czwartek, 23 lipiec 2015 07:09

Nicolò Fasola: Powrót Zimnej Wojny? Rosja i USA w obecnej sytuacji międzynarodowej

Oceń ten artykuł
(6 głosów)

geopolityka Nicolò Fasola

W publicznych dyskusjach poświęca się ostatnio coraz więcej uwagi powrotowi do zimnowojennego scenariusza, kreśląc jego obraz w oparciu o narastające napięcia między Zachodem – a w szczególności Stanami Zjednoczonymi i Rosją Władimira Putina, którym towarzyszą nieustanne spory i wzajemne ostrzeżenia dotyczące możliwości przerzucenia broni atomowej. Poddając analizie stosunki Rosji z innymi państwami, rzeczywiście można stworzyć długą listę wydarzeń, które mogłyby być uzasadnieniem dla tej historycznej analogii: począwszy od reelekcji W. Putina na prezydenta Federacji Rosyjskiej w 2004 r., kiedy to na Ukrainie wybuchła Pomarańczowa Rewolucja, poprzez wstąpienie do NATO siedmiu krajów niegdyś należących do Układu Warszawskiego, pierwszy kryzys gazowy między Moskwą a Kijowem z 2006 r., a także wojnę rosyjsko-gruzińską (2008), na obecnej sytuacji skończywszy.

Jednak porównanie to było i jest zupełnie niewłaściwe, nie tylko pod względem historycznym czy w odniesieniu do aktualnej sytuacji, ale także dlatego, że jego częste stosowanie na płaszczyźnie politycznej niesie za sobą ryzyko błędnego pojmowania faktów oraz nieodpowiednich reakcji, które nie dość, że zniekształcają rzeczywistość, to mogą przyczynić się do powstania tzw. „samospełniających się proroctw”, tzn. do urzeczywistnienia scenariuszy, które na chwilę obecną są dalekie od realizacji. Pojęcie „nowa Zimna Wojna”, będące uproszczeniem rzeczywistości, utrudnia zrozumienie przebiegu oraz złożoności aktualnego kryzysu, uniemożliwiając tym samym jego szybkie i skuteczne rozwiązanie. Należy zatem wskazać podstawowe różnice między aktualnym stanem rzeczy a tym, z którym mieliśmy do czynienia przez pierwsze 50 lat po II wojnie światowej, wyjaśniając, z jakich powodów i pod jakim względem porównania do Zimnej Wojny są błędne, a jednocześnie przedstawiając realne, czy też najbardziej prawdopodobne, możliwości rozwoju sytuacji. W tym celu należy przeanalizować ogólny kształt stosunków międzynarodowych, określając, czy i w jakim stopniu obecna sytuacja międzynarodowa różni się od sytuacji w latach 1945–1991, a także wyciągnąć odpowiednie wnioski na temat polityki zagranicznej najważniejszych graczy areny międzynarodowej.

Pierwsze kryterium, które należy wziąć pod uwagę, to podział władzy na szczeblu światowym. Władza – rozumiana tutaj zarówno jako dysponowanie odpowiednimi środkami materialnymi, przede wszystkim militarnymi, jak i umiejętność wywierania wpływu na innych – w największym stopniu determinuje stosunki międzynarodowe, kształtując pewien porządek w relacjach między państwami. Nawet jeśli jest to kwestia dyskusyjna, można przyjąć, że międzynarodowa hierarchia opiera się przede wszystkim na nierównościach. Właśnie tutaj dostrzegalna jest największa różnica w stosunku do okresu Zimnej Wojny, która sama w sobie pozwala dokładnie wyjaśnić, dlaczego wspominana już historyczna analogia jest niepoprawna.

