wtorek, 21 kwiecień 2015 07:50

Rostisław Iszczenko: Azerbejdżan w kontekście kryzysu bliskowschodniego

Oceń ten artykuł
(5 głosów)

geopolityka Rostisław Iszczenko

Wydawałoby się, że Baku nie ma związku z Saną lub Adenem. Azerbejdżan znajduje się na północnym krańcu obszaru zwanego Wielkim Bliskim Wschodem, a Jemen na krańcu południowym tego regionu. W Jemenie rozprzestrzenia się, pogłębiona agresją zewnętrzną, wojna domowa, a Azerbejdżan, dzięki przyjęciu efektywnych środków zapobiegawczych, szczęśliwie uniknął prób kolorowych przewrotów. Jego jedyny konflikt zewnętrzny, który przez długie lata pozostawał zamrożony, ma szanse się rozwiązać w ciągu najbliższych pięciu lat.

Te dwa państwa łączy związek z polityką irańską. I nie polega on na tym, że 2/3 powierzchni historycznego Azerbejdżanu jest do tej pory prowincją irańską, a Jemen był w VI w. n.e. na krótko znalazł się pod panowaniem Iranu. Problem leży w wielkiej geopolitycznej grze naszych czasów.

Irak, Iran i „Nabucco"

Przez długi czas, począwszy od rewolucji islamskiej w 1979 roku, relacje na linii Waszyngton-Teheran nie były po prostu złe. One były bardzo złe. Od losu Iraku uratowała Iran tylko wojenno-polityczna stabilność i efektywna kontrola władz nad wewnętrzną sytuacją polityczną. Terytorium Iranu okazało się zamknięte dla realizacji amerykańskich projektów globalnych. W latach 1990’ stało się to poważnym problemem dla USA.

Do tego czasu ZSRR już się rozpadł i po krótkim okresie wahań Ameryka podjęła decyzję o dobijaniu Rosji i ostatecznym przekształcaniu jej statusu z partnera w status wasala. Aby to osiągnąć trzeba było rozwiązać jeden ważny problem – zapewnić dostawy tanich surowców energetycznych do UE, które byłyby alternatywą rosyjskich i jednocześnie blokować drogi dostawy rosyjskiej ropy i gazu.

Problem blokady został łatwo rozwiązany – na tamtą chwilę 80% dostaw rosyjskich surowców energetycznych do UE przechodziło przez ukraińskie rurociągi. Władze w Kijowie na długo przed przewrotem w 2004 roku były podporządkowane Waszyngtonowi w wystarczającym stopniu, aby rurociąg wysechł, chociaż pod względem technicznym nic mu nie dolegało.

Problem dostawy alternatywnych energetycznych surowców planowano rozwiązać po pierwsze poprzez realizację projektu rurociągu „Nabucco", który, biegnąc przez teren Turcji, miał uszczęśliwić Unię Europejską dostawami początkowo 30 mld m3 azerskiego i środkowoazjatyckiego gazu, z perspektywą wzrostu dostaw. Istniała tylko jedna przeszkoda – gaz wydobywany przez Azerbejdżan nie wystarczał, aby w pełni zająć miejsce gazu rosyjskiego. A dostawa gazu z Azji Środkowej komplikowała się problemów dotarcia do wlotu rury „Nabucco” – trzeba było go przepompować przez terytorium Iranu (gdzie, jak było już powiedziane, amerykańskie projekty nie miały żadnych perspektyw pojawienia się) albo przez Morze Kaspijskie, którego status prawny do tej pory nie został ostatecznie określony. W rezultacie tej sytuacji Rosja miała możliwość blokowania wszelkich transkaspijskich rurociągów a tym samym gaz z Azji Środkowej pozostał dla „Nabucco” nieosiągalnym, co przesądziło o smutnym losie tego projektu.

Nie oznaczało to jednak, że USA zrezygnowały z tego pomysłu. Generalnie, jeśliby w swoim czasie kolorowe rewolucje powiodły się w Uzbekistanie i Azerbejdżanie, to proamerykańskie „nowe władze" tych krajów mogły zlekceważyć międzynarodowe prawo i razem z Turkmenami przeprowadzić nowy rurociąg. Jednak taktyczne niepowodzenia nie prowadzą do zmiany strategicznych celów głównych graczy. Zmieniają się tylko metody ich osiągania.

Od ukraińskiej GTS (system transportu gazu) do Tureckiego Potoku

W ciągu minionych lat USA doprowadziły do doskonałości swój mechanizm rządzenia Ukrainą. Obecnie kluczowe decyzje w sferze polityki wewnętrznej i zewnętrznej Kijowa są podejmowane nie w parlamencie, nie przez prezydenta i nie poprzez referendum. Podejmuje je bowiem ambasador USA, a nominalne ukraińskie władze tylko opracowują je od strony prawnej i wdrażają. Czyli USA mogą w każdej chwili zamknąć ukraiński tranzyt gazu. Co prawda zależność Europy od tego tranzytu zmalała w momencie otwarcia „Gazociągu Północnego”, ale budowę „Gazociągu Południowego” USA dały już radę zablokować. Nitka turecka, jak na razie, istnieje tylko w sferze projektów. Dlatego krytyczna zależność UE od ukraińskiego tranzytu zmniejszyła się, ale nie znikła w pełni.

