środa, 19 marzec 2014 06:15

Robert Potocki, Marcin Domagała: Czy warto umierać za Lwów? (w odpowiedzi Władimirowi Żyrinowskiemu)

Oceń ten artykuł
(1 głos)

Lviv3  dr Robert Potocki, Marcin Domagała

Czy Lwów wraz z niektórymi obwodami Ukrainy Zachodniej powinny wrócić do Polski? Taką propozycję złożył wczoraj lider Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji Władimir Żyrinowski. Rozważmy ten pomysł w kategoriach geopolitycznych...

Przy okazji różnego rodzaju zawirowań dziejowych na współczesnej Ukrainie, od czasu do czasu podnoszone są różnego rodzaju projekty dezintegracji terytorialnej oraz rewizjonizmu etno-kulturowego wobec tego kraju. Głównym argumentem, przemawiającym na rzecz tych koncepcji jest zasięg wpływów historycznych ruchu narodowego i opcji narodowo-ukraińskiej, sztuczny charakter granic, ukształtowany głównie przez czynniki zewnętrzne, duży odsetek ludności rosyjskojęzycznej i „tutejszych”, uwarunkowania geopolityczne oraz cykliczna niestabilność systemowa (przykładowo w pierwszej dekadzie XXI stulecia – „Pomarańczowa rewolucja” 2004, „niebieska kontrrewolucja” 2007). Tak też było podczas protestów społecznych, które nazwano EuroMajdanem. Najdalej idącym projektem była tu koncepcja Sergieja Głazjewa, który proponował federalizację tego państwa i podział wpływów na Ukrainie między UE a Rosję, uwarunkowane historycznie, kulturowo-społecznie i gospodarczo. W Polsce idee tego rodzaju wzbudziły zainteresowanie mediów i wywołały szereg komentarzy na portalach społecznościowych. Z nieco innego rodzaju reakcją spotkała się także wypowiedź aktywisty neobanderowskiego Prawego Sektora, który wysunął roszczenia terytorialne wobec Polski, w stosunku do tzw. Zakerzonia (południowej części „ściany wschodniej” [1]). Rezonans był dwojakiego rodzaju: (1) albo starano się zdyskredytować opinię jako nieistotną, gdyż Ukraińcy walczą o wolność i demokrację, lub też, (2) na zasadzie „odwrotności proporcjonalnej”, wysunięto postulat powrotu Lwowa „do macierzy”.

I. Przestrogi Klio

Z historycznego punktu widzenia trzeba zaznaczyć, iż współczesna przynależność Lwiego Grodu nie została rozstrzygnięta ani przez rywalizację polsko-ukraińską, ani też w wyniku bilateralnego porozumienia politycznego. Była najpierw następstwem układu Ribbentrop-Mołotow (1939), a później układów jałtańsko-poczdamskich (1945), gdzie zewnętrzne ośrodki siły same rozstrzygnęły ten spór dziejowy. Jednakże cena, jaką przyszło za to zapłacić, była nieproporcjonalna. Dla Polski oznaczało to nie tylko „przesunięcie na Zachód”, lecz także masowe wysiedlenia, deportacje i upodlenia całych społeczności lokalnych. W przypadku Lwowa, w zaledwie przeciągu kilku miesięcy 1945 r. przeprowadzono całkowitą depolonizację miasta, noszącego dumną łacińską dewizę w herbie Semper Fidelis, które w tym znaku posiadało także – nie bez racji – najwyższe polskie odznaczenie bojowe – Krzyż Virtuti Militari. Zamierzano zatem doprowadzić nie tylko do określonych przemian etno-kulturowych, lecz i zniszczenia całego dziedzictwa historycznego. Jednak i ukrainizacja – teraz już Lviva (Львів’a) – miała swoją cenę: nastanie władzy radzieckiej, próby rusyfikacji oraz niekontrolowany napływ okolicznej ludności wiejskiej. Splot tych okoliczności oraz zwykła niegospodarność doprowadziły w efekcie do degrengolady przedwojennego miasta. Paradoks całej sytuacji polegał na tym, że los tego grodu stał się symbolem historii Polski i Ukrainy. W Polsce jego dzieje zostały skazane na zapomnienie, zaś dawni jego mieszkańcy na poniewierkę i tęsknotę za ukochaną „Arkadią”. Z kolei dla Ukraińców „dar” ten miał związać jeszcze bardziej republikę w centrum państwa radzieckiego. Cała jednak logika tych geopolitycznych posunięć sprowadziła się do zasady skłócenia dwóch sąsiadujących ze sobą narodów, gdzie Moskwa obdarowała jednych, kosztem drugich – w rezultacie czego gniew pokrzywdzonych miał zwrócić się przeciw „niechcianym bratankom”.

