środa, 21 październik 2009 06:37

Krzysztof Szczerski: Polska geopolityka europejska

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
  altKrzysztof Szczerski     Polityka polska zdaje się grzęznąć w intelektualnych roztopach. Połączenie terapeutycznej wersji przekazu publicznego prezentowanej przez obóz rządowy, której celem jest przekonanie Polaków, że dopóki rząd rządzi nie stanie się im żadna krzywda, zapaści intelektualnej większości mediów głównego nurtu...    
...(tracących funkcje pośredniczenia pomiędzy obywatelami a władzą oraz zdolność do działania jako narzędzie społecznej kontroli nad rządzącymi i przeistaczających się w praktyce w instrument manipulacji, o czym pisały „Arcana" w poprzednim numerze) oraz nachalnego kreowania jednowymiarowej debaty publicznej, w której racja znajdować się może, z założenia, tylko po jednej stronie, a druga zapraszana jest do dyskusji tylko po to, by odbiorcy mogli się ponownie zorientować, że niewłaściwi nie mają racji - wszystko to powoduje, że przestrzeń publiczna ulega gwałtownej degradacji.
 
Jeśli sytuacja ta nie ulegnie zmianie, to przyszłością polskiej debaty publicznej stanie się Przystanek Woodstock jako metaforyczne zwieńczenie jej ewolucji. Na scenie charyzmatyczny guru, wykreowany za pomocą mediów, utrzymuje utaplanych w błocie krzyczących fanów w stanie ogólnego ekstatycznego podniecenia, które zagłusza niuanse oraz dialog idei wspartych wątpliwościami, pomiędzy różnymi rodzajami rozrywki funduje się tłumowi polityczny przekaz i wprowadza się do ich świata odpowiednio dobrane polityczne autorytety, które trzeba przyjąć wraz z całym pakietem dobrej zabawy. Błotniste społeczeństwo otrzymuje wszystko, czego potrzebuje - zabawę, autorytet, politykę, poczucie masy mającej rację, uniwersalny (bo obejmujący wszystkie wątpliwości) przekaz - „aby być sobą", wrażenie pełnej wolności i indywidualnej podmiotowości, wyrażone tym, że wszyscy robimy to samo, czyli nikt nikogo nie ogranicza.
 
W ten sposób można rządzić, ale nie da się uprawiać polityki, rozumianej jako działalność przynależna sferze cywilizacji, a nie namiętności.
 
Ma to szczególne znaczenie w odniesieniu do polityki międzynarodowej, która przeżyła już okres nadziei na liberalny ład globalizacyjny, w którym świat miał po części przypominać taką właśnie wielokolorową, rozkołysaną wspólnotę spontanicznej wymiany myśli, handlu, pokojowych więzów, emocjonalnej bliskości, wzajemnego otwarcia, zanikania granic, zmniejszania różnic rozwojowych, spłaszczenia hierarchii, zaniknięcia dotychczasowych form polityki międzynarodowej opartych na suwerenności państw jako jej podstawowych aktorów i wejście w fazę globalnego zarządzania, egzekwowanego przez rozproszone podmioty o różnorodnym charakterze - koncerny, organizacje obywatelskie, samorządy, organizacje ponadnarodowe aż wreszcie także i państwa, ale już tylko jako jedne spośród wielu podmiotów. Świat miał przeżyć tym samym koniec własnej historii i wejść na trajektorię ruchu samonapędzającego się.
 
Wizja ta wydaje się dzisiaj bardzo naiwna i daleka od możliwości realizacji. Od czasu jej wyartykułowania świat przeszedł dwie istotne fale przebudowy porządku międzynarodowego - pierwszą z nich było globalne starcie z terroryzmem, które przywróciło do porządku politycznego paradygmat wojenny, a drugą - z którą mamy do czynienia obecnie - jest powrót geopolityki jako podstawowego narzędzia porządkowania sceny globalnej. Oczywiście nie oznacza to prostego powrotu do „determinizmu geopolitycznego" w jego tradycyjnej formule, która kazała definiować zarówno dostępne instrumenty polityki, jak i możliwe cele i kierunki działania, poprzez określenie położenia państwa na mapie i wiążący się z tym kontekst otoczenia (sąsiedzi) czy kontekst usytuowania (rdzeń - peryferie, Pierwszy, Drugi, Trzeci Świat). Nie oznacza także powrotu do dwubiegunowości, czy innej formy podziału całego świata pomiędzy ograniczoną ilość aktorów hegemonalnych. Wyłaniający się porządek globalny nie jawi się jako stabilny układ dwóch równolegle kontrolujących się i ograniczających porządków, lecz jako zmienny system gier geopolitycznych. Do naszej rzeczywistości powróciła bowiem geopolityka w starym dobrym stylu. Musimy ponownie nauczyć się zapominanych już pojęć z klasycznego słownika realizmu międzynarodowego, takich jak: strefa wpływu, mocarstwo, rdzeń i peryferia, zasoby strategiczne, przewaga, uzależnienie, interwencja, sojusznik. To nowe znamiona naszych czasów. Umknęła nadzieja na światowe bezkolizyjne zarządzanie, a zaczął się okres twardej rozgrywki między wszystkimi, którzy chcą pretendować do roli podmiotowej i zdominować nowy porządek. Zaczął się wielki okres „hierarchizacji potęg" i nowego określania stref wpływów, stref buforowych, obszarów strategicznych i kierunków ekspansji.
 
Dlatego tak istotne jest, by posiadać w państwie przywództwo polityczne zdolne do intelektualnego ogarnięcia zachodzącej zmiany i nie pozostające w sferze życzeniowego spojrzenia na świat, w którym liczy się tylko wzajemne, ogólnie dobre samopoczucie.
 
