wtorek, 01 luty 2011 07:17

Rachela Tonta: Trybunał niezgody

Oceń ten artykuł
(5 głosów)

leban  dr Rachela Tonta

Wystąpienie z libańskiego rządu dziesięciu ministrów należących do opozycji oraz jedenastego, powiązanego z prezydentem, co doprowadziło do upadku rządu, stanowi kolejną odsłonę trwającego już kilka lat konfliktu wokół Specjalnego Trybunału dla Libanu. Wielomiesięczne starania Arabii Saudyjskiej i Syrii (do których dołączyła później Turcja i Katar), mające na celu wypracowanie kompromisu, który byłby do zaakceptowania przez obie strony nie przyniosły jak dotąd oczekiwanego rezultatu. A sytuacja staje się coraz bardziej napięta i jeśli nie powiodą się próby powołania rządu przez nowo mianowanego premiera, Nadżiba Mikatiego, najbardziej prawdopodobna staje się pesymistyczna wizja rozwoju wydarzeń w Libanie – wybuch kolejnej wojny domowej.

W chwili obecnej coraz mniej osiągalne wydaje się zażegnanie konfliktu, gdyż obie strony okopały się na swoich pozycjach. Sytuację dodatkowo komplikuje mieszanie się innych państw w sprawy wewnętrzne Libanu, zaczynając od Arabii Saudyjskiej, Iranu, a na Stanach Zjednoczonych kończąc. Najdalej idące konsekwencje ma aktywność szpiegów izraelskich w Libanie, których wykrycie nie tylko doprowadziło do wybuchu największej afery szpiegowskiej od czasu zakończenia wojny domowej, ale według Hezbollahu (tłum. Paria Boga) stanowi dowód zaangażowania Izraela w przeprowadzenie zamachu na Rafika Haririego oraz spreparowanie dowodów mających obciążyć tę partię.

 

Zaczęło się jak w filmie sensacyjnym. Zresztą informacje o wydarzeniach rozgrywających się w Libanie bardzo często odbierane są w pierwszym odruchu przez zachodnich komentatorów z powątpiewaniem, że to mogło zdarzyć się naprawdę. Jednak w krajach Bliskiego Wschodu, a w szczególności w tym niewielkim, czteromilionowym państwie nad Morzem Śródziemnym, wybujała wyobraźnia twórców filmów fabularnych nie jest do niczego potrzebna. Życie pisze zdecydowanie lepsze scenariusze. Jak powiedział kiedyś Robert Fisk, wieloletni korespondent na Bliskim Wschodzie – witajcie w Libanie, tutaj wszystko się może zdarzyć.

W drugiej połowie lutego 2009 roku, opinia publiczna została poinformowana, że Marwan Fakih, dealer samochodowy i właściciel stacji gazowej w Nabatiji, miasteczka zamieszkanego w większości przez szyitów na południu Libanu, został aresztowany pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Izraela. Sprawa była tym bardziej interesująca, że człowiek ten dotychczas był uważany za zaufanego usługodawcę i donatora Hezbollahu, a z wieloma ważnymi członkami tej organizacji utrzymywał od lat bliskie kontakty. I z pewnością współpraca mogłaby potrwać jeszcze kilka kolejnych lat, gdyby nie przypadek. Otóż podczas drobnej naprawy jednego z samochodów sprzedanych przez Marwana członkom Partii Boga, elektryk zauważył dziwne urządzenie, które z pewnością nie należało do standardowego wyposażenia samochodu. Jak się okazało, było to urządzenie pozwalające na satelitarną lokalizację pojazdu i umieszczone zostało we wszystkich samochodach dostarczonych przez Fakiha, który od lat 90-tych współpracował z izraelskim wywiadem. Dealer samochodowy oraz dwunastu jego wspólników zostało aresztowanych przez Hezbollah i przekazanych armii libańskiej. Historia ta okazała się być zaledwie wierzchołkiem góry lodowej i stała się początkiem szeroko zakrojonej afery szpiegowskiej, która wstrząsa Libanem do dnia dzisiejszego.

