpośredniej konfrontacji zbrojnej pomiędzy Rosją a kontyngentami wojskowymi UE. Obecność militarna krajów unijnych w pobliżu granic FR daje Stanom Zjednoczonym możliwość zorganizowania prowokacji w dowolnym momencie, która z kolei może prowadzić do wdrożenia na szeroką skalę akcji militarnej, szczególnie jeżeli odbędzie się to równolegle do interwencji na Ukrainie i Naddniestrzu ze strony Polski i Rumunii. W tych warunkach, prowokacja ze strony amerykańskiego kontyngentu, stosowana w Krajach Bałtyckich, będzie praktycznie niemożliwa do odróżnienia od pełnowymiarowej agresji NATO na froncie od Petersburga do Morza Czarnego.

okrojone Baltikum

W rezultacie pojawia się nie tylko scenariusz wprowadzenia wojsk rosyjskich na terytorium Ukrainy (którego udało się uniknąć ponad rok), ale i opcja uderzenia wyprzedzającego, które mogłoby wyeliminować zagrożenie północnej flanki grupy rosyjsko-białoruskiej na Zachodzie, odblokować Królewiec i zapobiec ofensywie w głąb terytorium samej Rosji. Sama konfiguracja przyczółka nadbałtyckiego i jego położenie sprawiają, że odmowa podjęcia działań w niepewnej sytuacji może okazać się rozstrzygająca. Oczywiście, jeśli wszystko pójdzie zgodnie ze scenariuszem i prowokacja pociągnie za sobą działania wojenne, relacje z UE gwałtownie się pogorszą. Unia po prostu nie może publicznie nie odpowiedzieć na zaangażowanie Rosji w konfrontację zbrojną z kilkoma jej członkami. Nie ma tu znaczenia, czy w Paryżu i Berlinie zostaną zrealizowane zamierzone amerykańskie prowokacje, czy też nie. Początkowa twarda reakcja będzie usprawiedliwiona koniecznością zachowania twarzy. Ani Francja, ani Niemcy nie mogą sobie jeszcze pozwolić na publicznie oświadczenie: „Nasi partnerzy w UE okazali się amerykańskimi marionetkami, które uczestniczą w agresji przeciwko Rosji. Potępiamy ich działania i okażemy im żadnej pomocy”. Byłoby to mile widziane posunięcie, ale nie leży ono w naturze obecnych polityków europejskich, którzy dawno już nie przypominają ani Winstona Churchilla,  ani Charlesa de Gaulle’a.

Tak więc, decyzja Stanów Zjednoczonych o zorganizowaniu konfrontacji między Rosją a UE może zostać podjęta dzięki zbiorowym wysiłkom satelitów USA, a kluczową pozycję w tych zamierzeniach odgrywają Kraje Bałtyckie. Dlatego konieczne będzie zmniejszenie negatywnych skutków takiego rozwoju zdarzeń. Są jednak i inne ewentualności:

1. Jeśli prowokacji uda się uniknąć, to problem sam się rozwiąże. Po nieuchronnym upadku reżimu ukraińskiego, przyczółek bałtycki stanie się zbyt uciążliwy dla USA.

Jego związek z twardym rdzeniem UE (Francja i Niemcy) jest już od dawna zepsuty przez nazbyt silne związki z Waszyngtonem. Jednakże zacieśnienie powiązań między Unią Europejską a Federacją Rosyjską oraz budowa jednolitej przestrzeni ekonomicznej od Atlantyku po Pacyfik jest jedynie kwestią najbliższej przyszłości. Ponieważ sama Unia nie jest w stanie kontrolować swych wschodnich rubieży (zarówno pod względem gospodarczym, jak i wojskowym czy też politycznym) rosnąca pozycja FR wydaje się wielce prawdopodobna. Oczywiste jest, że Kraje Bałtyckie są pierwszymi potencjalnymi kandydatami do przejścia do rosyjskiej strefy wpływów.

To jednak ograniczona wydarzeń, w które Rosja jest jak najbardziej zaangażowana. W przypadku formalnego utrzymania status quo w Baltikum do władzy dochodzą siły prorosyjskie. Jeśli dojdzie do tego w czasie upadku NATO (a amerykańskie porażki na Ukrainie i w Europie Wschodniej nieuchronnie rodzą pytanie o przyszłość tego sojuszu), być może wyniknie możliwość zawarcia nowych sojuszy wojskowych i legalizacji roli FR jako protektora wojskowego. Polityka zagraniczna „bałtyckiego trio” zaczyna formować się na Pl. Smoleńskim, podczas gdy Niemcy i Francja mają możliwość zacieśnienia procesu integracji europejskiej i wyeliminowania poszczególnych reżimów proamerykańskich, zwłaszcza w Polsce, która zajmuje bardzo istotną rolę we współczesnej polityce europejskiej, bez względu na jej małą wagę gospodarczej i wojskowo-polityczną.

