poniedziałek, 31 maj 2010 08:48

Marcin Maroszek: Rozczarowanie - polityka administracji Baracka Obamy wobec Ameryki Łacińskiej

Oceń ten artykuł
(1 głos)

alt

Marcin Maroszek

Kiedy w styczniu 2009 r. Barack Obama obejmował urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych, Ameryka Łacińska z nadzieją oczekiwała serii pozytywnych zmian w polityce Waszyngtonu wobec regionu. Po ponad roku rządów nowej administracji,  mimo pewnych pozytywnych sygnałów, rejestr jej dokonań na zachodniej półkuli jednak rozczarowuje.geopolityka

Po dwóch kadencjach George’a Busha Jr., kiedy relacje Waszyngtonu z Ameryką Łacińską osiągnęły stan najgorszy od lat, region wiązał z prezydenturą Baracka Obamy ogromne nadzieje. Jego stanowisko względem kierunku latynoamerykańskiej polityki Waszyngtonu, niegdyś w dużej mierze zbieżne z oczekiwaniami regionu, zaczęło się jednak zmieniać już w trakcie końcowego etapu kampanii prezydenckiej. Krytyka dotychczasowych działań jego poprzednika na tej płaszczyźnie zaczęła stopniowo łagodnieć i ustępować miejsca teoriom o konieczności kontynuacji części z odziedziczonych wytycznych. Z czasem trend ten okazał się jeszcze bardziej wyraźny. Mimo nadziei, jakie rozbudził 44. prezydent USA swą wizytą na Szczycie Ameryk w kwietniu 2009 r., już wtedy widoczne były sygnały, że nowa, pozytywna retoryka Obamy niekoniecznie będzie mieć pokrycie w konkretnych działaniach. Wydarzenia kolejnych miesięcy pokazały, iż poza symboliczną zmianą jakościową i drobnymi osiągnięciami na polu wzajemnego zbliżenia, oczekiwania względem nowej administracji znacząco rozbiegają się z realizowaną przez nią polityką.

Problemy z kadrą

Odzwierciedleniem porażki dotychczasowej polityki latynoamerykańskiej Obamy były problemy z mianowaniem kadry odpowiedzialnej za ten region w Departamencie Stanu. Do listopada 2009 r. Stany Zjednoczone nie posiadały dwóch z najważniejszych osób w kraju, które powinny realizować ten kierunek polityki zagranicznej Waszyngtonu. Nominacje Arturo Valenzueli na Podsekretarza Stanu ds. Zachodniej Półkuli oraz Thomasa Shannona na ambasadora amerykańskiego w Brazylii były blokowane w senacie przez republikanina Jima DeMinta, który domagał się zmian w postawie USA wobec kryzysu w Hondurasie[1]. Dopiero w listopadzie ubiegłego roku, czyli po 10 miesiącach od objęcia urzędu przez Baracka Obamę, obydwaj politycy objęli swoje stanowiska. Na domiar złego, tak oczekiwana przez zwolenników nowych relacji Stanów Zjednoczonych z regionem nominacja Valenzueli zaraz na starcie przyniosła rozczarowanie. Valenzuela jest politykiem doświadczonym, znającym region i ze względu na swój pragmatyzm postrzegany był, jako nadzieja na definitywną zmianę w polityce latynoamerykańskiej Waszyngtonu[2]. Tymczasem, podczas swej pierwszej podróży po regionie, w Argentynie w grudniu 2009 r. nowy Podsekretarz Stanu ds. Zachodniej Półkuli popełnił faux pax publicznie krytykując zarządzanie gospodarką argentyńską przez rząd Cristiny de Kirchner[3].

