niedziela, 11 marzec 2012 08:51

Robert Potocki: Paleopolityka amerykańska wg Patricka Buchanana

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

old_globus

 geopolityka dr Robert Potocki

Kryzys Zachodu obejmuje cztery zasadnicze odsłony: Zapaść demograficzną; Masową migrację z krajów Południa, która zmienia oblicze etniczno-społeczne państw Północy; Relatywizację kultury klasycznej oraz Rozpad państwa narodowego wobec procesów globalizacji. Najgorszy jest jednak brak wiary we własne możliwości oraz zanik woli przetrwania cywilizacji atlantyckiej.

Zdaniem Dariusza Serówki, wyrażonym w 2003 roku w Wielkiej Piaskownicy, w XXI wieku przed Stanami Zjednoczonymi wyłaniają się cztery potencjalne scenariusze globalnego zaangażowania:

1. Przywództwo oparte na zasadach stabilności hegemonicznej – w tej opcji światowy pokój jest przede wszystkim kwintesencją dysproporcji potęgi USA wobec innych podmiotów geopolitycznych i dlatego największym niebezpieczeństwem dla tego scenariusza byłby pojawienie się kontestatora, zdolnego do rywalizacji globalnej na płaszczyźnie militarnej, gospodarczej, politycznej i kulturowej. Zwolennicy tej opcji wyznają równocześnie pogląd, że strategia ta wymaga zaangażowania Waszyngtonu w kwestię nierozprzestrzenia broni masowej zagłady (gdyż generuje ona koszty interwencjonizmu), utrzymania wojskowej obecności w Europie i na Dalekim Wschodzie oraz politycznej w Eurazji;

2. Rola lidera w świecie strategicznej współzależności – fundamentem tego założenia jest twierdzenie, iż globalny pokój jest niepodzielny, w związku z tym w żywotnym interesie Stanów Zjednoczonych leży ograniczenie zbrojeń konwencjonalnych oraz utrzymanie zasady nieproliferacji broni masowego rażenia. Ważnym elementem tej opcji jest równocześnie budowanie bezpieczeństwa opartego na współpracy, zaufaniu oraz przejrzystości funkcjonowania sił zbrojnych. Zwolennicy tego programu postulują rozwój nowych technologii wojskowych w celu ograniczenia zdolności zabijania, nacisk opinii publicznej na państwa zagrażające pokojowi oraz promowanie demokracji, jako najskuteczniejszego mechanizmu zapobiegania konfliktów zbrojnych;

3. Selektywne zaangażowanie oparte o koalicje chętnych – zasadniczym celem tej wariancji, jak oceniają go jego zwolennicy, jest pośrednie wpływanie USA na zapobieganie niekontrolowanej rywalizacji między wielkimi potęgami. Scenariusz ten jest oparty na założeniu, że konflikty polityczno-militarne w Europie i na Dalekim Wschodzie nie tylko, że zmusiły Stany Zjednoczone do interwencji strategicznej, to jeszcze stały się przyczyną dwóch wojen światowych. W związku z tym, aby nie dopuścić do powstania na obrzeżach Eurazji nienasyconej potęgi zdolnej do przejęcia znacznych zasobów kontynentalnych zadaniem Waszyngtonu jest wspieranie mocarstw optujących za zachowaniem status quo.

4. Samoograniczenie postimperialne oparte o neoizolacjonizm – zwolennicy tego założenia wychodzą z przekonania, że podstawowym wyzwaniem USA jest zapewnienie własnego bezpieczeństwa narodowego (Fortress America), obrona amerykańskiego stylu życia oraz dobrowolna rezygnacja z roli światowego hegemona. Zwolennicy tego wariantu wychodzą z założenia, że wraz z upadkiem ZSRR w 1991 roku nie istnieje już globalne zagrożenie dla Waszyngtonu, a gdyby nawet w niedalekiej przyszłości pojawiło się takie zagrożenie na terenie Wyspy Świata, to pozostałe mocarstwa na obu krańcach Eurazji i tak będą usiłowały przeciwdziałać temu zjawisku w imię polityki równowagi sił. Także wycofanie Stanów Zjednoczonych, jak mniemają zwolennicy tego scenariusza, ma na celu ograniczenie ryzyka uwikłania się w kosztowny i długotrwały konflikt zbrojny [1].

Jednak w praktyce jest jeszcze jedna – piąta opcja geopolityczna dla USA – reprezentowana przez nurt, który możemy umownie określić mianem nieinterwencjonizmu. Jednym z czołowych analityków, którzy wyrażają swe obawy na tle globalnego zaangażowania USA z powodu groźby imperialnego przerostu („nadwyrężenia imperialnego”) jest urodzony 2 XI 1938 roku w Waszyngtonie paleokonserwatysta [2] i anglosferysta [3] Patrick Joseph „Pat” Buchanan. Wspomniany pisarz i komentator polityczny był swego czasu doradcą politycznym trzech prezydentów: Richarda Nixona, Geralda Forda i Ronalda Reagana. 1992 i 1996 zabiegał on o nominację republikańską w wyborach głowy państwa, jednak dopiero w 2000 roku udało mu się zyskać odpowiednie poparcie w ramach Reform Party [4]. Ponadto jest on założycielem czasopisma „The American Conserwative” oraz fundacji The American Causa. Na początku XXI wieku jest głównie znany jako wpływowy komentator i publicysta polityczny MSNBC, gdzie występuje w programach: Morning Joe oraz The McLaughlin Group [5]. Często także krytykuje politykę zagraniczną USA w TV „Russia Today”. Jego rozważania geopolityczne ogniskują się wokół trzech elementarnych zagadnień: USA jako teren ekspansji geokulturowej generalnie związanej z koncepcją „Zmierzchu Zachodu”, konieczności samoograniczenia Waszyngtonu w polityce globalnej oraz perspektywie Pax Post-Americana.

I. Zmierzch Zachodu

Patrick Buchanan ukazuje nam pesymistyczną wizję dotyczącą przyszłości cywilizacji atlantyckiej, wpisując się w nurt intelektualny reprezentowany przez Oskara Spenglera [6]. Mówiąc o „śmierci Zachodu” diagnozuje on kondycję współczesnej kultury judeochrześcijańskiej oraz poszukuje dróg wyjścia z głębokiego kryzysu ideowego i społecznego. Zdaniem tego paleokonserwatysty pojęcie Zachodu obejmuje Anglomerykę, Europę, Australię wraz z Nową Zelandią oraz Izrael, Japonię i Rosję, nie precyzując bliżej kryteriów tegoż wyboru [7]. W tym miejscu może oczywiście zastanawiać włączenie do tej systemu Rosji, Japonii, czy Izraela, a z drugiej strony odrzucenie przez niego Latynomeryki (ze szczególnym wykluczeniem kultury katolicko-hiszpanojęzycznej) [8]. Zdaniem autora tegoż studium, kluczem nie jest jednak kryterium religijne, czy też technokratyczne, lecz pojęcie rasy – białej rasy. Jedynym wyjątkiem jest tu jednak Japonia po 1945 roku nierozerwalnie związana z systemem euratlantyckim. Centrum tego świata stanowią oczywiście Stany Zjednoczone, które są najbardziej na świecie rozwiniętym krajem pod względem gospodarczym, naukowo-technologicznym i militarnym.

Zdefiniowany przez P. Buchanana kryzys Zachodu obejmuje zatem cztery zasadnicze odsłony: (1) Zapaść demograficzną; (2) Masową migrację z krajów Południa, która zmienia oblicze etniczno-społeczne państw Północy; (3) Relatywizację kultury klasycznej oraz (4) Rozpad państwa narodowego wobec procesów globalizacji [9]. Najgorszy jest jednak – co podaje za Jamesem Burnhamem – brak wiary we własne możliwości oraz zanik woli przetrwania cywilizacji atlantyckiej [10]. „Człowiek Zachodu – pisze nasz autor – uwolniony od obowiązków cywilizowania i chrystianizowania ludzkości, pławiąc się w luksusie i rozpasaniu, zdaje się tracić wolę życia i najwyraźniej pogodził się z nieuchronnie nadciągającą śmiercią” [11]. Swoje rozważania nasz paleokonserwatysta rozpoczyna od dość prozaicznego stwierdzenia, iż przez całe stulecia o prężności cywilizacyjnej Zachodu stanowiła duża dzietność oraz model wielopokoleniowej rodziny monogamicznej odwołującej się do wartości judeochrześcijańskich. To także w powszechnym odczuciu stanowiło zarówno o statusie społecznym i majątkowym, jak i było widocznym znakiem „błogosławieństwa Boga”. Jednakże pod wpływem liberalnej Rewolucji – takim mianem określa współczesne ruchy dekonstruktywistyczne – „[...] coraz więcej kobiet Zachodu przyjmuje niechęć do posiadania dzieci za swą naczelną zasadę życiową” [12]. W konsekwencji cywilizacja euratlantycka ta wybrała drogę samo-ludobójstwa [13], z powodu zachodzących przemian gospodarczych odwołujących się do koncepcji II fali Tofflerowskiej, odrzucenia filozofii „płacy rodzinnej”, multazjanizmu, feminizmu, kultury popularnej lansującej permisywizm i upadku ładu moralnego – gdzie zamiast umiarkowania, zaczęto głosić hedonizm i samodoskonalenie kosztem tradycyjnie pojmowanych wartości rodzinnych i społecznych [14]. Pierwszą instytucjonalną „ofiarą” tych przemian stała się rodzina, której miejsce coraz częściej zajmowały nieformalne związki partnerskie.

„Co głosi i czego uczy – zadaje tu pytanie nasz paleokonserwatysta – ta nowa religia [...], która przyleciała do nas na skrzydłach rewolucji? [...]. Po pierwsze, ta nowa wiara pochodzi z tego świata, głoszona jest przez ludzi tego świata i dotyczy wyłącznie doczesnego świata. Odmawia uznania jakiegokolwiek wyższego porządku moralnego, czy moralnego autorytetu. Jeśli chodzi o świat przyszły, chętnie odda go chrześcijaństwu i innym tradycyjnym religiom pod warunkiem, że będą się trzymać z dala od życia publicznego i od szkół [...]. Każde społeczeństwo ustala swój własny kodeks moralny, pasujący do jego własnych czasów [...]” [15]. Następnie zauważa on, iż współczesna sfera publiczna uznaje w praktyce dwa podstawowe „przykazania miłości”: (1) Wszystkie style życia są równoprawne oraz (2) Nie będziesz osądzał! W konsekwencji w życiu społecznym dominującą filozofię stanowi moralny, etyczny i kulturowy relatywizm, który zajmuje się propagowaniem wszelkiego rodzaju form wolności oraz powszechnej równości. Pat Buchanan nie waha się w tym momencie wskazywać, iż ta nowa ideologia jest z rzeczywistości formą „świeckiej religijności”, która swymi korzeniami sięga rewolucji francuskiej (1789-1799) oraz ideologii XIX-wiecznego socjalizmu. Za winnych tej współczesnej Rewolucji uważa on „czterech jeźdźców Apokalipsy”: György Lukácsa – prekursora „rewolucji seksualnej”, Antonio Gramsciniego – inicjatora przemian kulturowych za pomocą „marszu poprzez instytucje”, Szkołę Frankfurcką z jej Teorią krytyczną – za propagowanie „pesymizmu kulturowego” oraz Herberta Marcuse – ideologa protestów studenckich z 1968 roku. Wszystkich tych intelektualistów łączy – jak sugeruje to geopolityk – kulturowy marksizm oraz krytyczne (wręcz destrukcyjne) spojrzenie na historię Zachodu, szczególnie zaś jego cywilizacji opartej na wartościach religijnych (Dyktatura relatywizmu) [16].

To hedonistyczne pojmowanie wolności miało jednakże swoje poważne konsekwencje nie tylko w podważaniu tradycyjnych wartości społecznych i rodzinnych, lecz także w depopulacji świata euratlantyckiego. „Chociaż ludzie Zachodu – diagnozuje paleokonserwatysta – zaczynają umierać, wolne miejsca w Domu Zachodu nie będą jednak długo pozostawały puste” [17]. Powoduje to dwojaki skutek. Po pierwsze – przy relatywnym starzeniu się społeczeństw następuje stopniowy wzrost obciążeń społecznych, które w dalszej perspektywie nie tylko prowadzą do wzrostu fiskalizmu, lecz wręcz do niewydolności instytucjonalnej państwa. Pogłębianie deficytu finansowego prowadzi nie tylko z kolei do odkładania rozwiązania tych problemów ad Grecias Calendas, lecz daje społeczeństwom Zachodu ułudę „pasjonarnej normalności”, kosztem nadmiernej konsumpcji dorobku poprzednich pokoleń oraz „życia na kredyt”, który będzie spłacany przez następne pokolenia. Po drugie wreszcie – w przypadku dużej luki demograficznej wspomniane niedobory zostaną uzupełnione przez obcych kulturowo imigrantów. Co prawda P. Buchanan zbywa milczeniem, iż w sensie kulturowym Europę (w starożytności) i USA (w XIX wieku) stworzyły całe rzesze przybyszów, jednakże w ówczesnych okolicznościach ulegali oni stopniowej asymilacji w otaczającym ich środowisku religijno-kulturo-wym, którego pragnęli być pełnoprawnymi uczestnikami. Natomiast współcześnie pisząc o przemianach demograficznych przestrzeni postsowieckiej używa pojęcia „katastrojka” na oznaczenie zagrożenia islamskiego w regionie transkaspijskim oraz chińskiego na rosyjskim Dalekim Wschodzie. W konsekwencji dla panowania europejskiego Syberia wydaje się regionem „spisanym na straty”. W tym miejscu warto jest także odnotowania fakt, iż zdaniem niektórych geopolityków deeuropeizacja tego obszaru może doprowadzić do secesji terenów zabajkalskich na rzecz ChRL [18].

Jeszcze więcej słów krytycznych znajdujemy pod adresem Europy. Patrick Buchanan stwierdza tu bez ogródek iż Stary Kontynent to „chodzący trup”, gdyż „Czas Europy się skończył. Napływające masowo migracje świata islamskiego tak bardzo zmienią skład etniczny [...], że Europejczycy będą zbyt sparaliżowani groźbą terroryzmu, żeby interweniować w Afryce Północnej [...]. Przy zmniejszającej się populacji i coraz mniejszej liczbie dzieci, Europa nie ma żywotnego interesu usprawiedliwiającego wysyłanie dziesiątek tysięcy młodych ludzi na wojnę, jeśli nie zostali oni bezpośrednio zaatakowani. Przy obecnym wskaźniku urodzeń populacja Europy w 2100 roku będzie mniejsza niż jedna trzecia obecnego stanu. Europa wybrała la dolce vita. Lecz skoro Europejczycy są tak dalece nie zainteresowani własnym przetrwaniem [...], to dlaczego Amerykanie mieliby bronić Europy [...]? Tak więc Europejczycy będą nadal prowadzili życie na wysokiej stopie, aż w końcu się wypalą. Europa przyjęła swoje przeznaczenie [...]. Europejczycy nie planują swego dalszego istnienia jako bardzo istotnej rasy. Czego więc tu bronimy? Zachodniej cywilizacji? Przecież decydując, że nie chcą mieć dzieci, Europejczycy dobrowolnie zaakceptowali koniec swej cywilizacji, który nastąpi w XXII wieku” [19]. Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, iż jest to jeden z najbardziej pesymistycznych scenariuszy dla tego kontynentu, z jakim w ogóle zetknął się autor niniejszego studium. I co warto odnotować – nasz tytułowy paleokonserwatysta nie pisze o możliwości, lecz o „nieuchronności historycznej” [20]. Jej jedyną alternatywą pozostaje zatem Eurabia [21] i islamizacja zachodniego Rimlandu [22].