W rzeczywistości, w przypadku takiego rozwoju wydarzeń, Moskwa i Bruksela wyprą Waszyngton z Europy Wschodniej, która jest formalnie częścią Unii Europejskiej, a którą USA pragną podzielić na strefy wpływów, co może osłabić Unię pod względem gospodarczym i politycznym.

2. Jednakże, jak już zostało powiedziane, taki bieg wydarzeń jest mało prawdopodobny. Przede wszystkim dlatego, że francusko-niemiecki rdzeń UE nie jest jeszcze gotowy do podjęcia działań w sposób w pełni niezależny, bez względu na poczynania USA, ale także ze względu na to, że możliwość Waszyngtonu do organizacji wojskowo-politycznej prowokacji na granicy rosyjskiej jest ograniczona tylko przez jego dobrą wolę, choć jego zasoby nie są już niczym skrępowane. Dlatego też scenariusz z udziałem Rosji w konflikcie zbrojnym na jej granicach pozostaje aktualnym, a co więcej, obecne wydarzenia każdego dnia zwiększa ryzyko jego realizacji.

Należy zauważyć, że w przypadku tego scenariusza, Stany Zjednoczone będą powstrzymywać się od udziału w tym konflikcie, ale postarają się na wciągnąć weń UE. Dlatego szybka likwidacja przyczyn sporu, w postaci okupacji, daje szansę na zablokowanie rozprzestrzeniania się konfliktu. Eskalacji nadal stara się zażegnać Paryż i Berlin, ale już nie Kraje Bałtyckie. Polska i Rumunia będą miały o czym myśleć, jeśli nie chcą doświadczyć losu Baltikum. Oznacza to, że w pewnych warunkach rozwoju procesów politycznych (co jest wysoce prawdopodobne) szybka okupacja państw bałtyckich staje się najlepszym rozwiązaniem dla najgorszego możliwego scenariusza.

Co stanie się w przypadku realizacji drugiej opcji, czyli twardej reakcji Rosji na prowokację?

Po pierwsze, „nasi przyjaciele i partnerzy” z USA w ciągu ostatniego roku przywykli do tego, że Rosja nie podejmuje drastycznych kroków, nawet w przypadku bezpośredniej agresji militarnej przeciwko niej (ostrzał rosyjskiej artylerii na terytorium Ukrainy w lecie 2014 roku, a także naruszenie granicy przez uzbrojonych żołnierzy ukraińskiej armii i oraz samolotów ukraińskich sił powietrznych). Z dużym prawdopodobieństwem uważają oni, że FR wykazuje maksymalną powściągliwość i planuje dalsze poczynania. Tym samym ostra i twarda reakcja byłaby dla nich zaskoczeniem, na które Stany Zjednoczone mogą nie być gotowe. Oznacza to, że niezbędne działania będą jasne do Waszyngtonu, ale żadne konkretne decyzje nie zostaną wypracowane. Tymczasem, kraj działający w sytuacji kryzysowej pod presją czasu, będzie zmuszony do podejmowania decyzji, które z dużym prawdopodobieństwem będą zawierać błędy krytyczne.

Po drugie, błyskawiczna okupacja Państw Bałtyckich, powzięta w odpowiedzi na prowokację, pozwala mieć nadzieję na zdobycie dowodów, że prowokacja ta została zorganizowana przez Waszyngton i jego miejscowe marionetki (w przypadku ograniczonego czasu mogą nie być w stanie ukryć dowodów czasu aby ewakuować lub zlikwidować świadków i uczestników). To pozwala mieć nadzieję na osiągnięcie konstruktywnych rozmów z UE w sprawie ugody.

Po trzecie, błyskawiczne zajęcie państw bałtyckich stawia UE w sytuacji, kiedy otrzymanie status quo będzie możliwe jedynie na drodze negocjacji. Można zatem założyć z pewnym powodzeniem, że nie podejmą walki z FR w obliczu faktów dokonanych. A w negocjacjach zawsze ważne jest znalezienie kompromisu, wzajemne ustępstwa, itp., a to znaczy, że stanowisko UE będzie musiało złagodnieć, aby stało się bardziej konstruktywne, co jest Rosji niezbędne, ponieważ od dawna próbuje ona zmusić Unię Europejską do rozsądnych negocjacji.