Od 2009 roku ponad 150 osób podejrzanych o szpiegowanie na rzecz Izraela zostało aresztowanych, a wśród nich byli i obecni pracownicy sektora bezpieczeństwa w Libanie, pracownicy firmy telekomunikacyjnej Alfa, a nawet szanowany polityk i bliski współpracownik chrześcijańskiego sojusznika Hezbollahu - Michela Auna, Fajez Karam. Afera szpiegowska po raz kolejny dowiodła słabości libańskich służb bezpieczeństwa, pod których nosem działali w coraz większej liczbie szpiedzy przekazujący kluczowe informacje Mossadowi. Zresztą do dnia dzisiejszego koszmarnym wspomnieniem pozostaje akcja izraelskich agentów wywiadu z 1973 roku, kiedy niepostrzeżenie przekroczyli granice Libanu, zamordowali kilku czołowych działaczy OWP i bez większych problemów powrócili do Izraela. Jednym z agentów biorących udział w akcji był przebrany za kobietę Ehud Barak, którego kariera nabrała po tym wydarzeniu przyspieszenia. Co jednak ważniejsze, afera szpiegowska stanowi istotny element obecnego poważnego kryzysu politycznego związanego z działalnością Specjalnego Trybunału dla Libanu (dalej STL).

STL został utworzony na mocy porozumienia zawartego między ONZ a rządem libańskim w celu ukarania osób odpowiedzialnych za przygotowanie i przeprowadzenie zamachu w 2005 roku na wieloletniego premiera Libanu, Rafika Haririego oraz późniejszych zamachów. Formalnie Trybunał rozpoczął swoją działalność 1 marca 2009 roku, zanim jednak został powołany do istnienia wzbudzał już szereg kontrowersji. Szczególnie konfliktowe dla libańskiego rządu okazały się prace na przyjęciem tekstu traktatu, w oparciu o który miał zostać powołany Trybunał. Najwięcej kontrowersji wzbudzał artykuł trzeci załącznika do traktatu, który definiował odpowiedzialność za zbrodnię w szeroki sposób stanowiąc, iż obejmuje ona nie tylko osoby bezpośrednio zaangażowane, ale również osoby, które w jakikolwiek sposób mogły przyczynić się do popełnienia przestępstwa jak i ich zwierzchników. Członkowie Hezbollahu obawiali się, że ten zapis w połączeniu z nieograniczonym czasowo charakterem Trybunału może prowadzić do niekończących się oskarżeń i inwigilacji struktur bezpieczeństwa Syrii i Libanu prowadząc do ich osłabienia i upokorzenia, dając jednocześnie możliwość ponownego procesu w przypadku spraw, które zostały już rozpatrzone przez sądy libańskie.

Rezultatem kryzysu była dwukrotna rezygnacja szyickich ministrów z rządu libańskiego i konflikt wokół prawomocności podejmowania przez niego decyzji w imieniu nieobecnych członków opozycji. Nie zmieniało to jednak faktu, że opozycja (określana mianem Ruchu 8 Marca w odróżnieniu od koalicji rządzącej nazwanej Ruchem 14 Marca), nie sprzeciwiała się nigdy samej idei powołania trybunału. Sytuacja uległa jednak zmianie gdy w centrum podejrzeń znaleźli się członkowie Partii Boga, a w konsekwencji sam Hezbollah. Artykuł, który ukazał się w niemieckim tygodniku Der Spiegel w maju 2009 roku, czyli tuż przed wyborami parlamentarnymi, wskazał winnych śmierci premiera Rafika Haririego, w niecałe dwa miesiące po rozpoczęciu oficjalnej działalności przez STL. Według autora artykułu, który powoływał się na informacje otrzymane od „źródła z otoczenia Trybunału i zweryfikowane na podstawie badania wewnętrznych dokumentów” to nie Syria stała za przygotowaniem i przeprowadzeniem zamachu na sunnickiego premiera, ale „siły specjalne” Hezbollahu. Dowodem na udział członków Hezbollahu w zamachu miała być analiza połączeń telefonicznych przeprowadzona przez libańskiego oficera policji, Wissama Eida, który sam później zginął w zamachu na początku 2008 roku. Jak donosił Der Spiegel, miał on zidentyfikować numery telefonów, które zostały kupione tego samego dnia w Trypolisie, na północy Libanu i były użyte w okolicy miejsca śmierci Haririego tylko i wyłącznie na kilka dni przed i w dniu przeprowadzenia zamachu. Jedna z osób, która korzystała z tego telefonu miała popełnić poważny w konsekwencjach błąd – mężczyzna zadzwonił z niego do swojej dziewczyny, co pomogło jego identyfikacji. Miał nim być Abd al-Mażid Ghamlusz, członek Hezbollahu.