O ile jednak Pat Buchanan „Starą” Europę zdecydowany jest „spisać na straty” o tyle w przypadku Stanów Zjednoczonych proponuje „konserwatywną kontrrewolucję”, w celu uniknięcia syndromu „starożytnego Rzymu”. Tym niemniej jego diagnoza dotycząca tego państwa jest równie pesymistyczna. Zasadniczych następstw Rewolucji upatruje on przede wszystkim w pojawieniu się kwestii latynoskiej, którą sprowadza głównie do „meksykańskiego rewizjonizmu” oraz podeptania przez rządzących – pod pretekstem politycznej poprawności – i zrelatywizowaną liberalną mniejszość fundamentalnych praw rządzących Starą Republiką [23]. W pierwszej kolejności geopolityk ten zajmuje się kwestią Huntingtonowskiego „zderzenia cywilizacji” i dlatego też na grunt krajowy przenosi on problem kształtowania się dwóch narodów na obszarze USA: amerykańskiego – odwołującego się do tradycyjnych wartości protestantyzmu anglosaskiego oraz mexyrykańskiego – emigrantów latynoskich lub ich potomków (głównie Meksykanów, stąd także nazwy Mexymeryka, Ameksyka), którzy czerpnią swą spuściznę z tradycji amerykanidzkiej, religii katolickiej oraz kręgu języka hiszpańskiego. Inność tej kwestii w porównaniu do europejskiej, czy też dalekowschodniej migracji polega na tym, że rozgrywa się ona w najbliższym sąsiedztwie oraz jest związana z nielegalnością, stałością, historyczną obecnością oraz koncentracją regionalną. Obawy autora mają równocześnie podwójne oblicze. Z jednej strony obawia się on dezintegracji terytorialnej własnego kraju, gdyż w latach 30. i 40. XIX wieku upokorzony Meksyk zmuszony był pogodzić się z ówczesna utratą Teksasu, Kalifornii oraz całego Południowego Zachodu (Cesja Meksykańska). Z drugiej zaś wskrzesza on także stare protestanckie mity na temat katolicyzmu, jako religii obcej kulturze i historii Stanów Zjednoczonych [24].

MAPA 1. Rozszczepienie kulturowe USA

Tab_paleo_Bu1
Źródło: G. Friedman, Następne 100 lat: Prognoza na XXI wiek, Warszawa 2009, s. 256.

W przypadku kwestii latynoskiej zwraca on uwagę, iż tolerowanie przez władze federalne i stanowe nielegalnej migracji stanowi nie tylko ważny problem społeczno-ekonomiczny, lecz także polityczny, gdyż przybysze oczekują uznania swego statusu prawnego, obywatelskiego, praw kulturowych i językowych, przy zachowaniu poczucia więzi z krajami pochodzenia [25]. W konsekwencji powstaje podatny grunt do „samostanowienia narodowego” w myśl zasady: podwójne obywatelstwo – podwójna tożsamość – podwójna lojalność [26]. W tej sytuacji głosi on wręcz potrzebę odparcia tej „pełzającej inwazji” z południa, i to przy pomocy dość radykalnych przedsięwzięć i środków [27].

Poczuciu zagrożenia etnicznego towarzyszy także – zdaniem Pata Buchanana – relatywizacja przestrzeni publicznej, która przybiera obraz konfrontacji między tym co klasyczne w kulturze amerykańskiej (właściwie angloamerykańskiej) a procesami globalizacyjnymi. Tu pierwszą linią „frontu” jest pamięć historyczna i jej reintepretacja w duchu poprawności politycznej oraz liberalne wysiłki na rzecz ograniczenia religijności „zastraszonej większości” wyłącznie do sfery prywatnej. W konsekwencji kilka dekad nieustannych ataków na tradycjonalizm religijny, feminizacja kobiet, pozytywna afirmacja mniejszości etnicznych i określonych grup społecznych oraz emancypacja młodzieży spod władzy rodzicielskiej doprowadziły do sytuacji, gdzie zagrożone są nie tylko podstawy instytucjonalne państwa narodowego i jego filozofii, lecz i jego fundamenty egzystencjalne. W rezultacie też otrzymujemy obraz Stanów Zjednoczonych jako kraju rozszczepionego kulturowo i przeżywającego kryzys „religii obywatelskiej”, spadek znaczenia Kongresu oraz rozkwit „dyktatury sądowej” [28].

Dla tego etapu naszych rozważań – poświęconego kondycji geocywilizacyjnej Zachodu – warto dodać, iż przesłanie Patricka Buchanana, znalazło swe „potwierdzenie” w równie dyskusyjnej rozprawie Samuela Huntingtona "Kim jesteśmy?". Autor ten wychodzi bowiem z założenia, iż z czterech składników składających się na istotę amerykańskiej tożsamości: rasa i przynależność etniczna już nie istnieją, kultura znajduje się w „stanie oblężenia”, zaś ideologia jest zbyt słabym spoiwem w sytuacji, gdy zachwiano podstawami trzech pozostałych [29]. Z drugiej także strony „Amerykańskie życie publiczne w coraz większym stopniu przypomina arenę, na której rządy krajów pochodzenia diaspor oraz same diaspory usiłują kształtować politykę USA tak, aby sprzyjała ona interesom tych krajów [...]. Im większy jest wpływ USA na politykę światową, tym bardziej Ameryka staje się areną tej polityki [...] i tym mniejsza jest zdolność Ameryki do określenia swoich interesów narodowych [...]” [30]. W konsekwencji, z powodu przemian geocywilizacyjnych, maleje nie tylko atrakcyjność kulturowa Stanów Zjednoczonych [31], lecz ponadto – zdaniem niektórych autorów – wchodzimy w epokę odznaczająca się zmierzchem dominacji Zachodu, kosztem emancypacji wielkich kultur Wschodu [32]. Jednakże z perspektywy historii cywilizacji należy zauważyć, iż w zasadzie każdy projekt imperialny oraz kulturowy zawiera w sobie zarówno ziarna wzrostu, jak i zaniku. Także każda – nawet negatywna – diagnoza współczesnej kondycji cywilizacyjnej nie musi koniecznie oznaczać końca trwania tej formacji kulturowo-przestrzennej, lecz jej „oscylację” [33] – jak głosi to P. Buchanan – gdyż jak pokazują to dzieje powszechne te upadają w ściśle określonych sytuacjach i uwarunkowaniach [34].

„Nade wszystko jednak, aby obronić swoją kulturę, swój system wartości i swój sposób życia, trzeba wierzyć, że są lepsze od innych. Życzliwa tolerancja dla odmienności nie jest odmową wierności temu co moje. Nie wiedzą tego tylko ci, którzy powiadają, że w dzisiejszym świecie – wszystkiego on już doświadczył i do wszystkiego się rozczarował – nie ma większej różnicy między dobrem a złem, prawdą a zmyśleniem, a każdy bełkot jest godną wysłuchania opowieścią. Upadają pod zalewem barbarzyńców tylko te cywilizacje, które utraciły wiarę w sens swojej kultury, poczucie racji i własnej misji cywilizacyjnej. Ich elity przywódcze potrafią jedynie bronić osiągniętego stanu posiadania, ich elity duchowe zatraciły już moralność na rzecz «politycznej poprawności», ich świetnie wyposażone armie nie składają się już z «wielkich wojowników». Dlatego czeka je klęska” [35].

II. Miraże imperium

Źródła współczesnych zagrożeń dla USA – jak konstatuje Patrick Buchanan – mają jednak nie tylko charakter wewnętrzny, lecz i są konsekwencją „grzechu pychy”, gdyż „Nawet Imperium Brytyjskie w zenicie swojej potęgi nie zdominowało świata w takim stopniu, jak jest to dane obecnie Stanom Zjednoczonym [...]. Wszystkie imperia XX wieku odeszły w przeszłość. Jedynym, któremu udało się przetrwać, jest imperium amerykańskie [...]. «Choć bycie Wielką Potęgą oznacza możliwość toczenia Wielkiej Wojny, jedynym sposobem, aby ową Potęgą pozostać, jest nieprzystępowanie do jej prowadzenia»” [36]. W jego ujęciu przestrogą dla Waszyngtonu powinien być los imperium brytyjskiego, które przystąpiło chociażby do II wojny światowej jako pierwsze mocarstwo świata, a zakończyło ją jako „słabszy kuzyn”. Patrick Buchanan wychodził bowiem z założenia, że kwestia gdańska nie była warta sprowokowania kolejnego konfliktu globalnego, który w gruncie rzeczy przyniósł klęskę polityczną dla całej Europy [37]. Jego zdaniem USA są „ostatnim supermocarstwem”, gdyż w XIX-XX wieku konsekwentnie trzymały się z daleka od wielkich konfliktów zbrojnych, jednakże od czasów zakończenia Zimnej Wojny zdają się one podążać ścieżkami utartymi przez inne potęgi. Dlatego też zasadniczo wychodzi on z założenia, iż „nowy amerykański imperializm” jest specyficznym „produktem” Pax Americana oraz jego „mrzonek” o globalnym imperium. Dlatego też kolejnym paradygmatem geopolitycznym znajdującym się w centrum rozważań tytułowego paleokonserwatysty jest doktryna George’a Busha jra, którą określa mianem „demokratycznego imperializmu” [38].

Autor ten jednak zdaje się pomijać milczeniem fakt, iż koncepcje polityki zagranicznej prezydenta George’a Busha jra (2000-2008) zdają się do pewnego stopnia wypływać z amerykańskiej tradycji i myśli strategicznej [39]. Pozostaje faktem, iż z perspektywy ładu globalnego Stany Zjednoczone wkroczyły na arenę międzynarodową stosunków późno – blisko stulecie od swego utworzenia. Wcześniej jednak, tak gloryfikowane przez Patricka Buchanana, samoograniczenia Starej Republiki były w pierwszej kolejności konsekwencją ówczesnego położenia strategicznego na peryferiach systemu światowego, „wyspiarskiego” charakteru kraju, relatywnie słabego rządu federalnego oraz braku konkurencji mocarstwowej w zachodniej hemisferze. Niemniej USA do czasów wojny secesyjnej pokazały one swój imperialny charakter prowadząc chociażby konsekwentną ekspansję w kierunku Pacyfiku (czego główną ofiarą stał się przede wszystkim ówczesny Meksyk) oraz systematycznie rozbudowując swój potencjał ekonomiczny. Dlatego też nie bez pewnych racji zauważył P. Kennedy: „Niemilitarny charakter [ówczesnych] Stanów Zjednoczonych przesłania fakt, iż samo istnienie tego kraju mogło stanowić zagrożenie strategiczne na dużą skalę” [40]. Już sam rozwój terytorialny Stanów Zjednoczonych w XIX wieku pokazał, iż z republiki posiadającej uniwersalne przesłanie przekształciły się one w potęgę kontynentalną, z którą liczyło się na obszarze Panameryki nawet Imperium Brytyjskie [41].

Następnym etapem było podjęcie przez USA budowy – głównie kosztem posiadłości hiszpańskich – „imperium morskiego”, głównie na Pacyfiku (1898-1941), głównie w myśl koncepcji talassokratycznych Alfreda Mahana [42]. W tej sytuacji „Nie ulega wątpliwości, iż spośród wszystkich zmian w światowym układzie sił w końcu XIX i na początku XX w[ieku] najważniejszą dla przyszłości globu był wzrost sił Stanów Zjednoczonych [...]. temu wzrostowi potęgi przemysłowej i rozwojowi handlu zagranicznego [...] towarzyszyły [...] zwiększona pewność siebie [...] dyplomacji i retoryka [...] w stylu Weltpolitik. Teza, że Amerykanie wyróżniają się wśród narodów świata szczególnym darem – wysoką moralnością – i że dzięki temu ich polityka zagraniczna znacznie przewyższa politykę Starego Świata, przeplatała się z darwinizmem społecznym i argumentami rasistowskimi [...]. Naprawdę nową cechą polityki zagranicznej USA w tym okresie było podejmowanie interwencji i uczestniczenie w wydarzeniach poza półkulą zachodnią” [43]. Proces ten ilustruje tabl. 1.

TABL. 1. Terytoria przejęte przez USA w latach 1803-1867

Tab_paleo_Bu2

1 – Wybrzeże Pacyfiku na południe od 49 równoleżnika
Źródło: N. Fergusson, Kolos: Cena amerykańskiego imperium, Warszawa 2010, s. 74.


Jeszcze dalej idzie w swych konstatacjach S. Huntingtona, który stwierdza wprost, iż: „Pod koniec XIX wieku Ameryka stała się jednak mocarstwem światowym. Doprowadziło to do dwóch przeciwstawnych skutków. Z jednej strony [...] Ameryka nie mogła ignorować zasad polityki siły [...]. Jednocześnie to, że [...] wyrosła na wielkie mocarstwo, pozwalało jej szerzyć za granica wartości i zasady moralne, na których pragnęła zbudować własne społeczeństwo [...]. Związek między realizmem a moralizatorstwem stał się więc podstawowym zagadnieniem amerykańskiej polityki zagranicznej [...], gdy Amerykanie [...] zmienili definicję swego kraju z «ziemi obiecanej» na «państwo krzyżowców»” [44].

W konsekwencji zatem musimy przyznać, iż Patrick Buchanan idealizuje przeszłość Starej Republiki. Wracając zatem do zasadniczego nurtu naszych rozważań należy odnotować fakt, iż w pierwszej kolejności geopolityk ten poddaje krytycznej analizie wspomniana już doktrynę „demokratycznego imperializmu”. Generalnie opowiadał się on zatem za polityką nieinterwencji w myśl zasady „[...] przemawiać łagodnie, ale z potężnym kijem w garści” [45]. Omawiając doktrynę Busha zwraca uwagę na jej dwa zasadnicze elementy. Po pierwsze analizując przemówienie prezydenta z 2 VI 2002 roku wygłoszone do absolwentów West Point [46] zwraca on uwagę, iż celem Stanów Zjednoczonych nie jest wywoływanie wojen prewencyjnych w imię światowego pokoju, ani tym bardziej szerzenie „sprawdzającego się modelu rozwoju”, lecz prowadzenie polityki dowołującej się do dwóch cnót kardynalnych: umiarkowania i roztropności. Z kolei krytykując Strategię Bezpieczeństwa Narodowego z 21 IX 2002 roku [47] zwraca on uwagę przede wszystkim na fakt, iż w odniesieniu do „krajów bandyckich” – Kuby, Libii, Syrii, Iraku, Iranu i Korei Północnej – Waszyngton zastrzegł sobie prawo do samoobrony poprzez wykonanie potencjalnego uderzenia wyprzedzającego w sytuacji (nawet domniemanego) poczucia zagrożenia. Innym dobitnym zarzutem jest stwierdzenie, iż każda potencjalna kontrpotęga, która tylko zaryzykuje rzucenie wyzwania Stanom Zjednoczonym musi się liczyć z odpowiednią reakcją wojskową USA [48]. „Oto imperialny dekret supermocarstwa – pisze P. Buchanan – które wykorzystuje obecną supremację, aby uczynić z siebie Lorda Protektora Świata” [49]. W sumie sprowadza on wspomnianą geostrategię do czterech zasadniczych postulatów:

1. Wojna z terroryzmem jest konfliktem między dobrem a złem i nie zakończy się dopóki nie zostaną zlikwidowane wszystkie organizacje terrorystyczne, zaś kraje udzielające im schronienia i pomocy odpowiednio ukarane;

2. Żadnemu państwu bandyckiemu (Iran, Irak, Korea Północna) nie wolno jest posiadać broni masowego rażenia, gdyż Stany Zjednoczone w takim przypadku zastrzegają sobie prawo dokonania uderzenia wyprzedzającego oraz rozpoczęcia wojny prewencyjnej z reżimem, który będzie o nią zabiegał;

3. Wraz z kampaniami wojennymi w Afganistanie i Iraku (2003) oraz wspieraniem „rewolucji obywatelskich” w Gruzji (2003) i Ukrainie (2004) USA rozpoczęły światową krucjatę demokratyzacyjną, co stanowi początek budowy liberalnego Imperium Mundi;

4. Celem budowy nowego ładu globalnego jest trwałe ustanowienie Pax Americana i niedopuszczenie do pojawienia się odpowiedniej kontrpotęgi. W tym ostatnim przypadku autor „spisuje na straty” Unię Europejska, lecz jako potencjalnych rywali wskazuje wyraźnie na ChRL oraz w mniejszym stopniu Rosję [50].

W podsumowaniu stwierdza bez najmniejszych ogródek: „Powiedzmy wprost: to czysta utopia. Demokratyczny imperializm, który wykrwawi naszą republikę i doprowadzi ją do bankructwa i izolacji, jest odrzuceniem mądrości Ojców Założycieli [...]. Stanowi amerykańską odmianę doktryny Breżniewa [...]” [51]. Krytykując doktrynę autor nie oszczędza także administracji prezydenckiej, jak i ruchu neokonserwatywnego, który oskarża o zawłaszczenie polityki zagranicznej, uniwersalny misjonizm oraz proklamowanie „IV wojny światowej” z islamo-faszyzmem [52].

