środa, 24 marzec 2010 04:20

Przemysław Benken: Azjatycka piaskownica

Oceń ten artykuł
(3 głosów)
alt Przemysław Benken
Panuje powszechne oczekiwanie, iż wiek XXI okaże się wiekiem Azji. W sformułowaniu tym na chwilę obecną wydaje się tkwić wiele prawdy. Warto zatem przyjrzeć się relacjom między tamtejszymi największymi graczami - Chinami i Indiami - oraz ich sąsiadami. Bardzo możliwe, iż stosunki międzynarodowe na obszarze azjatyckim już niedługo będą determinować obraz świata w niemniejszym stopniu niż niegdyś sytuacja w Europie.
Wydaje się, iż Chiny są dzisiaj postrzegane przez selektywne pryzmaty wertykalnego myślenia większości zachodnich komentatorów. Można również odnieść niekiedy wrażenie, iż wypowiadają się na ich temat osoby, które niezbyt dobrze znają historię, kulturę oraz mentalności tego narodu. Zapewne dlatego powstaje często problem z interpretacją bieżących zachowań politycznych Pekinu. Jeszcze rzadziej można się spotkać z wyważoną próbą przewidzenia przyszłych zachowań Państwa Środka, co jest poniekąd uzasadnione tym, iż tylko USA stać obecnie na prowadzenie długoterminowych badań prognostycznych w dziedzinie międzynarodowych stosunków politycznych (symulacje obejmują w tym wypadku okresy maksymalnie 10-15 lat), lecz wynika także ze wspomnianej niewiedzy. Na ogół to, co jest nam obce, wydaje się niebezpieczne, dlatego większość zachodnich analityków traktuje Chiny jako potencjalne źródło przyszłych zagrożeń dla szeroko rozumianego bezpieczeństwa międzynarodowego, a w najlepszym przypadku - stosunkowo niepewny element globalnej układanki. Podejście takie nie wydaje się do końca uzasadnione.

Azjaci od wieków słyną z pragmatyzmu. Aby prawidłowo ocenić ich postępowanie, należy najpierw zidentyfikować cele, jakie sobie stawiają, gdyż będą do nich systematycznie dążyć z analityczną wręcz metodycznością. W przypadku Chin nie jest to z całą pewnością chęć zapanowania nad światem, lecz uzyskanie międzynarodowego statusu azjatyckiego mocarstwa, którym - zgodnie z ich własnymi analizami - faktycznie staną się około roku 2030. Ujęcie tej perspektywy w tak odległym okresie czasowym dowodzi, iż Pekin jest świadom swych bieżących trudności, czyniących go w dużym stopniu kolosem na glinianych nogach. Wobec tego niezbędna jest raczej dalsza konsolidacja i okrzepnięcie tego wielkiego państwa, aniżeli demonstrowanie stosunkowo świeżo zdobytej siły polityczno-ekonomicznej. Chińczykom, jako narodowi mocno aspirującemu do statusu mocarstwa, niezbędne jest także uzyskanie międzynarodowego prestiżu, a są to w stanie najłatwiej osiągnąć poprzez działania w regionie Azji Południowowschodniej, gdzie mają największe wpływy. Może się to niedługo doskonale uwidocznić na przykładzie ich sąsiada - Korei Północnej.