Artykuł wywołał mieszane reakcje w Libanie. Przez część polityków został odebrany jako prowokacja, szczególnie że ukazał się na niecały miesiąc przed wyborami parlamentarnymi i mógł przyczynić się do zdyskredytowania Hezbollahu, który w połączeniu z pozostałymi ugrupowaniami należącymi do opozycji miał szansę na zdobycie większości miejsc w parlamencie. Inni z kolei, jak chociażby syn zabitego premiera (i jeszcze do niedawna premier rządu libańskiego), Saad Hariri, zachowali chłodny dystans, nie dezawuując opublikowanego raportu, ale też nie popierając wersji wydarzeń w nim przedstawionych. Sam Hezbollah ograniczył się do oświadczenia, w którym zaprzeczył, iż w jakikolwiek sposób był powiązany ze śmiercią Haririego, określił także zawarte w raporcie informacje jako politycznie motywowane oszczerstwa. Kwestia ewentualnych zarzutów postawionych przez prokuratora STL wobec członków Hezbollahu ponownie znalazła się w centrum zainteresowania Libańczyków najpierw gdy Sekretarz Generalny Hezbollahu, Hassan Nasrallah przyznał w kwietniu br., że kilkunastu członków organizacji było przesłuchiwanych przez przedstawicieli STL, a później kiedy w przemówieniu wygłoszonym w połowie lipca zapowiedział, że zgodnie z otrzymanymi od premiera, Saada Haririego, informacjami STL chce postawić zarzuty osobom powiązanym z Partią Boga. Trzy kluczowe przemówienia Nasrallaha, z lipca oraz sierpnia br., wyznaczają początek nowego etapu w konflikcie wokół działalności Specjalnego Trybunału dla Libanu.

Po pierwsze, Sekretarz Generalny odrzucił w nich wszelkie oskarżenia o zaangażowanie kogokolwiek z organizacji w zamach, a po drugie przedstawił „dowody” mające świadczyć o ewidentnej winie Izraela. Abstrahując jednak od szczegółów przemówień lidera Hezbollahu, które słyną z niezwykłej obrazowości, długości wywodów oraz erudycji mówcy, warto skoncentrować się na argumentach pojawiających się w konflikcie i interesach stron zaangażowanych w tę polityczną układankę.