Inna kluczowa osoba w administracji Obamy odpowiedzialna za stosunki z regionem – Sekretarz Stanu Hilary Clinton – lawiruje między twardolinijną polityką, niewiele różniącą się od tej prowadzonej przez poprzednią administrację, a bardziej pojednawczym i otwartym na współpracę tonem. Jej niedawna podróż po regionie nie przyniosła – wbrew oczekiwaniom – żadnego nowego pomysłu na rozwój relacji Stanów Zjednoczonych z Ameryką Łacińską, co spotkało się z krytyką regionu[4]. Reszta latynoamerykańskiej ekipy Obamy, z Danym Rastrepo, Dyrektorem ds. Zachodniej Półkuli w National Security Council na czele, nie dała się poznać w żaden wyraźny sposób. Zauważyć należy ponadto, że prezydent nie zrealizował swej przedwyborczej obietnicy utworzenia stanowiska specjalnego wysłannika do regionu.

Honduras – test niezaliczony

Jednym z podstawowych wyznaczników, który ukształtował ocenę dotychczasowej polityki Obamy wobec Ameryki Łacińskiej, była postawa Waszyngtonu wobec zamachu stanu w Hondurasie. Jeśli rozpatrywać to w kategoriach „testu” postawy nowej administracji amerykańskiej wobec regionu, stwierdzić należy, że Barack Obama owego testu nie zdał[5].

Stanowisko Waszyngtonu w tej kwestii można określić jako zdystansowanie, bierne czekanie i powstrzymywanie się od jakichkolwiek zdecydowanych działań. Było to widoczne już na początku kryzysu. Zaraz po wydarzeniach z 28 czerwca 2009 r. Stany Zjednoczone powstrzymywały się od określenia ich mianem zamachu stanu, mimo że uczyniły to OPA i większość krajów regionu. Kiedy w końcu Waszyngton dołączył w tym wymiarze do reszty państw zachodniej hemisfery, dołożył wszelkich starań, aby przy pomocy nomenklaturowej ekwilibrystyki złagodzić swe stanowisko i pozbawić je jakiegokolwiek wyrazu. Choć użyto słów „zamach stanu”, zastrzeżono jednocześnie, iż nie był to „wojskowy” zamach stanu, z czym w świetle amerykańskiego prawa wiązałoby się automatyczne odcięcie pomocy nowym władzom Hondurasu. Abstrahując od roli honduraskiej armii w zamachu stanu (którą określić należy jako kluczową), było to bodajże pierwsze takie rozróżnienie w historii amerykańskich relacji z regionem. Wymiernym efektem takiej postawy Waszyngtonu było to, iż siły stojące za zamachem stanu mogły pozostać przy władzy, a obalony prezydent nie miał realnych szans powrotu na stanowisko[6].

Taka miękka i dwuznaczna polityka Białego Domu stała się przedmiotem krytyki większości państw latynoamerykańskich. Stany Zjednoczone były jedynym krajem, który mógł faktycznie wpłynąć na de facto władze w Tegucigalpie – ze względu na silne powiązania, wpływy i udzielaną Hondurasowi pomoc. Zamiast zerwać więzy z nielegalnym rządem Roberto Michelettiego, jak uczyniły to Argentyna czy Wenezuela, lub zastosować blokadę gospodarczą (analogicznie do Gwatemali, Nikaragui czy Salwadoru), Obama prowadził bardzo elastyczną politykę wobec nowych władz honduraskich. Kraje regionu, zwykle krytyczne wobec interwencjonizmu Waszyngtonu w ich sprawy wewnętrzne, tym razem domagały się od Białego Domu zdecydowanych działań i większej presji wobec rządu w Tegucigalpie. Barack Obama jednak chciał uniknąć skojarzeń z niechlubną tradycją wpływów amerykańskich w regionie i nie zdecydował się na żaden konkretny ruch[7].

