środa, 24 sierpień 2011 07:37

Łukasz Kobeszko: Jugosłowiańskie scenariusze po 20 latach

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

dices  Łukasz Kobeszko

Choć to nie wspólnota międzynarodowa bombardowała jesienią 1991 roku Dubrovnik i oblegała Vukovar, to właśnie ówczesne struktury polityczne Zachodu oraz ONZ nie zrobiły wszystkiego, aby zapobiec rozlewowi krwi i nie były w stanie dążyć za wszelką cenę do skłonienia Bośniaków, Chorwatów i Serbów do utrzymania nawet najluźniejszej formy bałkańskiej konfederacji niepodległych państw w granicach opartych na obszarach dawnych republik federacji z zapewnieniem maksymalnych standardów dla mieszkających na ich terenie mniejszości narodowych.

20 lipca, po zatrzymaniu przez serbskie służby specjalne Gorana Hadžića, ostatniego ze 161 byłych obywateli byłej Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii poszukiwanych przez Międzynarodowy Trybunał w Hadze, szef serbskiego MSW Ivica Dačić ocenił, że po dwóch dekadach Serbia oswobodziła się z "mrocznego więzienia". Na ciekawy paradoks historii zakrawa fakt, że ostatni z polityków odpowiedzialny za krwawą bałkańską łaźnię z ostatniej dekady XX stulecia trafił przed międzynarodowy wymiar sprawiedliwości niemal równo w 20 lat po rozpoczęciu tragicznego dramatu rozpadu wielonarodowego państwa południowych Słowian.

 

Serbia ma dziwną słabość do rocznic. Gorana Hadžića, ujęto i przekazano do Hagi nie tylko niemal równo w dwadzieścia lat po rozpoczęciu wojen w byłej Jugosławii (za ich pierwszy akt uznaje się bowiem atak jednostek jugosłowiańskiej armii federalnej na Słowenię w ostatnich dniach czerwca 1991 roku), ale także niemal równo w dekadę po nocnym lądowaniu na płycie haskiego więzienia Scheveningen śmigłowca z Belgradu, którego najważniejszym pasażerem był prezydent Serbii i Jugosławii Slobodan Milošević, nawet po swojej śmierci w 2006 roku uznawany wciąż przez Zachód za czołowego architekta bałkańskiej tragedii w latach 90. XX wieku. Ujęci i sądzeni byli, lub wciąż są, wszyscy główni aktorzy tego trwającego przez całe lata dziewięćdziesiąte bolesnego spektaklu. Za wyjątkiem nieżyjących już przywódców Bośni i Chorwacji - Aliji Izetbegovića oraz Franjo Tudjmana, którym los oszczędził spotkań en face z Międzynarodowym Trybunałem Karnym ds. Zbrodni Wojennych Popełnionych w b. Jugosławii, sprawiedliwość dosięgła zarówno politycznych inspiratorów, jak i wojskowych wykonawców aktów ludobójstwa i czystek etnicznych dotykających w różnym stopniu wszystkich bohaterów dramatu - Bośniaków, Chorwatów i Serbów.

Czy więc możemy z czystym sumieniem powiedzieć, że wojny na Bałkanach to już zamknięty rozdział historii?

Był kiedyś pewien kraj...

Zastanawiając się nad drogą, którą kraje byłej Jugosławii przebyły w ciągu tych ostatnich dwudziestu lat, nie można uwolnić się od skojarzeń z niezwykle popularnym w Polsce i na świecie filmem Emira Kusturicy "Underground". Droga życiowa jego bohaterów przebiegała od braterskiej przyjaźni, aż do śmiertelnej nienawiści i konfliktu. W ostatniej scenie obrazu, na dryfującym Dunajem, Sawą bądź Driną kawałku lądu, wszystkie postacie opowieści spotykają się przy jednym, biesiadnym stole. Widzowie nie są pewni, czy obserwują weselę czy stypę, wszakże niegdyś mieszkańcy Bałkanów spędzali te uroczystości przy dźwiękach tej samej muzyki. Dwaj główni bohaterowie rozpoczynają dialog: "Czy przebaczysz mi?" - pyta pierwszy z nich. W odpowiedzi słyszy: "Ja ci przebaczę, ale czy przebaczy Bóg?". W tym momencie reżyser jakby usiłował rozpocząć całą ich historię od początku, a tle słyszymy głos narratora: "Był kiedyś pewien kraj..."