Po pierwsze, w przeciwieństwie do obecnej sytuacji, mieliśmy wówczas do czynienia z systemem dwubiegunowym, w którym istniały dwa supermocarstwa – USA i ZSRR. Wykorzystując ogromną przewagę nad innymi graczami areny międzynarodowej oraz swego rodzaju zmowę, mającą na celu utrzymanie takiego stanu rzeczy, każde z dwóch państw było w stanie kontrolować swoją część globu. Na szczycie międzynarodowej hierarchii stały zatem dwa mocarstwa, które dyktowały reguły gry w swoich strefach wpływów i wzajemnie zapobiegały – strasząc widmem atomowej zagłady – ingerencjom przeciwnika na własnym terytorium. Po upadku Muru Berlińskiego i zakończeniu Zimnej Wojny system przybrał kształt jednobiegunowej struktury, na której wierzchołku znaleźli się zwycięzcy wojny – Stany Zjednoczone. Korzystając ze swojej znacznej przewagi nad innymi krajami w różnych aspektach stosunków międzynarodowych, USA pracowały redefinicją powojennego porządku w taki sposób, aby gwarantował on im hegemonię. Obecnie światowe przewodnictwo Ameryki wydaje się być poważnie zagrożone ze względu na serię niesprzyjających jej wydarzeń, które wciąż popychają system w kierunku wielobiegunowości i czynią politykę zagraniczną Waszyngtonu nieskuteczną. Niemniej jednak właśnie z tej przyczyny nieuzasadnione pozostaje stwierdzenie, że obecna sytuacja międzynarodowa przypomina dwubiegunowy świat, w którym władzę miały tylko dwa państwa. Należy zatem odpowiedzieć na pytanie: czym obecnie charakteryzują się dwie zimnowojenne potęgi?

Federacja Rosyjska w pewien sposób wypełniła lukę powstałą po porażce i implozji Związku Radzieckiego, zgadzając się, wraz z innymi postradzieckimi republikami, na przyjęcie roli, która została im przypisana przez pewne zgromadzenia międzynarodowe – a przede wszystkim przez ONZ. Pomijając formalne funkcje, jakie dzisiejsza Rosja pełni w różnych systemach instytucjonalnych, ma ona niewiele wspólnego ze swoim „poprzednikiem”. Jeśli chodzi o mocarstwowość, można uznać, że potęga Rosji chyli się dziś ku upadkowi: zarówno pod względem ekonomicznym (jeśli weźmiemy pod uwagę trwające od wielu lat znaczne spowolnienie wzrostu gospodarczego i całkowite uzależnienie własnych przychodów od sektora energetycznego), demograficznym (Rosja nie znajduje się nawet w połowie listy państw o największym przyroście naturalnym, lecz, przeciwnie, boryka się z takimi samymi problemami, jakich doświadcza Europa Zachodnia, tzn. ze starzeniem się społeczeństwa, niskim tempem przyrostu ludności), a także pod względem militarnym (pomimo zapowiedzi i nieśmiałych prób modernizacji, braki w zakresie sił konwencjonalnych udaje się jedynie częściowo zrekompensować dzięki posiadanemu arsenałowi jądrowemu, a stworzona w czasach radzieckich sieć zabezpieczeń otaczających kraj przestaje funkcjonować).

Stany Zjednoczone jako podupadający hegemon, zachowują wprawdzie przewagę wojskową nad innymi państwami, a nawet udało im się ją zwiększyć, ale przekłada się ona w coraz mniejszym stopniu na wpływy i faktyczną zdolność kształtowania stosunków międzynarodowych. Przyczynia się do tego utrata prymatu gospodarczego Waszyngtonu na rzecz państw, których aż do końca lat 1990’ nikt nie brał pod uwagę w tym względzie, takich jak Chiny i Indie, a także wyraźny spadek zainteresowania amerykańskim przewodnictwem, spowodowany m.in. kulturowym kryzysem systemu. Z drugiej strony, w przypadku tak dynamicznej struktury, jaką jest społeczność międzynarodowa, trudno jest w sposób szybki i wyraźny zidentyfikować podstawowe wyzwania, ponieważ ciągle przybywa w niej graczy (zarówno państw, jak i innych bytów), którzy coraz głośniej domagają się przestrzegania praw do własnej suwerenności, w związku z czym możliwości skutecznego wywierania wpływu – poprzez siłę czy perswazję – niezbędne, by utrzymać władzę w świecie skupionym wokół jednej osi, są coraz bardziej ograniczone. Schyłek amerykańskiej dominacji oraz, pod wieloma względami kontrowersyjny, sposób zarządzania sojuszem po Zimnej Wojnie, sprawiły, że NATO – wojskowy twór, zrzeszający kraje osi euroatlantyckiej – stopniowo traci swoje strategiczne znaczenie. W związku z tym, że ta wojenna koalicja zdołała już w zasadzie spełnić swoje zadanie – stawić opór ZSRR i zwyciężyć w Zimnej Wojnie – w latach 1990’ z wielu stron, a w szczególności z USA, dochodziły głosy nawołujące do jego rozwiązania, by uniknąć porażki na kształt tych, jakie miały miejsce w roku 1815, 1919 czy 1945. Niemniej jednak zrobiono wszystko, by koalicja dalej funkcjonowała. Skutki były widoczne od razu: zgodnie z przewidywaniami przeciwników NATO sojuszowi nie udało się odświeżyć własnej struktury, ponieważ pozbawiona była ona celu i wroga, które mogłyby sprzyjać podejmowaniu decyzji ukierunkowanych na uzgodnione i jednolite działania, w wyniku czego pogrążone od wielu lat w kryzysie oczekiwań NATO pełniło jedynie marginalną rolę podczas ostatnich konfliktów.