Przyniosło to efekt wprost przeciwny od oczekiwanego – Stany Zjednoczone są  dziś krytykowane za brak działań i oskarżane o podtrzymanie sprzyjających im konserwatywnych sił w Hondurasie. Zorganizowana przez Waszyngton mediacja Oscara Ariasa, byłego prezydenta Kostaryki i laureata Pokojowej Nagrody Nobla, spełzła na niczym. Legalnemu prezydentowi Hondurasu Manuelowi Zelayi do końca jego kadencji (styczeń 2010 r.) nie zezwolono na powrót na należne mu stanowisko. Organizatorzy zamachu stanu i przeciwnicy polityczni Zelayi bez problemu zaś doczekali do wyborów prezydenckich (listopad 2009 r.) i przekazali władzę nowo wybranemu kandydatowi, reprezentującemu już inną od Zelayi opcję polityczną. Negatywną ocenę reakcji Waszyngtonu na wydarzenia w Hondurasie dopełnia fakt, iż mimo protestów ze strony większości państw regionu, Biały Dom niezwłocznie uznał wyniki wyborów przeprowadzonych przez reżim Michelettiego[8].

Choć postawa administracji Obamy względem kryzysu w Hondurasie zawiodła oczekiwania, można w niej dopatrzyć się pewnych pozytywnych sygnałów w porównaniu z polityką poprzednich władz amerykańskich. Departament Stanu odżegnywał się od wszelkich form interwencjonizmu, domagał się aktywności innych krajów hemisfery i opierał swą koncepcję rozwiązania kryzysu na kooperacji całego regionu i samych Honduran, a nie na unilateralnych decyzjach. Podkreślić należy ponadto, że nie można winy za brak rozwiązania problemu zrzucać jedynie na Stany Zjednoczone. Żadne inne państwo, ani organizacja regionalna czy międzynarodowa nie chciały aktywnie i zdecydowanie zaangażować się w rozwiązanie kryzysu, a obydwie zwalczające się strony honduraskiej sceny politycznej – zwłaszcza obóz Michelettiego – nie wykazywały chęci osiągnięcia porozumienia[9].

Kolumbijskie bazy

Za czasów prezydentury G.W. Busha podejście Stanów Zjednoczonych do problemów Kolumbii związanych z wojną domową i narkohandlem polegało na popieraniu militaryzacji kraju oraz forsowaniu porozumienia o wolnym handlu. Przyniosło to negatywne skutki w postaci nadużywania władzy i rażących naruszeń praw człowieka przez wojsko. Barack Obama w kampanii wyborczej kwestionował bliskie relacje swojego poprzednika z prezydentem Kolumbii Alvaro Uribe i powiązania rządu w Bogocie z grupami paramilitarnymi[10]. Zapowiadał jednocześnie przykładanie większej wagi do zasad demokracji i praw człowieka w relacjach z władzami kolumbijskimi oraz dążenie do redukcji napięć w regionie (m.in. na linii Kolumbia – Wenezuela)[11].

Pierwszy rok prezydentury Obama pokazał jednak, że polityka amerykańska względem Kolumbii nie uległa większym zmianom. Wbrew swym wcześniejszym deklaracjom, po objęciu stanowiska Barack Obama nie skrytykował, lecz pochwalił prezydenta Uribe za jego postępy w kwestii praw człowieka i licznych przypadków zabójstw członków związków zawodowych[12]. Jednocześnie kontynuował pomoc wojskową, ignorując liczne naruszenia ze strony armii i władz kolumbijskich.