Pomimo faktu, że ujęcie i przetransportowanie do Hagi Gorana Hadžića, z zawodu magazyniera i dozorcy zakładów przetwórstwa zbożowego w Vukovarze, w latach dziewięćdziesiątych premiera Serbskiej Autonomicznej Prowincji Slawonii, Baranji i Zachodniego Sremu oraz prezydenta Republiki Serbskiej Krajiny, utworzonych na należących do Chorwacji terytoriach zamieszkanych przez znaczny odsetek ludności serbskiej, niesie za sobą określone skutki w bieżącej polityce zagranicznej Serbii i procesie przybliżania się tego kraju do UE, to w pierwszej kolejności, poprzez swoją symbolikę, uparcie cofa nas ku źródłom tragedii, jaką narody byłej Jugosławii przeżywały w momencie, gdy reszta Europy Środkowowschodniej z różnymi efektami integrowała się politycznie i gospodarczo z Zachodem.

Rozkładająca się federacja

Nie sposób nie zadawać sobie pytania, czy federacyjna Jugosławia w kształcie, jaki stworzyła jej ostatnia konstytucja, uchwalona jeszcze za życia marszałka Josipa Broz-Tito w 1974 roku i dająca każdej z sześciu tworzących ją republik (Bośni i Hercegowinie, Chorwacji, Czarnogórze, Macedonii oraz Serbii) szeroką autonomię wewnętrzną była na początku lat 90. możliwa do utrzymania, nawet jako forma w miarę luźnej konfederacji. Nie wykluczali tego bowiem, jeszcze mniej więcej do późnej wiosny 1991 roku Izetbegović, Milošević, Tudjman ani nawet najbardziej prący do uniezależnienia się od Belgradu prezydent Słowenii Milan Kučan. Jugosławia, przeżywająca od mniej więcej połowy lat osiemdziesiątych poważny kryzys gospodarczy i finansowy, pomimo wielu trudności jeszcze na progu wschodnioeuropejskiej „jesieni ludów” w 1989 roku wydawała się poważnym kandydatem do wstąpienia w skład ówczesnej Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, a w poziomie obecności inwestycji zagranicznych przewyższała nawet niektóre kraje postkomunistyczne w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych.

Świadoma tego stanu była również wspólnota międzynarodowa, która dopiero po prawie pół roku, na progu 1992 roku masowo uznała niepodległość Chorwacji i Słowenii. Zasadniczym problemem, przed którym stanęło wielonarodowe państwo u progu lat dziewięćdziesiątych stały się jednak wzrastające - praktycznie z dnia na dzień - w jakimś sensie słuszne aspiracje narodowe poszczególnych narodów federacji. W połączeniu z agresywną narracją historyczną rozwijaną w różnym stopniu poprzez wszystkich uczestników konfliktu, pozwalającą w dążących do samodzielności Chorwatach widzieć spadkobierców ruchu ustaszów, w powracających do swojej tożsamości narodowej Serbach potomków czetników, a w Bośniakach i kosowskich Albańczykach islamskich fundamentalistów, spowodowała ona piorunującą mieszankę wybuchową.

Interesującym faktem pozostaje też, iż dwaj główni rywale walczący na gruzach Jugosławii: Slobodan Milošević i Franjo Tudjman mieli wspólny interes w demontażu federacji opartej na konstytucji z 1974 roku, próbując wykorzystać ten proces dla własnych interesów. Paradoksalnie, serbski lider uchodzący na arenie międzynarodowej za obrońcę socjalistycznej federacji, był większym wrogiem ostatniej „titowskiej” konstytucji niż sam Tudjman, który był świadomy, że ostatnia ustawa zasadnicza SFRJ gwarantuje potencjalnemu nowemu państwu chorwackiemu granice, których kraj ten nie miał na przestrzeni krótkich epizodów samodzielnego bytu we wczesnym Średniowieczu i podczas istnienia satelickiego wobec III Rzeszy tzw. Niezależnego Państwa Chorwackiego (NDH) rządzonego przez reżim ustaszów [1].

Wybór „mniejszego zła”

Potwierdzonym przez szereg historyków najpoważniejszym scenariuszem, który na zasadzie wyboru „mniejszego zła” mógł zatrzymać jugosłowiańską wojnę domową była ostatecznie niezrealizowana koncepcja przeprowadzenia w pierwszej połowie 1991 roku wojskowego zamachu stanu i wprowadzenia na okres przejściowy stanu wyjątkowego, który pozwoliłby federalnej, Jugosłowiańskiej Armii Ludowej na rozbrojenie rosnących w siłę chorwackich i serbskich grup paramilitarnych oraz na przejęcie kontroli nad quasi-separatystycznymi obszarami Socjalistycznej Republiki Chorwacji opanowanymi przez ludność serbską jak Slawonia, Baranja i Zachodni Srem.

