piątek, 02 styczeń 2015 09:43

Radosław S. Czarnecki: Refleksja futurystyczna

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

Radosław S. Czarnecki

Czy alienacja elit zagraża substancji światowej kultury? I czy taki scenariusz nie jest ostatecznym bankructwem idei Oświecenia i modelu zachodnioeuropejskiej wolności, demokracji, solidarności oraz wizji przyszłej społeczności światowej postrzeganej jako wspólnota?

Pułapką jest chcieć za wszelką cenę ocalić wartości,
podczas gdy fundamentalną utratą byłaby utrata formy.
Jean Baudrillard

Wspólnotę ogólnoludzką rozrywają obecnie zarówno ideologie i religie, jak i systemy społeczno-cywilizacyjne uzurpujące sobie prawo do uniwersalności. Euforia po upadku ideologicznego podziału świata nie przyczyniła się do ugruntowanego uszczęśliwienia ludzkości. Wbrew pozorom, przybyło zagrożeń. I to nie triumf demokracji, wolności czy powszechność praw człowieka egzemplifikują początki XXI wieku, ale raczej totalny zawód z kolejnego rozsypania się marzeń. To komunizm miał być wszelkim złem trapiącym ludzkość, diabelskim pomiotem chorej (bo bezbożnej) myśli oświeceniowo-zachodnioeuropejskiej, odwiecznych dążeń człowieka do sprawiedliwości, równości i godności (tu kłania się chrześcijaństwo), złym demiurgiem ludzkiej wyobraźni. Gdy go zabrakło – okazało się, iż nie jest tak do końca. Świat i ludzie nie stali się ani odrobinę lepszymi, ani nie zapanowała powszechna sprawiedliwość, ani spokój nie zagościł na trwałe w naszych domostwach, a nawet – wbrew pozorom – nie czujemy się bardziej wolnymi.

Pesymizm postmodernizmu

Komunizm upadł, ale czy to oznacza, że kapitalizm wygrał i jest lepszym, bardziej ludzkim, przyjaznym dla człowieka systemem? A jeżeli jest już tak, to który system kapitalizmu – reński, anglosaski czy jeszcze inny?

Te dylematy ciągle, w 25 lat po przełomie 4 czerwca 1989 r., przeżywa Polska. Marzyliśmy o Szwecji, Niemczech czy Holandii (tak postrzegano u nas kapitalizm ówczesnej Zachodniej Europy, nie wyobrażając sobie, iż może być i taki, jakiego obrazem są favele brazylijskie, kenijskie czy w Bangladeszu), a wyszła dziwaczna hybryda. Przypadki traktowania ludzi jak niewolników – np. na plantacjach pomidorów na południu Włoch (byli to polscy robotnicy sezonowi) - świadczą o tym, iż brutalizacja i bezwzględność wracają do Europy. Strach jest więc coraz powszechniejszy. Kapitalizm w manchesterskim wydaniu ma się dobrze na całym świecie.

Co może nas spotkać? Jak mamy postrzegać świat? Jak należy siebie w tym wszystkim sytuować? Konfrontacja kultur występuje i się nasila. Bo różnice i dysharmonie (w skali społecznej) pogłębiają się. A przynajmniej tak to widzą zwykli ludzie.

Raczej niczego dobrego spodziewać się nie można. Ten pesymizm ogarniający coraz szersze kręgi populacji jest widoczny gołym okiem. Najlepiej jest więc wycofać się we własny kokon, prywatny krąg zainteresowań. Przeczekać, zasklepić się, dotrwać do zgonu. Żyjemy przecież – jak mówi filozof-egzystencjalista – ku śmierci. Postmodernizm twórczo rozwija i kontynuuje ów trend myślenia i opisu świata. Gdy wokoło widać jak wszystko się sypie, jak coraz bardziej człowiek jest ograbiany przez „zorganizowane totalnie społeczeństwo otwarte” ze swego JA (i z tego, co budował przez lata), boi się, lęka o przyszłość i jest niepewny swej egzystencji. A niepewność jest zabójcza dla ego człowieka.

Nie wszyscy są modliszkami, część jest ślimakami. Modliszka w swej ofensywności i agresji zjada samca podczas aktu kopulacji. To kulminacja modelu darwinistycznie pojmowanej przestrzeni społecznej. Czy ślimaki muszą więc zniknąć z naszej rzeczywistości jako element słabszy, mniej przystosowany, introwertyczny? Gdyby tak miało się stać w ludzkim, czyli społecznie zorientowanym, modelu współpracy, byłoby to potwierdzenie poglądów Herberta Spencera sprzed ponad 100 laty. I zaprzeczeniem dorobku naszej myśli w dziedzinie humanistyki, prawa, stosunków międzynarodowych i międzyludzkich, kultury etc. Dlatego w dzisiejszym świecie rośnie alienacja ludzi.