Najbardziej jaskrawym przejawem polityki kontynuacji, a nie zmiany wobec Kolumbii było ogłoszone w sierpniu, a podpisane w październiku 2009 r. porozumienie o bazach wojskowych. Umowa zakłada możliwość korzystania przez Stany Zjednoczone z większej ilość (siedmiu) kolumbijskich baz wojskowych i zwiększa amerykański kontyngent stacjonujący w Kolumbii[13]. Departament Stanu argumentował swą decyzję tym, iż kraj ten jest centralnym polem prowadzonej od wielu lat amerykańskiej wojny z narkotykami, to tam więc zdecydowano się umieścić centrum dowodzenia i zarządzania samolotami służącymi do walki z uprawami i przemytnikami narkotyków. Do tego zaś potrzebne były bazy, gdzie samoloty mogłyby stacjonować i skąd byłoby blisko do penetrowanych obszarów. Należy jednak zwrócić uwagę, iż wygasała wówczas umowa o wynajem Stanom Zjednoczonym bazy Manta w Ekwadorze, której brak odnowienia zapowiedział wcześniej Rafael Correa. Amerykańskie porozumienie z Kolumbią należy w tym świetle odczytywać jako próbę rekompensaty za utratę bazy w Manta oraz próbę umocnienia się Waszyngtonu w ostatnim swym przyczółku na kontynencie południowoamerykańskim.

Ruch ten spotkał się z oczywistym niezadowoleniem większości państw regionu i wywołał oskarżenia Stanów Zjednoczonych o imperializm. Zwołano nawet specjalne szczyty UNASURu, które zajmowały się tą kwestią[14]. Co istotne, doprowadziło to również do znaczącego zaostrzenia się relacji kolumbijsko-wenezuelskich. Hugo Chávez w odpowiedzi na to porozumienie (i – jak argumentował – z obawy o kolumbijsko-amerykański plan ataku na Wenezuelę) wysłał na granicę z Kolumbią dodatkowych 15 000 żołnierzy i zaostrzył trwające już embargo[15]. W efekcie, swą polityką wobec Bogoty Barack Obama nie tylko nie odmienił dotychczasowego wizerunku Stanów Zjednoczonych, ale go umocnił.

Kuba – tylko powierzchowne zmiany

Przed zamachem stanu w Hondurasie, to postawa Stanów Zjednoczonych wobec Kuby była postrzegana jako wyznacznik całości latynoamerykańskiej polityki nowej administracji[16]. Kluczowe kwestie w rozpatrywaniu tego zagadnienia to: embargo, zniesienie restrykcji podróżowania i przesyłania na wyspę pieniędzy, nawiązanie kontaktów na wysokim szczeblu oraz likwidacja więzienia (a docelowo i bazy) w Gauntanamo. Jak dotąd, wbrew  nie tak dawnym zapowiedziom Obamy, nie podjęto znaczących kroków, aby przełamać lody we wzajemnych relacjach.

W kwietniu 2009 r. prezydent ogłosił, iż zostanie zniesiony zakaz odwiedzania krewnych na wyspie częściej niż raz na 3 lata oraz zakaz przesyłania na wyspę większych sum niż 300 USD rocznie[17]. Było to jednak nawet nie tyle zniesienie, co złagodzenie obostrzeń wprowadzonych przez poprzedniego prezydenta i daleko im do zmiany całości blisko 50-letniej polityki amerykańskiej wobec Kuby. Następnie, w lipcu 2009 r. miały miejsce obustronne rozmowy na temat imigracji, a dwa miesiące później odnośnie przywrócenia bezpośrednich usług pocztowych między obydwoma krajami[18].

Nie zmienia to jednak faktu, że nadal Amerykanie, którzy nie posiadają na Kubie krewnych, nie mogą dowolnie podróżować na wyspę, a embargo – kość niezgody w relacjach Stanów Zjednoczonych z całym regionem – pozostaje w mocy. Jeszcze kilka lat temu Obama stał na stanowisku, iż trwająca już kilka dekad gospodarcza blokada wyspy całkowicie zawiodła i należy ją szybko zlikwidować[19]. W miarę rozwoju kampanii prezydenckiej jego stanowisko coraz bardziej zaczynało przypominać dotychczasową politykę Waszyngtonu. Obecnie Biały Dom domaga się od władz w Hawanie zasadniczych zmian na polu demokratycznych przemian i poszanowania praw człowieka jako warunku wstępnego do rozmów o zniesieniu embarga. W najważniejszej kwestii zatem nic się nie zmieniło.