Większość obserwatorów zgadza się, że jedną z kluczowych ról w przygotowaniu takiego scenariusza odgrywał generał Veljko Kadijević, od 1988 roku sprawujący funkcję federalnego ministra obrony Jugosławii i de facto głównodowodzącego armią. Pochodzący z mieszanej, chorwacko-serbskiej rodziny wojskowy, określający się zawsze jako Jugosłowianin i ideowy komunista (co ciekawe, będący również absolwentem amerykańskiej wyższej uczelni dla wyższego dowództwa wojskowego U.S. Army Command and General Staff College w stanie Kansas), wydawał się idealnym kandydatem na swoistego interreksa państwa stojącego przed groźbą rozpadu. Pomimo mocnego kręgosłupa ideologicznego, Kadijević posiadał równocześnie zasadniczo rzadkie u zawodowych wojskowych zdolności dyplomatyczne. Praktycznie do czerwca 1991 roku, dowódca umiejętnie lawirował pomiędzy dwoma zasadniczymi aktorami ówczesnych wydarzeń – chorwackim liderem Franjo Tudjmanem i serbskim przywódcą Slobodanem Miloševićem. Wspomnienia świadków ówczesnych wydarzeń, pokazują wręcz, że obydwaj uważali ministra za „swojego człowieka”.

W opublikowanych w 2007 wspomnieniach „Moj pogled na raspad Jugoslavije” (serb-chorw. ”Mój pogląd w kwestii rozpadu Jugosławii”), Kadijević przypomniał, że w marcu 1991 roku, w dwa dni po burzliwych demonstracjach opozycji przeciwko Miloševičovi w Belgradzie, które zostały opanowane dopiero po wyprowadzeniu na ulice jugosłowiańskiej stolicy czołgów i wozów opancerzonych, serbski przywódca wprost zapytał gen. Kadijevića, czy w przypadku dalszej dezintegracji państwa, wojsko będzie w stanie przeprowadzić możliwe bezbolesny zamach stanu i przejąć na pewien czas kontrolę na funkcjonowaniem federacji. Sam generał odpowiedział wówczas wymijająco, zaznaczając, iż nie jest w stanie podjąć takiej decyzji samodzielnie, a jedynie po szerokich konsultacjach z resztą dowództwa armii i pełniącym wówczas funkcję przewodniczącym rotacyjnego kierownictwa Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii (wprowadzonym w 1980 roku po śmierci marszałka Tito) Serbem Borislavem Jovićem [2]. Jest wysoce prawdopodobne, iż była to celowa gra na zwłokę. Praktycznie w tym samym czasie, Kadijević zapewniał urzędującego w Zagrzebiu Franjo Tudjmana, że armia federalna nie jest stroną w konflikcie Serbów i Chorwatów w Krajinie, co pozwalało prezydentowi Chorwacji sądzić, że przynajmniej część zdominowanego przez Serbów dowództwa armii federalnej nie będzie dążyć do otwartej konfrontacji z Chorwatami [3].

Droga rosyjsko-chińska?

W maju 1991 roku, gdy przywódcy republik federalnych Jugosławii prowadzili w dawnych rezydencjach marszałka Tito przeciągające się negocjacje w sprawie uratowania federacji, bądź zachowania jakiejś formy konfederacji jugosłowiańskiej, gen. Kadijević oświadczył publicznie, że w „przypadku, gdy politycy nie zdołają uratować pokoju, zrobi to wojsko we własnym zakresie”. W tym czasie, Kadijević złożył kilka nieoczekiwanych wizyt w Moskwie, gdzie spotkał się z przedstawicielami radzieckich resortów siłowych oraz doradcami Michaiła Gorbaczowa. Wizyty te, szczególnie w kontekście sierpniowego, nieudanego zamachu stanu w Moskwie kierowanego przez wiceprezydenta ZSRR Giennadija Janajewa mogły budzić podejrzenia o próbę wysondowania reakcji Moskwy w przypadku przewrotu wojskowego w Belgradzie.