Prawda jest taka, że Polacy przez całe dekady nie potrafili pogodzić się z „wyrokiem historii” i zaakceptować faktu przynależności „starożytnego” Lwowa do Ukrainy, licząc po cichu, iż w wyniku kolejnej rekonfiguracji układu sił w Europie będzie im dane powrócić do tego miasta. To właśnie z tego powodu, m.in. przez całe lata dialog polsko-ukraiński po prostu nie istniał. Nawet emigracyjne ośrodki państwowe nie potrafiły się w tej materii porozumieć, gdyż o ile władze RP w Londynie domagały się potwierdzenia granicy ustalonej układem Piłsudski-Petlura (1920) i traktatem pokojowym w Rydze (1921), o tyle Centrum Państwowe Ukraińskiej Republiki Ludowej (1920–1992) było skłonne uznać – także z obawy przed emigracją z zachodniej części kraju – przemiany terytorialne dokonane w 1945 r. [2]. Głosy rozsądku – które nawoływały do kompromisu, w imię wyższych wartości – w czasach Zimnej Wojny należały do chwalebnych wyjątków. Warto zatem chociażby przywrócić pamięci rozmowę między generałami Władysławem Andersem a Pawło Szandrukiem (ówczesnym szefem Sztabu Generalnego Armii Ukraińskiej, byłym ppłk. WP, kawalerem Virtuti Militari za kampanię 1939 roku, jak również dowódcą Ukraińskiej Armii Narodowej w 1945 r.), która miała miejsce w Nowym Jorku 2 X 1950 r. w hotelu Waldorf-Astoria. Według notatki sporządzonej przez Klaudiusza Hrabyka: Co do spraw spornych, to gen. Szandruk sądzi, że należałoby stonować ich poruszanie w wystąpieniach publicznych po obu stronach. Nie uważa sprawy Lwowa za przeszkodę zasadniczej natury wobec całości zagadnienia i przypomina powiedzenie jednego z wybitnych Ukraińców z Galicji, że o ile Ukraińcy w masie domagają się bezwzględnie Lwowa, o tyle każdy z nich pojedynczo nie uważa tej sprawy za zasadniczą. W przyszłości należałoby te sprawy uregulować, skoro Lwów zdaniem gen. Szandruka jest tak samo polski jak ukraiński” [3]. Ostatecznie też, dopiero w deklaracji Raczyński-Liwyc’kyj z 28 XI 1979 roku, udało się uzgodnić wspólny zapis, który pomijał milczeniem spór terytorialny i cedował rozwiązanie tej kwestii na rzecz suwerennych decyzji Polski i Ukrainy po upadku imperium radzieckiego [4].

Co prawda środowisko paryskiej „Kultury” kwestię przynależności Lwowa do niepodległej Polski zrewidowało już w 1952 r., dzięki inicjatywie ks. Józefa Majewskiego, lecz przez następne ćwierćwiecze stanowisko to było niejednokrotnie traktowane przez „nieprzejednaną” emigrację jako „zdrada interesów narodowych” [5]. Tym niemniej pozostaje faktem, iż wypracowana przez tę grupę doktryna Giedroycia-Mieroszewskiego wpłynęła na stan umysłów w kraju. Przykładowo, jedno z pierwszych ugrupowań antykomunistycznych w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej – Polskie Porozumienie Niepodległościowe, w imię realizmu politycznego, uznało zmiany graniczne po 1945 r. za trwałe [6]. Ostatecznie też sprawę przynależności Lwowa rozstrzygnął Traktat między Rzeczpospolitą Polską a Ukrainą o dobrym sąsiedztwie, przyjaznych stosunkach i współpracy z 18 V 1992 roku, gdzie czytamy: Strony uważają za nienaruszalną istniejącą i wytyczoną w terenie granicę między nimi i potwierdzają, że nie mają wobec siebie żadnych roszczeń terytorialnych oraz nie będą takich roszczeń wysuwać w przyszłości (art. 2) [7].