Po czwarte, istnienie takiego argumentu, jak okupowane Baltikum, daje Rosji dodatkowe możliwości w negocjacji kompleksowego rozwiązania. Na przykład, jeśli do tej pory pytanie, co otrzyma UE w przypadku przejścia Ukrainy pod kontrolę rosyjską po upadku reżimu w Kijowie, pozostaje bez odpowiedzi, to teraz odpowiedź na to pytanie jest. Europa otrzyma z powrotem kraje nadbałtyckie.

Po piąte, jest faktem, że Baltikum już dawno stało się strefą nie stabilności. Według socjologów, wyemigrowało co najmniej 40% populacji a ich gospodarki są zniszczone. Nawet porty, przemysł turystyczny i pozostałości rolnictwa stopniowo umierają. Kraje Bałtyckie nie mają już nic do zaoferowania UE, a także nie mogą konkurować z producentami starej Europy, a nawet Polski. Jednak ich utrata prowadzi do niestabilności społecznej i wymaga pomocy finansowej ze strony Unii Europejskiej, żeby Wilno, Ryga i Tallina były w stanie związać „koniec z końcem. Dlatego też cała ta sytuacja może być interesująca i korzystna dla UE”. Oczywiście, Kraje Bałtyckie to nie Ukraina. W końcu, na Ukrainie mieszka większość populacji rosyjskiej (nawet jeśli część z nich identyfikuje się jako Ukraińcy). Litwini, Łotysze i Estończycy nie są ani Rosjanami, ani nawet Słowianami. Dlatego też, bezpośrednie włączenie tych ziem do Rosji może być trudne.

Jednak, po pierwsze, sąsiedzi, w tym państwa członkowskie UE mają wobec nich historyczne roszczenia terytorialne. Przykładowo Polacy mają swoje plany wobec Litwy. Kurlandia była niegdyś polskim lennem.

Po drugie, na Litwie do 22% ogółu ludności pochodzi z Łotwy, a więc około 1/3 miejscowej populacji jest uważana za ludność innej narodowości. Przy czym wspomniana społeczność uważa się za autochtonów i walczy o swoją autonomię, zaś obszar ich historycznego rozmieszczenia znajduje się akurat przy granicy z Rosją. Z kolei mniejszości na Łotwie zaprzeczają dążeniom do autonomii, choć władze realizują politykę asymilacji. Rosja, jak do tej pory, nikomu autonomii nie odmówiła. W Estonii, rosyjska populacja mieszka na zwartym terytorium na wschodzie kraju. W ogóle, jeśli zajdzie trzeba, terytorium Krajów Nadbałtyckich może zostać okrojone, przy współudziale UE. Niektóre obszary mogą zostać utracone na rzecz sąsiadów. Z kolei innym państwom można narzucić rozwiązania autonomiczne w kontekście federalnym lub nawet konfederacyjnym, a w niektórych przypadkach mogą nawet zostać utworzone nowe kraje.

Po trzecie, w nowych warunkach politycznych, Kraje Bałtyckie prowadzące politykę prorosyjską mogą wstąpić do Unii Celnej oraz Związku Eurazjatyckiego. W końcu nie są one przypięte do UE gwoźdźmi, a okazja do reorientacji polityki zagranicznej zawsze się znajdzie. W końcu, w jakim to towarzystwie Europa Wschodnia, w tym Baltikum, znajdowała się na przestrzeni ostatnich 500–1000 lat? Każda zmiana w układzie sił światowych doprowadziła do zmian w regionie.

Teraz oczywiście radykalnie zmienił się globalny układ sił. Aby w takiej sytuacji zachować nienaruszalność granic małych krajów, takich jak republiki bałtyckie, muszą one mieć ogromne możliwości. Politycy miejscowi takich tendencji nie reprezentują, zaś USA wielokrotnie wykazała gotowość poświęcenia najbardziej nawet lojalnych sojuszników w celu osiągnięcia swych założeń krótkoterminowych. Państwa bałtyckie w tym wypadku nie mogą być wyjątkiem.

tł. Agata Spustek
Fot. www.europeangeostrategy.org
Źródło: http://newsbalt.ru/analytics/2015/04/iskupitelnyy-vykup/

Czytany 3731 razy Ostatnio zmieniany poniedziałek, 17 sierpień 2015 19:50