Bliższych szczegółów na ten temat możemy dowiedzieć się z ówczesnej prasy w Belgradzie i Zagrzebiu, do której na przełomie zimy i wiosny 1991 roku, być może celowo przeciekła treść memoriału, która na początku tamtego roku została przygotowana przez Wydział Polityczny Federalnego Sekretariatu Obrony Narodowej (serb.-chorw. PU SSNO), będący w istocie rodzajem organu nadzorującego przy rotacyjnym kierownictwie Jugosławii kwestie obronności kraju. Warto jest przytoczyć chociażby fragmenty tekstu przygotowanego pod roboczym tytułem ”Informacja o aktualnej sytuacji na świecie i w naszym kraju oraz o pośrednich zadaniach Jugosłowiańskiej Armii Ludowej w obecnym czasie”. Tekst analizy jasno wskazuje, że mogła ona stanowić prezentację wariantu zatrzymania rozpadu federacji w oparciu o wzory chińskie i częściowo – radzieckie: „Rosjanie po dramatycznych doświadczeniach pierestrojki zaczynają realnie patrzeć na sytuację i widzą, że droga dezintegracji ZSRR jaką obrali, nie prowadzi do sukcesu reform, lecz wiedzie ku przepaści. W ostatnich dniach i tygodniach powzięto w Moskwie odpowiednie kroki w kierunku powstrzymania tendencji separatystycznych. W kroki te jest mocno zaangażowania Armia Radziecka. Także w Jugosławii socjalizm nie jest jeszcze zniszczony i nie został w pełni rzucony na kolana. Do chwili obecnej (mniej więcej początek 1991 roku– przyp. ŁK), Jugosławia, wielkim kosztem przetrwała pierwsze uderzenie fali antykomunistycznej histerii. Pamiętajmy, że demontaż komunizmu nie powiódł się w żadnym kraju, w którym rewolucja była dziełem autochtonicznym. Poprzedni rok (1990 – przyp. ŁK) był dla naszego kraju bardzo dramatyczny. Antyjugosłowiańskość i antysocjalizm nabrały pełnego rozmachu. Nadchodzący rok będzie ciężki, ale też perspektywa podjęcia radykalnych środków zaradczych, będzie bardziej widoczna. Wiemy też, w jak trudnej sytuacji finansowej znajduje się nasza armia. Jak najszybciej powinien zostać rozwiązany problem stabilnego finansowania Jugosłowiańskiej Armii Ludowej” [4].

Retoryka przytoczonego dokumentu, stawiająca jugosłowiańską armię federalną jako faktycznego obrońcę Jugosławii i jej systemu politycznego opierającego się od czasów marszałka Tito na filarach samorządu pracowniczego i terytorialnego, socjalistycznej gospodarce z mocnymi elementami wolnego rynku i konkurencji oraz uczestnictwie kraju w Ruchu Państw Niezaangażowanych, była więc zasadniczo zbieżna technicznie z wizją zachowawczego skrzydła kierownictwa ZSRR, przeciwstawiającego się rozpadzie Imperium, jak i przywództwa chińskiego, które bacznie obserwując przemiany w Europie Wschodniej w 1989 roku, dążyło do utrzymania modelu jednopartyjnego przy jednoczesnej intensywnej modernizacji gospodarczej.

Pozostaje wciąż otwarte pytanie, dlaczego jugosłowiańska generalicja nie zdecydowała się na ten wariant? Istnieje możliwość, że pewną próbą realizacji tego scenariusza był atak sił federalnych na Słowenię w czerwcu 1991 roku, który jednak zakończył się po kilku dniach bez wielkich strat po obydwu stronach i zachowaniem terytorialnej zasady status quo ante bellum, pozwalającej Słoweńcom wyjść z federacji w granicach Socjalistycznej Republiki Słowenii. Do tej pory trudno jednak powiedzieć, dlaczego generał Kadijević nie starał się na przełomie czerwca i lipca 1991 roku przejąć władzy w Belgradzie i wprowadzić stan wyjątkowy na terenie całej federacji. Czyżby stał się zakładnikiem serbskiej większości w dowództwie armii i w większości serbskiego kierownictwa w Belgradzie?