Państwo Kim Dzong Ila funkcjonuje dzisiaj wyłącznie dzięki chińskim dotacjom, pełniąc funkcję specyficznego bufora. Zadanie to jest jednak wykonywane coraz gorzej, a zachowania dyktatora, prowokującego opinię międzynarodową i straszącego świat bronią atomową, są dla Pekinu coraz trudniejsze do przełknięcia, gdyż destabilizują cały region, utrudniając prowadzenie interesów (Chiny są dla Korei Południowej ważniejszym partnerem handlowym niż USA). Niemniej pozbycie się Kima wyłącznie w celu wprowadzenia w Phenianie demokracji w jakiejkolwiek formie (po późniejszym zezwoleniu na zjednoczenie pod auspicjami Południa) nie byłoby zbyt wskazane ze względu na możliwość niepożądanego oddziaływania takiego rozwiązania na obywateli ChRL, nie wspominając już nawet o jego karkołomności. W znacznie łatwiejszym do kontrolowania Iraku sytuacja 6 lat po obaleniu Saddama wciąż pozostaje trudna, a namaszczony przez Amerykanów prezydent Afganistanu (notabene sąsiadującego z Chinami) jest więźniem pałacu. Z drugiej strony USA zapewne nie miałyby nic przeciwko, gdyby Pekin zainstalował w Korei Północnej, wprawdzie zależny od siebie, lecz stabilny marionetkowy rząd na miejsce nieobliczalnego dyktatora, wyciągając za nie tym samym kasztany z ognia. Chińczycy jednakże nie będą się zbyt spieszyć z przejęciem odpowiedzialności za rzesze głodujących Północnych Koreańczyków, aczkolwiek strawne dla Zachodu rozwiązanie kwestii Phenianu oczyściłoby atmosferę na ich południowej granicy i okazało się wielkim sukcesem dyplomatycznym, co z pewnością jest dla Pekinu łakomym kąskiem. Wszak nikt sobie dotychczas z Koreą Północną nie poradził. Ponadto powstałby wygodny precedens, pozwalający ChRL na rozwiązywanie podobnych kwestii w regionie Południowowschodniej Azji, a także legitymizujący oparte na tworzeniu faktów dokonanych (lecz akceptowane przez większość społeczność międzynarodowej) działania Państwa Środka. Stosunki międzynarodowe są płynne i niedookreślone, zatem nigdy nie wiadomo, kiedy podobne postępowanie może się okazać potrzebne z punktu widzenia chińskiej racji stanu. Jest to także o tyle ważne, iż w lokalne konflikty są zaangażowane Indie (naturalny konkurent Chin) oraz Pakistan (wspierany przez ChRL), a Pekin mógłby z czasem zostać namaszczony przez społeczność międzynarodową na ich głównego, lokalnego arbitra, wspierającego za każdym razem stronę słabszą i utrzymującego w ten sposób równowagę oraz swą ogólną hegemonię. Z pewnością byłoby to idealne rozwiązania, lecz z czysto pragmatycznego punktu widzenia należy oczekiwać, iż najdalej po śmierci Kima Państwo Środka zaangażuje się w Korei Północnej.

Rozmyślając nad chińską polityką wobec sąsiadów, należy mieć na uwadze, iż w Pekinie bardzo wiele się zmieniło od czasu śmierci Mao. Reformy Xiaopinga (dengizm), koncesjonowany kapitalizm czy też teoria Trzech Reprezentacji, to nie tylko fundamentalne kwestie dla porządku wewnętrznego, lecz także ważkie wskazówki odnośnie mentalności przywódców Państwa Środka. Zachodni analitycy uważają, że na razie Chiny nie będą w stosunkach międzynarodowych używać siły, niemniej wyrażają oni wielkie zaniepokojenie odnośnie postulatów przyszłej klasy średniej, która ma według nich odsunąć od rządów komunistów. Istnieją zatem obawy, iż nowe, kapitalistyczne Chiny powrócą do imperialnej polityki okresu Cesarstwa. Wydają się to wszakże zmartwienia nieco na wyrost, gdyż bardzo możliwe, iż rozwijająca się obecnie warstwa menadżerska zadowoli się władzą w postaci pieniądza i możliwościami rozwoju w ramach koncesjonowanego kapitalizmu. W każdym razie komuniści absolutnie nie zgodzą się na ograniczenie swych prerogatyw, a mentalność Chińczyków, żyjących w straszliwym rozwarstwieniu społecznym, okaże tutaj się niezwykle pomocna. Niezbyt wielkiej, aczkolwiek bardzo bogatej klasie średniej, zawsze będzie można przeciwstawić ogromne masy biedoty, wywłaszczanej obecnie bez żadnych odszkodowań z gruntów, przeznaczonych pod budowę fabryk. W ChRL nie istnieje także system emerytalny, a przetrwanie osób starszych opiera się na solidarności pokoleń w ramach licznej rodziny - przykład francuskiej okupacji Wietnamu dowodzi, iż zbyt gwałtowne próby modernizacji tradycyjnego, opartego o konfucjanizm modelu życia kończą niepowodzeniem i dezintegracją społeczeństwa. Państwo Środka nie będzie się zatem szybko przeobrażać.