Kolejne kryterium stanowi aspekt przestrzenny, co w dużym stopniu łączy się z poprzednimi obserwacjami. Można zauważyć dwie fundamentalne różnice w tej kwestii: pierwsza dotyczy przestrzeni samej w sobie, zaś druga wiąże się ze zjawiskiem globalizacji.
W czasie trwania Zimnej Wojny ówczesne mocarstwa podzieliły glob na dwie ogromne strefy wpływów, tzw. bloki. Stosunki między nimi były regulowane przez trzy podstawowe zasady:

• zasadę wyłączności, zgodnie z którą, na własnym terenie nie toleruje się ingerencji z zewnątrz;

• zasadę przedstawicielstwa, która dawała mocarstwom prawo do kontrolowania i kierowania polityką zagraniczną państw, należących do danego bloku;

• zasadę interwencji, na mocy której owe mocarstwa uzurpowały sobie prawo do ingerowania w politykę wewnętrzną innych państw w swojej strefie wpływów.

Scenariusz ten zakładał zatem brak wzajemnej ingerencji między blokami, jednocześnie zezwalając na ingerencję wewnątrz nich. Terytorialne napięcia były najbardziej widoczne na kontynencie europejskim, gdzie obie strefy wpływu w sposób namacalny odpowiadały na wojskowe ruchy przeciwników, tzn. odpowiednio NATO lub Układu Warszawskiego.

Obecna sytuacja różni się od ówczesnej pod wieloma względami. Przede wszystkim międzynarodowy system nie jest już podzielony na bloki. Po rozpadzie ZSRR i Układu Warszawskiego blok wschodni podzielił się na wiele bytów o mniej lub bardziej określonej państwowości, które samodzielnie odtąd decydowały o swojej przynależności do międzynarodowej wspólnoty, odbudowując własną suwerenność. Po 1991 roku Rosja z pewnością starała się zachować pewien poziom wpływów w państwach, które wcześniej przynależały do jej bloku – tzw. bliskiej zagranicy – niejednokrotnie wykorzystując w tym celu argument siły czy korupcję. Niemniej jednak nie jest to dowód na kształtowanie się bloku większego od tego, jaki tworzą kraje Europy Zachodniej poprzez podtrzymywanie amerykańskich inicjatyw. Co więcej, krótka analiza wspomnianych już trzech fundamentalnych zasad bipolarnego systemu, które nie znajdują przecież odzwierciedlenia w dzisiejszym kontekście, każe skłaniać się ku wcześniej postawionej tezie, podobnie jak fakt, że w ostatnich dziesięcioleciach republiki postradzieckie znacznie częściej wybierały orientację euroatlantycką.

