sobota, 31 styczeń 2015 07:05

Robert Potocki: Postyczniowe rozmyślania geopolityczne nad Ukrainą

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

dr Robert Potocki

Po styczniowych walkach w Donbasie, w sprawie kryzysu ukraińskiego udało się przetrzymać Rosję w przysłowiowym „kozim rogu”. Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej niemal zgodnym chórem mówią o dalszym kontynuowaniu polityki sankcji – ich przedłużeniu, a nawet zaostrzeniu. I co z tego wynika? Ano to, że przeciwników zdecydowanych posunięć wobec Kremla zmuszono do milczenia lub dogadywania się poza polskimi plecami (ostatni przykład Francji i jej „strategii rolnej”).

Lekceważy lub bagatelizuje się przy tym liczne i wieloletnie powiązania gospodarcze między Paryżem, Berlinem a Moskwą, choć we wspomnianą współpracę zaangażowały się wielkie i wpływowe europejskie koncerny – co w przypadku RP i tak odbija się „czkawką” (vide: główny kontrahent budowy gazoportu w Świnoujściu). A embargo handlowe? Może warto spytać o to rodzimych rolników, producentów mięsa i mleka, hotelarzy czy właścicieli firm transportowych. Decydując się na rozpętanie konfliktu geoekonomicznego warto pamiętać o potencjalnych reakcjach przeciwnika, który niewątpliwie odpowie ripostą oraz o zrekompensowaniu rodzimym wytwórcom nieuchronnych strat materialnych. No a od sojuszników oczekiwać zwykłej lojalności i solidarności. To w sferze publicznej nazywa się odpowiedzialną i dalekowzroczną polityką państwa, z którą demokracje zachodnie mają ustawiczne kłopoty.

Zwolennikom zaostrzenia stosunków z Rosją marzy się oczywiście albo (1) doprowadzenia do jej bankructwa gospodarczego – zresztą i tak pierwsze symptomy załamania się ekonomiki tego kraju są już widoczne gołym okiem, lub też (2) do wywołania nowej zimnej wojny. Pomijając problem determinacji i konsekwencji reżimów demokratycznych, diabeł, jak zwykle, tkwi w szczegółach. Po pierwsze – z perspektywy Stanów Zjednoczonych jest to jednak konflikt peryferyjny, który dodatkowo absorbuje zasoby głównego rywala na terenie eurazjatyckiego interioru i wycisza niesnaski transatlantyckie, co też oznacza że to właśnie Unia Europejska powinna wziąć na siebie główny ciężar tej konfrontacji (inna rzecz, że nie ma ona na to ochoty, chociażby z tego powodu, iż jest „mocarstwem cywilnym”), gdyż najważniejszy jest „teatr dalekowschodni” (Doktryna Baracka Obamy). Po drugie – trzeba pamiętać o klasykach: przykładowo niesławny (lecz skuteczny i niezwykle wyrafinowany) Otto von Bismarck sugerował, iż Rosja nigdy nie jest tak silna na jaką wygląda, ale też nigdy nie jest i tak słaba, jakbyśmy chcieli sądzić; z kolei mało znany w Polsce Parag Khanna (amerykański geopolityk hinduskiego pochodzenia) wysunął następującą konkluzję – silna Rosja to nowa zimna wojna, zaś słaba to globalna anarchia (i tak źle i tak niedobrze!). Po trzecie wreszcie – nikt z Europie i Ameryce Północnej nie marzy o nowym wyścigu zbrojeń (a może właśnie szkoda, gdyż kompleks wojskowo-przemysłowy – oprócz pochłaniania publicznych pieniędzy generuje nowe miejsca pracy i rozwój technologii podwójnego zastosowania – a skąd się wziął chociażby współczesny GPS, Internet czy bezprzewodowa sieć łączności) z powodów deficytu finansowego i braku przyzwolenia dzisiejszych społeczeństw, które zatraciły swój zmysł strategiczny.