Symbolem niespełnionych zapowiedzi i braku istotnych zmian w polityce Obamy wobec Kuby jest kwestia bazy Guantanamo. Dwa dni po zaprzysiężeniu na prezydenta, 22 stycznia 2009 r. podpisał on specjalną dyrektywę, w której nakazywał przeprowadzenie śledztw w sprawie łamania praw więźniów oraz deklarował zamknięcie placówki nie później niż w ciągu jednego roku[20]. W miarę upływu czasu stawało się to coraz mniej realne, aż w końcu w listopadzie 2009 r. Barack Obama ogłosił, że nie da się zrealizować jego zapowiedzi[21]. Na dzień dzisiejszy perspektywy zamknięcia tej placówki penitencjarnej są niejasne, zaś o oddaniu Kubie terytorium bazy nie wspomina się już w ogóle.

Meksyk – kontynuacja nieskutecznej polityki antynarkotykowej

W relacjach z południowym sąsiadem Barack Obama wskazywał na trzy główne problemy: reformę imigracyjną, walkę z przemytem narkotyków oraz reformę North Atlantic Free Trade Area. Ani reforma NAFTA, ani imigracyjna nie są nawet w fazie projektów. Ta ostatnia jest co prawda przedmiotem debaty publicznej w Stanach Zjednoczonych, ale prezydent jak dotąd wykazuje zachowawczą postawę w tej kwestii.

Podczas spotkania ze swym meksykańskim odpowiednikiem 19 maja 2010 r. Obama stwierdził, że brakuje poparcia Republikanów w Senacie, aby ustawa imigracyjna mogła zostać uchwalona[22]. Wydaje się, iż chcąc ustrzec się od porażki, będzie on zwlekał z wszczęciem procedury legislacyjnej, dopóki nie pojawią się sygnały ze strony Republikanów o chęci kooperacji na tej płaszczyźnie. Tymczasem stan Arizona w kwietniu 2010 r. wprowadził najsurowsze od dekad przepisy imigracyjne umożliwiające aresztowanie „osób podejrzanych” o nielegalny pobyt w USA i nie posiadających przy sobie odpowiednich dokumentów[23]. Spotkało się to z krytyką wielu państw regionu, w tym także prezydenta Meksyku, Felipe Calderona. Jego słowa o chęci współpracy i zmiany tego uwsteczniającego zapisu wygłoszone podczas wizyty w amerykańskim Kongresie, spotkały się z zajadłą nagonką kręgów konserwatywnych oburzonych krytyką działań Arizony[24]. Dobrze odzwierciedla to porażkę administracji amerykańskiej na płaszczyźnie reformy imigracyjnej[25].

Najważniejszym elementem we wzajemnych relacjach w ostatnim czasie jest jednak współpraca w zakresie walki z narkobiznesem. W grudniu 2009 r. minęły trzy lata, odkąd prezydent Calderón wypowiedział wojnę kartelom narkotykowym wysyłając na ulice miast dziesiątki tysięcy żołnierzy. Mimo „…kilku spektakularnych aresztowań, ton przejętych narkotyków i tysięcy sztuk broni, trudno mówić o sukcesie: podaż narkotyków nie spadła, a kraj ogarnęła narastająca fala przemocy, której końca nie widać”[26]. O ile w 2006 r. w wyniku działalności narkokarteli zginęło ponad 2200 osób, o tyle w roku poprzednim liczba ofiar przewyższyła już 7700 osób[27].