Patrick Buchanan nie ukrywa przy tym, że katalog zobowiązań sojuszniczych USA wobec świata jest jednak dużo większy: (1) Umowa o obronie całej Europy w tym republik nadbałtyckich w przypadku agresji Rosji (NATO); (2) Deklaracja o utrzymaniu pokoju na Półwyspie Bałkańskim, ze szczególnym uwzględnieniem wspierania niepodległości Kosowa; (3) Zobowiązanie do obrony Izraela – który jest „sztucznym tworem” – przed jego wrogami zewnętrznymi; (4) Zlikwidowanie problemu nuklearyzacji Iranu i Korei Północnej; (5) Przeprowadzenia state-building w Iraku i Afganistanie oraz zainicjowanie tam porządku demokratycznego; (6) Trwanie na straży niepodległości Tajwanu, przed atakiem ChRL, pomimo uznania tej wyspy za cześć Chin oraz (7) Umowa o obronie Republiki Korei i Japonii w wypadku agresji północnokoreańskiej lub chińskiej [53].W jego ujęciu: „W istocie jest to recepta na «nieustanną wojnę w imię wiecznego pokoju»” [54], gdyż wynika to z kolejnego założenia paleopolityka, iż „Ameryka przejęła na siebie historyczną rolę Niemiec w powstrzymaniu ekspansji rosyjskiej w Europie, Imperium Habsburgów w zaprowadzeniu pokoju na Bałkanach, Imperium Brytyjskiego w kontrolowaniu mórz i zapewnieniu bezpieczeństwa w Zatoce Perskiej, Imperium Ottomańskiego w utrzymaniu pokoju na Środkowym Wschodzie, imperialnej Japonii w obronie Korei i powstrzymywaniu Chin oraz Hiszpańskiego Imperium w tonizowaniu Ameryki Łacińskiej […]. Ameryka osiągnęła etap, w którym rozpoczyna się imperialny przerost. Przekroczyliśmy granicę dzielącą republikę od imperium. Nie sposób będzie je utrzymać; nieuchronnie przyjdzie nam się z niego wycofać. Jeżeli teraz nie pozbędziemy się owych zobowiązań, amerykańskie imperium spotka identyczny los, jak francuskie imperium w Algierii, brytyjskie […] w Indiach i sowieckie […] w Afganistanie” [55].

MAPA 2. Pozycja globalna USA za prezydentury George’a Busha (2000-2008)

Tab_paleo_Bu3


Tym co jednak najbardziej przeraża Patricka Buchana w amerykańskim projekcie imperialnym jest problem jego „nadwyrężenia” [56]. Autor ten nieustannie napomina, że „grzech pychy” i nadmierne zadufanie oraz branie na siebie zobowiązań znacznie przekraczających potencjał Waszyngtonu i jego interesy narodowe nie tylko doprowadzi do „rozproszenia potęgi”, ale wręcz do upadku Republiki. Pamiętajmy przy tym, że równocześnie – w jego opinii – Stany Zjednoczone – są nieustannie osłabiane od wewnątrz wskutek kosmopolityzacji elity politycznej, rewolucji kulturowej oraz rozdarcia narodowego. Z jednej zatem strony napomina – przypominając losy imperiów europejskich, z drugiej zaś – wskazuje, że swoją supermocarstwowość USA zawdzięczają faktowi, iż aż do czasów Zimnej Wojny w zasadzie unikały uwikłania w wielkie konflikty między mocarstwami. Jednakże w 1949 roku zaistniały „wyjątkowe okoliczności”, gdyż – pod wpływem ekspansjonizmu sowieckiego i słabości Europy – utworzono pakt obronny NATO. Tu geopolityk ten ma sporo racji, gdy stwierdza, iż rozwiązania początkowo pomyślane jako tymczasowe (wojska amerykańskie w Europie Zachodniej, do czasu wzmocnienia europejskiego segmentu NATO), doprowadziły do uzależnienia militarnego Starego Kontynentu od swego atlantyckiego „protektora” i transformacji jego kultury strategicznej [57]. W tej sytuacji logiczna konsekwencją był „lawinowy” wzrost zobowiązań geopolitycznych w innych częściach świata (Korea, Japonia, Tajwan, Filipiny, Australia, Środkowy Wschód oraz region Zatoki Perskiej). W wyniku tego ukształtowały się cztery fronty geostrategiczne potencjalnej III wojny światowej: europejski, transkaspijski, dalekowschodni oraz arktyczny [58]. Jednakże wraz z upadkiem systemu sowieckiego ekspansjonizm NATO na Wschód [59], konflikt asymetryczny z Islamem oraz „polityka okrążania” ChRL sprawiają, że paradygmaty zimnowojenne nadal pozostają aktualne, gdyż imperializm amerykański prowokuje powstanie koalicji rosyjsko-chińskiej [60], przy równoczesnej indolencji Unii Europejskiej. W ten oto sposób Kaganowska wizja dwubiegunowego ładu globalnego: demokracja kontra autokracja nabiera nowego kształtu [61]. Problem jednak w tym, że dla P. Buchana UE to jedynie „supermocarstwo honoris causa” [62]. Pierwszą wojna między nowym Wschodem a Zachodem był konflikt gruziński z sierpnia 2008 roku [63], czego nasz paleopolityk nie omieszkał zaznaczyć [64]. W sumie należy zauważyć, iż Patrick Buchanan jako swoistą alternatywę dla „demokratycznego imperializmu” proponuje zatem samoograniczającą politykę „oświeconego nacjonalizmu”, którą możemy sprowadzić zasadniczo do trzech wymiarów: (1) Stanowcze – nie dla „końca historii”, (2) „Po pierwsze, drugie i trzecie Ameryka” oraz (3) Rzeczywiste interesy narodowe Stanów Zjednoczonych nie mają nic wspólnego z projektem imperialnym, ani tym bardziej z liberalnym „Nowym Porządkiem Świata” [65].

III. Pax Americana?

W opinii Patricka Buchanana „hegemoniczne zapędy” Stanów Zjednoczonych mają zatem określone reperkusje globalne. Przede wszystkim autor ten jawi się jako orędownik końca Pax Americana [66]. W jego opinii „Wszelka, pełna przechwałek i pychy paplanina o Amerykańskim Imperium również jest sprawą przeszłości. Nie istnieje też już «jednobiegunowy świat», w którym Stany Zjednoczone były jedynym i niekwestioniwanym supermocarstwem na Ziemi [...]. Nagły i szokujący koniec Pax Americana jest wydarzeniem epokowym [...]. Zbudowaliśmy [współczesny] świat, ale on pokazał swojemu budowniczemu plecy. Pod względem militarnym Ameryka pozostaje najsilniejszym państwem na Ziemi. Żaden inny kraj nawet nie zbliża się do tego, aby jej dorównać. Nie potrafimy już jednak przełożyć siły na władzę, która [...] jest umiejętnością nakłonienia innych, aby robili, co chcemy i powstrzymywania ich od tego, czego nie chcemy żeby robili [...]. Jak do tego doszło? Za sprawą historycznej ignorancji, podporządkowania się ideologii i nieposkromionej pychy” [67].

Geopolityk ten wychodzi z założenia, że jednym z podstawowych błędów strategicznych jest stosunek Waszyngtonu do kwestii islamskiej. Przede wszystkim umieszcza on tą problematykę w dość szerokim kontekście historycznym, ze szczególnym uwzględnieniem wypraw krzyżowych oraz ekspansji ottomańskiej w Europie. Nie ukrywa on przy tym, iż rywalizacja ta w gruncie rzeczy zakończyła się zwycięstwem Zachodu oraz zawłaszczeniem przez niego nie tylko świata arabskiego ale i rozbiciem imperium tureckiego. Nastepnie proces samounicestwienia Starego Kontynentu w latach 1914-1945 doprowadził do odrodzenia świata arabskiego, w którym naftowe bogactwo zostało w dużym stopniu zaprzepaszczone. „Od Maroka po Pakistan nie znajdujemy żadnego kraju, który odniósł sukces” [68]. Jego uwagę przykuwają jednak dwa kraje: autokratyczny i teokratyczny Iran – o którym pisze, iż – nie potrafi on „[...] wyeksportować swojej rewolucji” [69] oraz Turcja – gdzie podjęto udany projekt modernizacji państwa na wzór zachodni. Nie ukrywa on także, że problemem Arabów jest swego rodzaju kompleks cywilizacyjny wobec chrześcijańskiego Zachodu, który sprowadza się głównie do obarczania go o wszelkiego rodzaju współczesne problemy islamu. W konsekwencji też zakorzenione stereotypy nałożyły się współcześnie na wzajemne stosunki.

Tu jednak P. Buchanan idzie w swoich sądach znacznie dalej i nie obawia się twierdzić, iż „Nie jesteśmy znienawidzeni, za to kim jesteśmy. Nienawidzą nas za to, co czynimy. To nie nasze pryncypia rozsiały po świecie arabskim pandemiczną nienawiść do Ameryki. Sprawiła to nasza polityka [...]. Jeżeli chcemy uniknąć wojny cywilizacji, na której nic nie zyskamy, musimy słuchać, co oni, a nie my mówią o Ameryce” [70]. Jego zdaniem katalog pretensji islamskich wobec USA obejmuje pięć zasadniczych kwestii:

1. Stosowanie podwójnych standardów politycznych i moralnych – z jednej strony propagują one demokrację i prawa człowieka, z drugiej zaś wspierają przychylne im reżimy autokratyczne, które uchodzą w świecie arabskim za symbole zniewolenia;

2. Znieważenie honoru oraz profanowanie miejsc świętych, w sytuacji, gdy wojska amerykańskie (w tym kobiety) stacjonują w Arabii Saudyjskiej;

3. Kulturę postreligijną, która za pomocą wszelkiego rodzaju używek, propagowania aborcji, pornografii, hedonizmu i nihilizmu w sposób destrukcyjny oddziaływuje na morale młodego pokolenia muzułmanów;

4. Uprawianie hipokryzji w odniesieniu do stosunków izraelsko-arabskich, gdzie to pierwsze państwo jest ukazywane niemal wyłącznie w pozytywnym świetle;
5. Interwencje zbrojne w regionie Bliskiego Wschodu, które pod pozorem walki z regionalnymi dyktatorami (nota bene nieprzychylnymi Zachodowi), sprowadzają się głównie do „żądzy” kontrolowania zasobów naftowych regionu [71].

„Pytania – pisze nieco dalej ten geopolityk – jakie stoją przed nami, są następujące: Czy zakrojona na ogromną skalę obecność wojskowa USA w świecie islamskim i arabskim jest sposobem na zapewnienie zwycięstwa w wojnie wypowiedzianej nam przez [...] terrorystów, czy też jest ona jej najważniejsza przyczyną? Czy armia amerykańska, zabijając powstańców w Iraku, eliminuje większą liczbę wrogów, niż nam przysparza? Czy znajduje się tam coś – ropa, bazy, imperium, co warte jest ryzyka bomby atomowej na amerykańskiej ziemi? Musimy postawić to pytanie, ponieważ jeżeli terroryści wejdą kiedykolwiek w posiadanie broni nuklearnej, spróbują ją przemycić do Stanów Zjednoczonych. I zdetonują” [72].

W zasadzie trudno jest – zdaniem piszącego – polemizować z tego rodzaju wnioskami, gdyż z jednej strony zawierają one cały szereg istotnych argumentów przemawiających na korzyść wywodów P. Buchanana, z drugiej zaś mają one charakter emocjonalny, gdyż nawet hipotetyczne wycofanie się Stanów Zjednoczonych z Bliskiego Wschodu, czy też reorientacja geopolityczna wobec Izraela nie uchroniłaby tego kraju przed wspomnianym aktem, zwłaszcza w sytuacji, gdy – z powodu istnienia Internetu oraz telewizji – byłby on nadal uważany przez fundamentalistów religijnych za siedlisko demoralizacji, jeśli nie wręcz na „pomiot szatana”. To w zupełności już wystarczy. Pomijamy tu, przy okazji, fakt, że samo wycofanie się USA z tegoż regionu zostanie i tak odczytane jako akt słabości tego ośrodka siły oraz symbol zwycięstwa Islamu na niewiernymi. Przy okazji oczywiście nie bierzemy pod uwagę reperkusji strategicznych takiego samoograniczenia, lecz jak dowodzi tego historia – geopolityka nie znosi próżni.

Tym niemniej należy się po części zgodzić z tezą, iż błąd „wojny z terroryzmem” polega głównie na tym, iż zamiast konfrontacji z konkretnymi przeciwnikami Stany Zjednoczone niekiedy usiłują prowadzić walkę z ideą. W konsekwencji też konflikt asymetryczny jest – z perspektywy świata islamu – odbierany jako kolejna wyprawa krzyżowa, co tylko napędza spiralę terroru. W sytuacji bezwzględnej przewagi wojskowej Zachodu Arabowie uciekają się zatem do stosowania nieregularnych forma walki zbrojnej oraz technologii niwelujących, gdyż jak pokazała to historia drugiej połowy XX wieku przy pomocy tego rodzaju strategii udało się wyprzeć Francuzów z Algierii, Brytyjczyków z Palestyny, Izraelczyków z Libanu oraz Rosjan z Afganistanu. „Dlaczego islamscy rewolucjoniści nie mieliby [zatem] uznać, że tak samo będzie z Amerykanami w Iraku i królami, sułtanami i szejkami w Maroku, Jordanii, Arabii Saudyjskiej, Omanie i Kuwejcie? Jeśli zaś [...] muzułmańscy bojownicy nieustannie będą gotowi umrzeć, byleby tylko wyrzucić nas [Amerykanów] z [...] ich świata, istnieje prawdopodobieństwo, że pewnego dnia im się to powiedzie” [73].

W kontekście konfliktu libijskiego oraz Tunisami (2010-2012) pojawia się także kluczowe pytanie dotyczące zaangażowania USA na obszarze Śródziemnomorza: „Czy amerykańscy żołnierze powinni umierać za demokrację w świecie islamskim, jeżeli ma ona przynieść zwycięstwo polityczne sukcesorom ruchu bractwa Muzułmańskiego” [74]. Jest to zagadnienie o tyle istotne, iż – niezależnie od „demokratycznego imperializmu” w „[...] XXI wieku Moskwa, Pekin i Hanoi są o wiele bardziej demokratyczne niż w czasach , kiedy rządziły nimi potwory. Mimo to, masowi mordercy – Lenin, Mao i Ho, nadal spoczywają w mauzoleach w swoich stolicach” [75]. Czy wówczas problem islamski przestanie być palącą kwestią dla świata? Zdaniem piszącego – absolutnie nie! Wynika to przede wszystkim z faktu, iż arabski Wschód jest rdzeniem Eurazjatyckich Bałkanów, gdzie nagromadzenie bogactw naftowych z połączeniu z mozaiką etniczną, fanatyzmen religijnym, słabością struktur państw regionalnych, biedą, powszechnym dostępem do broni palnej, zabiegami o dostęp do technologii nuklearnych oraz penetracją wielkich mocarstw (USA, UE, ChRL i FR) sprawia, iż każdy nowy konflikt może się odbić rykoszetem i to w skali globalnej. Problem nuklearyzacji Iranu oraz dysfunkcjonalność Pakistanu pokazuje jak niebezpieczny jest to region.

W opinii Patricka Buchanana drugim amerykańskim „grzechem głównym” jest stosunek do kontynentalnych Chin. „Podczas, gdy na Bliskim i Środkowym Wschodzie Ameryka toczy wojenki w imię demokratycznego imperializmu, na Dalekim Wschodzie wyrasta mocarstwo, które w dwudziestym pierwszym wieku może rzucić Stanom Zjednoczonym najpoważniejsze wyzwanie. W Azji Chiny są coraz większą potęgą; Ameryka odwrotnie. Szukając [zatem] porozumienia z Chinami, Amerykanie powinni jednak przyjrzeć się włąsnej historii, jako, że między naszą przeszłością a chińską teraźniejszością istnieją pewne podobieństwa” [76]. Jego zdaniem, ChRL stawia przed sobą następujące cele strategiczne: (1) Umocnienie swego panowania nad morską 200-milową Wyłączną Strefą Ekonomiczną; (2) Przejęcie zwierzchnictwa nad Archipelagiem Spratly i nnymi bezludnymi wysepkami Morza Południowochinskiego w celu rozszerzenia zasięgu własnych wód terytorialnych w kierunkiu Indonezji i Filipin; (3) Wspieranie osadnictwa chińskiego nad Amurem i Ussuri w celu „resinizacji” obszarów zabajkalskich; (4) Wasalizację krajów Azji Środkowej; (5) Rewindykację Tajwanu oraz (6) Wyparcie sił amerykańskich z zachodniej części Pacyfiku [77].