Rola Zachodu i Rosji

Choć to nie wspólnota międzynarodowa bombardowała jesienią 1991 roku Dubrovnik i oblegała Vukovar, to właśnie ówczesne struktury polityczne Zachodu oraz ONZ nie zrobiły wszystkiego, aby zapobiec rozlewowi krwi i nie były w stanie dążyć za wszelką cenę do skłonienia Bośniaków, Chorwatów i Serbów do utrzymania nawet najluźniejszej formy bałkańskiej konfederacji niepodległych państw w granicach opartych na obszarach dawnych republik federacji z zapewnieniem maksymalnych standardów dla mieszkających na ich terenie mniejszości narodowych.
Konfederacja taka mogła mieć charakter przejściowy i prowizoryczny z możliwością rozwiązania po kilku latach, które można było poświęcić na ostudzenie gorących głów polityków.

Najbardziej sensowną propozycją sformułowaną już po ostatecznym rozpadzie państwa południowych Słowian i zaprzepaszczeniu szans na konfederację na gruncie świata zachodniego były wyniki prac tzw. komisji Roberta Badintera, polityka Francuskiej Partii Socjalistycznej, który zaproponował, aby granice państw powstałych na gruzach federacji jugosłowiańskiej oprzeć na granicach dawnych republik federacyjnych, gwarantowanych przez ostatnią „titowską” ustawę zasadniczą socjalistycznej Jugosławii z 1974 roku. Pewną jednak słabością koncepcji Badintera był niejasny status dwóch okręgów autonomicznych b. Jugosławii, które nie posiadały statusu republik – Kosowa i Metochii oraz Wojwodiny. Od uchwalenia tzw. drugiej konstytucji socjalistycznej Jugosławii w 1963 roku, regiony te posiadały autonomię w ramach Socjalistycznej Republiki Serbii, lecz na mocy ustawy zasadniczej z 1974 roku, były okręgami w pełni autonomicznymi z własnymi rządami, choć nie posiadającymi formalnie statusu republik. Wprowadzone przez Slobodana Miloševića niezgodne z konstytucją federalną zmiany z 1989 roku, przywracające autonomię Kosowa i Wojwodiny w ramach Serbii ponownie skomplikowały sytuację tych terytoriów w świetle prawa międzynarodowego, choć dla Belgradu były niewątpliwie umiejętnym posunięciem, które po rozpadzie Jugosławii istniejącej do 1991 roku pozwoliło utrzymywać prawomocne pretensje do suwerenności nad południową prowincją autonomiczną.

Istotnym mitem rozpowszechnianym przez powierzchownych obserwatorów procesu rozpadu Jugosławii jest też fakt, że podczas wojen w Chorwacji i Bośni Rosja postawiła na jednoznaczne poparcie dla Belgradu. Z pewnością, administracji prezydenta Borysa Jelcyna udawało się przez całe lata 90. utrzymywać bliskie stosunki z Serbami, co nie oznacza, że Moskwa opowiadała się za jednostronnym rozwiązaniem jugosłowiańskiego kryzysu, przez cały czas wspierając rozsądne i realne pomysły na zakończenie bałkańskiego przelewu krwi oraz aktywnie angażując się działalność misji pokojowych ONZ na terenie całej byłej federacji jugosłowiańskiej.

Warto też przypomnieć, że zarówno Rosjanie, jak i Chorwaci od niemal samego początku dążyli do nawiązania poprawnych stosunków, a prezydent Tudjman dążył kanałami dyplomatycznymi do jak najszybszego nawiązania stosunków przez obydwa państwa. Ukoronowaniem wysiłków Tudjmana była jego oficjalna wizyta w Moskwie pod koniec 1998 roku, będąca pierwszą w historii podróżą przywódcy niepodległej Chorwacji na Kreml [5].

Przykłady późniejszego "aksamitnego rozwodu" Serbii i Czarnogóry w 2006 roku czy mimo wszystkich turbulencji i bardzo poważnych kontrowersji historycznych i prawnomiędzynarodowych, względnie pokojowego charakteru jednostronnego ogłoszenia niepodległości przez Kosowo w 2008 roku pokazują, że aktywna i unikająca hegemonizmu postawa zachodniej dyplomacji współpracująca z partnerami w Belgradzie lub Podgoricy, może zapobiec nieoczekiwanej eskalacji zła.

Warto więc wracać w momencie, gdy ostatni ze 161 poszukiwanych przez haski Trybunał stanął przed jego obliczem do gorących wydarzeń z lata 1991 roku. To właśnie one uczyniły ze zwykłych magazynierów w rodzaju Gorana Hadžića, psychiatrów takich jak Radovan Karadžić, zdolnych działaczy Związku Komunistów Jugosławii podobnych do Slobodana Miloševića i w końcu nie wyróżniających się niczym oficerów Jugosłowiańskiej Armii Ludowej w stylu generała Ratko Mladića, często niechcianymi i nieoczekiwanymi aktorami krwawej, wieloletniej łaźni, znaczonej takimi symbolami jak Vukovar, Srebrenica czy Sarajewo.