Polityka nowej administracji amerykańskiej wobec przemocy w Meksyku rozczarowuje, gdyż nie widać żadnych znaczących zmian w porównaniu z rządami G.W. Busha. Nie udało się Barackowi Obamie zaktywizować Planu Merida, który miał być remedium na problemy narkotykowe Meksyku i pozostałych państw Ameryki Środkowej. Z zapowiadanych 1,3 miliarda USD pomocy, jak dotąd przekazano jedynie 3%. Program pomocowy to jednak kwestia poboczna i wtórna. Istotniejsze jest to, że mimo licznych sygnałów płynących z krajów latynoamerykańskich[28], Biały Dom nadal nie wykazuje chęci i aktywności, aby powstrzymać rozwój narkohandlu poprzez „posprzątanie własnego podwórka”. Stany Zjednoczone są odbiorcą ok. 90% kokainy oraz większości innych narkotyków (amfetamina, marihuana) produkowanych i przemycanych przez Meksyk. To z USA napływa większość broni, w jaką wyposażone są meksykańskie kartele. Barack Obama jak na razie zawiódł na obu polach: nie uregulował handlu bronią, ani nie podjął skutecznych działań zmierzających do ograniczenia popytu na narkotyki w Stanach Zjednoczonych[29].

Dodać należy, że w coraz bardziej widoczny sposób przemoc narkokarteli przelewa się z Meksyku na kraje ościenne – zwłaszcza Honduras i Gwatemalę. Tak długo, jak Waszyngton będzie kontynuował wojnę z narkotykami próbując powstrzymać podaż zamiast popyt, jej sukces, a tym samym spokój i bezpieczeństwo społeczeństw Ameryki Środkowej, stoją pod znakiem zapytania.

Zbliżenie z Brazylią

Od stycznia 2009 r., we wzajemnych relacjach pojawiło się kilka punktów zapalnych (np. w związku z zamachem stanu w Hondurasie, kolumbijsko-amerykańskim porozumieniem o bazach czy odnośnie relacji z Iranem), których punktem kulminacyjnym było określenie przez prezydenta Lulę da Silvę prezydentury Obamy jako „rozczarowanie”. Mimo to zbliżenie z Brazylią można uznać za jeden z największych pozytywów latynoamerykańskiej polityki nowej administracji w Waszyngtonie. Zbliżenie to było możliwe dzięki zasadniczej zmianie w postrzeganiu przez Biały Dom zarówno roli swojej, jak i Brazylii na scenie regionalnej i międzynarodowej.

W odróżnieniu od swego poprzednika, Barack Obama oddaje Brazylii należną jej pozycję, traktuje jak równorzędnego sobie partnera i, choć często się nie zgadza z jej polityką, potrafi uszanować jej suwerenne decyzje. Idea Obamy budowy multipolarnego świata doskonale wpisuje się w aspiracje Brazylii i znajduje w niej zwolennika, a zarazem jedną z podstaw nowego ładu międzynarodowego. Miejsca na wzajemną współpracę jest wiele – od kwestii politycznych, poprzez biopaliwa (obydwa kraje są światowymi liderami w tym obszarze), energię nuklearną, przemysł petrochemiczy czy kwestie zmian klimatycznych i ekologii. Jeśli polityka Waszyngtonu będzie kontynuować partnerski trend, można się spodziewać, że zaowocuje to trwałą współpracą, której nie zaszkodzą różnice zdań w niektórych kwestiach[30].

Wnioski i perspektywy

● Pierwszy rok prezydentury Baracka Obamy przyniósł rozczarowanie jego latynoamerykańską polityką. Większość z zapowiedzi wyborczych nie została spełniona, a w niektórych przypadkach prezydent prezentuje już inne niż przed wyborami stanowisko.

● Mimo braku zasadniczych, wymiernych działań ze strony prezydenta, zmianie uległa retoryka i atmosfera wzajemnych relacji. To, co udało się Obamie wypracować rok temu nadal procentuje. Postrzegany jest jako długo wyczekiwana odmiana amerykańskiej polityki wobec regionu i mimo wielu ruchów wpisujących się w tradycyjną politykę Waszyngtonu (np. porozumienie z Kolumbią o bazach, czy utrzymanie embargo wobec Kuby) nadal cieszy się ogromnym poparciem wśród społeczeństw latynoamerykańskich.