Na Zachodzie uważa się, że aspiracje Pekinu zostaną na kilkanaście lat zaspokojone odzyskaniem „zbuntowanej prowincji", czyli Tajwanu. Wzajemne stosunki między dwoma państwami chińskimi nigdy nie były tak dobre jak obecnie, a rządzący na Tajwanie Kuomintang popiera zjednoczenie. Niemniej nie może być tutaj mowy o prostej inkorporacji, lecz wariancie „jedno państwo-dwa systemy", zastosowanym z powodzeniem w przypadku Hongkongu. Dzięki temu procesowi unifikacja mogłaby się dokonać w stosunkowo bliskiej perspektywie czasowej (może nawet liczonej w latach), co z jednej strony okazałoby się kolejnym sukcesem Pekinu, lecz wciągnęłoby go także nieco głębiej w zachodni system gospodarczy z pożytkiem dla wszystkich. Zresztą nawet bez tego Państwo Środka odeszło już od systemu ekonomicznego marksizmu-leninizmu, a także nie zamierza póki co używać broni ekonomicznej w stosunkach międzynarodowych. Dzieje się tak głównie dlatego ponieważ ich gospodarka jest jeszcze zbyt słaba i nie opiera się na nowoczesnych technologiach, lecz taniej sile roboczej. Gdyby było inaczej: Chińczycy, uruchamiając gigantyczne rezerwy, ulokowane w dolarach i amerykańskich papierach rządowych, bardzo szybko mogliby doprowadzić do bankructwa USA. Jednakże zniszczyliby w ten sposób swój największy rynek zbytu, co pokazuje ich pragmatyczne podejście, gdyż od początku pomagają Amerykanom wyjść z kryzysu gospodarczego, chociaż USA, odgrywające rolę światowego policjanta i pierwszej gospodarki świata, jakby nie patrzeć blokują aspiracje Pekinu. ChRL angażuje się również w wiele azjatyckich inicjatyw gospodarczych, nieustannie próbując zwiększać swą pozycję na tym polu oraz rywalizując z Indiami.

To właśnie Indie i Japonia są największymi konkurentami Chin. W przypadku Kraju Kwitnącej Wiśni wielkie znaczenie mają zaszłości historyczne: głównie wojna chińsko-japońska. Wrażliwemu na dumę narodową Pekinowi trudno jest pogodzić się z postawą Tokio, negującą ustami swych wysokich przedstawicieli zbrodnie wojenne, popełnione na Chińczykach podczas tego konfliktu (przy których blednie holocaust), pomimo oczywistych dowodów winy Japończyków. Warto pamiętać, iż to właśnie zamorska inwazja azjatyckiego państwa wytworzyła w ogromnym społeczeństwie Państwa Środka świadomość narodową, stając się jej spoiwem, ważnym do dzisiaj. Ponadto Japonia przez wielu analityków uważana jest za państwo, które w niedługiej przyszłości przejmie od Ameryki pałeczką pierwszej gospodarki świata. Kraj Kwitnącej Wiśni ma jednak silną armię, położony jest na wyspach i posiada wsparcie USA; czuje się zatem stosunkowo bezpiecznie. Nie może tego powiedzieć sąsiad ChRL: Wietnam. Również i w tym przypadku istnieją olbrzymie zaszłości historyczne. Chińczycy długo okupowali DRW, czego jej mieszkańcy nie są im w stanie zapomnieć, a współpraca między Hanoi i Pekinem podczas tzw. „wojny amerykańskiej" miała charakter czysto koniunkturalny. Między państwami istnieje też konflikt graniczny o wysypy na Morzu Południowochińskim. Prócz tego Wietnam wzmacnia się pod względem ekonomicznym, dzięki reformom prorynkowym. Chińczycy od połowy XX wieku żywili obawy, że Hanoi może stanąć na czele państw Półwyspu Indochińskiego (Laos, Kambodża), tworząc tym samym konkurencyjny dla Pekinu ośrodek władzy w Azji Południowowschodniej. Dlatego właśnie w roku 1979 ChRL najechała Wietnam, gdy jego przywódcy wysłali do Kambodży swe wojska, ażeby obalić Czerwonych Khmerów i wcielić w życie plan swej hegemonii w Indochinach. Konflikt w wymiarze militarnym zakończył się ciężką klęską Chin; politycznie przywrócono status quo, niemniej Wietnamczycy utwierdzili się w przekonaniu o wielkim zagrożeniu ze strony Państwa Środka, co jest widoczne do dnia dzisiejszego i wpływa na stosunki dwustronne.