Problem w tym, że świat Zachodu w przypadku kryzysu ukraińskiego sam usupłał sobie „węzeł gordyjski” – chyba, że mówimy o kapitulacji lub zaostrzeniu konfrontacji, nie zaś o deeskalacji problemu donbaskiego, a Rosja – co wynika z jej historii, pozycji międzynarodowej i mniemania o sobie samej – poszła wówczas w przysłowiowe zaparte. Jednym słowem spotkały się dwa przysłowiowe zwierzaki – osioł i muł, z których jeden usiłuje zmusić drugiego do ustąpienia mu z drogi. Trzeba przy tym jednak pamiętać, że nie możemy, jako Zachód, mierzyć swoją miarą określonych wydarzeń w Rosji, gdyż jest to inna formacji cywilizacyjna, pomimo wspólnych korzeni chrześcijańskich. Stopień wrażliwości społecznej i zdolność do znoszenia wyrzeczeń w Eurazji jest dużo niższy, niż w Europie, czy USA – nawet poniżej naszych wyobrażeń. Tego nauczyła Rosjan historia ZSRR. Dalej – historia dowodzi, że Rosjanie liczą się i szanują jedynie silnych. Co to oznacza? Wyjścia są dwa. Albo zmusimy ich do kapitulacji, lecz wymaga to zdecydowanej reakcji politycznej i wojskowej (nie wykluczając interwencji zbrojnej w skrajnym wypadku). W tym wariancie musimy jednak przekonać Kreml, iż dysponujemy realną siłą, będziemy konsekwentni i nie cofniemy się przed jej użyciem, kiedy zajdzie taka potrzeba. Ale oczywiście – o scenariuszach alternatywnych możemy sobie pospekulować – choć w Moskwie dobrze wiadomo, że UE  nie ma określonej „zdolności decyzyjnej”, zaś amerykański ośrodek siły jest już myślami gdzieś indziej – rozwijając koncepcję wojny powietrzno-morskiej. W tej sytuacji pozostaje mam powrót to rzeczywistości i doprowadzenie do sytuacji, w której Kreml mógł najzwyczajniej wyplątać się z kryzysu ukraińskiego z „zachowaniem twarzy”.

Wygaszenie wojny noworosyjskiej, z powyższego punktu widzenia, jest w zasadzie możliwe jedynie w przypadku, gdy dyplomaci europejscy i rosyjski – niestety ponad głowami Ukraińców i głównie ich kosztem – wypracują konsensus w myśl przysłowia: wilk syty i owca cała. Ci zresztą i tak niewiele mają do powiedzenia, gdyż cała ich gospodarka jest już i tak na zachodnim garnuszku, zaś w powietrzu nieustannie wisi groźba zawieruchy społecznej w sytuacji, gdy politycy krajowi zamiast szukać rozwiązań, ciągle odkładają niezbędne reformy. A zegar tyka! Z kolei, dla prezydenta Władimira Putina, po „zwycięstwie” w wojnie sierpniowej z Gruzją w 2008 r., „pokojowej” aneksji „niepodległej” Republiki Krymu w 2014 r. – Rosja ze wspomnianego konfliktu nie może wyjść w żaden sposób upokorzona, gdyż jego alternatywą jest – w czym utwierdza zarówno rosyjska propaganda, jak i niektóre ośrodki polityczne na Zachodzie – kolejna „kolorowa rewolucja”. A już – nie daj Boże – żeby okazało się, że wojnę donbaską wygrali „banderowcy”, choć nie da się już zaprzeczyć, że Pomarańczowa Rewolucja z 2004 r. (!), EuroMajdan oraz wspomniana konfrontacja zbrojna doprowadziły do narodzenia się nowego mitu założycielskiego współczesnej, potencjalnie postoligarchicznej, Ukrainy oraz emancypacji społeczeństwa obywatelskiego, opartej na zasadach nacjonalizmu państwowego (nie mylić z etnonacjonalizmem).

Problem w tym, że sama Ukraina nie ułatwia rozwiązania problemu Donbasu. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że do pewnego stopnia jest on korzystny dla kraju. Politykom pozwala na usprawiedliwienie swojej niemocy, niekompetencji i braku pomysłu na „wyjście awaryjne”. Ponadto wycisza wojnę na górze oraz maskuje ewidentną słabość i nieadekwatność systemu konstytucyjnego do realiów polityki, gdyż już raz – po Pomarańczowej Rewolucji – okazało się, że obowiązująca obecnie konstytucyjna „nowela grudniowa” z 2004 r. była przyczyną ostrego konfliktu między urzędem prezydenckim a Gabinetem Rady Ministrów. Ponadto, jak każda wojna, konflikt spełnia swą funkcję mobilizującą i integrującą naród wokół elity władzy; i usprawiedliwia trwanie w tej szarej codzienności. Natomiast z punktu widzenia międzynarodowego nie pozwala na zejście kraju z głównej sceny gry globalnej. Co prawda bardziej jako przedmiot, niż podmiot – lecz paradoksalnie łatwiej jest wówczas o „pomoc humanitarną” (czytelnikowi pozostawia się, jak należy zinterpretować to ostatnie określenie).       