Niewątpliwie są to cele dość ambitne, jednakże – co wyraźnie bagatelizuje autor – ich realizacja spowodowałaby nie tylko zantagonizowanie USA, lecz powstanie pod ich egidą koalicji antychińskiej złożonej przede wszystkim z Rosji, Japonii, Indii, Tajwanu i Korei Południowej. Także program nowej polityki w stosunku do ChRL, postulowany przez tego geopolityka, może budzić wiele zastrzeżeń. W jego opinii polityka USA wobec Pekinu powinna opierać się na zasadach wzajemności, tym niemniej proponuje on w tym przypadku strategię opartą o następujące prioryttety:

1. Waszyngton nie kwestionuje suwerennych praw Pekinu do Tajwanu, przy założeniu, że każdy atak na wyspę jest równoznaczny z zerwaniem kontaktów handlowych i niebezpieczeństwem rozpętania wojny morskiej;

2. USA powinny zadeklarować chęć zlikwidowania swych baz wojskowych w Azji Środkowej i Korei Północnej;

3. Stany Zjednoczone pragną uznać prawo Chin do zbudowania własnej strefy wpływów na obszarze Azji;

4. Jeżeli ChRL nie pomoże Waszyngtonowi w procesie denuklearyzacji Korei Północnej USA może znieść ograniczenia zbrojeniowe dotyczące tej broni wobec Japonii i Korei Północnej;
5. Chiny muszą ograniczyć sprzedaż technologii rakiet balistycznych i nuklearnych do krajów wrogo ustosunkowanych wobec Stanów Zjednoczonych;

6. W sporach terytorialnych dotyczących Morza Południowochińskiego Waszyngton zajmie stanowisko neutralne, przy zastrzeżeniu, iż będzie uważał on te wody za międzynarodowe, zaś wszelkiego rodzaju rozstrzygnięcia graniczne mogą się tu odbywać wyłącznie za porozumieniem stron;

7. Jednostronne stosunki handlowe powinny zostać renegocjowane w sytuacji posiadania przez Pekin ogromnej nadwyżki eksportowej i drenażu na Zachodzie całych fabryk i technologii [78].

Patrick Buchanan nie ukrywa, iż probierzem stosunków chińsko-amerykańskich jest przede wszystkim kwestia tajwańska [79]. Autor ten – negując dorobek geopolityki klasycznej (głównie koncepcje Halforda Mackindera) – stwierdza bez najmniejszych ogródek, iż „Obecne Chiny nie zagrażają żadnym żywotnym interesom USA. Gdyby dokonały aneksji Tajwanu, nie stanowiłoby to dla nas żadnego niebezpieczeństwa” [80], gdyż realną alternatywą wobec tej opcji jest koalicja ChRL i Rosji, przy – jak już to sygnalizowano – strategicznej dysfunkcjonalności Europy [81]. Sprawa jednak nie jest aż tak oczywista. W pierwszej kolejności amerykańskie przyzwolenie dla zaboru tego kraju pozbawiło by Waszyngton realnej alternatywy politycznej dla całych Chin w przypadku konfrontacji z reżimem komunistycznym w Pekinie [82]. Po drugie – nie odbyło by się to bez reperkusji dla samej Japonii i Republice Korei (oraz ich systemów politycznych), które poczułyby się tym samym osaczone [83]. Problem jednak w tym, że takie przetasowanie sił może nie tylko doprowadzić do przekształcenia kontynentalnych Chin w światowe supermocarstwo [84], lecz także wywołać cały szereg konfliktów w skali panazjatyckiej między Pekinem i jego sojusznikami a koalicją japońsko-indyjsko-koreańską.

W optymalnym scenariuszu oznaczałoby to powrót do zasad z okresu zimnej wojny, gdyż obie strony dysponowałyby niewątpliwie bronią masowej zagłady, choć równocześnie USA mogłaby w tym scenariuszu przypaść rola arbitra i rozjemcy [85]. Problem jednak w tym, że na ten nowy układ sił musiałyby jakość zareagować i Rosja, i Unia Europejska [86]. „Stany Zjednoczone – pisze jednak nasz paleokonserwatysta – jednak zawsze i przede wszystkim muszą brać pod uwagę własne żywotne interesy [...]. Biorąc pod uwagę świadectwo, jakie wystawia sobie chińska władza, nie jest nam pisana przyjaźń. Mimo wszystko, nie musimy być wrogami. Świat jest jednak wystarczająco duży dla nas obu. W naszym wspólnym interesie leży to samo, co Ameryka i Rosja uczyniły w drugiej połowie dwudziestego wieku, a czego Wielka Brytania i Niemcy zaniechały w pierwszej” [87].

Zatem w jego opinii ChRL pragnie jedynie odbudować swój status wielkiego mocarstwa azjatyckiego, zaś receptą jest tu koncepcja Chimeryki, sprowadzona niemal wyłącznie do strefy Pacyfiku [88]. Problem nierozstrzygniętym pozostaje tu jednak zagadnienie: Czy Chiny zechcą w tym momencie poprzestać na tym duopolu, czy też sięgną po Pax Sinica? [89]. Pekin niewątpliwie zdaje sobie sprawę z faktu, iż jeśli nawet osiągnie równy lub nawet nieco wyższy potencjał gospodarczy niż USA, to Waszyngton i tak umie sobie radzić z rywalizacją o charakterze polityczno-wojskowym. Ponadto ten ostatni będzie mógł w tym przypadku odpowiedzieć całą gamą sojuszy w Azji i na Pacyfiku, które zrównoważą ten niekorzystny dla niego bilans. ChRL pamięta także los ZSRR, który nie wytrzymał wyścigu zbrojeń. W tej sytuacji Pekin będzie raczej „supermocarstwem asymetrycznym”, które stawia na „pozamilitarny potencjał wojenny”, geoekonomię oraz Soft Power [90]. „Co jednak będzie – pyta Fareed Zakaria – jeżeli Chiny utrzymają swą «asymetryczną» strategię? Jeżeli bedą stopniowa rozwijać relacje ekonomiczne, działać spokojnie i z umiarem, zwiększając powoli swoje sfery wpływu, wciąż dążący do tego drogą pokojową? Jeżeli będą stopniowo i powoli wypierać Waszyngton z Azji, starając się jednak nie nadużywać amerykańskiej cierpliwości?” [91]. Nie należy przy tym jednak zapominać, że „Ameryka zawsze rozwijała się przez wyzwania, na które – nieraz z ogromnym wysiłkiem, ale skutecznie – potrafiła znaleźć odpowiedź. Wciąż jeszcze Amerykanie kochają ryzyko, podczas gdy Europejczycy – bezpieczeństwo” [92].

W ostatecznym rezultacie, aby uniknąć zatem Pax Americana Pat Buchanan postuluje dwie podstawowe rzeczy: (1) Należy zrozumieć usanować Islam oraz (2) Istnieje potrzeba ułożenia się na zupełnie nowych podstawach z ChRL. Tym niemniej nie poprzestaje on wyłącznie na krytyce imperialnej polistrategii. Innym ważnym wątkiem tematycznym podejmowanym przez tytułowego paleopolityka jest problem postamerykańskiego ładu globalnego w sytuacji, gdy mamy – w jego opinii – do czynienia ze z dwoma podstawowymi zjawiskami: (1) Zmierzchem Zachodu oraz (2) Dekonstrukcją państwa narodowego. W tym przypadku analizuje on następujące scenariusze:

1. Europejskie stulecie – w tym przypadku jest on ewidentnym sceptykiem, który nie waha się twierdzić, iż czas Starego Kontynentu już bezpowrotnie przeminął. Wynika to przede wszystkim z przekonania, iż poszczególne państwa tego regionu już dawno utraciły pozycje mocarstwowe i współcześnie nie są one w stanie prowadzić konstruktywnej polityki wojskowej. Problemem podstawowym jest jednak kryzys państwa opiekuńczego, stagnacja gospodarcza, partykularyzm narodowo-państwowy oraz depopulacja. Autor ten dowodzi, iż w sytuacji rozpadu wieloetnicznych i wielokulturowych ośrodków siły (Jugosławia, ZSRR) Unia Europejska jest tworem sztucznym, który zasadniczą część swoich zasobów przeznacza przede wszystkim na neutralizowanie i blokowanie wszelkiego rodzaju inicjatyw, które zmierzają do odejścia od „modelu helleńskiego”. Zauważa on jednak kosmopolityzm elit europejskich, które usiłują budować Europę na wartościach postchrześcijańskich, w konsekwencji czego odrzuca ona swoje dziedzictwo kulturowo-historyczne;

2. Stulecie islamu – P. Buchanan stwierdza, iż głównym atrybutem świata muzułmańskiego jest jego demografia oraz żywotność religii. Tym jednak co przesądza o jego słabości, w perspektywie długookresowej, jest brak jedności politycznej (w tym brak centrum cywilizacyjnego), zacofanie gospodarcze oraz słabość militarna na. Równocześnie autor ten wyznaje pogląd, iż „wojujący islam” nie stanowi, w sensie strategicznym, dla USA realnego zagrożenia. Z drugiej jednak strony wyznaje on pogląd, iż terroryzm religijny jest przede wszystkim konsekwencją amerykańskiej obecności wojskowej na Bliskim Wschodzie;

3. Pax Sinica – geopolityk ten, zauważa, iż ChRL staje się mocarstwem, które jest zdolne w pewnej perspektywie czasowej rzucić wyzwanie Stanom Zjednoczonym. Ich głównym atutem jest pozycja drugiej gospodarki świata (a pierwszej w sferze wytwórczej), ogromne rezerwy walutowe, modernizowany potencjał militarny oraz zdolność skupiania wokół siebie państw autokratycznych, które do pewnego stopnia są skonfliktowane z USA (głównie Iran, Rosja, Birma, Wenezuela). Z perspektywy geohistorycznej porównuje tą rywalizacją do postawy II Rzeszy wobec Wielkiej Brytanii na przełomie XIX i XX wieku. Z drugiej jednak strony zwraca on uwagę, iż Pekin posiada także wiele słabych stron, które przesądzają o tym, iż imperializm Państwa Środka napotyka na liczne ograniczenia: (1) Uzależnienie gospodarki od dostępu rynków zachodnich; (2) Urażliwość energetyczna w kwestii dostaw ropy naftowej z Bliskiego Wschodu, które mogą stosunkowo łatwo zostać zablokowane przez amerykańskie siły zbrojne; (3) Problem legitymizacji władzy państwowej (alternatywa tajwańska); (4) Problemy separatyzmów etno-religijnych (głównie Tybetu oraz muzułmanów) oraz (5) Szachowanie chińskiej ekspansji przez najbliższych sąsiadów – Indie (w rejonie Himalajów), Rosję (roszczenia wobec Przymorza i bufora mongolskiego), Japonię (główny rywal azjatycki).

4. Stulecie Azji – w tym przypadku P. Buchanan zdecydowanie odrzuca projekt Azjatyckiej Wspólnoty Gospodarczej wzorowanej na EWG jako nierealistyczny. Głównym powodem takiego stanowiska jest obawa samych państw tego kontynentu przed dominacją wielkich mocarstw, głównie Chin oraz reakcją USA, która oznaczałaby nie tylko zamknięcie rynków, ale i przetasowania wojskowe i polityczne. Naruszenie obecnego status quo oznaczałoby także w praktyce zwiększenie zagrożeń militarnych w poszczególnych regionach oraz destabilizację wewnętrzną dla systemów demokratycznych (głównie Tajwan, Korea, Japonia, Indie);

5. Rząd Światowy – geopolityk ten zdecydowanie odrzuca nowy porządek globalny oparty na fundamencie ONZ i organizacjach afiliowanych i pochodnych jako antypaństwowy i nie respektujący naturalnego porządku historycznego [93];

6. Unia Północnoamerykańska – dla naszego paleopolityka „zjednoczenie” Stanów Zjednoczonych, Kanady i Meksyku w ramach NAFTA to największe zagrożenia dla podmiotowości i niezależności Republiki [94]. Jej następstwem będzie przede wszystkim przyzwolenie na „meksykanizację” Anglomeryki oraz powielenie „dekadenckiego modelu” Unii Europejskiej [95];

7. Nowe Średniowiecze – scenariusz ten nie nawiązuje jednak do koncepcji neomediewalizmu sieciowego [96], lecz oznacza globalną anarchizację systemu międzynarodowego;

8. Drugie Amerykańskie Stulecie – projekt ten nawiązuje wprost do koncepcji Anglosfery, choć i w tym przypadku wizja ta jest pełna pesymizmu.

Dla Patricka Buchanana USA to „światowa kolonia”, która w imię globalizmu prowadzi politykę wolnego handlu sprzeczną z interesami narodowymi, na czym zyskują głównie Chiny oraz korporacje transnarodowe. Receptą na to zjawisko ma być jednak „patriotyzm ekonomiczny”. Z drugiej także strony „demokratyczny imperializm” przejawiający się w promowaniu „pokojowych rewolucji” (Europa Wschodnia, Kaukaz, Bliski Wschód) oraz interwencje zbrojne podbudowane pobudkami „humanitarnymi” prowadzą w jego opinii nie tylko do tworzenia koalicji państw krytycznie nastawionych do Stanów Zjednoczonych, lecz i znacznie podnoszą koszta uprawiania polityki globalnej. W tej sytuacji proponuje on rewizję całego układu sojuszy polityczno-militarnych (głównym problem jest tu NATO), uznanie rosyjskiej strefy wpływów na obszarze dawnego Związku Radzieckiego, przyzwolenie na „zjednoczenie” Tajwanu z ChRL, zawarcie układu politycznego z Iranem oraz wycofanie wojsk amerykańskich z półwyspu koreańskiego [97].

Jak zauważa to Damian Leszczyński koncepcje tytułowego paleokonserwatysty możemy postrzegać w dwojaki sposób. Po pierwsze – dokonuje on dość krytycznej refleksji nad kondycją konkretnego kraju jakim są Stany Zjednoczone i po jakie środki zaradcze należałoby sięgnąć aby odwrócić proces degrengolady. Z drugiej zaś – podejmuje refleksję natury bardziej ogólnej nad kondycją cywilizacji zachodniej (do której przypomnijmy zalicza także Rosję). Przede wszystkim domaga się on rezygnacji przez USA z roli światowego hegemona w imię wartości Starej Republiki oraz bezpieczeństwa państwa. Równocześnie w sposób dość bezkrytyczny podchodzi on do koncepcji wielobiegunowego ładu globalnego, szczególnie w odniesieniu do Rosji, czy też Chin. Krytykując amerykańską ideę imperialną, nie dostrzega on równocześnie inklinacji imperialistycznych w Moskwie. Innym wątkiem identyfikowanym z Pox Americana jest fetysz „skrajnego demokratyzmu”, który głosi iż system demokratyczny – bez względu na uwarunkowania kulturowe i historyczne – jest swoistym remedium na wszystkie bolączki współczesnego świata. W konsekwencji należy go nie tylko propagować, ale i w uzasadnionych przypadkach narzucać za pomocą siły zbrojnej. Buchananowska krytyka tej ideologizacji nie dotyczy jednak wyłącznie następstw geopolitycznych, lecz i kosztów ekonomiczno-społecznych dla USA, gdyż „[...] czasem idee mają konsekwencje” [98].

Warto także w tym momencie ponownie przywołać Samuela Huntingtona, który badając relacje między współczesnym ładem globalnym a pozycją międzynarodową USA zauważył, iż w zasadzie istnieją trzy podstawowe koncepcje tej współzależności:

1. Kosmopolityczna – jest to wizja Stanów Zjednoczonych z lat 1991-2000, kiedy to kraj ten otworzył się na idee globalnego zarządzania, w konsekwencji czego „świat przekształca Amerykę”;

2. Imperialna – impuls (2002-2008) ten wynika z przekonania o wyższości amerykańskiej potęgi od swych historycznych – głównie europejskich – poprzedników, unikalnym (aterytorialnym) charakterze idei imperialnej oraz uniwersalnym charakterze wartości i systemu politycznego w rezultacie czego „Ameryka zmienia świat”;

3. Narodowa – stanowisko to wychodzi z założenia, iż kultura amerykańska, religia obywatelska, historia kraju i jego położenie sprawiają, iż jest on niepowtarzalny i jedyny w swym rodzaju. W następstwie tego należy nie tylko chronić tradycyjne wartości, lecz je także wzmacniać, bez konieczności oglądania się na światowe trendy. Zatem w tym przypadku „Ameryka pozostaje Ameryką” a świat – światem. Dla każdego obserwatora jest chyba dość oczywiste, iż Pat Buchanan uchodzi za orędownika tego ostatniego stanowiska.