Ponadto geopolityczna gra nie toczy się już w Europie. Trzeba wziąć pod uwagę proces, który rozpoczął się w latach 1960’ i sprawił, że obecnie nie istnieje jedna regionalna oś napięcia. Różne obszary świata, które nie sposób wymienić, charakteryzują się innymi właściwościami i są rządzone przez odmienne dynamiczne siły, co wymaga poświęcenia każdemu z nich pewnej uwagi ze strony graczy areny międzynarodowej. To, co wydarzyło się w ostatnich latach na Ukrainie, może znaleźć swoje uzasadnienie – jedno z wielu możliwych – w przesłankach natury geopolitycznej, które mają niewiele wspólnego z retoryką zimnowojenną, natomiast wiążą się z obawami Federacji Rosyjskiej, dotyczącymi zagrożenia, wynikającego z przesuwania infrastruktury NATO w pobliże jej granic, które ma być nieuniknioną konsekwencją ewentualnego szybkiego wstąpienia Ukrainy do Unii Europejskiej. Należy jednak podkreślić, że nie chodzi tutaj o zwyczajne zbliżanie się do rosyjskich granic. Tym, co budzi agresję Rosji jest perspektywa obecności NATO przy jej południowych granicach, która zgodnie z myślą strategiczną Moskwy jest pojmowana jako bezpośrednie rozszerzenie wpływów i rozwój potęgi Stanów Zjednoczonych. Na postawę Rosjan nie wpływa zatem „agorafobia", czy też czysto izolacjonistyczny lęk, lecz, przeciwnie – jest to swego rodzaju sprzeciw wobec bliskiej obecności wojskowej potężnego i coraz bardziej niebezpiecznego amerykańskiego hegemona. W rzeczywistości postradziecka Rosja nigdy nie zaprzestała działań na rzecz umacniania wspólnej polityki zagranicznej i obronnej Unii Europejskiej, mając na uwadze fakt, że z jednej strony wpływa ono korzystnie na spójność decyzji jej największego zachodniego partnera gospodarczego, a co za tym idzie, także na stabilność strategiczną całego kontynentu, a ponadto może przyczynić się do utraty uprzywilejowanej pozycji przez NATO i doprowadzić ostatecznie do rozwiązania sojuszu – ostatniego i jedynego reliktu Zimnej Wojny, który można dziś bez wahania wskazać.

Warto poddać analizie także inną tendencję, która rozwinęła się w zupełnie innym kierunku niż przewidywany, tzn. regionalizację systemu. Snując rozważania o globalizacji, można bezsprzecznie stwierdzić, że o ile zjawiska wymiany gospodarczej, finansowej, walutowej i kulturowej znacznie się nasiliły, łącząc w ten sposób odległe części globu, o tyle na polu strategicznym oraz dyplomatycznym nie zdarzyło się nic podobnego, a nawet dostrzegalny jest pewien regres względem okresu Zimnej Wojny, kiedy rywalizacja między dwoma supermocarstwami miała zasięg globalny i dotyczyła, bez wyjątku, każdego obszaru systemu międzynarodowego.

Stany Zjednoczone oraz Związek Radziecki kierowały się nie tylko ambicją, by uniemożliwić sobie na wzajem ingerencje w każdym z zakątków własnego terytorium, dążąc w ten przekorny sposób do zwycięstwa: co więcej, wszelkie podejmowane przez rywala próby rozszerzenia własnych wpływów niosły za sobą głębokie konsekwencje dla obszaru, na którym rozgrywała się kluczowa gra – kontynentu europejskiego  – podnosząc tym samym ryzyko nuklearnej zagłady. Podsumowując, system międzynarodowy był wewnętrznie silnie powiązany  – tzn. zglobalizowany – pod względem strategicznym do tego stopnia, że każde wydarzenie, które w jakimś stopniu dotyczyło interesów – niekoniecznie najbardziej istotnych – któregoś z supermocarstw, budziło widmo bezpośredniego destrukcyjnego konfliktu, nawet jeśli jego punkt zapalny miałby znajdować się z dala od serca Europy, w którym stykały się oba bloki. Innymi słowy, wydarzenia odległe w przestrzeni miały globalne reperkusje. Dzisiaj mamy do czynienia z zupełnie innym scenariuszem: wciąż rosnąca liczba graczy areny międzynarodowej, o której była już mowa, oraz regionalizacja systemu przyczyniły się do zerwania wcześniejszych wewnętrznych powiązań strategiczno-dyplomatycznych, doprowadzając tym samym do sytuacji, w której pojedyncze wydarzenia, takie jak kryzysy polityczno-wojskowe, trudno jest ze sobą powiązać, co skutkuje coraz mniejszym zaangażowaniem oraz zainteresowaniem państw względem incydentów geograficznie odległych, które nie są postrzegane jako bezpośrednie zagrożenie dla ich własnych interesów strategicznych.