Zadajmy sobie przy tym zasadnicze pytanie – jakie praktyczne znaczenie dla Ukrainy ma oficjalne ogłoszenie, że jej władze państwowe rezygnują ze statusu pozablokowości oraz, że za wojną donbaską kryje się agresja rosyjska?

W tym ostatnim przypadku jest to zwykłe stwierdzenie faktu, który wynika z definicji normatywnej przyjętej przez ONZ w 1974 r. oraz licznych przypadków z 2014 r. Czy oznacza to, że Ukraina automatycznie ogłosiła, że jest w stanie wojny z Rosją. Oczywiście, że nie – gdyż następstwa takiej deklaracji byłyby nietrudne do przewidzenia. Mamy zatem stan (niby)wojny czy też nie-wojny. Zresztą władze państwowe w Kijowie same nazwały eufemistycznie wspomniany konflikt Operacją Antyterrorystyczną, co zresztą nie ułatwia  poszukiwań kompromisu politycznego i dyplomatycznego, a przy okazji w wymiarze wewnętrznym sprawia wielkie kłopoty z poborem do armii oraz przedłużeniem służby wojskowej w przypadku końca terminu służby. Co ze stosowaniem w tym przypadku zwyczajów i praw wojennych, skoro jedna strona to puczyści, zaś druga – terroryści. Chyba byłoby lepiej, gdyby na początek obie strony publicznie zadeklarowały status kombatancki dla wszystkich osób umundurowanych, jawnie noszących broń i oznaki przynależności para- lub państwowej.

A co z zadekretowaną rezygnacją z opcji pozablokowości? Warto tylko pokazać symptomatyczne reakcje trzech krajów: (1) w Niemczech prasa uznała to za przejaw krótkowzroczności (nawet „bezczelności), (2) w Polsce – dyżurni decydenci od polistategii ogłosili, że na takie posunięcia „nie ma obecnie klimatu” (to taka forma nowomowy, z której wynika, że „płyniemy w głównym nurcie historii”), zaś w Rosji – …w zasadzie nic nowego. Warto tylko zauważyć, że w retoryce płynącej z Moskwy pojawił się wątek, iż jednym z przewodnich motywów „wygaszenia” – nie bójmy się użyć tego sformułowania – wojny donbaskiej jest deklaracja Ukrainy o przyjęciu statusu państwa neutralnego. A może uwzględniając aktualny stan gospodarki, słabość sił zbrojnych, które wyraźnie nie bardzo sobie radzą w separatystami, wspieranymi przez czynniki zewnętrzne oraz nieciekawe nastroje społeczne skutek marazmu reform oraz realnego spadku stopy życiowej jest to rozwiązanie optymalne?

Pierwszy powód jest banalnie prosty – garnizonów NATO tam jeszcze nie ma, a rosyjskie po inkorporacji Krymu – ogłosiły stan „samolikwidacji”. Drugi – jeszcze prostszy – nikt w Europie nie zamierza umierać za Donieck, ani tym bardziej iść na udry z Federacją Rosyjską. Najważniejsze w końcu są interesy! I po trzecie – do stabilizacji Ukrainy i tak trzeba będzie dołożyć dziesiątki miliardów USD, a zaangażowanie Moskwy w ten kryzys może działać zarówno pozytywnie, jak i generować dodatkowe koszta. Pamiętajmy, że premier Mykoła Azarow sugerował w czasie EuroMajdanu, iż bilans finansowy transformacji ekonomicznej może wynieść nawet 160 mld USD. Jeśli liczby nie były wzięte z „sufitu”, to kto na Zachodzie wyłoży taką sumę – nawet w perspektywie średnioterminowej (5–1o lat). Ale od czego mamy w końcu casus Grecji. Na dodatek Ukraina to nie byle jakaś tam druga Hellada.

Czytając zatem mapę konfliktu zbrojnego na południowo-wschodnich kresach Ukrainy w styczniu 2015 r. można – zdaniem autora – zauważyć, iż starcia zbrojne miały głównie punktowy i ograniczony charakter. Ich celem nie była reeskalacja wojny, lecz zaokrąglenie granic administracyjnych Noworosji, wyparcie sił rządowych z enklaw mogących utrudnić przyszłe rokowania dyplomatyczne (lotnisko w Doniecku), przejęcie węzłów komunikacyjnych, które zapewnią stabilność terytorialną oraz zapewnienie pewnego przedpola operacyjnego w okolicach Ługańska i Doniecka. W przypadku ostrzału Mariupola mogło chodzić zarówno o odwrócenie uwagi od innych operacji, jak i zapowiedź zajęcia tego portu. Z jednej strony byłoby to na rękę Rosji, która potencjalnie zyskiwałaby lądowy korytarz na Krym i dalej możliwość prowadzenia działań zbrojnych w kierunku Odessy, aż do Naddnietrza,  a z drugiej secesjoniści noworosyjscy zyskaliby własne „okno na świat”. Rozszerzenie teatru działań zbrojnych na południe doprowadziłoby jednakże nie tylko do dalszego rozproszenia sił ukraińskich wzdłuż granic, ale i pozbawiłoby kraj w zasadzie głębi strategicznej, gdyż z przyczyn geograficznych byłby on już niezdolny do realnej samoobrony.