O ile konflikty graniczne Chin z Wietnamem i Rosją zostały w ostatnim czasie skanalizowane (zwłaszcza współpraca z Moskwą układa się obecnie bardzo dobrze), to Indie są tym krajem regionu, na które Pekin zwraca największą uwagę. Warto przyjrzeć się bliżej różnicom między tymi dwoma państwami. O ile Chińczycy zdecydowanie forsują model państwa jednonarodowego (o czym przekonali się ostatnio muzułmańscy Ujgurzy czy też mieszkańcy Nepalu), to Indie otwarcie deklarują tolerancję i wielokulturowość (znajdują tam nawet schronienie uchodźcy z okupowanego przez Chiny tybetańskiego Nepalu). Ponadto, chociaż zarówno w przypadku Chin jak i Indii występują ogromne rozwarstwienia społeczne, to gospodarka tego drugiego państwa oparta jest na o wiele zdrowszych podstawach. Indie posiadają dużą kadrę doskonale wykształconych inżynierów. Mają tam również miejsce inwestycje technologiczne na skalę znacznie większą niż w Chinach, opierających się głównie na olbrzymim rezerwuarze taniej siły roboczej, której nie brakuje także w Indiach. Potencjał demograficzny obu tych państw jest podobny, a chociaż chińska gospodarka (trzecia na świecie) notowana jest, głównie dzięki suchym wskaźnikom, wyżej od indyjskiej (miejsce czwarte), to jednak w bardzo niedalekiej przyszłości Deli może przegonić Pekin. Ponadto Indie mają strategiczne poparcie USA, aczkolwiek ich istotną słabością jest konflikt graniczny z Pakistanem, jak również rzeczona wielonarodowość, zmniejszająca wszakże prawdopodobieństwo inwazji ChRL, gdyż Pekin po ewentualnym wchłonięciu milionów przedstawicieli obcej kultury, musiałby diametralnie zmienić swą politykę wewnętrzną. Interesującym jest również jak będą się dalej rozwijać stosunki na linii Chiny-islam. Dalsze prześladowania Ujgurów mogą spowodować działania odwetowe muzułmanów, a przecież Chiny graniczą z Afganistanem i Pakistanem; niedaleko leży również największe państwo islamskie świata - Indonezja.