Z alienacji do terroryzmu

Odrzucony siłą rzeczy musi stawać się ślimakiem. Odrzucona modliszka staje się samobójcą-terrorystą. Jej naturalna potrzeba agresji, wzmocniona ogólnymi trendami zachowań, skierowuje się przeciwko temu światu, którego jest dominującą częścią.

Drżenie o swój byt, niepokój o przyszłość, trwoga o dzieci, czy przyszłe pokolenia – to reakcje i sposób myślenia coraz szerszych rzesz ludzi, do niedawna obywateli, reprezentantów klasy uważanej za średnią. Ten powszechny niepokój paraliżujący myśl i jej swobodny przepływ, korelujący z wszechogarniającą kulturą konsumpcji i przemocy, brakiem intymności oraz ciągłym bombardowaniem informacjami tłumaczą rozwój, popularność czy atrakcyjność terroryzmów różnej maści. To forma ucieczki, obrony czy bezsensownego buntu na zasadzie niszczenia dla samego niszczenia.

Glajszachtowane kultury lokalne, zasadzające się dotąd na zupełnie innych podstawach i hołdujące diametralnie różnym wartościom niźli totalny produkt made in McLuhan, bądź made in Huxley próbują wydać bezsilny skowyt w taki właśnie sposób. Terroryści – samobójcy to hiper-modliszki dzisiejszej mody na ofensywność, brania spraw w swoje ręce czy korelacji wartości ogólnoludzkich z przedsiębiorczością.

Ludzie, których motorem działania nie jest racjonalizm i najszerzej pojmowany rozwój (człowieka, rodziny, zbiorowości, firmy itp.), ale strach przed utratą pracy, dochodu, poziomu życia (czyli przed strąceniem w niebyt) – nie są w stanie współczuć, pochylić się nad Innym, chyba że w formie jałmużny. Słaby, przegrany, odrzucony jest wart tylko pogardy, politowania, obojętności. Sam sobie jest winien, bo nie przystosowany, bo introwertyczny, bo passe (czyli nie trendy). Nie rozumie poza tym ducha czasów i nie płynie z prądem. Takie zachowania wzmacniane są też przez media, fetyszyzujące sukces. Pomoc czy współczucie są prezentowane zawsze w postaci ckliwych opowiastek, melodramatycznych wyciskaczy łez, czy nierzeczywistych mydlanych oper. Czyli – antyracjonalizm i nierzeczywistość.

Kultura rynku przemienia wszystko w towar. Towar to zysk. Stąd rodzą się te poniżające gesty wobec przełożonych różnych szczebli mających w zasadzie pełnię władzy. To oni decydują o tobie – czyś przeznaczony na Olimp czy do Hadesu. Poza tym, jak pisał Corey Robin w Żywocie człowieka zatrudnionego„praca nie umożliwia dziś człowiekowi duchowej swobody – wymaga natomiast swoistego posłuszeństwa, sprzecznego zarówno ze szlachetnymi frazesami o wolnym rynku, jak i najbardziej nawet minimalnymi standardami społeczeństwa liberalnego”.

Rozpad sfery publicznej

Postępujący rozpad sfery publicznej przy jednoczesnym wzroście znaczenia sfery indywidualnej, także własności i prymatu jednostki nad wspólnotą, prowadzi z jednej strony do wzrostu tendencji ku egoistycznie pojmowanej roszczeniowości, a z drugiej - do ostrych podziałów między ludźmi, grupami i warstwami społecznymi oraz między władzą a społeczeństwem. Brak zrozumienia dla najszerzej pojętego bonum commune powoduje w efekcie zanik publicznego kształtowania się poglądów, co z kolei powoduje pasywność opinii publicznej, jej bierność i wycofywanie się jednostek w prywatność („i tak nie mam na nic wpływu”).

Czy to tylko brak – jak mówią religijni fundamentaliści czy zacietrzewieni dewoci – pierwiastków duchowych i sekularyzacja współczesnej kultury są powodem takiego stanu rzeczy? Czy tylko laicyzacja dzisiejszego życia oraz powszechne obrazoburstwo powodują degrengoladę wszelkich wartości, demistyfikację jakichkolwiek autorytetów, bądź upadki solidnych dotąd pomników?

Na pewno nie. I tak się rzecz ma ze współczesną kulturą – sieczka, galimatias, wypowiedź profesora sąsiaduje z wynurzeniami piosenkarki będącej ciut-chwilę „na topie” (jutro o niej nikt nie będzie już wiedział); tragedia w Nowym Orleanie, tajfun na Filipinach, katastrofa w Fukushimie graniczy z fotką roznegliżowanej modelki lub zdjęciem kolejnej partnerki idola z serialu „M jak miłość”. Odbiorca ma wrażenie chaosu, dżungli, zamętu i bałaganu, nad którym nikt nie panuje.

Do tej pory człowiek był przyzwyczajony do uporządkowania, ładu, przyczynowości zjawisk i ich typizacji, określonych ram i kategoryzacji otaczającej go rzeczywistości. Przewidywanie, planowanie, konsekwencja. Tego już nie ma. Wichry historii i społecznych zjawisk wieją kiedy chcą i jak chcą. I my, ludzie, sprzyjamy temu trendowi, który nam szkodzi, który nas poraża i który nas zabija.