II. Współczesność

Niemniej kwestia reinkorporacji Lwiego Grodu nadal pojawiała się na „marginesie” polskiego dyskursu politycznego – wywołując raczej zaciekawienie, niż irytację za „rewizjonizm terytorialny”. I tak według, niezweryfikowanej relacji Dory Kacnelson – polskiej Żydówki, która większość życia spędziła w ZSRR i współpracowała z prezydentem ZSRR Michaiłem Gorbaczowem – w latach 1989–1990, w momencie implozji imperium, istniała możliwość powrotu do Polski nie tylko Lwowa, lecz większej części przedwojennej Małopolski Wschodniej. Wspomniana […] mówiła mi – relacjonował Jan Ciechanowicz że przed ogłoszeniem niepodległości Ukraińcy byli gotowi iść na bardzo dalekie ustępstwa. Gdyby Moskwa obiecała im samodzielność w zamian za oddanie Lwowa, z pewnością by się zgodzili […] [8].

Natomiast w czasie trwania EuroMajdanu z postulatem rewizji granic wystąpił znany polski dziennikarz, na stałe mieszkający w Stanach Zjednoczonych, Mariusz Max Kolonko. Punktem wyjścia rozważań tegoż żurnalisty było założenie, iż Ukraina jest już państwem upadłym, które w miarę upływu czasu wejdzie już na stałe do rosyjskiej strefy wpływów. W tej sytuacji zaproponował zainicjowanie akcji repolonizacyjnej na dawnych Kresach Południowo-Wschodnich, wykorzystując w tym celu „Kartę Polaka”. Plan ten miałby składać się z czterech etapów: (1) budzenia polskości wśród mieszkańców zachodnich obszarów Ukrainy; (2) stworzenia odpowiedniego klimatu politycznego; (3) wspierania niezadowolenia społecznego oraz (4) zainicjowania odpowiedniego wsparcia ekonomicznego [9]. Propozycja [Maxa] Kolonki – komentował jeden z poczytniejszych polskich blogerów Michał Gąsior nie spotkała się jednak z ciepłym przyjęciem. ‘Odleciał’ – tak można streścić większość komentarzy. Dokładnie w takim samym tonie jego tezy komentują ci, którzy na Kresach się znają. Jak mówią, to zwykłe fantazjowanie, które mydli oczy internautom, a wcielone w życie byłoby bardzo groźne. Dziś to pytanie bardziej dla satyryka, niż historyka. Może jeszcze przyłączyć Kijów […]? Tematu nie ma, a ci, którzy próbują o tym mówić są niepoważni […] [10].

Co jest równie zaskakujące – głosy domagające się zwrócenia Polsce Lwowa słychać także na współczesnej Ukrainie. W 2011 roku parlamentarzysta – członek komisji kultury – z Partii Regionów Jurij Bołdyriew zauważył, iż: Nie będziemy mieć przyszłości, jeśli nie poradzimy sobie z następstwami Paktu Ribbentrop-Mołotow. Utrzymanie w jednych granicach Galicji i Donbasu czy Krymu możliwe jest tylko przy użyciu siły [….]. Powinniśmy pozbyć się Galicji […]. Rok wcześniej, tenże poseł wypowiedział się jeszcze bardziej wyraziście: […] mając w granicach Galicję, która do 1939 roku należała do Polski, Ukraina będzie przebywać w permanentnym kryzysie i nigdy nie stanie się pełnowartościowym państwem [11]. Z równie zdecydowanych wypowiedzi znany był także minister edukacji i nauki w gabinecie premiera Mykoły Azarowa (2010–2013) – obalonego przez EuroRewolucję – Dmytro Tabacznyk. Były szef kancelarii prezydenta Łeonida Kuczmy i dwukrotny wicepremier w rządzie Wiktora Janukowycza zasłynął twierdzeniem, iż mieszkańcy Galicji nie mają nic wspólnego z Ukrainą, zaś obszar między Bugiem a Zbruczem to jaskiniowy rezerwat nacjonalizmu. W tej sytuacji problemy z Galicją zostałyby rozwiązane po jej przyłączeniu do Polski [12].