W konsekwencji również polityka zagraniczna obydwu krajów – USA i Rosji – znacznie się zmieniła w stosunku do postawy, jaką przyjęły one podczas Zimnej Wojny. Po pierwsze, Rosja nie jest w stanie odzyskać swoich wpływów w krajach byłego bloku wschodniego, ponieważ nie dysponuje już odpowiednim potencjałem, zarówno jeśli chodzi o niezbędne zasoby, środki przymusu czy ideologiczną atrakcyjność. Rosyjscy decydenci polityczni pogodzili się – już jakiś czas temu – z takim stanem rzeczy. Krótka analiza wytycznych programowych, dotyczących bezpieczeństwa narodowego Rosji z lat 2002, 2008 i 2013, pozwala dostrzec, że ambicje tego państwa przybrały nowy kształt: najważniejszym celem Moskwy jest uzyskanie statusu regionalnego mocarstwa o bezpiecznych granicach, które utrzymuje bliskie stosunki z państwami sąsiadującymi. Ponadto pojawienie się pewnych napięć między Zachodem a Rosją wzdłuż wspólnej granicy samo w sobie nie oznacza nawet w najmniejszym stopniu powrotu do zimnowojennej retoryki, lecz jest jednym z nieodłącznych elementów międzynarodowego współżycia, zwłaszcza że mamy obecnie do czynienia z kształtowaniem się wielobiegunowego układu.

Zmiany wewnątrzsystemowe ograniczają ryzyko wybuchu konfliktu nuklearnego, choć nie zmniejszają ogólnego ryzyka konfliktu zbrojnego. Jak utrzymują analitycy, prawdopodobieństwo rosyjskiego ataku z użyciem taktycznej broni jądrowej na cele zlokalizowane w Europie Wschodniej jest bliskie zera, zarówno z przyczyn militarnych, takich jak ich bliskie sąsiedztwo geograficzne, gospodarczych – taki atak stanowiłby jednocześnie uderzenie na jeden z głównych szlaków komunikacji z Unią Europejską, jak i z uwagi na kwestie społeczne, a przede wszystkim na przynależność do międzynarodowej społeczności, która jest dla Rosji sprawą kluczową, a do której utraty nie chciałaby doprowadzić poprzez tak daleko idące działania. Podobnie Stany Zjednoczone również nie mogą sobie pozwolić na ponoszenie kosztów nuklearnej ofensywy – nawet takiej, która nie dotknęłaby bezpośrednio terytorium rosyjskiego – zarówno ze względów materialnych, jak i dyplomatycznych, ponieważ z całą pewnością skutkowałaby ona bardziej lub mniej stanowczą i jednogłośną decyzją europejskiego partnera o oddaleniu się od osi atlantyckiej. Ciągłe przypominanie sobie na wzajem o posiadanym potencjale jądrowym powinno być zatem postrzegane raczej jako element politycznej retoryki. Podobnie należy odczytywać ostatnie zapowiedzi Kremla, dotyczące umocnienia arsenału jądrowego, mając na uwadze, że Rosja już od 1991 roku usiłuje przeprowadzić modernizację sił zbrojnych, lecz liczne trudności napotkane w zakresie unowocześnienia sił konwencjonalnych sprawiły, że obejmuje ona głównie siły jądrowe – najprawdopodobniej mamy więc do czynienia zaplanowaną uprzednio rozbudową arsenału, jednak decyzja o nagłośnieniu tych działań została podjęta ze względu na nowe okoliczności. Niemniej jednak, nawet jeśli z obiektywnego punktu widzenia wykluczona jest możliwość wybuchu konfliktu nuklearnego, w związku z czym należałoby unikać porównań do Zimnej Wojny, z subiektywnego punktu widzenia, rozważania na temat ewentualnego wykorzystania własnego potencjału jądrowego mogą pociągać za sobą wystąpienie rzeczywistych problemów. Jeśli w umysłach politycznych decydentów zrodzi się tendencja do podobnych rozważań, a broń nuklearna zagości (na powrót) w języku politycznym jako przedmiot codziennego użytku, wystarczy krok do jej faktycznego wykorzystania lub przekonania, że wróg może rzeczywiście jej użyć. Jest to klasyczny przykład zaburzenia postrzegania, typowego dla środowisk takich jak społeczność międzynarodowa, dla której prawdziwym dylematem jest brak absolutnej pewności, co do intencji wroga. Dlatego też rządzący powinni sięgać po terminy bardziej wiarygodne i mniej – pod tym względem – ryzykowne.