Nie ulega wątpliwości, że najwięcej do stracenia ma sam Hezbollah. Przez kilka lat od momentu zamachu znajdował się poza podejrzeniami, gdyż cała uwaga Libańczyków jak i świata skupiona była na Syrii. Antysyryjską atmosferę podgrzewał dodatkowo niemiecki szef komisji dochodzeniowej, Detlev Mehlis, który prowadząc śledztwo w 2005 roku nie stronił od daleko idących wniosków na temat zaangażowania wysoko postawionych osób zarówno z syryjskich jak i libańskich kręgów bezpieczeństwa. Jedną z nich miał być generał Asef Szawkat, szwagier samego Baszara al-Asada. Odkąd dochodzenie zostało przejęte przez Serge’a Brammertza, a później Daniela Bellemare śledztwo prowadzono nie tylko z większą dyskrecją, ale również zmieniono kierunek poszukiwań głównego winowajcy. Miejsce Syrii zajął teraz Hezbollah, a Saad Hariri przyznał, że obarczanie arabskiego sąsiada odpowiedzialnością za śmierć swojego ojca było błędem. Po raz pierwszy w swojej historii Hezbollah znalazł się w sytuacji, z której może nie znaleźć korzystnego dla siebie wyjścia. Przez lata istnienia Partia Boga pracowała na swój wizerunek wśród Libańczyków jako organizacji zdyscyplinowanej, stojącej ponad podziałami wyznaniowymi i gotowej na każde poświęcenie w walce z jasno określonym wrogiem. Postawienie oficjalnych zarzutów członkom organizacji może prowadzić do urzeczywistnienia się największego koszmaru – całkowitej utraty wiarygodności Hezbollahu w oczach libańskiego społeczeństwa i wybuchu sunnicko-szyickiego konfliktu zbrojnego, który na kolejne lata pogrąży Liban w krwawej wojnie domowej. Dlatego też Hezbollah postawił wszystko na jedną kartę i zdecydował się walczyć do upadłego o swoje dobre imię. Przyjęta linia obrony ma na celu przeniesie punktu ciężkości obecnego kryzysu z roztrząsania czy faktycznie Hezbollah był zaangażowany w zamach na Haririego czy też nie, na kwestie związane z wiarygodnością samego Trybunału i ukrytymi interesami państwa, które przez śledczych nie było brane w ogóle pod uwagę, a mianowicie Izraela. Podstawowy zarzut Hezbollahu dotyczy upolitycznienia śledztwa i politycznych motywów powołania samego Trybunału. Dowodem na to miały być poczynania Mehlisa, który tak bardzo chciał dowieść winy syryjskich i libańskich oficjeli, że oparł swoje dochodzenie na relacjach mało wiarygodnych świadków, którzy wycofali później swoje zeznania. Poza tym, wina Syrii została orzeczona przez media i kraje Zachodu zanim zostały przedstawione jakiekolwiek dowody. Jak argumentuje Hezbollah, prowadzone śledztwo, a teraz Trybunał stały się dogodnym politycznym narzędziem zarówno dla części libańskich liderów politycznych i krajów Zachodu, którzy najpierw chcieli go wykorzystać w celu osaczenia Syrii, a teraz żeby pozbyć się Partii Boga. I z pewnością nie będzie brakowało chętnych do poświadczenia pod przysięgą nieprawdy, żeby tylko pogrążyć Hezbollah. Jak twierdzi zresztą organizacja, osoby z najbliższego otoczenia Saada Haririego są powiązane ze świadkami, których zeznania zostały podważone, co może potwierdzać, iż koalicji rządzącej szczególnie zależało na tym żeby podejrzenie padło na Syrię. Kolejną kwestią, na którą powołuje się szyicka organizacja, są rzekome „dowody winy” w postaci wspomnianych połączeń telefonicznych, na podstawie których mieli zostać zidentyfikowani członkowie Hezbollahu zaangażowani w zabójstwo premiera. Przeciwstawiając się tym zarzutom Hassan Nasrallah powołuje się na ciągnącą się do dnia dzisiejszego aferę szpiegowską, w którą uwikłane są osoby zatrudnione w sektorze telekomunikacyjnym, które bez problemu mogły sfabrykować „dowody” (co ostatnio przyznał Minister Telekomunikacji) przeciwko Hezbollahowi. Co więcej, Partia Boga bezpośrednio oskarżyła Izrael o zorganizowanie zamachu, twierdząc, że miał w tym bezpośredni interes. Według organizacji, nie trudno było przewidzieć konsekwencji śmierci lidera sunnitów – wycofania Syrii pod naciskiem Libańczyków i opinii międzynarodowej, a w rezultacie osłabienia samego Hezbollahu, który pozbawiony „parasola ochronnego” ze strony arabskiego sąsiada stałby się łatwiejszym do wyeliminowania celem. Potencjalny konflikt sunnicki-szyicki byłby jeszcze bardziej na rękę Izraelowi. Hezbollah uwikłany w wewnętrzną walkę przestałby być realnym zagrożeniem dla Izraela. Arabską (a może nie tylko arabską) opinię publiczną o winie Izraela mogą również przekonać ujawnione zapisy z kamer izraelskich bezzałogowych samolotów szpiegujących, które Hezbollahowi udało się przechwycić. Pokazują one, iż premier Hariri w dniu zamachu był przez nie śledzony, a co może ważniejsze, w pobliżu miejsca w którym zginął zidentyfikowano izraelskiego szpiega, któremu udało się jednak zbiec.