Tym niemniej „Znacząca część amerykańskich elit chciałaby, aby Ameryka stała się społeczeństwem kosmopolitycznym. Inne elity widzą ją w roli imperialnej. Przeważająca większość społeczeństwa amerykańskiego wybiera drogę narodową, a wraz z nią zachowanie i umocnienie kilkusetletniej tożsamości Ameryki. Ameryka staje się światem. Świat staje się Ameryką. Ameryka pozostaje Ameryką. Kosmopolityczna? Imperialna? Narodowa? Wybór jaki dokonają Amerykanie, zadecyduje o ich przyszłości jako narodu oraz o przyszłości świata” [99].

IV. Dylematy republiki imperialnej

Jak zasygnalizowano to we wcześniejszych częściach artykułu – zasada nieinterwencjonizmu – ma w Stanach Zjednoczonych już zatem długoletnią tradycję intelektualną i geopolityczną, którą możemy w zasadzie sprowadzić do paradygmatu ukutego przez Patricka Buchanan: Republika – nie Imperium. Tym niemniej analiza Wielkiej Polityki po 2001 roku dowodzi, iż Pax Americana odwołująca się do zasad globalnego ładu jedno-wielobiegunowego ma i tak swoje liczne ograniczenia oraz dowodzi, że USA są także podatne na liczne ograniczenia związane z projektem imperialnym [100]. Te symptomy – jak podaje Przemysław Pacuła możemy sprowadzić do następujących uwarunkowań: koszta ekonomiczne polityki globalnego zaangażowania, zahamowanie procesu eksportu demokracji, wykreowanie nowych zagrożeń (szczególnie konfliktów o charakterze asymetrycznym), problem ewolucji i perspektyw współczesnego ładu globalnego oraz pojawienie się nowego pokolenia polityków amerykańskich, którzy nie postrzegają już rzeczywistości międzynarodowej w kategoriach zimnowojennych [101].

W pierwszej kolejności autor ten – mówiąc o gospodarce – zwraca uwagę na bardzo poważny stan finansów publicznych w USA. O ile jeszcze w latach 1998-2001 budżet odnotował nadwyżkę w wysokości 236,2 mld $, to do końca 2011 roku zadłużenie państwa sięgnęło już blisko 15 bln $. W konsekwencji poziom ten zbliżył się niebezpiecznie do przeszło 100% poziomu PKB. W powszechnej świadomości zjawisko to jest pokłosiem przede wszystkim dużego zwiększenia wydatków zbrojeniowych w okresie prezydentury Georga Busha jra (2000-2008), choć badania przywołane przez P. Pacułę pokazują, że łączne koszta „wojen imperialnych” odpowiadają zaledwie za 10% stanu zadłużenia. Z kolei aż 50% jest wynikiem obniżenia podatków, w celu pobudzenia kreatywności Amerykanów, w latach 2001 i 2003 oraz recesji [102]. Niemniej jednak począwszy od 2012 roku zapowiedziano już znaczną redukcję wydatków na zbrojenia, co wiąże się głównie z ograniczeniem aktywności militarnej w Iraku oraz Afganistanie. Pierwsze przymiarki do tego można już było z kolei zaobserwować w okresie konfliktu libijskiego (marzec-wrzesień 2011), podczas którego zarówno koszta finansowe, jak i dowodzenie interwencją zbrojną NATO przerzucono głównie na barki europejskich sojuszników (Wielka Brytania, Francja) [103]. Podjęto także liczne decyzje o relokacji wojsk amerykańskich. Równoczesnej krytyce poddano udzielane dotychczas wsparcie finansowe dla krajów ważnych strategicznie (głównie chodzi o Izrael, Pakistan i Egipt) jak i pomoc instytucjonalną przeznaczoną dla wsparcia procesów demokratyzacyjnych (Gruzja, Ukraina, monitoring i przygotowanie wyborów, wspieranie prozachodniej opozycji). Jednocześnie w okresie rządów administracji Baracka Obamy – z powodu gwałtownego załamania się rynków kredytów hipotecznych po 2007 roku – odnotowano zwiększone dofinansowania sfery społecznej i sektora gospodarczego, wskutek czego efekt do końca 2011 roku osiągnięto wynik dokładnie odwrotny od zamierzonego. Już ten krótki przegląd pozycji ekonomicznej USA pokazuje, iż koszta polityki imperialnej były i są kilkakrotnie mniejsze od problemów wynikających z nieumiarkowanej i nieprzemyślanej polityki wewnętrznej [104].

Warto w tym miejscu odnotować fakt, iż zdaniem Nialla Fergusona, właśnie problem niewypłacalności finansowej legł u źródeł upadku potęg imperialnych Zachodu, zaś jego pierwszym namacalnym symptomem była zawsze zmiana systemowa globalnej waluty. W końcu osłabienie po I wojnie światowej brytyjskiego funta jako podstawowego instrumentu płatniczego świata poprzedziło wejście na jego miejsce dolara. Z kolei w następstwie kolejnej światowej zawieruchy wojennej (1939-145) Imperium Brytyjskie nie tylko popadło już w wielkie zadłużenie wewnętrzne, lecz i zagraniczne (głównie USA), przez co samo stało się ono podatne zarówno na penetrację gospodarczą, jak i polityczną, i w rezultacie stopniowy rozkład wskutek niemożności ponoszenia dalszych kosztów obecności imperialnej na przeszło 25% powierzchni globu doprowadził do jego kresu [105]. Upadek wiarygodności finansowej Waszyngtonu pociąga za sobą zatem nie tylko zmniejszenie zaangażowania imperialnego i zaburzenia gospodarcze w kraju, lecz przede wszystkim zakłócenia rynków finansowych świata (z uwagi na rolę dolara jako podstawowej światowej waluty) oraz turbulencje Wielkiej Gry, szczególnie w zakresie stosunków z Chinami kontynentalnymi (z powodu uzależnienia Pekinu od rynków zachodnich i posiadania obligacji amerykańskich).

Kolejnym przejawem samoograniczenia jest (jakoby) porażka „eksportu demokracji” [106]. Na tym polu Przemysław Pacuła – na poparcie tej tezy – przywołuje przede wszystkim konsekwencje polityczne amerykańskich interwencji w Iraku i Afganistanie, zupełnie ignorując fakt, iż budowa demokracji, wolnego rynku i praw człowieka jest procesem, którego rezultaty są widoczne dopiero w perspektywie długiego trwania (przykładowo: Japonia, Niemcy, Korea, czy Turcja), co ilustruje tabela 2. Ponadto należy w tym przypadku wyraźnie oddzielić demokratyzację od state-building. Są to w omawianych przypadkach procesy kompatybilne, jednakże z przyczyn geopolitycznych pierwszoplanowym celem strategicznym jest budowa sprawnego państwa ograniczonego, które w pierwszej kolejności jest zdolne do samopodtrzymania swych instytucji oraz zapewnienia swym obywatelom bezpieczeństwa wewnętrznego i stabilności socjalnej [107]. W konsekwencji w przypadku Iraku powolna stabilizacja jest stopniowym faktem, zaś odnośnie Afganistanu trwa tam rzeczywiście stan permanentnej wojny wewnętrznej.

TABL 2. Terytoria obce znajdujące się pod „nadzorem strategicznym” USA w latach 1893-2003

Tab_paleo_Bu4

1 – Indeks wolności politycznej wg Freedom House (1 – całkowicie wolny, 7 – całkowicie zniewolony)
Źródło: N. Fergusson, op.cit., 454.

Innym zjawiskiem składającym się na problem „eksportu demokracji” jest – nieujęte przez przywołanego nieco wyżej autora – zjawisko „rewolucji wyborczych”. Fenomen ten po 2000 roku wystąpił głównie w Serbii, Gruzji oraz na Ukrainie [108]. Nieudane projekty tego typu odnotowano ponadto na Białorusi w 2006 roku, zaś rok wcześniej doszło do wydarzeń „kolorowej rewolucji” w Kirgistanie, które współcześni badacze klasyfikują raczej do mianem „buntu klanów” (trybalizmu) [109]. Ze wspomnianych jednak trzech krajów Serbia i Gruzja doznały dezintegracji terytorialnej, choć konsekwentnie dążą do integracji ze strukturami Zachodu (dla Belgradu priorytetem jest UE, dla Tbilisi zaś – NATO, co wynika głównie z dylematów bezpieczeństwa), zaś Ukraina nadal pozostaje rozdarta, głównie wskutek silnych tendencji odśrodkowych oraz 300-letniej obecności w ramach rosyjskich struktur państwowych. Ostatecznie też kwestią sporną pozostaje sukces lub porażka tego rodzaju „imperialnej ekspansji”, gdyż o jego rozstrzygnięciu decyduje także czas i konsekwencja polityczna rządów porewolucyjnych.

Sprawą dyskusyjną jest także zagadnienie, czy wspieranie procesów demokratyzacyjnych za pomocą tychże „rewolucji” jest rzeczywistym elementem rozszerzenia własnej strefy wpływów, czy służy raczej stabilizacji poszczególnych państw świata, które zachęca się w ten sposób do samopodtrzymywania procesów modernizacyjnych [110]. Skądinąd już wiadomo, iż „rewolucje obywatelskie” wygrywają wyłącznie w ściśle określonych przypadkach, kiedy są one przede wszystkim zdeterminowane przez czynniki wewnętrzne [111]. Niemniej wiadomo, iż – z perspektywy geopolityki – taka forma „eksportu demokracji” jest niewątpliwie najtańszym sposobem rozszerzenia wpływów, choć niekoniecznie na tyle dość skutecznym, by to założenie strategiczne zostało w pełni zrealizowane. Najnowszym przykładem na poparcie tej tezy jest chociażby Tunisami, szczególnie w kontekście rewolucji w Tunezji i Egipcie oraz wojny domowej w Libii (grudzień 2010 – wrzesień 2011). Z kolei jej ograniczoności dowodzą wydarzenia „śnieżnej rewolucji” w Rosji w grudniu 2011 roku, kiedy to w zasadzie nieuzasadnione i niczym nie poparte oskarżenia władz państwowych o wspieranie przez Stany Zjednoczone protestów społecznych przeciw nadużyciom wyborczym postawiły pod znakiem zapytania reset w stosunkach na linii Moskwa-Waszyngton po wojnie sierpniowej [112].

Trzecim czynnikiem warunkującym amerykańską obecność globalną są nowe zagrożenia. Problem z zagadnieniem tym polega głównie na tym, że pojęcie te jest stosunkowo nieostre, dość pojemne oraz odejmuje zbyt szerokie spektrum zagrożeń poczynając od przestępczości transnarodowej, poprzez terroryzmu aż do nuklearyzację „państw nieprzewidywalnych” [113]. W konsekwencji klasyczne pojęcie bezpieczeństwa narodowego uległo nadmiernemu rozszerzeniu o tzw. soft security. Po drugie – długotrwałe konflikty asymetryczne dowodzą, iż hard power jest już niewystarczającym czynnikiem warunkującym zwycięstwo w przypadku akcji wojskowych przeciw konkretnym państwom. Co prawda siły zbrojne USA nie mają sobie równych w globalnym układzie sił, równocześnie nie są one w stanie doprowadzić do politycznego rozstrzygnięcia w tej walce. Do tego jednocześnie rosną nie tylko koszta podtrzymywania obecności wojskowej, lecz i pojawiają się coraz to nowe ograniczenia normatywne i instytucjonalne dotyczące granic prowadzenia działań zbrojnych. W konsekwencji – z powodu zazwyczaj słabego umocowania prawnego, braku zrozumienia społecznego dla polityki interwencjonizmu, propagandowego potępienia idei wojny prewencyjnej, kosztów finansowych i czasokresu tych operacji – społeczeństwo amerykańskie wykazuje coraz większą wstrzemięźliwość wobec tego problemu użycia siły wojskowej poza granicami kraju [114]. Inna rzecz to nieprzystosowanie konwencjonalnych segmentów sił zbrojnych do działań o charakterze nieregularnym. Z drugiej także strony odpowiedzią na amerykańską „rewolucję wojskową” jest pojawienie się „technologii zakłócających”, które do pewnego stopnia nie tylko niwelują przewagę jakościową, lecz i tworzą alternatywne „środki walki” [115].

Kolejnym problemem jest redystrybucja odpowiedzialności za sprawy globalne. Teoretycznie odnotowano na początku XXI wieku relatywny wzrost potęgi takich ośrodków siły jak UE, czy też ChRL, jednakże w praktyce okazuje się, że o ile ta pierwsza co prawda dysponuje realnie potencjałem porównywalnym z amerykańskim przy bardzo słabym jednolitym „ośrodku decyzyjnym”, o tyle Pekin nadal rozbudowuje swój potencjał i strefy wpływów, przy równoczesnym świadomym samoograniczeniu swoich aspiracji globalnych, głównie z obawy przed niekontrolowaną ewolucją ładu globalnego. Także w naukach politycznych panuje swoiste zamieszanie, które balansuje między tezami o „erozji potęgi” Waszyngtonu a przekonaniem, iż właśnie USA stanowią „obszar rdzeniowy” Imperium Mundi [116]. Ten spór między deklinistami a ich przeciwnikami nie wydaje się jednak rozstrzygnięty na niwie intelektualnej, podobnie jak ma się rzecz z relatywizacją ich potęgi [117]. Tym niemniej należy się zgodzić z Peterem Benderem, który zauważył, iż „Stany Zjednoczone dysponują ogarniającą całą ziemię potęgą, jakiej dotychczas nie miał jeszcze żaden kraj. Ale potęga to nie panowanie, a dzisiejszy świat jest zbyt wielki, by mógł być rządzony przez Jednego. Problemem Ameryki jest jej problematyczna wielkość [...]. W oczach świata [...] jest niezbędna i nieznośna – niezbędna, ponieważ bez jej [...] sił panowałby jeszcze większy chaos, nieznośna [–] ponieważ prawie wszystko może [...]. Jak dotąd Stany Zjednoczone zadowalają się, co wydaje się konsekwentne, nieformalnym empire [...]. Drugi stopień mocarstwa światowego, na którym opierało się cesarstwo rzymskie, pozostaje jednak dla Ameryki nieosiągalne: nie może wszystkich zmusić do tego , by robili to, co chce Ameryka” [118].

Ostatnim wreszcie problemem podnoszonym przez Przemysława Pacułę jest pojawienie się nowego pokolenia polityków amerykańskich, którzy – jak artykułuje to sam autor – nie rozumują już w kategoriach zimnowojennych. I jako przykład takiej działalności podaje Tea Party Movement. Jednakże pragmatyka Wielkiej Gry nadal pokazuje iż geopolityka niezmiennie rządzi się swoimi prawami, gdzie niewiele miejsca pozostaje na złudzenia. W tym miejscu wypada się jednak zgodzić z George’m Friedmanem, który zauważył iż „Wszystkie kraje mają własne wielkie strategie, ale to nie znaczy, że wszystkie kraje mogą osiągnąć swoje cele strategiczne [...]. Wielka strategia kraju jest tak głęboko zakodowana w narodowym DNA i wydaje się tak naturalna i oczywista, że politycy i generałowie nie zawsze są tego świadomi [...]. Ameryka zrodziła się z wojny i walczy do dzisiejszego dnia [...], lecz amerykańskie cele strategiczne i amerykańska wielka strategia biorą się ze strachu” [119]. W jego opinii globalną polistrategię Stanów Zjednoczonych po 1945 roku cechuje niezmiennie nadal pięć imperatywów:

1. Całkowite zdominowanie wojskowe Ameryki Północnej przez US Army, co sprawia, iż państwo to zyskuje wymiar „wyspiarski”;

2. Eliminacja wszelkiego rodzaju zagrożeń ze strony dowolnego państwa hemisfery zachodniej. Współcześnie nie istnieje jednak żadna kontynentalna potęga zdolna zagrozić nawet pośrednio interesom Waszyngtonu, poza przypadkiem umieszczenia tam baz wojskowych jakiegoś euroazjatyckiego mocarstwa (Chiny i Rosja w krajach andyjskich i na Karaibach);

3. Wyłączna kontrola nad węzłami morskimi przy podejściach do wybrzeży amerykańskich, które zabezpieczyłyby przez atakiem z kierunku północnego (Alaska), wschodniego (Hawaje) oraz zachodniego (Karaiby, Grenlandia);

4. Utrzymanie hegemonii nad oceanami w celu wzmocnienia bezpieczeństwa USA oraz uzyskania kontroli nad międzynarodowymi szlakami komunikacyjnymi;

5. Uniemożliwienie krajom euroazjatyckim budowy kontrpotęgi nawalistycznej, głównie poprzez polityczno-wojskowe opanowanie przyczółków nadmorskich na Dalekim Wschodzie i Europie [120].