O ile przywołane wcześniej polskie głosy na temat rewizjonizmu terytorialnego funkcjonują na obrzeżach życia politycznego i są traktowane jako „skansen historyczny”, o tyle ukraińskie mieszczą się już w jego głównym nurcie i są wyrazem swego rodzaju frustracji wobec etno-nacjonalizmu. Przedstawiciele Partii Regionów nie reprezentują jednak bynajmniej orientacji propolskiej, lecz ich głos jest wynikiem orientacji eurazjatyckiej – jej zasadniczym przesłaniem jest związanie współczesnej Ukrainy z Rosją, z którą łączą ją więzy historyczne, gospodarcze, językowe, religijne i cywilizacyjne. A że Galicja – jako ostoja współczesnego ruchu narodowego – nie pozwala na porzucenie polityki wielowektorowości (balansowania) – to najprostszym zadaniem wydaje się jej porzucenie. Ponieważ jednak polityka międzynarodowa nie znosi próżni, w sytuacji, gdy „państwo zachodnioukraińskie” nie byłoby zdolne do samodzielnej egzystencji, to najprostszym rozwiązaniem wydaje się odejście od koncepcji soborności (zjednoczenia) na rzecz anulowania układu z 23 VIII 1939 roku [13]. Wówczas rozwiązanie wydaje się teoretycznie proste – Polska przejmuje Galicję wraz z całym „dobrodziejstwem inwentarza” [14].

III. Diagnoza

Przede wszystkim trzeba sobie uświadomić fakt, iż – z perspektywy III RP – po blisko siedmiu dekadach – nastąpiło zerwanie ciągłości społeczno-historycznej między Polską a Lwowem. Ostatni lwowianie są w 2014 r. już leciwymi staruszkami, którzy z sentymentem wspominają swoje dzieciństwo, zaś ich wnuki i prawnuki nie mają już w sobie „świadomości kresowej”. Dzisiejszy Lwi Gród jest już dla Polski po prostu obcym miastem, gdzie obecność polskości budzi zdziwienie. Ponadto, w 1945 r. przestał istnieć tam silny ośrodek kulturowy, który znalazł swój odpowiednik w powojennym Wrocławiu. Antypolska akcja OUN-UPA w czasie II wojny światowej oraz wysiedlenia tuż jej po zakończeniu sprawiły także, iż strona polska utraciła na tym obszarze bazę społeczno-demograficzno-religijną. Na zachodnich obszarach Ukrainy przetrwały jedynie niewielkie wspólnoty polskie, których czasem jedynym wyznacznikiem jest wyznanie rzymsko-katolickie. Paradoks mniejszości polskiej polega na tym, że większe jej skupiska znajdują się dopiero na Żytomierszczyźnie i Podolu, a więc obszarach, które już w okresie międzywojennym nie należały do ówczesnej II RP. Notabene identyczny proces dokonał się w Polsce w przypadków społeczności niemieckiej, która w zwartych skupiskach zamieszkuje na Opolszczyźnie, a więc w znacznym oddaleniu od współczesnych niemieckich granic.

W Europie, od czasu układów helsińskich (1979), przyjęto zasadę nienaruszalności granic, utworzonych w następstwie II wojny światowej. Prawnie także zakazano używania w tym celu przemocy zbrojnej. W tej sytuacji cesja terytorium wymaga przede wszystkim zgody wszystkich zainteresowanych państw. W przeciwnym przypadku – zastosowanie przemocy – otwiera w Europie Wschodniej przysłowiową „puszkę Pandory”. Skoro Polska zakwestionuje granice Ukrainy, i oczekuje reinkorporacji Lwowa, to Niemcy mogą uczynić podobnie z ich granicą wschodnią. W ten sposób działa ten system „naczyń połączonych”. Warto jednak pójść dalej, jeśli chodzi o naszą hipotezę political fiction. Co daje Polsce współczesnej przejęcie Lwowa od Ukrainy?