● Postawa wobec Kuby doskonale ilustruje sedno dotychczasowej polityki nowej administracji wobec Ameryki Łacińskiej: retoryka jest bardziej miękka, dyplomacja bardziej aktywna, a mniej paranoiczna i zideologizowana, brak jednak zasadniczych, wymiernych efektów owej „zmiany”.

● Polityka wobec wydarzeń w Hondurasie wskazuje, że zajęty innymi problemami Obama przyjął postawę wyczekującą, nie określając jeszcze swojej polityki regionalnej. W wielu przypadkach kontynuuje tradycyjny kierunek polityki amerykańskiej, jedynie pobieżnie go modyfikując.

● Choć rozczarowanie ma miejsce, należy pamiętać, że nadzieje, jakie rozbudziła osoba Baracka Obamy w regionie (i na całym świecie) były ogromne. Z jednej strony, na pewno oczekiwania drastycznych i szybkich zmian były zdecydowanie za duże, nie biorące pod uwagę realiów polityczno-gospodarczych i geopolitycznych. Z drugiej strony, kryzys finansowy skupił na sobie w zrozumiały sposób największą uwagę nowej administracji.

● Obama nadal cieszy się dużą popularnością w regionie. Choć pierwszego roku jego prezydentury w kontekście relacji z Ameryką Łacińską nie można uznać za udany, nadal ma czas by to zmienić i spełnić nadzieje związane z jego osobą. Będzie to jednak zależało od tego, czy będzie chciał poświęcić regionowi więcej uwagi oraz czy będzie w stanie przełamać tradycyjne oblicze i wytyczne latynoamerykańskiej polityki Waszyngtonu.

Artykuł ukazał się w nr 19/2010 "Biuletynu Opinie" Fundacji Aleksandra Kwaśniewskiego Amicus Europae alt



[1] N. Maliska, Critical Confirmations for Valenzuela and Shannon Remain Delayed as Senator DeMint Trivializes Process, przez: http://www.coha.org/critical-confirmations-for-valenzuela-and-shannon-remain-delayed-as-senator-demint-trivializes-confirmation-process.

[2] N. Pollen, W. Mathis, Arturo Valenzuela: Looking Back to Look Ahead, Part II, przez: http://www.coha.org.

[3] Argentina: desencuentro entre el Gobierno y Arturo Valenzuela, przez: http://www.infolatam.com/entrada/argentina_desencuentro_entre_el_gobierno-17951.html.

[4] S. K. Purcell, Pulling Away, przez: https://www6.miami.edu/hemispheric-policy/Pulling_Away.pdf.

[5] M. Maroszek, Zapomniany i opuszczony: Honduras po wyborach prezydenckich, przez: http://kurier.diplomacy.pl/site/zapomniany-i-opuszczony--honduras-po-wyborach-prezydenckich.

[6] M. Maroszek, Kryzys w Hondurasie – geneza, Policy Papers Nr 20/2009, przez: http://www.mojeopinie.pl/kryzys_w_hondurasie_geneza,3,1246956058.

[7] M. Maroszek, Kryzys w Hondurasie - aspekty geopolityczne, przez: http://kwasniewskialeksander.pl/attachments/FAE_POLICY_PAPER_Kryzys_w_Hondurasie.pdf.

[8] M. Maroszek, Zapomniany i opuszczony...

[9] Ibidem.

[10] U.S. Presidential Candidates’ Rhetoric on Latin America, przez: http://www.coha.com.

[11] A New Partnership for the Americas, przez: http://obama.3cdn.net/ef480f743f9286aea9_k0tmvyt7h.pdf.

[12] G. Hursthouse, T. Ayuso, ¿Cambio? The Obama Administration in Latin America: A Disappointing Year in Retrospective, przez: http://www.coha.org.