Po tym jak nie spełniły nadziei projekty związane z gazem łupkowym i próby rozwiązania kwestii z pomocą dostaw skroplonego gazu, środokowoazjatycko-turecka trasa znowu znalazła się na porządku dziennym. Jeśli USA nie zaproponują alternatywnego gazu, blokowanie ukraińskiego tranzytu zostanie przyjęte przez Europę jako ekonomiczna dywersja i doprowadzi to do niechcianych konsekwencji.

Oprócz tego kaspijska trasa jest a priori niemożliwa, dlatego że dzisiaj Rosja i Iran, przy milczącym poparciu Kazachstanu, sprzeciwiają się temu projektowi, a USA nie mają czasu na zmianę sytuacji. Muszą szybko rozwiązać ten problem, dlatego że „kijowski reżim" długo się nie utrzyma.

Ponadto, żeby blokować budowę Tureckiego Potoku Ankara musi otrzymać propozycję realnej alternatywy, na przykład w postaci reanimowanego na konkretną objętość gazu z projektu „Nabucco”.

W tej chwili USA idą na oczywiste ustępstwa względem Iranu w kwestii programu jądrowego. Formalnie ustępstwa są jakby obopólne, ale należy pamiętać, że Iran również wcześniej był gotów na kompromis i to na bardziej korzystnych dla USA warunkach, ale Waszyngton domagał się wtedy pełnego i bezwarunkowego zamknięcia programu jądrowego. Teraz, nagle USA zamieniają gniew na łaskę i zadowalają się dawno proponowaną kontrolą międzynarodową, nie naciskają na demontaż wszystkich wirówek (powinno zostać zdemontowanych ok. 70% z nich) i są gotowe zdjąć z Iranu sankcje.

Powyższa sytuacja oznacza, że że na rynek międzynarodowy zaczną wchodzić irańskie surowce energetyczne. To doprowadzi do znaczącego wzrostu ilości ropy na rynku międzynarodowym, ale Iran nie da rady zapewnić Europie ilości gazu, która zdołałaby zamienić gaz rosyjski. W ten sposób budowa gazowego portu w Azji Środkowej, teraz już przez terytorium Iranu, staje się aktualnym projektem.

Jemen, Iran i Azerbejdżan

Tutaj oto, na buzującym Bliskim Wschodzie, znowu płonie Jemen. A dokładniej płonął on dawno, ale nagle zaczęto na niego zwracać uwagę, a Arabia Saudyjska – główny sojusznik USA w regionie – organizuje koalicję i zaczyna niesprowokowaną agresję w stronę Jemenu, aby poprzeć jedną ze stron wojny domowej. Dziwne jest, że sami Amerykanie pozostają poza kadrem i wbrew utartemu zwyczajowi nie występują jako „główni rozjemcy”, zachowując w kryzysie jemeńskim względną swobodę ruchów.

Jemen to tradycyjna bolączka Iranu. Wpływ Teheranu na miejscowych szyitów i na miejscową politykę zawsze pozostawał znaczącym. Działania sił koalicji, której przewodzi Arabia Saudyjska, otwarcie prowokują Iran do starcia. Teheran zagania sam siebie w logiczną pułapkę.

Z jednej strony nie może on opuścić sojuszników. Nadwerężyłoby to znacząco jego wpływy w regionie. Z drugiej strony Persowie i Arabowie pozostają w sporze od początku VII w. n.e. a przyjęcie przez Iran islamu niczego nie zmieniło. Rozpoczęcie wojny z koalicją czołowych, pod względem wojskowym, państw arabskich w sytuacji, kiedy gospodarka jest osłabiona sankcjami, relacje z Turcją i Izraelem pozostają napięte, znacząca część siły jest wiązana przez kontrolę irackiego przedpola , które zostało zniszczone przez USA, a także na wsparcie sojuszników w Syrii, byłoby śmiertelnie niebezpieczne. Co więcej, problematycznym jest okazanie pomocy jemeńskim sojusznikom bez konfliktu z flotą egipską albo saudyjskim lotnictwem.

Rozwiązać ten problem dla Iranu mogą tylko USA. Waszyngton jest w stanie zarówno powściągnąć zapał koalicji w Jemenie, jak i szybko usunąć ten kraj z głównych wiadomości w światowych mediach, jak i zaproponować Jemenowi rekompensatę jego strat na innym polu. W zamian Iran będzie musiał nie tylko zgodzić się na zapewnienie tranzytu gazu ze środkowej Azji przez swoje terytorium, ale i zacząć dryf w kierunku obozu sojuszników amerykańskich.