Mapa 1. Linia Putina z 15 stycznia 2015 roku

mapa-donbas-15-01-2015

Źródło: Т. Силина, Топография кровью, „Зеркало недели. Украина” 23 I 2015, no. 2.

To także sygnał, iż alternatywą dla rosyjskich postulatów neutralizacji Ukrainy i konstytucyjnego zagwarantowania Donbasowi autonomii narodowo-terytorialnej jest projekt „małej” Noworosji (obecna linia frontu). W końcu jeden z liderów Donieckiej Republiki Ludowej zapowiedział „wyzwolenie” kraju w granicach obwodu, choć w tym samym czasie w „siostrzanej republice” toczy się przysłowiowa walka o wpływy, stanowiska i angaże. Konflikt można jednak przeciągać w nieskończoność, kiedy przyjdzie czas „zamrozić” lub „odmrozić” – to sygnał płynący z Kremla dla Kijowa i świata zachodniego. Rozszerzenie teatru działań zbrojnych jest więc mało prawdopodobne, zwłaszcza, że w połowie stycznia siły noworosyjskie oceniano na 35 tys. ludzi, w tym 8 tys. wojskowych z armii FR, dysponujących dodatkowo 5oo czołgami i prawie tysiącem wozów opancerzonych. Dodatkowo 52 tys. żołnierzy rosyjskich stacjonowało wzdłuż ukraińskiej granicy. To zbyt małe siły, aby pokusić się o pełnowymiarową wojnę na tak rozległym terytorium i zbyt nieprzewidywalnych konsekwencjach geopolitycznych i wojskowych. Ale równocześnie wystarczające, jako gwarant trwania „projektu Noworosja”.

W sumie też obecnie żadna ze stron nie jest w stanie wypracować przewagi liczebnej, materiałowej czy technicznej. Na froncie panuje zatem w dalszym ciągu pat strategiczny i swego rodzaju równowaga sił. Przemysł ukraiński ledwo co uzupełnił straty materialne armii, zaś rebelianci są sukcesywnie zaopatrywani przez „Wielkiego Brata”. Poza tym Ukraina jest obarczona wysokim ryzykiem niestabilności społecznej i wybuchem atamańszczyzny na prowincji, zaś Noworosja okazała się zwykłym fantazmatem. Otwarta interwencja przyniosłaby także dalsze osłabienie pozycji negocjacyjnej Rosji, która wyraźnie gra na czas (i ponosi znaczne koszty całej tej eskapady) i rozbicie jedności Unii Europejskiej w kwestii donbaskiej, w sytuacji, gdy priorytetem tej ostatniej jest zwalczanie Kalifatu Islamskiego na Bliskim Wschodzie oraz terroryzmu muzułmańskiego na „własnym podwórku”. Jednym słowem – po geograficznym zlokalizowaniu „wojny ograniczonej” to nie wojskowi rozstrzygną jej wynik końcowy, lecz dyplomaci.  

Niemniej spełnienie warunków Moskwy (neutralizacja, autonomia) w warunkach wojennych, silnej presji zewnętrznej oraz zdecydowanej wrogości w parlamencie dla tego rodzaju pomysłów jest przedsięwzięciem  co najmniej karkołomnym. Tu potrzebna jest (1) rzetelna debata publiczna nad nowym projektem konstytucyjnym, co wymaga czasu lub (2) odpowiednia presja międzynarodowa co do tego rodzaju gwarancji normatywnych. Wydaje się, że właśnie tego ostatniego oczekuje UE od Rosji – odgórnego narzucenia Ukrainie projektu autonomizacji Donbasu, trochę na wzór klauzul dotyczących ochrony mniejszości narodowych stosowanych w dyplomacji do czasu II wojny światowej. W Kijowie mają słuszne obawy co do tego rodzaju projektów, gdyż odczytywane są one głównie poprzez pryzmat potencjalnej dezintegracji terytorialnej kraju. I dodajmy – są to argumenty ważkie. Jednak nie do końca tak być musi. Stawką w wojnie noworosyjskiej nie jest jednak problem secesji dwóch zbuntowanych i peryferyjnych – z punktu widzenie geografii – regionów, lecz długoterminowa stabilizacja kraju, transformacja struktury społecznej oraz zbudowanie pozytywnych relacji między obywatelem a jego państwem. Sytuację te można z pewnymi zastrzeżeniami przyrównać do sytuacji geopolitycznej I Rzeczpospolitej po I rozbiorze w 1772 r. Otóż mając niewielkie pole manewru politycznego, postawiono na modernizację strukturalną, która w efekcie końcowym zaowocowała konstytucją 3 Maja. Inna rzecz, że źle odczytano wówczas koniunkturę geopolityczną i postawiono na niepewne sojusze. Problemem Ukrainy jest także uporanie się z własną Historią.