Trzecie kryterium, którym można się posłużyć, stanowią kwestie natury ideologicznej i kulturowej. Mimo że często pomija się ten aspekt w analizach systemu międzynarodowego, pozwala on na przyjęcie kompleksowego podejścia i wzbogacenie go o wnioski, których w przeciwnym razie nie udałoby się wysunąć, zwłaszcza w tym przypadku, gdy celem jest uwypuklenie podobieństw i różnic między poszczególnymi państwami. Takie narzędzie analizy okazuje się być szczególnie przydatne w badaniach fenomenu Zimnej Wojny, podczas której walka między mocarstwami toczyła się również  – lub przede wszystkim – na płaszczyźnie ideologicznej.

Powszechnie wiadomo, że dwubiegunowa rywalizacja skupiała się wokół dwóch odrębnych propozycji, z których jedna wykluczała drugą, oznaczając wybór między kapitalizmem a komunizmem. Były to nie tylko dwa zupełnie różne podejścia do problemów gospodarczych, ale także dwa odmienne spojrzenia na kwestie sprawowania władzy, organizacji społeczeństwa oraz modeli życiowych, niemniej jednak w jednym i drugim przypadku przypisywano sobie miano prawdziwych obrońców demokracji. W batalii między kapitalizmem a komunizmem, ucieleśnianymi odpowiednio przez Zachód i blok wschodni, która rozciągnęła się na płaszczyznę globalną, przekraczając linie graniczne oraz bariery fizyczne, toczono bój o zdominowanie myśl politycznej kolejnych jednostek, by uzyskać przewagę nad przeciwnikiem i zreorganizować cały system w zgodzie z własnymi zasadami. Można zatem stwierdzić, że rywalizacja między USA i ZSRR miała charakter nie tyle globalny, co totalny. Na płaszczyźnie ideologicznej owa dwubiegunowa rywalizacja przyjmowała czysto uniwersalistyczną formę: każda ze stron kierowała się przeświadczeniem, że ma mesjanistyczną rolę do spełnienia, stawiając sobie za cel przemycenie własnej koncepcji świata wszędzie tam, gdzie jeszcze ona nie dotarła, celem wyzwolenia kolejnych narodów od błędnego przekonania, w którym dotychczas żyły. Oczywiście można uznać, że było to przede wszystkim narzędzie, które miało za zadanie ułatwić rozprzestrzenianie się myśli politycznej w różnych obszarach międzynarodowego systemu, niemniej jednak taka interpretacja byłaby zbyt wąska, ponieważ mamy tutaj do czynienia z jednym z elementów rzeczywistego konfliktu. Czy wzdłuż dzisiejszej linii napięć między Rosją a Zachodem można odnaleźć dowody na równie gwałtowne ścieranie się modeli ideologicznych?