Runął już ostatni mur?

Przytoczona na wstępie wypowiedź ministra spraw wewnętrznych Serbii Ivicy Dačića, nomen omen jeszcze pod koniec lat dziewięćdziesiątych aktywnego działacza młodej generacji polityków miloszewiczowskiej Socjalistycznej Partii Serbii i objętego zakazem podróżowania na Zachód, a obecnie cenionego partnera polityków unijnych, była na tle opinii reszty serbskiej elity politycznej wyjątkiem. Zarówno premier Mirko Cvetković, przewodnicząca parlamentu Slavica Djukić-Dejanović, a nawet przedstawiciele opozycyjnej Serbskiej Partii Postępowej w dniu ujęcia ostatniego oskarżonego o zbrodnie wojenne Serba zachowali sporą powściągliwość, podkreślając, że kwestia poszukiwania zbrodniarzy została już zamknięta, a barków Serbów spadł ogromny ciężar, który przez lata stał okoniem na drodze Belgradu ku UE. Serbia zapewniła co prawda o dalszej współpracy technicznej z Hagą w dziedzinie dokumentacji i ochrony świadków, jednakże kwestie te nie mają już zasadniczego znaczenia politycznego.

Serbowie są świadomi, że od upadku rządów Miloševića zrobili bardzo wiele na drodze integracji z UE, a ich dobre przygotowanie jest dobrze oceniane przez Brukselę oraz polityków europejskich. W tym miejscu warto przypomnieć, że sporą część tej pracy wykonały w ubiegłej dekadzie rządy premiera Vojislava Koštunicy, dzisiaj uchodzącego za twardego eurosceptyka. Z drugiej strony Belgrad nie karmi się naiwnym euroentuzjazmem, oczekującym, jak określiła to niedawno pewna polska dziennikarka, zakładaniem przez Unię nowych linii telefonicznych i budowy nowych mieszkań. Kryzys strefy euro i kłopoty wielu krajów wspólnoty dobitnie pokazują, jak powiedział to niedawno na łamach jednego z polskich tygodników Emir Kusturica - wejście Serbii do UE to po prostu zwykła kwestia administracyjno - prawna [6].

Najważniejszym owocem ujęcia ostatniego oskarżonego o ludobójstwo obywatela byłej Jugosławii jest świadomość, że na płaszczyźnie międzynarodowo-prawnej, kraje byłej federacji jugosłowiańskiej oraz Zachód, w sporym stopniu odkupiły swoją winę z początku lat dziewięćdziesiątych. Pomimo wciąż otwartych ran tamtej tragedii i pozostających nierozwiązanych problemów, takich jak na przykład podejrzenia o handel ludzkimi organami podczas wojny w Kosowie i wciąż niejasnej przyszłości zamieszkanej przez serbską większość północnej części tego kraju to należy żywić nadzieję, że kraje byłej Jugosławii mogą powoli odkrywać nową kartę swojej historii, a serbscy, chorwaccy czy bośniaccy politycy nie będą musieli występować w globalnych telewizjach na tle czerwonych pasków sygnowanych hasłem "breaking news".

Pytanie, czy narody i narodowości byłej Jugosławii zechcą kiedyś jeszcze powrócić do jakiejś formy wzajemnej integracji pozostaje jeszcze zdecydowanie przedwczesne, chociaż, jak mówi słynne powiedzenie, w historii przy spełnieniu konkretnych warunków, wszystko pozostaje możliwe.

fot. sxc.hu

_______________________________________________
1 Zob. Zdravko Tomac, Predsjednik: protiv krivotvorinja i zaborava, Zagreb 2004
2 Wywiad telewizyjny gen. V. Kadijevića dla serbskiej telewizji państwowej RTS, listopad 2007
3 Zob. Ivica Radoš, Tudjman izbliza, Zagreb 2003
4 Tł. ŁK, fragment za: Maja Freundlich, Kao ćitav jedan život, Zagreb 1996
5 Zob. Ivica Radoš, Tudjman izbliza, Zagreb 2003
6 Uważam się za bardzo zrównoważonego, z Emirem Kusturicą rozmawia Anna Kilian, Uważam Rze, 17. 07.2011

Czytany 7462 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04

Najnowsze od Łukasz Kobeszko