Co zatem z postulatami rosyjskimi?

W zasadzie jeśli ograniczymy je do międzynarodowych gwarancji dla autonomii Donbasu i neutralizacji Ukrainy – to wydaje się to dobrą podstawą do rokowań dyplomatycznych. Oczywiście krytycy tego pomysłu podniosą zaraz larum o próbie sprzedaży Ukrainy w zamian za „święty spokój”. Nie o to chodzi! Po pierwsze, wszystko zależy, jak do całej sprawy podejdzie Zachód – czy konstruktywnie pospieszy jej z przemyślaną i długoterminową pomocą, czy też najzwyczajniej „umyje ręce” po „zamrożeniu konfliktu”. Po drugie, czy dyplomaci UE i USA nie dadzą się ostatecznie po raz kolejny ograć swym rosyjskim odpowiednikom, jak to miało miejsce w przypadku interpretacji pojęcia „terytorium Gruzji” w 2008 r. Po trzecie wreszcie, wszystko zależy do tego, jak pojęcie autonomii terytorialnej i neutralności zostanie wypełnione realną treścią. Umiarkowanie strony ukraińskiej, mimo wojny donbaskiej, mogłoby bowiem doprowadzić do ponownej „reintegracji mentalnej”, wszakże pod warunkiem zniesienia „dyskryminacji społecznej” zbuntowanej prowincji. Natomiast z militarnego punktu widzenia Ukraina obecnie bardziej potrzebuje nowej armii, wyszkolonej i wyposażonej według określonych standardów (NATO?), niż przynależności do samego Sojuszu. Zresztą tam i tak nie przyjmie się kraju, który posiada nieuregulowane konflikty zbrojne z sąsiadem. Taka jest reguła, a Gruzja jest tego namacalnym przykładem.

Zatem zamiast mówić o integracji euroatlantyckiej – co wywołuje obawy Moskwy – może należałoby podążyć drogą stopniowej okcydentalizacji kraju i społeczeństwa. Nie przeciw Rosji, ale w dialogu z nią – w końcu UE potrzebuje jej do swego transkontynentalnego projektu Wielkiej Europy od Atlantyki po Pacyfik, zaś USA, aby doprowadzić do powstania łańcucha sojuszy przeciw posttotalitarnym (?) Chinom. Nie zapominajmy także o koncepcji rozszerzonego Zachodu, w sytuacji, gdy traci on coraz bardziej na znaczeniu na rzecz innych ośrodków siły. Chyba, że marzy się nam Kaganowska wizja nowego dwubiegunowego świata – demokracja kontra autokracja, co jednak nie zmienia faktu, że globalne wpływy Zachodu i tak maleją, zaś nowe problemy nadal się nawarstwiają. Pokazują również, że zarówno Unia Europejska, jak i Stany Zjednoczone nie potrafią się w tej nowej rzeczywistości odnaleźć. Trzeba jednak wówczas pamiętać, że w przypadku Ukrainy alternatywą staje się wówczas projekt „wielkiej” Noworosji – „zjednoczenia” w jej granicach wszystkich terytoriów uznanych za rusofońskie, pod pretekstem obrony „świata ruskiego”. W 2014 r. idea ta okazała się zwykłą chimerą, lecz niemal sto lat temu to samo mówiono o Ukrainie.

Nie da się zatem wyleczyć dżumy przy pomocy cholery. Jeśli zatem chcemy pokoju na południowo-wschodnich kresach tego ostatniego kraju, to niestety – w swej polistategii Zachód i tak będzie musiał ostatecznie uwzględnić (przynajmniej do pewnego stopnia) interesy Rosji. Czy nam się to podoba – czy też nie! To się nazywa Realpolitik.

Fot. news-beacon-ireland.info

Czytany 5427 razy