Odpowiedź nie może być twierdząca. W ciągu ostatnich 20 lat, mimo pewnych odstępstw od tej tendencji, stopniowo odchodzono od przekonania o skuteczności i użyteczności globalnego języka, który mógłby pokonać istniejące granice oraz różnice, doprowadzając w ten sposób do konsensusu. Jeśli chodzi o Stany Zjednoczone – jedyne państwo, które po Zimniej Wojnie mogłoby podjąć tego typu działania – łatwo zauważyć, że obydwie wypracowane tam koncepcje ideologiczne, zarówno ta wspierająca przemiany rynkowe oraz proces demokratyzacji, jak i druga, koncentrująca się na walce z terroryzmem, napotkały wiele trudności na swojej drodze do pełnej realizacji – po pierwsze z powodu niemożności całkowitego przeniesienia zachodnich modeli poza granice samego Zachodu, po drugie ze względu na niemożliwość wskazania jednego, wspólnego dla wszystkich wroga czy też określenia ostatecznego celu, który należy osiągnąć – i okazały się być jedynie zwykłym elementem politycznej retoryki. Oprócz wewnętrznej nieścisłości ideologii opartej na przekonaniu o „amerykańskiej wyjątkowości", do jej niepowodzenia przyczyniła się przede wszystkim ideologiczna heterogeniczność systemu. Gdy zakończył się okres Zimnej Wojny, podczas której w każdym z dwóch bloków występowało zjawisko zupełnej jednolitości kulturowej, przestały istnieć uwarunkowania geopolityczne wymuszające utożsamienie się z jednym lub drugim modelem, a międzynarodowy system uległ procesowi regionalizacji. Nastąpiło wówczas nagłe rozprężenie i ekspansja przekonań o własnej unikatowości, które wiązały się z nawoływaniem do samodzielnego decydowania o wymiarze własnej przynależności do systemu i okazały się zupełnie niewrażliwe na zewnętrzne wpływy, jak i sprzeczne z próbami odbudowania ideologicznej jednolitości systemu. Nawet jeśli zjawisko to nie ma pozytywnego wpływu na stabilność międzynarodowego ładu, nie stanowi też z pewnością dowodu na słuszność wspomnianej historycznej analogii.

Krótka analiza pod kątem różnic kulturowych pozwala jedynie na wskazanie dwóch odmiennych wizji Europy, które dzielą Rosję Władimira Putina i Unię Europejską. Rozbieżności w podejściu do praw człowieka, politycznej odpowiedzialności, zależności między polityką a religią oraz stosunku do otaczającego świata, nie tworzą jednak póki co gruntu, na którym mogłaby się rozegrać nowa globalna rywalizacja, lecz są odzwierciedleniem istniejących różnic wartości między liberalną postawą Unii Europejską a konserwatywnym podejściem Rosji.

Co więcej, ryzyko powrotu do globalnej ideologicznej rywalizacji można dziś uznać za bardzo odległe także ze względu na to, że charakter retoryki Kremla wynika z potrzeby usprawiedliwienia własnych działań. Dla dzisiejszej Rosji, w której wciąż toczą się wewnętrzne spory, dotyczące ustosunkowania się do własnej przeszłości, nacjonalizm jest drogą do zbudowania konsensusu, który ma wykluczyć możliwość rozpadu państwa z powodu istniejących napięć etnicznych, z jakimi Rosja jako terytorium wielokulturowe musi się borykać od początku swojego istnienia. Nacjonalizm ten jest z jednej strony silnie prorosyjski, ponieważ stawia na piedestale obywateli Rosji zamieszkujących jej dzisiejsze terytorium, lecz z drugiej strony czerpie on także z kulturowej koncepcji panslawizmu, która pozwala na rozciągnięcie pojęcia „rosyjskości" na inne historycznie słowiańskie obszary, leżące niegdyś w granicach ZSRR. W związku z tym, że ten ostatni aspekt może sam w sobie stać się źródłem sporów z byłymi krajami bloku wschodniego, dzisiejszy model nacjonalizmu rosyjskiego z pewnością nie może konkurować z koncepcjami globalnego wyzwolenia (jeśli takowe w ogóle istnieją) pod względem moralnej wyższości, ponieważ opiera się na kwestiach natury etnicznej, które nie odnoszą się do globalnej populacji. Chociaż z przemów rosyjskich polityków może czasem wynikać, że są oni przekonani o tym, iż koncepcja ta przeniesiona na płaszczyznę międzynarodową mogłaby uzyskać pełne poparcie, ich głównym adresatem jest jednak naród rosyjski, a celem uzasadnienie przy ich pomocy działań, jakie rząd podejmuje, by zachować wewnętrzną spójność państwa.