Argumenty przedstawiane przez Partię Boga przyjmowane są w Izraelu jak i przez zachodnich dyplomatów z ironicznym uśmiechem. Oskarżenia przeciwko Izraelowi jak i STL wysuwane są przez organizację, którą w całości, albo jej skrzydło militarne wiele krajów umieściło na liście organizacji terrorystycznych, a jeden z jej członków, Imad Mugnija znajdował się na amerykańskiej liście dwudziestu dwóch „najbardziej poszukiwanych” terrorystów na świecie. Warto w tym miejscu zadać sobie zatem pytanie: co mógł zyskać Hezbollah na pozbyciu się Rafika Haririego? Nigdy nie było tajemnicą, że relacje między sunnickim premierem a szyicką organizacją nie należały do najlepszych. Wzajemna niechęć sięgała jeszcze początku lat dziewięćdziesiątych. Hezbollah nie tylko sprzeciwiał się polityce ekonomicznej rządu Haririego, który od wyborów z 1992 roku konsekwentnie realizował wizję powojennej odbudowy państwa opartą na neoliberalnych podstawach, ale również nie podzielał jego prozachodnich sympatii. Kością niezgody we wzajemnych relacjach była działalność militarna Hezbollahu, która w mniemaniu Rafika Haririego nie sprzyjała przyciąganiu zachodnich inwestorów, a ciągłe napięcia wzdłuż południowej granicy Libanu hamują gospodarczą odbudowę kraju. Doskonale ilustruje to historia z początku 2001 roku. Rafik Hariri oraz szefowie kluczowych ministerstw przebywali właśnie we Francji z misją pozyskania inwestorów i pomocy finansowej dla Libanu. Częścią strategii było przekonanie potencjalnych inwestorów, że rząd kontroluje sytuację na południu i klimat polityczny w Libanie jest jak najbardziej sprzyjający dla działalności zachodnich firm. Jak w rzeczywistości wyglądała „kontrola” rządu nad sytuacją w południowej części Libanu okazało się jeszcze w trakcie jego pobytu we Francji. Bojownicy Hezbollahu ostrzelali patrol izraelski w rejonie Farm Szaba, zabijając jednego z żołnierzy, czym wpędzili premiera w konsternację i wywołali polityczną burzę po jego powrocie. O ile konflikt dotyczący wizji rozwoju Libanu i roli jaką miałby pełnić regionie (ambicją Haririego było przywrócenie Libanowi dawnej pozycji Szwajcarii Bliskiego Wschodu, podczas gdy dla Hezbollahu kluczowe miejsce zajmował konflikt bliskowschodni i konfrontacja z Izraelem) dało się utrzymać przez lata w ryzach, o tyle narastający kryzys wokół przedłużenia kadencji ówczesnego prezydenta Emila Lahuda, który zbiegł się z pogorszeniem relacji syryjsko-amerykańskich, zdecydowanie trudniej było poskromić. Rezolucja 1559, przyjęta przez Radę Bezpieczeństwa 2 września 2004 roku, na której treść miał wpływ m.in. Rafik Hariri, a która wzywała do wycofania wszystkich obcych sił z Libanu (odniesienie do Syrii) oraz rozbrojenia wszystkich libańskich jak i nielibańskich milicji (w tym głównie Hezbollahu) i późniejsza rezygnacja premiera ze stanowiska stawiała sunnickiego lidera w centrum konfliktu. Hariri stał się twarzą opozycji wzywającej już otwarcie Syrię do opuszczenia Libanu. Wycofanie Syrii z Libanu mogło oznaczać dla Hezbollahu tylko jedno – zakończenie trwającego od kilkunastu lat małżeństwa z rozsądku, które dawało Hezbollahowi możliwość względnie swobodnego działania, a Syrii nadzór nad organizacją odgrywającą ważną rolę w konflikcie bliskowschodnim. Z perspektywy czasu już wiemy, że gra toczyła się o naprawdę wysoką stawkę. I biorąc pod uwagę historię wcześniejszych zamachów na kluczowych libańskich polityków, których sprawcy najczęściej pozostawali bezkarni, można przypuszczać, że Hezbollah jeśli zdecydował się faktycznie na usunięcie lidera sunnitów raczej nie miał podstaw do tego, żeby przewidzieć, że konsekwencją zamachu będzie powołanie międzynarodowego trybunału. Szczególnie, że trybunał ten po raz pierwszy podejmie się wyzwania osądzenia osób uwikłanych w śmierć lokalnego polityka, a nie ludobójstwo, zbrodnie wojenne, czy zbrodnie przeciwko ludzkości, jak to miało do tej pory miejsce. Mógł się zatem pomylić w swoich kalkulacjach, co miało miejsce chociażby w przypadku wojny z Izraelem z 2006 roku.