Pomimo, iż pogranicze indyjskie nie należy do najspokojniejszych (zbrojny konflikt graniczny z Chinami w 1966 roku, bardzo świeżo zakończona wojna domowa na Sri Lance, nienajlepsze stosunki między Tajlandią a Birmą, mające źródła w zaszłościach historycznych i rywalizacji tych dwóch podobnych kulturowo państw), to na największą uwagę zasługuje kwestia Pakistanu. Problem z tym potężnym sąsiadem Indii ma charakter dwutorowy: po pierwsze - posiada on broń jądrową; po drugie - państwo jest spójnym tworem politycznym wyłącznie z nazwy. Oznacza to, iż okazuje się ono niezwykle podatne na wszelkie ruchy odśrodkowe i jest w chwili obecnej największym chyba zagrożeniem dla całego regionu Azji Południowowschodniej. W dużym stopniu stało się tak dzięki działaniom Amerykanów w Afganistanie. Talibowie, nie mogąc się utrzymać w dotychczasowych regionach swego bytowania, przenieśli się na pogranicze pakistańskie, gdzie otrzymali pomoc od miejscowych plemion koczowniczych oraz częściowo od armii, sprzedającej im nowoczesne uzbrojenie, w tym rakiety przeciwlotnicze. Rząd w Islamabadzie, wspierający za pieniądze wysiłki USA wbrew dużej części opinii publicznej, stał się celem dla licznych rodzimych i zagranicznych fundamentalistów, osłabiając tym samym swą pozycję. Pakistan praktycznie od zawsze był krajem szalenie niezbornym oraz podatnym na kryzysy polityczne, lecz jego obecna sytuacja stawia go niemal na krawędzi rozkładu. Co oczywiste, Indie czują się tym faktem bardzo zaniepokojone, gdyż jeśli władzę w Islamabadzie przejmą islamiści, dysponujący bronią jądrową, konflikt o Kaszmir zapewnie wybuchnie z nową siłą i może się nawet przerodzić w wojnę nuklearną. Deli przesuwa obecnie wojska nad granicę z Pakistanem, a Islamabad musi odpowiadać analogicznymi ruchami swych jednostek, chcąc zachować równowagę. Prowadzi to do coraz większej koncentracji żołnierzy i sprzętu, co jest szalenie niebezpieczne, gdyż w takiej sytuacji niewielki incydent może mieć ogromne konsekwencje. Ponadto Indie coraz głośniej wspominają o potrzebie interwencji prewencyjnej, w celu eliminacji zagrożenia pakistańskiego (obwinia się służby specjalne Islamabadu m.in. o organizację niedawnego zamachu terrorystycznego w Bombaju). Wodą na młyn tych spekulacji jest słabnięcie armii pakistańskiej, dotąd najlepszej podpory rządu, co uwidoczniło się przez to, iż fundamentaliści przejęli niedawno jej sztab główny, który trzeba było odbijać. Tak naprawdę nie wiadomo nawet z całą pewnością, gdzie znajdują się kody startowe pakistańskich głowic nuklearnych. W jaki sposób kwestie, opisane w niniejszym akapicie, zostaną rozwiązane, pozostaje sprawą w dużym stopniu otwartą.

Widać zatem wyraźnie, że sytuacja w Południowowschodniej Azji jest dzisiaj skomplikowana i, jeśli można tak powiedzieć, szalenie interesująca z analitycznego punktu widzenia. Po upadku systemu dwubiegunowego w roku 1989, wobec osłabienia Rosji i nadmiernego zaangażowania USA w Iraku i Afganistanie, wytworzyła się sytuacja, w której od lokalnych hegemonów azjatyckich - Chin, Indii i Japonii - zależy więcej niż kiedykolwiek dotąd. Jak poradzą one sobie w krzyżujących się wzajemnie kwestiach palących problemów politycznych, ekonomicznych możliwości i narodowych aspiracji jest bardzo istotne, gdyż zdeterminuje to nie tylko przyszłość tych państw, lecz los całego regionu. Do pewnego pesymizmu skłania niestety fakt, że zarówno Chiny jak i Japonia czują się w chwili obecnej niedowartościowane na arenie międzynarodowej; będą zatem dążyć do „odzyskania" swej pozycji. Z całą pewnością czynnik militarny pozostanie w tym działaniu jednym z ostatnich argumentów, niemniej należy oczekiwać, iż dominującym stylem uprawiania polityki w tamtym regionie świata będzie realistyczna wizja stosunków międzynarodowych.
Artykuł ukazał się w nr 16 (zima 2009) pisma polityczno-społecznego alt
Czytany 12588 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04