W związku z tym, że USA nie są obiektywnie zainteresowane w umocnieniu irańskiej pozycji w Jemenie, można zaproponować, że rekompensatą za rezygnację z popierania miejscowych husytów będzie uregulowanie na korzyść Iranu sytuacji w pobliżu jego granic. Tym bardziej, że USA same są zainteresowane tym, aby ktoś w końcu przegnał bojowników Państwa Islamskiego, którzy stworzyli na północy Iraku i wschodzie Syrii w pełni żywotne i bardzo agresywne państwo islamskie. Swoją rolę w destabilizacji regionu w interesie USA ci bojownicy już odegrali. Teraz trzeba ich znowu zagnać do podziemia, skąd USA mogą ich wyciągnąć w każdej chwili, gdy będą potrzebni. Dlaczego Iran nie miałby się tym zająć?

Teheran i tak kontroluje irackich szyitów a wcześniej czy później wysunie roszczenia względem prowincji rozbitego Iraku. Wpływ tego państwa w Syrii też pozostanie znaczącym, ale będzie spotykać się z wpływami rosyjskimi. Jak dotąd nie odnotowuje się poważnych sprzeczności między Moskwą i Teheranem, ale mogą się pojawić, szczególnie w przypadku przyłączenia się Iranu do amerykańskich projektów naftowych.

Dodatkowo na pozycje Turcji, Iranu, i Syrii wpływa problem kurdysjki, który USA kiedyś z powodzeniem wykorzystały przeciwko Saddamowi Husajnowi. Ogólnie, jeśli gra z Iranem się uda to dopóki Rosja i UE zajmują się Ukrainą, USA mogą spróbować wygrać partię, przenosząc ją na bliskowschodnią stronę.

Właśnie tutaj też mogą rozpocząć się problemy Azerbejdżanu. Wraz z krachem projektów transkaspijskich rurociągów i po niepowodzeniu zamiany na wzór ukraiński azerskiej władzy na stuprocentowe marionetki, zainteresowanie Waszyngtonu Azerbejdżanem zmalało. Oprócz tego, azerbejdżańsko-irańskie relacje trudno nazwać ciepłymi – w konflikcie w Górskim Karabachu Iran nawet popierał Armenię.

Problem irańskiego Azerbejdżanu przy istniejącym stanie rzeczy nie zostaje rozwiązany, a dla Teheranu nie jest on najważniejszy - niezależne azerbejdżańskie państwo na granicy z kontrolowanymi przez Iran azerskimi terytoriami zawsze będzie postrzegane jako zagrożenie i Iran będzie zawsze dążyć do likwidacji tego zagrożenia.

Sytuacja, niewątpliwie jest bardzo trudna, dlatego że Turcja i Iran zawsze konkurowały o wpływy w regionie a teraz ich udział w jednym geopolitycznym projekcie wydaje się mało prawdopodobny. Jednak do 1979 roku Ankara i Teheran byli sojusznikami USA a Waszyngtonowi udawało się zapewniać ich zgodną pracę nad obroną amerykańskich interesów na Bliskim Wschodzie.

Należy brać pod uwagę fakt, że czynnik czasowy gra teraz kluczową rolę. Dla blokady rosyjskiego projektu Tureckiego Potoku alternatywny uzasadniony projekt powinien zostać zaproponowany przez USA bardzo szybko – do jesieni 2015 – wiosny 2016 roku. Wciągu tego czasu trzeba skłonić Teheran do pełnej zmiany geopolitycznej orientacji, co nie będzie łatwe. To oznacza, że i geopolityczne prezenty należy uczynić istotnymi, robić je z wyprzedzeniem i w większej ilości. Chyba, że w przypadku irańskiej nieustępliwości, uda się równie szybko stworzyć Teheranowi problemy na całej jego granicy.

Wielkim niebezpieczeństwem jest to, że USA, jak to mają w zwyczaju, zaczną radykalnie zmieniać sytuację. Wszystko to stwarza dla Azerbejdżanu nowe wewnętrzne i zewnętrzne zagrożenia, a także aktualizuje istniejące. Co więcej, warianty rozwiązania problemu znajdują się poza granicami możliwości wyłącznie azerbejdżańskiej polityki zagranicznej. Rozwiązanie może być osiągnięte albo przy zachowaniu wysokiej konfliktowości w amerykańsko-irańskich relacjach albo w przypadku startu rosyjsko-tureckiego projektu, który w pełni niweluje wszystkie wysiłki amerykańskie, które podjęły one w ciągu ostatnich lat w Europie, na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie.

Przekład: Urszula Bielec
Tekst pochodzi z portalu: http://www.imperiya.by
Fot. en.trend.az

Czytany 12700 razy