Obowiązuje przy tym zasada wykorzystania minimum siły, gdyż w praktyce często bowiem okazuje się że idealizm i umiarkowanie w rywalizacji globalnej często bywa odczytywane jako oznaka słabości lub wręcz jako przyzwolenie do określonych – i niekoniecznie – zgodnych z interesami strategicznymi – działań [121]. Tak było chociażby podczas kryzysu polityczno-wojskowego wokół Gruzji w 2008 roku, kiedy to niejako założono z góry, iż w stosunkach między krajami Północy (głównie USA – UE – FR) wyeliminowano pojęcie przemocy zbrojnej. W konsekwencji za tą naiwność Zachodu zapłacili ci Inni [122].

* * *

W podsumowaniu należy podkreślić, że podstawą paleopolityki w ujęciu Patricka Buchanana jest „powrót do przeszłości” rozumiany jako „kontrrewolucja kulturowa” oparta na tradycyjnym pojmowaniu wartości konserwatywnych, propagowaniu wielodzietnego modelu rodziny heteroseksualnej i proreligijnego modelu organizacji społecznej oraz radykalnym ograniczeniu emigracji osób pochodzenia nieeuropejskiego. Z kolei na płaszczyźnie Wielkiej Polityki postuluje on „powrót do korzeni”, czyli samoograniczenie zaangażowania USA na arenie międzynarodowej, co w praktyce oznacza wycofanie się z World Island, pozostawienie Europy samej sobie, uznanie szczególnych praw Rosji na obszarze postsowieckim, rezygnację ze wspierania tendencji demokratyzacyjnych i modernizacyjnych na obszarze Islamu (z obawy przed konfliktem asymetrycznym), podjęcie dialogu strategicznego z Chinami na zasadzie dwustronnego poszanowania interesów, i istnienia współzależności ekonomicznej oraz zwalczanie wszelkiego rodzaju trendów kojarzonych z kosmopolitycznym New World Order.

Autor ten proponuje „porzucenie” Europy, która i tak jest, w jego opinii, skazana na zagładę z powodu zapaści demograficznej, upadku wartości wysokich i panującego tam hedonizmu. P. Buchanan wyznaje pogląd, iż Europejczycy – podobnie, jak niegdysiejsi Rzymianie – i tak pogodzili się już ze stopniową degrengoladą na Światowej Szachownicy oraz perspektywą rozwoju Eurabii na Starym Kontynencie. Aby jednak podobny los nie spotkał i Stanów Zjednoczonych diagnozuje on likwidację związków w ramach organizacji NAFTA oraz zarzucenie projektu Unii Północnoamerykańskiej. W praktyce jednak samoograniczenie zaangażowania w oba projekty geopolityczne wydaje się obecnie wręcz nieprawdopodobne. Dla USA bezpieczeństwo Starego Kontynentu to kwestia pozycji globalnej i rozwoju potencjalnej „niekontrolowanej kontrpotęgi”, zaś kontrola zachodniej hemisfery związana jest bezpośrednio z położeniem „wysparskim” tegoż państwa. Ponadto autor ten nie bierze pod uwagę jeszcze jednego aspektu polistrategii – nie ma permanentnych i idealnych rozwiązań dla problemów geopolitycznych.

Dla szerszego ukazania potencjalnych następstw, dla tego rodzaju filozofii politycznej warto, w tym miejscu, przywołać geopolityczne następstwa nieinterwencjonizmu zaprezentowane przez Zbigniewa Brzezińskiego w artykule After America („Foreign Policy”, January 2012) [123]. Stwierdza on mianowicie, iż w przypadku przyjęcia przez Waszyngton strategii nieinterwencjonizmu nastąpi automatyczna autokorekta – co jest zupełnie zrozumiałe – globalnego układu sił. W związku z tym należy spodziewać się aktywizacji całego szeregu zbyt ambitnych potęg regionalnych, wzrostu znaczenia geopolitycznego „wschodzących supermocarstw” – Indii i ChRL na Wyspie Świata (Superkontynencie), zaś w przypadku Rosji jako „potęgi rewizjonistycznej” należy liczyć się, ze wzrostem aspiracji neoimperialnych. Z kolei w przypadku Bliskiego Wschodu zakłada dalszą eskalację i permanentny charakter zaistniałych tam konfliktów. Nade wszystko pojawi się kilka zasadniczych punktów zapalnych, które niewątpliwie wywołają istotnie napięcia geostrategiczne, wobec których USA nie mogą pozostać obojętne z uwagi na potencjalne reperkusje dla ich interesów i w dalszej perspektywie czasu pojawienia się realnej konkurencji w skali globalnej. Zagrożenia te – rozwinięte przez piszącego – ilustruje tabl. 3 [124].

TABL. 3. Następstwa nieinterwencjonizmu USA wg Zbigniewa Brzezińskiego

Tab_paleo_Bu5-1

Tab_paleo_Bu5-2

Źródło: Opracowanie własne

W rezultacie otrzymujemy zatem oto taki obraz klasycznie pojmowanej „anarchii międzynarodowej” – Na Dalekim Wschodzie ChRL wyrasta na supermocarstwo, które zdominowało Azję Wschodnią, zdolne do kontroli szlaków transportowych ropy naftowej i gazu obszarze Oceanu Indyjskiego oraz podjęcia rywalizacji morskiej z USA w rejonie zachodniego Pacyfiku. Dalsze następstępstwa to wzrost poczucia zagrożenia dla Indii (osaczenie przez sojuszników Pekinu, przy równoczesnym konflikcie z Pakistanem) i Japonii (groźba blokady surowcowej, wymusi jej militaryzację) oraz samego Zachodu (głównie UE), gdyż w tym ostatnim przypadku Pekin może okazać się zdolny do zneutralizawania potęgi morskiej NATO na Morzu Arabskim i w regionie Zatoki Perskiej (casus Iranu), co nie jest bez znaczenia z uwagi na dostawy ropy naftowej i gazu z tego obszaru (wzrost ceny surowców, wzrost kosztów transportu, dylematy geopolityczne Iraku i Arabii Saudyjskiej). Z kolei w Eurazji i Europie Wschodniej Rosji udaje się wówczas odbudować pod swoim przywództwem całą przestrzeń postsowiecką pod postacią Unii Eurazjatyckiej. Oficjalnie będzie to przedstawiane jako drugi, równoległy projekt integracji europejskiej. Równocześnie korzystając z kryzysu strukturalnego UE po 2008 roku [125], podgrzewając istniejące tam realnie tendencje antyamerykańskie oraz wspierając jednej państwa przeciw innym (głównie Francję i Niemcy przy możliwym oporze Wiekiej Brytanii i wzroście poczucia zagrożenia w państwach byłego bloku socjalistycznego) Moskwa może wygrywać kolejne scenariusze geopolityczne – poczynając od skłócenia Europy Zachodniej, aż po propozycje stworzenia bloku transkontynentalnego (głównie geoekonomicznego) od Atlantyku po Pacyfik. Oczywiście ceną za tą propozycję będzie wówczas „sugestia” uznania rosyjskiej strefy wpływów na obszarze byłego ZSRR (z czyn Europa stosunkowo łatwo się pogodzi) oraz faktyczny i odśrodkowy rozkład NATO. Ponieważ w przypadku potencjalnej ekspansji ChRL i FR ich wspólnym przeciwnikiem będą USA, starające zachować się istniejący status quo, nie można wykluczyć w tym przypadku także ich faktycznego sojuszu. W konsekwencji spełniają się najgrosze scenariusze geostrategiczne dla Waszyntonu, gdyż z powodu strategii nieinterwencji zostają one praktycznie wyparte z całej Wyspy Świata. W tym przypadku trudno jest ocenić jednak postawę samej Europy, gdyż są możliwe dwa potencjalnie skrajne warianty: destabilizacja sytuacji politycznej i wzajemne neutralizowanie się państw narodowych (zderzenie orientacji kontynentalnej i transatlantyckiej) lub też zdominowanie tego kontynentu prze opcję paneuropejską w rezultacie czego – z perspektywy Waszyngtonu – otrzymujemy „scenariusz najgorszego możliwego przypadku”: Hausoferowska oś Bruksela-Moskwa-Pekin kontra USA wsparte przez osaczone Indie i pozostające w poczuciu osamotnienia Japonię i Wielką Brytanię.

W ten oto sposób mamy gotowy projekt następnego wielkiego konfliktu globalnego, wywołanego tylko dlatego, iż USA zdecydowały się na politykę nieinterwencjonizmu. Nie byłoby wówczas bowiem siły zdolnej „utrzymać w szachu” niezaspokojone aspiracje Rosji, skrywane ambicje ChRL oraz okiełznać nieprzewidywalności kilku innych potęg regionalnych. Dodajmy w tym miejscu, że i w tym przypadku globalna hegemonia USA i tak jest „neutralizowana”, do pewnego stopnia, na obszarze konkretnych panregionów przez poszczególne – wymienione w poprzednim zdaniu – mocarstwa. W ten sposób funkcjonuje współczesny ład wielkoprzestrzenny, którego zasadniczą cechą – jak sugeruje to autor niniejszego studium – jest jedno-wielobiegunowość. W przeciwnym przypadku, jako alternatywę, otrzymujemy otrzymujemy opozycję binarną (Zachodu i Wschodu, Morza i Lądu, Talasokrascji i Tellukracji, Behemota i Lewiatana) znaną już wcześniej z chociażby z koncecji Halforda Mackindera czy Carla Schmitta, czy ostatnio Aleksandra Dugina i Igora Panarina, która (ponoć) – w ujęciu geopolityki klasycznej – stanowi sens praw dziejowych (warto tu przywołać historyczne konflikty Ateny-Sparta, Kartagina-Rzym, Brytania-Francja i USA-ZSRR).

Niewątpliwie, współcześnie Stany Zjednoczone nie dysponują już takimi atutami jakimi dysponowały w 1945, 1991 czy nawet 2001 roku. Tym niemniej nadal posiadają one atrybuty supermocarstwa wielosektorowego pod względem gospodarczym, technologicznym, kulturowym, militarnym, prowadzą odpowiednią politykę ekspansji w cyberprzetrzeni i astrosferze oraz posiadają „zdolność decyzyjną”. Nie oznacza to jednak, iż stan ten będzie trwał wiecznie. Równocześnie jednak procesowi transformacji ładu globalnego – a co za tym idzie relatywizacji potęgi USA – będzie towarzyszyła emancypacja mocarstw regionalnych, które będą poszukiwały odpowiedniego partnera dla zrównoważenia wpływów kontynentalnego hegemona. Tym samym regionalne rywalizacje dają Waszyngtonowi obecnie i w przewidywalnej przyszłości okazję, by – w stylu Bismacka – odrywać nadal rolę centrum porządku międzynarodowego jako główny rozgrywający i mediator między potęgami Wschodu oraz promotor i gwarant „redefiniowanego” Zachodu [126].

Problem zatem w tym, że zarówno przywołany w powyższych akapitach Z. Brzeziński, jak i Patrick Buchanan w sposób zupełnie odmienny definiują bezpieczeństwo interesów strategicznych Stanów Zjednoczonych. Wracając jednak do zasadniczego nurtu naszych rozważań, ten ostatni geopolityk zdaje sobie niewąpliwie sprawę, iż współcześnie pojmowany klasyczny izolacjonizm nie wchodzi równocześnie w grę, uwagi na fakt, że pozostawanie poza głównym nurtem Wold Politics, może mieć wręcz dla USA katastrofalne następstwa i cena „ponownego” przywracania globalnego porządku nieporównywalnie większa. W jego ujęciu interwencjonizm amerykański należy jednak ograniczyć do niezbędnego minimum oraz do sytuacji, kiedy zagrożone będą w sposób bezpośredni interesy strategiczne Waszyngtonu. Takim pozytywnym przykładem jest dla P. Buchanana interwencja USA podczas I wojny światowej, kiedy to doszło do tego zaangażowania, po tym jak II Rzesza zagroziła komunikacji transatlantyckiej oraz usiłowała sprowokować wojnę z Meksykiem (1917). Podobnie pozytywnie odniósł się on do inwazji na Europę w 1944 roku, przy równoczesnej dezaprobacie dla poczynań brytyjskich, które z powodu niemiecko-polskiego zatargu o Wolne Miasto Gdańsk doprowadziły do wybuchu II wojny światowej [127]. Podstawowym celem tak skonstruowanej paleopolityki jest zatem obrona American Dream oraz wyrażane obawy przed podzieleniem przez USA losów innych, historycznych już imperiów.

Zatem zasadnicza różnica między stanowiskiem paleokonserwatysty a geostrategią Z. Brzezińskiego polega także na tym, iż ten ostatni kładzie ogromny nacisk na „działania prewencyjne” i wspieranie „pluralizmu geopolitycznego”, tak by poszczególne mocarstwa regionalne wzajemnie się neutralizowały. Tym samym możliwe jest mininalizowanie kosztów globalnego przywództwa USA. Z kolei dla P. Buchanana USA to osłabione wewnętrzne – kulturowo i etnicznie – supermocarstwo posiadające globalne aspiracje hegemoniczne, które budzą ogromny sprzeciw ze strony Chin, Rosji i świata islamu. W konsekwencji stawia on też nacisk na samoograniczenie postimperilane oraz w zasadzie odwrót geostrategiczny z Wyspy Świata za cenę porzucenia Europy, uznania ambicji wielkomocarstwowych Moskwy i Pekinu w zamian za uznanie i poszanowanie interesów amerykańskich na tym Superkontynencie (głównie chodzi o zasady wolności mórz i swobody handlu). Zatem pozycja globalna Stanów Zjednoczonych – odczytywana z perspektywy filozofii i strategii politycznej Starej Republiki – sprowadzałaby się w zasadzie do „zatrzymania” zachodniej hemisfery i ewentualnie propagowania zasad Anglosfery [128]. Generalnie paleopolityka jest w tej sytuacji próbą retradycjonalizacji stosunków międzynarodowych, których fundamenty w tym ujęciu można sprowadzić do podstawowych paradygmatów geopolityki klasycznej, ze szczególnym uwzględnieniem Haushoferowskiej koncepcji panregionów.

Tym niemniej koniec końców można jednak zgodzić się z P. Buchananem, że współczesne zobowiązania geopolityczne USA mają charakter planetarny, a wyliczanie ich jest znacznie trudniejsze niż wskazywanie miejsc na mapie, gdzie Amerykanie nie są zaangażowani. Bycie dla wielu podmiotów międzynarodowych gwarantem bezpieczeństwa to z jednej strony przedmiot dumy i nadmiernej pychy zarazem, a równocześnie też skłania do poważnej zadumy nad kondycją hipermocarstwa i perspektyw ładu globalnego [129]. Póki co, Stany Zjednoczone nadal stanowią klasę samą dla siebie. Dlatego też nie prowadzą one już – zgodnie zresztą z logiką postpolityczną – wojen (asymetrycznych), lecz akcje policyjne przywracające pokój. „Ale mocarstwa światowe – pisze Peter Bender – również nigdy nie zaznają spokoju. Tylko one dysponują potęgą i środkami, by uśmierzyć gwałtowników i uratować zagrożonych. Są stale zmuszane do działania i tylko czasami mogą sobie pozwolić na to, by odrzucić prośby, życzenia, wołania o pomoc i apele do ich przynoszącej pokój siły. Jeśli nie zareagują, to ich wiarygodność znajduje się w niebezpieczeństwie; jeśli zareagują zawsze, to rozdrabniają się i nadwyrężają siły. Zwykle muszą więcej, niż na dłuższą metę mogą, ale mogą więcej, niż im wolno i dlatego niemal zawsze ulegają pokusie [...]” [130] i iluzji, gdzie potęgę myli się z rozwagą, i umiarkowaniem. W każdym razie jak dotąd Ameryka ma w sobie dość siły i umiarkowania, aby umiejętnie połączyć idee republiki (regionalizmu) i imperium (globalizmu) [131]. Dlatego też lepszym wzorcem do naśladowania zdaje się dla niego imperium brytyjskie (przewaga soft power), niż cesarstwo rzymskie (nacisk na hard power) [132].