IV. Co by było gdyby...?

Załóżmy, że taki proces jednak się dokonuje. Mogą go warunkować i determinować dwa procesy inkorporacyjne: pokojowy i zbrojny. To one staną się wyznacznikami prognozy dwuwariantowej, która w obydwu wypadkach musi zakładać rozpad obecnego państwa ukraińskiego.

V. Wariant pokojowy

W wypadku wariantu pokojowego zakładamy, że Polska wchodzi w posiadanie znaczących połaci tzw. Ukrainy Zachodniej. W tej sytuacji rekonfiguracji ulega układ sił w całym regionie. Mając na uwadze przychylny stosunek do tego procesu potencjalnych władz Ukrainy Zachodniej, należy zwrócić uwagę na reakcję przynajmniej (1) Białorusi, (2) Unii Europejskiej, (3) Rosji, (4) Stanów Zjednoczonych oraz (5) NATO.

W wypadku Białorusi można byłoby oczekiwać radykalnego pogorszenia się, i tak już obecnie nienajlepszych, relacji bilateralnych z Mińskiem. Obecne władze nad Świsłoczą patrzą niechętnym okiem na polską politykę wschodnią w ramach chociażby tzw. Partnerstwa Wschodniego, nieustannie oskarżając Warszawę o dążenie do dominacji i chęci wpływania na wewnętrzną politykę Białorusi. Ponadto państwo to stanęłoby wobec problemu lojalności mniejszości polskiej (i potencjalnej irredenty – wywołanej zakwestionowaniem porządku postjałtańskiego), która – w zwartych skupiskach – zamieszkuje obwód grodzieński. W wypadku aneksji terytorialnej te oskarżenia zyskałyby niezwykle silną podbudowę, zaś sam Mińsk mógłby poczuć się osaczony, chociażby z powodów geograficznych. Granica z nieprzychylną bowiem Polską uległaby zauważalnemu wydłużeniu. Tarcia, które by wówczas nastąpiły, nie miałby jednak szerszego znaczenia poza politycznymi.

Kolejnym ośrodkiem siły, którego dotknęłaby ta zmiana byłaby oczywiście Unia Europejska. W kontekście tym reakcje byłby różne. Pozycja Polski bowiem byłaby odczytywana jako wzmocnienie własnej pozycji, kosztem pozostałych państw unijnych oraz naruszenie istniejącego status quo. Potencjalna odpowiedź wobec polskiej polityki wywołałaby spore zamieszanie na unijnych salonach, zaś Warszawa byłaby zapewne masowo oskarżana o próby powiększenia sztucznie swojego znaczenia w Europie, nie tylko na szczeblu politycznym, ale również gospodarczym. Odpowiedź, która z pewnością wtedy starałaby się uderzać w tony unijnej jedności, zostałaby jednak odczytana, jako próba wyciągnięcia większej puli pieniędzy ze wspólnotowego budżetu. Tym argumentem szczególnie posługiwałaby wielkie państwa unijne, zwłaszcza Francja i Wielka Brytania. Jedyną w miarę skuteczną linią obrony Polski mogłoby być tylko położenie silnego nacisku na misję cywilizacyjną jej działań w kierunku krzewienia unijnych idei i praw człowieka w kontrze do agresywnej polityki rosyjskiej. Realizacja tego pomysłu miałaby szansę powodzenia jednak tylko w wypadku w miarę łagodnej akceptacji tego kroku pośród społeczeństwa zachodnioukraińskiego. W przeciwnym wariancie nowi zachodnioukrainscy obywatele UE korzystaliby nie tylko z metod łagodnych, znanych z analogicznych postępowań chociażby mniejszości rosyjskiej z państw bałtyckich, ale również działań o charakterze dyskredytacyjnym, które byłby niezwykle ciężkie do obrony, jeśli wręcz niemożliwe. Powodowana tymi działaniami sympatia dla „dzielnych Ukraińców” cierpiących pod „polskim butem imperialnym” w efekcie zrujnowałaby w miarę stabilną obecnie pozycję Polski na arenie unijnej w bardzo krótkim czasie, ze wszystkimi tego konsekwencjami, również w wymiarze globalnym.