[13] Acuerdo Complementario para la Cooperación y Asistencia Técnica ed Defensa y Seguridad entre los Gobiernos de la República de Colombia y de los Estados Unidos de América, przez: http://www.eltiempo.com/colombia/politica/ARCHIVO/ARCHIVO-6502717-0.pdf.

[14] Suramérica se pone en estado de alerta, przez: http://www.elpais.com/articulo/internacional/Suramerica/pone/estado/alerta/elpepuint/20090810elpepuint_2/Tes.

[15] Na granicy kolumbijsko-wenezuelskiej znowu wrze, przez: http://amerykalacinska.com.pl/2009/11/10/na-granicy-kolumbijsko-wenezuelskiej-znowu-wrze.

[16] M. Maroszek, Barack Obama wobec Ameryki Łacińskiej. Perspektywy zmian polityki USA względem regionu, Biuletyn OPINIE, Nr 1/2009, przez: http://kwasniewskialeksander.pl/attachments/Biuletyn_Opinie_Nowa_administracja_USA_wobec_Am_Lacinskiej.pdf.

[17] Obama lifting Cuba travel, money restrictions, przez: http://www.google.com/hostednews/afp/article/ALeqM5jJuw_Ij1T6EF7Pq0C1OtLswRFjVQ.

[18] G. Hursthouse, T. Ayuso, op. cit.

[19] Ibidem.

[20] Executive Order and Disposition of Individuals Detained At the Guantánamo Bay Naval Base and Closure of Detention, przez: http://image.guardian.co.uk/sys-files/Guardian/documents/2009/01/22/draft_order_closure_of_guantanamo_bay.pdf oraz Obama signs order to close Guantánamo Bay, przez: http://www.guardian.co.uk/world/2009/jan/22/hillary-clinton-diplomatic-foreign-policy.

[21] Obama declines to set Guantánamo closure date in Fox News interview, przez: http://www.guardian.co.uk/world/2009/nov/19/barack-obama-fox-news-interview.

[22] Remarks by President Obama and President Calderón of Mexico at Joint Press Availability, przez: http://www.whitehouse.gov/the-press-office/remarks-president-obama-and-president-calder-n-mexico-joint-press-availability.

[23] State of Arizona, Senate Bill 1070, przez: http://www.azleg.gov/legtext/49leg/2r/bills/sb1070s.pdf.

[24] http://weeksnotice.blogspot.com/2010/05/responses-to-calderon.html.

[25] P. Corcoran, Arizona's SB 1070: Ill-conceived and Doomed to Failure,  przez: http://www.mexidata.info/id2675.html..

[26] M. Maroszek, Trzy lata wojny Felipe Calderona z kartelami narkotykowymi, Kurier Dyplomatyczny 1/2010.

[27] Ibidem.

[28] W lutym 2009 r. Komisja Krajów Latynoamerykańskich ds. Demokracji i Narkotyków z byłymi prezydentami Ernesto Zedillo (Meksyk), Fernando Henrique Cardoso (Brazylia) i Cesarem Gaviria (Kolumbia) opublikowała komunikat: “Narkotyki i demokracja. Ku zmianie paradygmatu“. W dokumencie tym postulują zakończenie dotychczasowej wojny z narkotykami opartej o agresywną i rygorystyczną strategię Waszyngtonu. Nawołują do zmiany podejścia na takie, które mówi m.in. o zwalczaniu popytu na narkotyki, a nie ich podaży (ostatnie 3 dekady pokazały, że to drugie jest nieskuteczne), czy wyraźnym oddzieleniu narkomanów i drobnych dealerów od potężnych karteli. Patrz szerzej: Drug and Democracy: Toward a Paradigm Shft, Latin American Commission on Drugs and Democracy, przez: http://www.plataformademocratica.org/Publicacoes/declaracao_ingles_site.pdf.

[29] M. Maroszek, Trzy lata wojny…

[30] G. Hursthouse, T. Ayuso, op. cit.

Czytany 19934 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04