Pomimo, iż według przecieków cała uwaga STL skupiła się obecnie na Hezbollahu, komentatorzy polityczni są raczej zgodni co do tego, że jest mało prawdopodobne, aby przygotowanie i przeprowadzenie zamachu na Rafika Haririego mogło odbyć się bez wiedzy i zgody Syrii, która na początku 2005 roku miała jeszcze pełną kontrolę nad sytuacją w Libanie.

I z całą pewnością sprawa Syrii zostanie jeszcze wyciągnięta w odpowiednim momencie, jeśli Trybunał ma faktycznie mocne dowody potwierdzające udział Hezbollahu. Jak na razie Syria weszła w mało zrozumiały dla zewnętrznych obserwatorów sojusz z Arabią Saudyjską (albo bardziej królem Abdullahem), którego celem miało być doprowadzenie do zawarcia porozumienia satysfakcjonującego skonfliktowane strony w Libanie i dzięki temu powstrzymanie rozlewu krwi i zachowanie status quo. Takie porozumienie wydaje się być jednak coraz bardziej odległe. Celem politycznej walki, która obecnie się toczy, już dawno przestało być dążenie do odkrycia prawdy i ukarania winnych, a niektórzy złośliwie twierdzą, że nigdy nim nie było. Każda ze stron konfliktu stara się ugrać jak najwięcej dla siebie i trudno jest obecnie przewidzieć jaki będzie rezultat tej niebezpiecznej politycznej gry. Jedno jest pewne: machina, która została uruchomiona już się nie zatrzyma i wcześniej czy później Liban będzie się musiał zmierzyć z konsekwencjami postawienia oficjalnych zarzutów i procesu, który pewnie będzie się ciągnął latami. Jak trafnie ujął to lider libańskich druzów, Walid Dżunbulat: “Jedynie Bóg jeden wie do czego Trybunał nas ostatecznie doprowadzi. Do masakr? Kiedy na początku go popieraliśmy, byliśmy pod wpływem tych wszystkich politycznych zabójstw. Jednak nieświadomie stworzyliśmy bombę z opóźnionym zapłonem”.

Tekst jest Stanowiskiem Pułaskiego altz dnia 27 stycznia 2011 r.

fot. Wikipedia

Czytany 6313 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04

Najnowsze od Rachela Tonta