Powyższe obserwacje pozwalają na wyciągnięcie końcowych wniosków na temat słuszności (lub jej braku) stosowania porównania do Zimnej Wojny w kontekście obecnych napięć między Zachodem i Rosją.

Okazuje się ona być niewłaściwa przede wszystkim dlatego, że zakłada wystąpienie pewnych ewentualności, które mogłyby mieć miejsce jedynie w przypadku istnienia na szczeblu międzynarodowym struktury władzy o charakterze dwubiegunowym. Zarówno Stany Zjednoczone, jak i Rosję można dziś pod wieloma względami uznać za mocarstwa upadłe. W obecnych warunkach nie  są one w stanie doprowadzić do odrodzenia się okoliczności, które charakteryzowały okres Zimnej Wojny, tzn. widma wybuchu globalnego konfliktu czy specyficznego układu władzy na świecie. Ponadto obecna sytuacja geopolityczna i geostrategiczna nie sprzyjają powrotowi do zimnowojennego scenariusza. W dzisiejszym, silnie zregionalizowanym systemie międzynarodowym nie ma miejsca na globalizację konfliktów z jednej prostej przyczyny – lokalne konflikty nie zagrażają kluczowym interesom żadnego z tych państw. Co więcej, wieloaspektowe problemy, z jakimi borykają się Stany Zjednoczone i Rosja, sprawiają, że nie mogłyby one w żaden sposób wpłynąć – przynajmniej w średnioterminowej perspektywie – na zwiększenie zasięgu ewentualnego konfliktu i jego przeniesienie na kolejne terytoria. Nie można też porównywać istniejących napięć natury ideologicznej do tych, z którymi mieliśmy do czynienia podczas Zimnej Wojny. Polityczny język i kulturowy przekaz żadnego z dwóch krajów nie jest bowiem w stanie doprowadzić do międzynarodowego zjednoczenia, zarówno ze względu na wewnętrzne zróżnicowanie systemu, jak i na wątpliwą atrakcyjność bądź ograniczony zasięg ich treści.

Poddając analizie aktualną sytuację międzynarodową, trudno dostrzec jakiekolwiek podobieństwa do okresu Zimnej Wojny, należy zatem uznać, że używanie wspomnianej analogii historycznej w tym kontekście nie sprzyja nakreśleniu rzeczywistych tendencji. Jest natomiast działaniem niewłaściwym, uniemożliwiającym kompleksowe zrozumienie konfliktu a także odnalezienie odpowiedniego rozwiązania. Jedną z przyczyn upowszechnienia się tego sformułowania jest niewątpliwie widoczne ostatnio zaostrzenie się języka politycznego, polegające na stosowaniu pewnych skrótów myślowych, mających na celu przyciągnięcie uwagi oraz nadanie komunikatom – przynajmniej w sposób powierzchowny – bardziej bezpośredniego tonu. Tendencja ta zaburza postrzeganie rzeczywistości, utrudnia rozumienie przyczyn poszczególnych wydarzeń i poszukiwanie możliwych rozwiązań. Brak jasnych komunikatów dotyczących prawdziwej natury zachodzących obecnie procesów, czy raczej próby jej zamaskowania poprzez stosowanie licznych uproszczeń, uniemożliwiają wszczęcie rzeczowej dyskusji na ten temat. Posługiwanie się tego typu porównaniami zdradza też rzeczywiste zamiary obu państw – nie przygotowują się one do przyszłych wojen, lecz wciąż nawiązują do konfliktów z przeszłości. Przedstawiając istotę aktualnych zjawisk przez pryzmat przeszłych wydarzeń, których rezultat jest już znany, władze państw starają się zatem oddalić widmo wojny – to znaczy przyczynić się do stabilizacji sytuacji międzynarodowej – próbując tym samym upewnić się wzajemnie co do przewidywalności własnych decyzji. I właśnie dlatego zimnowojenny scenariusz nie może się spełnić.

Przekład: Martyna Pałys
Źródło: http://www.bloglobal.net/2015/07/ritorno-alla-guerra-fredda-russia-e-usa-nellattuale-contesto-internazionale.html
Fot. uraniuminvestingnews.com

Czytany 4797 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 23 lipiec 2015 08:09