Wspomniana Rosja potencjalnie również nie byłaby zadowolona z takiego obrotu spraw, aczkolwiek jej działania byłyby mocno warunkowane zarówno polską retoryką, jak i charakterem polskiej polityki inkorporacyjnej. W wypadku spodziewanych licznych błędów i niepowodzeń ze strony Warszawy, Moskwa z pewnością stanęłaby z czasem po stronie uciskanych Ukraińców, popierając tendencje odśrodkowe na tym obszarze i nie tylko. W dodatku w tej sytuacji Polsce groziłoby „pełzające” blokowanie rynku rosyjskiego dla polskich produktów w reakcji niemalże na każde posunięcie nie po myśli Kremla w tej w tej kwestii.

Odpowiedź na reakcję Rosji byłaby ściśle powiązana oczywiście ze Stanami Zjednoczonymi. Ze strony Waszyngtonu można byłoby się spodziewać poparcia dla władz w Warszawie. Inkorporacyjne zapędy stałby się bowiem doskonałą okazją do zaciśnięcia współpracy, a wręcz uzależnienia Warszawy w sposób podobny do sytuacji Izraela na Bliskim Wschodzie. Należy bowiem podkreślić, że inkorporacyjna akcja Polski nie byłaby korzystna dla żadnego z jej zachodnich sąsiadów, ale korzystna dla USA, zyskujących bezwarunkowego sojusznika w regionie, analogicznie do sytuacji np. Maroka w Afryce Północnej.

W kontekście tym pozostaje oczywiście w końcu samo nastawienie Ukraińców – nowych obywateli państwa polskiego. Przede wszystkim – jak już zauważył to Dmytro Tabacznyk – przejmujemy ten obszar z całym „dobrodziejstwem inwentarza”. No dobrze! I co dalej – jeśli nasze roszczenia terytorialne ograniczymy tylko do niezbędnego minimum: linii Curzona B. W rezultacie otrzymujemy jakieś 2 mln mieszkańców narodowości ukraińskiej. Teoretycznie w sytuacji odpływu z Polski, w latach 2004–2014 na emigrację zarobkową ok. 2–2,5 mln Polaków byłby to poważny „zastrzyk populacyjny”, który mógłby zatrzymać (?) regres demograficzny. Z drugiej strony byłaby to społeczność, która posiada zupełnie odrębną świadomość narodową i tradycje państwowe, która nie byłaby skłonna zaakceptować nowego status quo. No i mamy gotową (starą?) irredentę. Dla obeznanych z historią wystarczy wskazać tu na działalność terrorystyczną OUN. Dla innych wystarczy przypadek Palestyńczyków i Izraela. Wówczas scenariuszy byłoby zapewne kilka – można tych Ukraińców po prostu wysiedlić ze wspomnianych obszarów. Tylko gdzie i za jaką cenę? Przykład Palestyny jest już wystarczającym ostrzeżeniem, że takie konflikty mogą ciągnąć się przez całe dekady. Jako alternatywę, można rozszerzyć akcję repolonizacyjną i w zamian za lojalność państwową gwarantować określone przywileje. Tylko że to już Polacy przerabiali w swojej historii – ze skutkiem miernym. Na dodatek – powiedzmy to sobie otwarcie – kto z Polaków zdecydowałby się na przyjazd na „ziemie rewindykowane”, skoro państwo odczuwa już deficyt demograficzny, zaś na tzw. „ścianie wschodniej” obserwuje postępujący odpływ ludności. Kto przyjedzie do miasta, gdzie rozwój infrastruktury jest po prostu zbyt przestarzały?

Ponadto rachunek ekonomiczny pokazuje, iż Polska musiałaby „wysupłać” na ten obszar miliardy złotych, których po prostu w swoim budżecie nie posiada. Także uwarunkowania geopolityczne nie przemawiają za przejęciem Lwowa – gdyż w dobie współczesnych konfliktów zbrojnych miasto to straciło już pozycję „twierdzy kresowej”. Dużo lepszym scenariuszem jest budowanie „głębi strategicznej” na przykładzie Turcji, która wychodzi z założenia, iż podstawowym fundamentem jej bezpieczeństwa są dobre i oparte na obopólnych korzyściach stosunki z krajami sąsiednimi. III RP nie jest po prostu potrzebny permanentny konflikt z Ukrainą (w imię czego – „przebrzmiałych demonów historii”?), lecz bezpieczne granice wschodnie. A w imię jakich korzyści?