Niniejszy artykuł pt. Paleopolityka Patricka Buchanana zostanie opublikowany w pierwszym numerze czasopisma Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego Studia Geopolitica.

___________________________________________________________________________________________

1 D. Serówka, Wielka Piaskownica: Rola USA w europejskiej polityce bezpieczeństwa i obronności, Kraków 2003, s. 121–144.
2 Paleokonserwatyzm – potoczne określenie tradycjonalistycznego, duchowego i kulturowego konserwatyzmu, pozostającego w opozycji ideowej do neokonserwatyzmu. Nurt ten wywodzi się ze środkowoeuropejskiej tradycji konserwatywnej, która odrzuciła naleciałości liberalizmu i kontaktualizmu oraz amerykańskiej tradycji konserwatyzmu pesymistycznego, zakorzenionego w chrześcijańskim platonizmie bądź arystotelizmie tzw.: Starej Prawicy. Jego ojcem założycielem był Thomas Monar. Głównym think tankiem jej orientacji jest Instytut Rockforda, który wydaje miesięcznik: „The Cronicles: A Magazine of American Culture”. Por. J. Bartyzel, Paleokonserwatyzm, <http://haggard.w.interia.pl/paleo.html> (19 X 2009).
3 Anglosfera – projekt geopolityczny zakładający integrację ekonomiczną krajów wywodzących się z kręgu kultury języka angielskiego, anglosaskiego prawa zwyczajowego oraz tradycji wolnościowych. Por. R. Potocki, Geopolityka Oceanii: Anglosfera? „Geopolityka” 2009, nr 1, s. 59–75.
4 Electoral history of Pat Buchanan, <http://en.wikipedia.org/wiki/Electoral_history_of_Pat_Bucha-nan> (20 X 2009).
5 Pat Buchanan, < http://www.notablebiographies.com/Br-Ca/Buchanan-Pat.html> (20 X 2009). Por. także: Patrick Buchanan Blog, <http://buchanan.org/blog/> (20 X 2009).
6 J. Jedlicki, Historyczny rodowód idei kryzysu cywilizacji europejskiej [w:] Dylematy wspólczesnej cywilizacji a natura człowieka, red. J. Reykowski, T. Bielicki, Poznań 1997, s. 103–117; A. Kołakowski, Idea kryzysu i dylematy cywilizacji [w:] Ibidem, s. 129–135;  P. Skrzydlewski, Czy zmierzch Zachodu? [w:] Przyszłość cywilizacji Zachodu, red. P. Jaroszyński i in., Lublin 2003, 175–196.
7 P. Buchanan, Śmierć Zachodu: Jak wymierające populacje i inwazje imigrantów zagrażają naszemu krajowi i naszej cywilizacji, Wrocław 2005, s. 7–35. Problem Rosji jako części Zachodu wynika także z tego, iż pragnie ona być równorzędnym partnerem (globalne mocarstwo) zarówno USA, jak i UE, nie zaś stać w jednym szeregu z innymi potęgami regionalnymi, jak Niemcy, Francja, Turcja czy Wielka Brytania. Por. D. Trenin, Russia leaves the West, „Foreign Affairs” 2006, v. 85, no. 4, s. 88–98.
8 W tym ostatnim kontekście warto zwrócić uwagę na koncepcję Trójkąta Atlantyckiego, w której na pojęcie cywilizacji euratlantyckiej (zachodniej) składają się trzy segmenty: Anglomeryka, Latynomeryka oraz atlantycka Europa. Por. W. Grabendorff, Przyszłość Trójkąta Atlantyckiego, „Polski Przegląd Dyplomatyczny” 2003, s. t. 3, nr 3(13), s. 51–73. Z kolei w ujęciu filozoficznym cywilizacja zachodnia oznacza kultury wyrosłe z korzeni europejskich (grecko-rzymskich i judeo-chrześcijańskich), bez jakichkolwiek odniesień do kwestii rasy. Por. P. Jaroszyński, Co to jest Zachód? [w:] Przyszłość cywilizacji Zachodu, s. 7–16.
9 P. Buchanan, op.cit., s. 297–298.
10 J. Burnham, Suide of the West, New York 1964, s. 301.  
11 P. Buchanan, op.cit., s. 18.
12 Ibidem, s. 34.
13 Ibidem, s. 35.
14 Ibidem, s. 3, 9–69; Idem, Dzień sądu, czyli jak pycha, ideologia i chciwość niszczą Amerykę, Wrocław 2008, s. 147–152.
15 Idem, Śmierć Zachodu, s. 70–71.
16 Ibidem, s. 99-127; Idem, Dzień sądu, s. 153–156.
17 Idem, Śmierć Zachodu, s. 128.
18 Na potencjalną możliwość secesji Przymorza zwraca uwagę sam P. Buchanan (Idem, op.cit., s, 135-136), jednakże tą ostatnią ewentualność diagnozuje przykładowo Tadeusz Kisielewski (Idem, Średnioterminowe perspektywy rozwoju sytuacji geostrategicznej Rosja – Chiny – NATO, Toruń 2002, s. 31-39.). Z kolei Z. Brzeziński – w tym przypadku – wręcz przeciwnie twierdzi, iż wyludnianie się Syberii i konieczność utrzymania tego obszaru przez Rosję wymusi na niej konieczność współpracy z Europą i USA oraz zgodę na penetrację ekonomiczną. Por. Idem, Wybór: Dominacja czy przywództwo, Kraków 2004, s. 120–123.  
19 P. Buchanan, op.cit., s. 143.
20 Por. W. Laqueur, Ostatnie dni Europy: Epitafium dla Starego Kontynentu, Wrocław 2008, passim.
21 P. Buchanan, State of Emergency: The Third World Invasion and Conquest of America, New York 2007, s. 187-218. Szerzej o koncepcji Eurabii – por. R. Potocki, Eurabia: Projekt dla Śródziemnomorza [w:] Państwa – regiony – świat w kształtującej się rzeczywistości globalnej, red. K. Kamińska i in., Gdańsk 2009, s. 72–82.
22 Przekonanie o „nieuchronności” islamizacji Europy zdaje się być jednym z podstawowych paradygmatów geocywilizacyjnych Patricka Buchanana i w konsekwencji czołowym argumentem na rzecz samoograniczenia strategicznego na tym kontynencie. W pierwszej kolejności autor ten niezmiennie głosi  pogląd o nieustannej presji demograficznej ze strony muzułmańskiej części Śródziemnomorza, w ogóle nie zwracając uwagę na fakt stopniowego spadku rozrodczości w pierwszych dekadach XXI wieku, wskutek narastających tendencji modernizacyjnych, alfabetyzacji społeczeństw (Y. Courbage, E. Todd, Spotkanie cywilizacji, Kraków 2009, s. 7–48.). Drugą ważna kwestią jest problem liczebności diaspory islamskiej, która – sama w sobie – stanowi istną mozaikę kulturową, społeczną i polityczną (R. Machnikowski, Muzułmanie w Europie Zachodniej – między integracją z radykalizmem, Centrum Europejskie Natolin, Warszawa 2009, s. 5–66). Kolejny problem stanowi zagadnienie zakorzenienia tej ludności oraz stopniowe zarzucanie przez Europę modelu wielokulturowości, na rzecz uznania jej wartości fundamentalnych (cokolwiek byśmy przez to rozumieli). Po czwarte wreszcie – na Starym Kontynencie obserwujemy jednak wysiłki na rzecz „europeizacji islamu” sprowadzające się głównie do jego „katolicyzacji” w sensie instytucjonalnym i społecznym. Trzeba także pamiętać, że problemem współczesnego świata islamu nie jest bynajmniej dżihad, lecz fitna (G. Kepel, Fitna: Wojna w sercu islamu, Warszawa 2006, s. 217–258.). Inna rzecz, iż zdaniem wielu obserwatorów Unia Europejska stara się uchodzić za twór kulturowy postchrześcijański (R. Potocki, Europa Josepha Ratzingera, „Athenaeum” 2010, nr 23, s. 252–270.). Także prezentowane przez tytułowego paleokonserwatystę diagnozy demograficzne dotyczą nie tylko Zachodu, lecz także Chin, Indii oraz interioru azjatyckiego i afrykańskiego, co jest głównie związane z Tofflerowską II falą cywilizacyjna. Przy prognozach dotyczących liczby ludności należy brać pod uwagę  także długość życia ludzkiego, styl życia oraz postęp technologiczny, które do pewnego stopnia mogą zbilansować ubytek ludności, bez potrzeby wypełnienia powstałej pustki przez przybyszów.  Z drugiej jednak strony nie sposób nie zauważyć, iż klasyczna historiografia zwracała już niejednokrotnie uwagę, iż właśnie potęga i dynamiczny rozwój społeczno-gospodarczy oraz ekspansja polityczna jest konsekwencją eksplozji demograficznej (przykładowo: wyprawy krzyżowe w średniowiecznej Europie, wielkie odkrycia geograficznej, budowa USA i Imperium Brytyjskiego przez Anglosasów). Na temat współczesnych stosunków między Islamem a Zachodem – B. Lewis. Co się stało? O kontaktach Zachodu ze światem islamu, Warszawa 2003, passim; F. Halliday, Islam i mit konfrontacji: Religia i polityka na Bliskim Wschodzie, Warszawa 2002, s. 111–133.    
23 P. Buchanan, Dzień sądu, s. 157–164.
24 Idem, The Great Betrayal: How American Sovereignty and Social Justice Are Being Sacrificed to The Gods of Global Economy, New York 1998, s. 3–98; Idem, State of Emergency, s. 93–137. Z. Brzeziński opisując stosunek USA do Meksyku w XIX wieku doszukiwał się analogii do Rosji i jej relacji z Polską w XVII i XVIII stuleciach. Zarówno Meksyk, jak i Polska – aspirujące do miana regionalnego mocarstwa padły ofiarą zaborczej polityki swego znacznie silniejszego sąsiada, stąd także określony kompleks historii z perspektywy Waszyngtonu i Moskwy. Por. Idem, Plan gry USA – ZSRR, Warszawa 1990, s. 79–86.    
25 Por.  C. Hancock, Imigranci i przestępczość, „Nasz Dziennik” 18-19 VI 2011, s. 24–25.
26 P. Buchanan, Śmierć Zachodu, s. 161-192; Idem, Dzień sądu, s. 9, 165-166. W tym miejscu warto zauważyć, iż jeszcze dalej w rozważaniach tego typu idzie George Friedman, który prognozuje wręcz około 2080 roku konflikt między USA a Meksykiem o wspomniane terytoria. Por.  Idem, Następne 100  lat: Prognoza na XXI wiek, Warszawa 2009, s. 156–157,  253–280.
27 P. Buchanan zaleca w tej materii podjęcie następujących „[...] ostrych, a zarazem prostych środków”: (1) Żadnej tolerancji dla 12-20 mln nielegalnych emigrantów; (2) Zbudowanie muru wzdłuż granicy z Meksykiem; (3) Rygorystyczne egzekwowanie prawa migracyjnego wobec pracodawców; (4) Zarządzenie federalne o obowiązkowym potwierdzeniu przez pracodawcę tożsamości swoich pracowników i ich numerze ubezpieczenia społecznego; (5) Likwidacja wszystkich zasiłków – poza losowymi – dla nielegalnych emigrantów; (6) Wsparcie ze strony Departamentu Sprawiedliwości dla stanów takich jak Kalifornia i Arizona, które zamierzają przestrzegać przepisy migracyjne; (7) Opublikowanie deklaracji Kongresu o nienabywaniu automatycznie obywatelstwa dla potomstwa nielegalnych emigrantów   urodzonego na terytorium USA; (8) Ograniczenie możliwości sprowadzenia dalszych członków rodziny jedynie do współmałżonka i wspólnego potomstwa; (9) Wydanie deklaracji, że językiem urzędowym USA pozostaje wyłącznie język angielski oraz (10) Czasowe moratorium na legalną emigrację. Por. Idem,  op.cit., s. 212–213.     
28 J. Koronacki, Śmierć Zachodu według Buchanana, „Arcana” 2003, nr 1(49), s. 167–171; P. Buchanan, Prawica na manowcach: Jak neokonserwatyści zniweczyli reaganowską rewolucję i zawłaszczyli prezydenturę Busha, Wrocław 2005, s. 9, 11–13.  
29 S. Huntington, Kim jesteśmy? Wyzwania dla amerykańskiej tożsamości narodowej, Kraków 2007, s. 24–41,
30 Ibidem, s. 261.
31 G. Cimek, Rola kultury w kształtowaniu przewagi strategicznej Stanów Zjednoczonych, „Racja stanu: Studia i materiały” 2010, nr 2(8), s. 169–177.
32 R. Kuźniar, Zmierzch dominacji Zachodu [w:] Kryzys 2008 a pozycja międzynarodowa Zachodu, red. Idem, Warszawa 2011, s. 22–45.
33 Przykładem takiego rodzaju analizy jest chociażby koncepcja „Wielkiego Wstrząsu” Francisa Fukuyamy z 1999 roku. Por. Idem, Wielki Wstrząs: Natura ludzka a odbudowa porządku społecznego, Warszawa 2000, passim.  
34 Z reguły przyjmuje się, iż o upadku cywilizacji decydują trzy podstawowe czynniki: (1) Przemiana  warunków środowiskowych; (2) Degeneracja kultury wysokiej oraz (3) Zapaść demograficzna, które z kolei prowadzą do zapaści społeczno-ekonomicznej, atomizacji społecznej, zerwania nieformalnych więzi grupowych oraz dehierarchizacji struktur władzy. Por. L. Diamond, Upadek: Dlaczego niektóre społeczeństwa upadły, a innym się udało, Warszawa 2005, s. 369–386.   
35  J. Stypułkowski, Dokąd zmierza Ameryka? Czyli drugie czytanie Tocqueville’a, Warszawa 2001, s. 166.
36 P. Buchanan, op.cit., s. 9, 11–13.
37 Ibidem, s. 13; Idem, Churchill, Hitler, and „The Unnecessary War”: How Britain Lost Its Empire and the West Lost the Word, New York 2008, s. 204–424. Autor ten zdaje się również nie zauważać faktu iż w gruncie rzeczy Stany Zjednoczone w okresie II wojny światowej “podkopały” globalną pozycję Wielkiej Brytanii głównie na obszarze jej imperium. Por. L. Picknett i in., Od własnej kuli: Tajna wojna między aliantami, Warszawa 2007, passim.   
38 P. Buchanan, op.cit, s. 19–41.
39 R. Kagan, Dangerous Nation: America’s Place in the World from Its Earliest Days to the Dawn of the Twentieth Century, New York 2006, s. 7–102, 224–243, 265–413; A. Janiak, R. Wiśniewski, Neokonserwatywny naród: USA wobec problemy wojny, „Geopolityka” 2008, nr 1, s. 34–49.
40 P. Kennedy, Mocarstwa świata: Narodziny – rozkwit – upadek, Warszawa 1994, s. 110.
41 Ibidem, s. 181–185, 242–248.
42 S. Krakowczyk, Azja w koncepcji admirała Alfreda Thayera Mahana, „Racja stanu: Studia i materiały” 2011, nr 1(9), s. 23–31.
43 P. Kennedy, op.cit., s. 242, 245–246.
44 S. Huntington, op.cit., s. 80.
45 P. Buchanan, op.cit., s. 26.
46 M. Ignatieff, Wyzwania dla amerykańskiego imperium, „Sprawy Polityczne” 2004, nr 1(28), s. 16–23.
47 Strategia Bezpieczeństwa Narodowego USA, „Międzynarodowy Przegląd Polityczny” 2003, nr 2, s. 55–87.