Ale tak żyć na dłuższą metę się nie da, zwłaszcza kiedy nadejdzie poważniejsza i głębsza refleksja nad sensem egzystencji i celem bytu. „Zły katolik jest lepszy od dobrego heretyka” – tak miał powiedzieć renesansowy papież Aleksander VII, tłumacząc istnienie trybunałów inkwizycyjnych. Ta zasada jest, mimo postępów demokracji, wolności, praw człowieka i ogólnej humanizacji stosunków międzyludzkich, nadal powszechnie stosowana. I to we wszystkich dziedzinach życia. To jeszcze jeden dowód na dobre zdrowie i krzepkość kręgosłupa trybalizmu plemiennego.

Rachunek dla liberałów

Duch prawicowego, konserwatywnego i tradycjonalistycznego sposobu opisywania rzeczywistości wieje przez współczesny świat. Wiatru w żagle tej rewolucji neokonserwatywnej dodają (i to od ponad 25 lat) ci, którzy określają się mianem liberałów. Ich samookreślenie dokonało się jedynie w płaszczyźnie ekonomii, gospodarki czy stosunków produkcji. Odrzucono jednak otwartość światopoglądową, pluralizm postaw i poglądów, wolność w wyborze orientacji seksualnej czy religijnej, (bądź odrzucenie w ogóle wiary jako siły sprawczej naszej osobowości). A to takie same wyznaczniki liberalizmu jak wolny rynek, swoboda obrotu kapitałem, deregulacja stosunków społecznych, reengineering (reorganizacja) i outsourcing (podwykonawstwo) w gospodarce, liberalizacja prawa pracy, priorytet zysku nad osobą, itd. itp.

Dzisiejsi liberałowie sami „strzelili sobie w stopę”. Muszą oni być za wyborem i wolnością – we wszystkich aspektach – bo inaczej tracą swą tożsamość. Przechodząc na pozycje tradycjonalistyczne, dają tym samym sygnał do wzmocnienia populistycznej prawicy i sił ciemnych i zwodniczych dla człowieka. One to, uwodząc go dawnymi wartościami, (w istocie -symulakrami), chcą cofnąć świat do dawnych czasów niedemokratycznych rządów i tradycyjnego kagańca moralnego dla społeczeństwa. A powrotu być nie może, bo historii się nie cofa. Bo jak mówi Zygmunt Bauman„wolności nie wystarcza, jeśli nie zagwarantuje się wszystkim środków i możliwości korzystania z niej”. A wolność ważna jest zarówno w bazie jak i w nadbudowie.

Liberałowie, którzy w zasadzie sprzeniewierzyli się swym podstawowym pryncypiom, z którymi ich do tej pory kojarzono, pójdą pod nóż w następnym rozdaniu. Bo to nie lewica, którą atakuje się za etatyzm, rozdawnictwo, państwo opiekuńcze, ale też za rozpasanie wolności, uleganie presji mniejszości, multikulturowość, antytradycjonalizm, indyferentyzm religijny, permisywizm, czy stałe poszerzanie pojęcia wolności i wprowadzanie tych idei w czyn, staje się wrogiem numer jeden dla sił ciemnych, obskuranckich, sui generis antydemokratycznych. Ale właśnie tradycyjnie ujmowani liberałowie…

W tym pojemnym worku zmieszczą się i lewicowcy, i socjaldemokraci, i pięknoduchy patrzące na wolność jak na sacrum; dla owych wsteczników i hamulcowych rozwoju i postępu ten pojemny wór przecież jest synonimem deprecjacji, demoralizacji, zatrucia zdrowej myśli narodów, gejostwa i lesbijstwa, pedofilii i niezgody na karę śmierci, wrogości wobec krzyży na każdej ścianie (bądź gwiazdy Dawida czy półksiężyca – forma symbolu nieważna, chodzi o cel), obrazoburstwa w sztuce i kulturze, eksperymentów w literaturze, medycynie i gospodarce. Wolność bowiem niejedno ma imię, a siły te widzą świat w monooglądzie….

Wracamy do punktu wyjścia. I elita musi zdefiniować swą rolę w dzisiejszym świecie – czy jest sama dla siebie czy jest z ogółem i ma za zadanie takie kształtowanie tego ogółu (demokratycznie i pluralistycznymi metodami), aby było coraz więcej otwartości, zadowolenia, zrozumienia dla Innego, łagodności, spolegliwości czy tolerancji. Czyli edukacja durniu, edukacja – na to szczędzić nie można pod żadnym pozorem. I to jest memento dla wszystkich, którym leży na duszy dobro i przyszłość tego świata. Naszego jedynego świata.

Fot. dealer-communications.com
Tekst został opublikowany w styczeń 2015 - (196) miesięcznika „Sprawy Nauki”.

Czytany 5578 razy