Postawmy tu zatem czysto retoryczne pytanie: Jak zareagowałaby Polska, gdyby Ukraina kierując się orientacją eurazjatycką, zasugerowała możliwość rewindykacji historycznej Lwowa? Czy zwyciężył by wówczas romantyzm polityczny i rewizjonizm dziejowy, czy też górę wzięłaby Realpolitik i zasada nienaruszalności granic w imię budowania strefy bezpieczeństwa na Wschodzie? Sytuację też można byłoby porównać do potencjalnej próby odzyskania w czasach obecnych przez Republikę Federalną Niemiec Wrocławia. Scenariusz polskiej odpowiedzi byłby wtedy analogiczny do odpowiedzi ukraińskiej na próbę odzyskania Lwowa.

VI. Wariant zbrojny

Kolejnym wariantem jest inkorporacja zbrojna. Bardzo wiele niestety wskazuje jednak na to, że restytucja samego Lwowa i tak nie odbyłaby się bez użycia przemocy. Ponadto akcję repolonizacyjną na Kresach Wschodnich Polska „przerabiała” już w latach 1936–1939, kiedy to odgórnie zainicjowano ruch szlachty zagrodowej. Jej efekt był jednak dokładnie odwrotny – w przededniu II wojny światowej zaognił antagonizmy narodowościowe do tego stopnia, iż „Biuletyn Polsko-Ukraiński" przestrzegał przed „nową chmielnicczyzną”.

Jedynym rozważanym scenariuszem, mając na uwadze sytuację międzynarodową, w kwestii użycia sił zbrojnych, jest tylko charakter stabilizacyjny – podobny do zaangażowania sił NATO np. w Afganistanie. Taka opcja mogłaby się zakończyć jednak jeszcze gorszym scenariuszem. Na Ukrainie z łatwością i w bardzo szybkim tempie odżyłyby bowiem czarne legendy o „polskich Panach”, dążących rzekomo do eksterminacji narodu ukraińskiego. Podkreślić należy, że tego rodzaju akcja musiałaby się odbywać przede wszystkim w ramach szerokiego porozumienia militarnego między wieloma państwami. Polska posiada zbyt słaby potencjał wojskowy do wykonania samodzielnej okupacji tak dużego terytorium. W grę tutaj mogłyby więc wchodzić tutaj siły NATO, albo specjalnie stworzone dla tego celu unijne siły zbrojne. Wojna jednoczy koalicjantów, stąd gospodarcze skutki tego rodzaju przedsięwzięcia nie byłyby tak destrukcyjne, jak w opisanym wyżej wariancie pokojowym, ale tylko od strony zachodniej. Ze strony rosyjskiej można byłoby oczekiwać działań w postaci licznych embarg, a w końcu otwartego zaangażowania się Rosji po stronie przeciwnej. Realizacja tego rodzaju scenariusza tym samym groziłaby koniec końców brutalną wojną w samym środku Europy Wschodniej. Podkreślenia wymaga fakt, że tego rodzaju konflikt nie tylko toczyłby się przy polskiej granicy, ale w skrajnie niekorzystnym rozwoju wydarzeń mógłby się również przenieść na jej terytorium.

VII. Wnioski

Jak zatem widać, jakikolwiek wariant inkorporacji Ukrainy Zachodniej nie mógłoby się dobrze skończyć dla Polski. Należy go zatem po prostu wykluczyć. Podkreślić również należy, że żaden odpowiedzialny polityk w Polsce nie mówi o takim scenariuszu. Sentymenty wobec odzyskania ziem ukrainnych istniały i istnieć w polskich głowach będą chyba już na zawsze. Sferze jednak praktycznej leżą one w domenie naprawdę nielicznych i na szczęście mało znaczących osób. W wymiarze ogólnym bardziej przypominają marzenia o stworzeniu kamienia filozoficznego, aniżeli jakikolwiek celowe plany...