48 W tym stwierdzeniu zawarta jest jednak pewnego rodzaju konfabulacja, gdyż już w marcu 1992 roku częściowo ujawniono Defense Planning Guidance przygotowaną przez administrację prezydenta George’a Busha sen., w której stwierdzono, iż podstawowym celem strategii politycznej USA jest niedopuszczenie do pojawienia się rywala na terenie Eurazji (Rosja), bądź w jakimkolwiek innym regionie, który będzie w stanie zagrozić ładowi postzimnowojennemu, w stopniu jaki był udziałem byłego ZSRR. W praktyce oznaczało to otoczenie dalszą „opieką wojskową” Europy (NATO) oraz „spętanie” geoekonomiczne Chin. W tym ostatnim przypadku można było jeszcze dodatkowo zastosować politykę okrążania systemem państw sojuszniczych (Japonia, Korea, potencjanie Indie) i satelickich (Afganistan) oraz uwikłania w konflikt geopolityczny na terenie Azji Środkowej i Indochin (Wietnam jako potencjalny aliant USA). Por. B. Posen i in., Competing Visions for US Grand Startegy [w:] America’s Strategic Choice, ed. M. Brown, Cambridge Mass. 1997, s. 27–30.     
49 P. Buchanan, op.cit., s. 32.
50 Por. W. Szymborski, Doktryna Busha, Bydgoszcz 2004, passim.
51 P. Buchanan, op.cit., s. 40–41.
52 Ibidem, s. 26. 43-63, 69-187. Szerzej por. I. Daalder, J. Lindsay, Ameryka bez ograniczeń: Rewolucja Busha w polityce zagranicznej, Warszawa 2005, passim.
53 P. Buchanan, Dzień Sądu, s. 48-49.
54 Ibidem, s. 48.
55 Ibidem, s. 114-115.
56 I. Eland, Imperium w natarciu – „nowy imperializm” i jego błędy, „Międzynarodowy Przegląd Polityczny”, 2003, nr 2, s. 24-54.
57 P. Buchanan, op.cit., s. 114-115.
58 Koncepcję trzech frontów geostrategicznych: środkowoeuropejskiego, dalekowschodniego i południowo-zachodniego sformułował w 1987 roku Zbigniew Brzeziński (Idem, op.cit., s. 37–46). Jednakże w rozważaniach swych nie wziął on po uwagę istnienia doktryny potęgi lotniczej, wg której kluczowym – dla przebiegu potencjalnej III wojny światowej – obszarem jest przestrzeń powietrzna nad Arktyką. Por. P. Graczyk, Arktyka i geopolityka: Obszar Arktyki w perspektywie wybranych koncepcji geopolitycnzych i geostrategicznych, „Przegląd Geopolityczny” 2010, t. 2, s. 121–141.
59 Szczególną irytację P. Buchanana budzi prowokowanie Rosji (którą nota bene konsekwentnie uważa za część Zachodu), gdyż – jego zdaniem – Stany Zjednoczone notorycznie naruszały interesy tego mocarstwa na obszarze historycznej strefy wpływów. Katalog zarzutów jest zatem dość obszerny: (1) Ekspansja NATO na Wschód obejmująca nie tylko byłe kraje satelickie ZSRR, ale i państwa bałtyckie oraz zapowiedź włączenia doń Ukrainy i Gruzji; (2) W kontekście wojny afgańskiej Moskwa wyraziła zgodę na stacjonowanie wojsk amerykańskich w Azji Środkowej, co wykorzystano do założenia tam stałych baz wojskowych – w rezultacie Rosja i Chiny utworzyły Szanghajską Organizację Współpracy; (3) USA wypowiedziały traktat o broni balistycznej, podjęły inicjatywę budowy „tarczy antyrakietowej”, co prowokuje nowy wyścig zbrojeń oraz transfer technologii nuklearnych do państw trzecich; (4) Waszyngton zainicjował budowę sieci transportowych ropy naftowej i gazu ziemnego przez Kaukaz Południowy, co „odmraża” konflikty zbrojne w tym rejonie, z uwagi na fakt istnienia „miękkiego podbrzusza” Rosji (obszar czarnomorsko-kaspijski); (5) Stany Zjednoczone sprowokowały interwencję humanitarną w Serbii co zantagonizowało Moskwę, uważającą się za dziejowego protektora Prawosławia i Słowian Południowych; (6) USA wspierały „rewolucje wyborcze” w Gruzji i na Ukrainie w wyniku których usunięto tam od władzy rządy prorosyjskie; (7) Waszyngton nieustannie krytykuje Kreml za „deficyt demokracji” a równocześnie stosuje inne standardy wobec ChRL; (8) W czasie rosyjsko-estońskiej „wojny pomnikowej” Stany Zjednoczone wsparły ten ostatni kraj, zamiast zachować neutralność. Por. P. Buchanan, op.cit., s. 108–110.        
60 Argumenty strony przeciwnej – por. R. Weitz, Dlaczego Chiny i Rosja nie stworzą antyamerykańskiego sojuszu? „Sprawy Polityczne” 2004, nr 1(28), s. 52–68.
61 R. Potocki, M. Wajda, Atlantyzm w geopolityce Roberta Kagana, „Geopolityka” 2008, nr 1, s. 27–32.
62 P. Buchanan, Dzień Sądu, s. 123–125.
63 R. Asmus, Mała wojna, która wstrząsnęła światem: Gruzja, Rosja i przyszłość Zachodu, Warszawa 2011, s. 373–406.
64 R. Potocki, Wojna sierpniowa, Warszawa 2009, s. 56, przyp 185.
65 P. Buchanan, A Republic, Not an Empire: Reclaiming America’s Destiny, New York 2002, s. 3–57.
66 P. Buchanan, Dzień sądu, s. 17–28.
67 Ibidem, s. 17, 26-28.
68 P. Buchanan, Prawica na manowcach, s. 78.
69 Ibidem.
70 Ibidem, s. 82.
71 Ibidem, s. 82–83.
72 Ibidem, s. 87.
73 Ibidem, s. 122.
74 P. Buchanan, Dzień sądu, s. 90.
75 Ibidem, s. 94.
76 Ibidem, s. 123.
77 Ibidem, s. 126–127.
78 Ibidem, s. 144.
79 Ibidem, s. 127–130, 138–139. 141–143.
80 Ibidem, s. 138. Warto dla porównania przywołać tu opinię Roberta Kagana: „W sprawie Tajwanu Chiny prezentują typową mentalność dziewiętnastowieczną. Cała kwestia dotyczy nie tylko interesów materialnych. To sprawa honoru i narodowej dumy, powiązanych ściśle ze sprawą suwerenności narodowej [...]. Tajwańska odmowa przyłączenia się do Chin kontynentalnych [...] jest problemem nie tylko dlatego, że stoi na przeszkodzie zjednoczeniu; to również upokarzające podważanie centralnej pozycji Pekinu na politycznej mapie Azji przez ludzie o niezaprzeczalnie chińskim rodowodzie [...]. Odrzucając zjednoczenie Tajwańczycy czynią z siebie sprzymierzeńców Stanów Zjednoczonych [...]. Jeżeli dzisiejsza Azja Wschodnia przypomina Europę z [...] początków XX wieku, to w kontekście chińsko-amerykańskiej konfrontacji przyrównać by można do Sarajewa”. Por. Idem, Powrót historii i koniec marzeń, Poznań 2009, s. 41–42    
81 R. Weitz, Dlaczego Chiny i Rosja nie stworzą antyamerykańskiego sojuszu? „Sprawy Polityczne” 2004, nr 1(28), s. 52–70.
82  H. Shen, Tajwańska demokracja nadzieją dla Chińczyków, „Nowe Państwo” 2012, nr 1, s. 57–59.
83 J. Mondry, Powrót geopolityki: Ameryka, Europa i Azja w XXI wieku, Warszawa 2010, s. 93–183.
84 B. Góralczyk, Chiński Feniks: Paradoksy wschodzącego mocarstwa, Warszawa 2010, s. 275–307, zwłaszcza s. 305.   
85 J. Rowiński, Dylematy i wyzwania polityki Chin w końcu pierwszej dekady XXI wieku (reperkusje światowego kryzysu finansowo-gospodarczego [w:] Kryzys 2008, s. 149-168.
86 E. Haliżak, Chiny a Zachód [w:] Ibidem, s. 172-186; M. Raś, Wybór Rosji po 2008 roku [w:] Ibidem, s. 233–247.
87 P. Buchanan, op.cit., s. 142, 145.
88 N. Ferguson, Kolos, s. 389–426.
89 S. Mosher, Hegemon; Droga Chin do dominacji, Warszawa 2007, 149–168.
90 M. Leonard, Zrozumieć Chiny, Warszawa 2009, s. 194–195.
91 F. Zakaria, Koniec hegemonii Ameryki, Warszawa 2009, s. 155.
92 J. Surdykowski, op.cit., s. 165–166.
93 P. Buchanan, Dzień sądu, s. 123–142.
94 Por. J. Corsi, The Late Great USA: The Coming Merger with Mexico and Kanada, New York 2007, passim.
95 P. Buchanan, op.cit., s. 143–146.
96 P. Khanna, How to Run the World: Charting a Course to the Next Renaissance, New York 2011, s. 30-49; L. Czechowska, Powrót Średniowiecza? „Sprawy Międzynarodowe“ 2011, nr 1, s.  47–66.  
97 P. Buchanan, op.cit., s. s. 167-228.
98 D. Leszczyński, Posłowie [w:] P. Buchanan, op.cit., s. 229–239, zwłaszcza s. 238.
99 S. Huntington, op.cit., s. 325.
100 N. Ferguson, Kolos: Cena amerykańskiego imperium, Warszawa 2010, s. 63-99; M. Mandelbaum, The Frugal Superpower: America’s Global Leadership in a Cash-Strapped Era, New York 2011, s. 31–34.
101 P. Pacuła, Symptomy neoizolacjonizmu, „Bezpieczeństwo Narodowe” 2011, t. III, nr 19, s. 115–128.
102 Ibidem, s. 118.
103 Idem, „Unified Protector” w Libii: wyzwania dla zarządzania kryzysowego NATO, Ibidem 2011, t. II, nr 18, s. 71–78.
104 R. Lowenstein, The End of Wall Street, New York 2010, s. 281–295; A. Jarczewska, Perspektywy gospodarczo-finansowej kondycji Stanów Zjednoczonych po 2008 r. [w:] Kryzys 2008, s. 46–65.
105 N. Ferguson, Imperium: Jak Wielka Brytania zbudowała nowoczesny świat, Warszawa 2007, s. 269–324.
106 P. Pacuła, Symptomy, s. 120-122.
107 R. Potocki, Państwo dysfunkcyjne w perspektywie geopolitycznej, „Racja stanu: Studia i materiały” 2011, nr 1(9), s. 219–236.
108 R. Potocki, D. Miłoszewska, „Rewolucja wyborcza” jako forma zmiany politycznej, „Racja stanu: Studia i materiały” 2011, nr 1(9), s. 219–236.
109 K. Kozłowski, Rewolucja tulipanów w Kirgistanie: Geneza – przebieg – następstwa, Warszawa 2009, passim.
110 Jak odnotował to Robert Kagan: „Demokracje nie traktują swoich wysiłków wspierania na całym świecie ustroju demokratycznego i oświeceniowych zasad jako aspektu geopolitycznej rywalizacji, ponieważ nie chcą patrzeć na świat przez pryzmat rywalizacji, lecz «zasad uniwersalnych»” (Idem, op.cit., s. 79). Jednakże zdaniem V. Avioutskii’ego promowanie wartości nie wyklucza wcale geopolitycznej gry. Por. Idem, Aksamitne rewolucje, Warszawa 2007, s. 131–154, 209–215.
111 F. Fukuyama, Ameryka na rozdrożu: Demokracja, władza i dziedzictwo neokonserwatyzmu, Poznań 2006, s. 125–126.
112 A. Rybczyński, Do rewolucji daleko, „Gazeta Polska” 14 XII 2011, s. 27; R. Cheda, A jednak! „Stanowisko Pułaskiego” 12 XII 2011.
113 M. Madej, Zagrożenia asymetryczne bezpieczeństwa  państw obszaru transatlantyckiego, Warszawa 2007, s. 17–69;  P. Bracken, Pożar na Wschodzie: Narodziny azjatyckiej potęgi militarnej i drugi wiek nuklearny, Warszawa 2000, s. 29–54; K. Karolczak, Terroryzm: Nowy paradygmat wojny w XXI wieku, Warszawa 2010, s. 81-103, 195–198.
114 Zagrożenia asymetryczne współczesnego świata, red. S. Wojciechowski, R. Fiedler, Poznań 2009, passim.
115 P. Bracken, op.cit., s. 56-80; J. Jędrysiak, Dlaczego Amerykanie przegrywają wojny? Krytyczne spojrzenie na koncepcję Revolution in Military Affairs, „Racja stanu: Studia i materiały” 2010, nr 2(6), s. 91–99.
116 M. Hardt, A. Negri, Imperium, Warszawa 2005, s. 177–198.
117 B. Wiśniewski, Wybrane wątki najnowszej dyskusji nad erozją potęgi Stanów Zjednoczonych, „Sprawy Międzynarodowe” 2011, nr 1, s. 29–46; M. Sułek, Stan obecny i prognoza potencjałów mocarstw w świetle kryzysu 2008 [w:] Kryzys 2008, s. 312–332.
118 P. Bender, op.cit., s. 223–224.
119 G. Friedman, op.cit., s. 54–55.
120 Ibidem, s. 55–62.
121 M. Sawicka, Paradygmat realistyczny – podejście dominujące w geopolityce, „Przegląd Geopolityczny” 2011, t. 3, s. 45–61.
122 R. Potocki, Wojna, s. 8–10.
123 Z. Brzeziński, Strachy Wuja Sama, „Forum” 18-22 I 2012, s. 3–10.
124 Idem, Strategic Vision: America and the Crisis of Global Power, New York 2012, s. 89–103.
125 Ryszard Zięba kreśli trzy potencjalne scenariusze rozwoju UE: (1) Stagnacji – czyli przyjęcia filozofii politycznej opartej o zasady inercji; (2) Dekonstrukcji – przynajmniej częściowej dezintegracji wskutek renacjonalizacji życia politycznego w poszczególnych państwach oraz (3) Nowej wizji rozwoju – przyjęcia przez UE gruntownie zmodernizowanej strategii rozwoju (np. idea Europy federalnej Radosława Sikorskiego) lub wręcz nowego paradygmatu integracyjnego (np. koncepcja Imperium Europejskiego Jana Zielonki). Aby to osiągnąć ma ona przed sobą trzy kolejne wyzwania; (1) Przyspieszenie wzrostu ekonomicznego i równoczesne uporanie się z deficytem finansowym; (2) Umocnienie tożsamości politycznej oraz (3) Kontynuowanie strategii rozszerzenia. To ostatnie – poza przypadkiem Bałkanów Zachodnich – wydaje się jednak dość dyskusyjne, zwłaszcza, gdy w grę wchodzi Turcja i potencjalnie Ukraina. Nade wszystko Unia Europejska, w świetle kryzysu 2008 roku, powinna jednak przede wszystkim odbudować swoją wiarygodność jako gracz geopolityczny. Uwaga ta dotyczy szczególnie relacji z USA (kwestie bezpieczeństwa i gospodarki) i ChRL (finanse i wymiana handlowa). Por. Idem. Przyszłość Unii Europejskiej jako projektu politycznego w świetle kryzysu 2008 roku [w:] Kryzys 2008, s. 132–149.
126 F. Zakaria, op.cit., s. 239-282; Z. Brzezinski, Strategic Vision, s. 183–192.
127 Jak pokazują to chociażby osiągnięcia najnowszej historiografii antagonizm niemiecko-polski w 1939 roku nie sprowadzał się wyłącznie do statusu Wolnego Miasta Gdańska (to był raczej pretekst, czy dokładniej „barometr”), lecz do faktu odrzucenia przez Warszawę (i w nieco szerszym kontekście także Wielką Brytanię) koncepcji sojuszu z III Rzeszą i wspólnego z nią pochodu przeciw ZSRR. W konfiguracji tej rola Londynu sprowadzała się do okiełznania Francji, blokady morskiej imperium sowieckiego i szachowania jego południowej flanki. Z kolei Rzeczpospolita miała pokusić się o interwencję zbrojną na sowieckiej Ukrainie, zaś Niemcy na Białorusi i rejonie Bałtyku. W projektach tych brano pod uwagę równoległy atak japoński na obszar zabajkalski. Odmowa II RP i powstanie koalicji zachodniej zmusiły jednak A. Hitlera do korekty wspomnianych projektów strategicznych. Por. R. D. Müller, Der Feind steht im Osten: Hitlers geheime Pläne für einen Krieg gegen die Sowjetunion im Jahr 1939, Berlin 2011, passim.
128 Por. przyp. 3.
129 J. Garrison, Ameryka jako imperium: Przywódca świata czy bandycka potęga? Warszawa 2004, s. 161-211.
130 P. Bender, op.cit., s. 201-202.
131 Z. Brzeziński, Wybór: Dominacja czy przywództwo, Kraków 2004, s. 151–233; Idem, Druga szansa, Warszawa 2008, s. 115–175; J. Nye, The Future of Power, New York 2011, s. 207–231.
132 N. Ferguson, op.cit., s. 9–22, 327–341; P. Bender, op.cit., s. 223–230.

Czytany 10042 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04