Jeśli zaś chodzi o Lwów – to pozostała nam nostalgia i mitologia kresowa, którą warto pielęgnować, pamiątki historii o które należałoby zadbać oraz dobra kultury materialnej, które należy umiejętnie rewindykować. A tym zainteresowanym, którym marzy się nowa wyprawa na wschód, należy polecić chociażby powieść political fiction Vladimira Wolffa "Czerwona Apokalipsa" (Warbook, Ustroń 2010). 

 geopolitykaru
W wersji rosyjskojęzycznej powyższy materiał zostanie
opublikowany
w najnowszym numerze XXIII/2014 rosyjskiego
czasopismageopolitycznego "Геополитика".
Fot. www.robswebstek.com



______________________________________________
1. „Ściana wschodnia” to obszar nazywany tak w polskim dyskursie medialnym, obejmujący obszar całej wschodniej Polski począwszy od województwa warmińsko-mazurskiego na północnym wschodzie, przez województwo podlaskie, wschodnią część mazowieckiego, lubelskie, na podkarpackim na południowym wschodzie skończywszy.
2. K. Tarka, Trudny dialog. Rząd RP na uchodźstwie i Ukraińcy (1945-1990), „Zeszyty Historyczne” 2002, z. 139, s. 82-98.
3. J. Cisek, Próby nawiązania kontaktów polsko-ukraińskich na emigracji. Inicjatywa gen. Władysława Andersa z 1950 roku, [w:] Idea Europy i Polska w XIX-XX wieku. Księga ofiarowana dr. Adolfowi Juzwence, dyrektorowi Zakładu narodowego im. Ossolińskich z okazji 60-lecia urodzin, Towarzystwo Przyjaciół Ossolineum, Wrocław 1999, s. 203.
4. Deklaracja polsko-ukraińska, „Rzeczpospolita Polska”, Londyn 1980, nr 1, s. 3.
5. J. Majewski, List do Redakcji „Kultury”, [w:] Nie jesteśmy ukrainofilami. Polska myśl polityczna wobec Ukraińców i Ukrainy. Antologia tekstów, red. P. Kowal i in., Kolegium Europy Wschodniej, Wrocław 2002, s. 293-294.
6. Polska – Ukraina, [w:] Ibidem, s. 350-352.
7. Por. Traktat między Rzecząpospolitą Polską a Ukrainą o dobrym sąsiedztwie, przyjaznych stosunkach i współpracy, sporządzony w Warszawie dnia 18 maja 1992 r., [w:] Dziennik Ustaw 1993 nr 125 poz. 573 <http://dziennikustaw.gov.pl/DU/1993/s/125/573/1> (25 II 2014).
8. K. Różycki, Rozmowa z dr. Janem Ciechanowiczem, <http//WWW.trybunalscy.pl/node/2272> (23 II 2014).
9. M. Kolonko, Rewizja granic jest możliwa, <http://www.youtube.com/user/Media2000Corp?feature =watch> (12 I 2014).
10. M. Gąsior, Max Kolonko wzywa do rewizji granic – chce przyłączyć do Polski Lwów i Wilno. „Niech nie budzi demonów”, <http://www.natemat.pl/85117,max-kolonko-wzywa-do-rewizji-granic-chce-przylaczyc-do-polski-lwow-i-wilno-niech-nie-budzi-demonow.html> (25 II 2014).
11. T. Serwetnyk, Poseł Partii Regionów: oderwać Lwów od Ukrainy, <http://www.rp.pl/artykul/40,761-085-Posel-Partii-Reionow--oderwac-Lwow-od-Ukrainy.ktml> (24 II 2014).
12. Ibidem.
13. J. Malicki, Każda wersja rozpadu Ukrainy niekorzystna dla Polski, „Do Rzeczy” 24 II – 2 III 2014, nr 9, s. 30-31; P. Skwierciński, Podział Ukrainy: rozwiązanie prawie najgorsze, „W Sieci” 24 II – 2 III 2014, nr 9, s. 30-32.
14. T. Stryjek, Jakiej przeszłości potrzebuje przyszłość? Interpretacje dziejów narodowych w historiografii i debacie publicznej na Ukrainie 1991-2004, Instytut Studiów Politycznych PAN, Warszawa 2007, s. 96-99, 112-116, 123-127; M. Affek, Ukraiński polonofil czy polonofob, <http://www.prawica.net/opinie/22004> (24 II 2014).

Czytany 8258 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04