Do przemyślenia pozostaje bowiem fundamentalna kwestia: czy Polskę stać na budowanie swojej własnej podmiotowości w relacjach międzynarodowych czy też powrót geopolityki możemy przetrwać tylko w ramach podmiotowości zakotwiczonej (w Unii Europejskiej), a jeśli to drugie - do czego zdaje się skłaniać obecny polski rząd - to w takim razie, jaki wariant polityki europejskiej będzie najbardziej nam sprzyjający?
 
W dzisiejszych czasach potencjał geopolityczny buduje się za pomocą różnorodnych instrumentów i ma on w dużej mierze charakter dynamiczny (w odróżnieniu od myślenia tradycyjnego), to znaczy jest w znacznie większym stopniu zależny od indywidualnych decyzji, zachowań i postaw przywództwa politycznego danego państwa. Geopolityka jest dziś dziedziną w równym stopniu „wyobrażeniową", jak odnoszącą się do twardych instrumentów. Odległości mają charakter tak mentalny jak i geograficzny, co oczywiście nie oznacza, że kwestie tak podstawowe jak bezpieczeństwo granic, czy własność ziemi nie mają już znaczenia.
 
Powrót geopolityki stawia przed każdym państwem wyzwania przemyślenia na nowo wyznaczników swojej polityki zagranicznej. Ich podstawą jest stwierdzenie, że polityka międzynarodowa znajduje się nieustannie w fazie dokonywania fundamentalnych wyborów. Jest to ciągły proces rekonfiguracji położenia geopolitycznego uczestników tej polityki, zmienny nie tylko w czasie, ale także zależnie od areny politycznej („geografii wyobrażeniowej"), z którą mamy do czynienia. Inaczej wygląda geopolityka sieci gospodarczej, inaczej konfiguracja sieci bezpieczeństwa surowcowego, a jeszcze inaczej postrzegania poszczególnych państw jako marek promocyjnych.
 
Dynamika relacji grupowych (społecznych) i terytorialnych (przestrzennych) może być określana poprzez różne relatywne wymiary, czyli wzajemny stosunek poszczególnych podmiotów w odmiennych płaszczyznach. I tak w obecnej fazie nieokrzepłej stabilizacji dokonują się nowe stratyfikacje zarówno w tradycyjnych obszarach takich jak: bogactwo/bieda (mierzone np. poprzez dochód na głowę mieszkańca, czy produkt krajowy brutto), bezpieczeństwo (zdolność do obrony swojej podmiotowości) czy też dostępność terytorialna (odległość od centrum cywilizacyjnego połączona z ilością i jakością sieci dróg transportowych), jak i w nowych wymiarach podziałów rozwojowych. Do tych nowych wymiarów, decydujących dziś o rzeczywistym profilu spójności zaliczyć można: dobrostan (który ma być miernikiem jakości życia, dla której kwantyfikatorami są takie wskaźniki jak: długość życia, zdrowotność, poziom edukacji, dostęp do różnorodnych usług publicznych itp.), komunikatywność (rozumianą jako zdolność do współuczestnictwa - technologicznego i treściowego - w globalnym obiegu informacji nie tylko jako ostateczny bierny odbiorca tego obiegu, ale także jako jego współtwórca), konkurencyjność (czyli zdolność do rywalizacyjnego uczestniczenia w globalnym podziale pracy, nie w charakterze zależnego rynku usług wspomagających centra rozwojowe, ale jako podmiot kooperacyjny) czy wreszcie harmonizację regulacyjną (co oznacza współistnienie we wspólnej sieci zasad prawnych umożliwiających zmniejszenie kosztów transakcyjnych poprzez znoszenie barier i tworzenie wspólnego środowiska działania).
 
Oznacza to, że polityka zagraniczna nigdy nie znajduje się w fazie „post-strategicznej" i żadne państwo, które rzeczywiście chce liczyć się arenie międzynarodowej nie może sobie pozwolić na sen. Relacje geopolityczne cechują się bowiem ciągłą dynamiką i kto tego nie rozumie, płaci cenę utraty podmiotowości, wpływów, statusu.
 
Warto pamiętać, że nawet wspomniany porządek globalizacyjny, który miał być w swych założeniach inkluzywny, otwarty i równościowy, dla wielu podmiotów jawił się przede wszystkim jako hegemonalny, gdyż wymagał szybkiej transformacji do nowych reguł, niekiedy wbrew wewnętrznej logice instytucjonalnej czy też lokalnej fazie rozwojowej, a w ostatecznym bilansie także ze szkodą dla zasobów własnych, podlegających gwałtownej dewaluacji, wyprzedaży i likwidacji, czego przykładem jest rozwój zależny Europy Środkowej (w tym Polski) w ramach terapii szokowej.
 

 
W tym sensie globalizacja, dająca poczucie włączenia do głównego nurtu, demontowała w tych krajach jednocześnie zarówno bariery jak i potencjalne narzędzia konkurencyjności - traktując oba te elementy jako zasoby zbędne z punktu widzenia uniwersalnego paradygmatu. Kwestia ta, spotęgowana następnie przez okres harmonizacji regulacyjnej związanej z procesem akcesji do Unii Europejskiej, która ponownie likwidowała kolejne części „podsystemu immunologicznego" państw środkowoeuropejskich (bariery odpornościowe przed wstrząsami zewnętrznymi), powraca obecnie jako poważny problem w wyniku światowego kryzysu.
 
Dlatego też z niepokojem należy spojrzeć na dwa zjawiska, które zachodzą obecnie w Unii Europejskiej, a które mogą zerwać owe instytucjonalne ogniwa spójności, w efekcie czego może się utrwalić w Europie nie tylko stratyfikacja rozwojowa w tradycyjnych wymiarach relatywnych (bogaci - biedni; nowocześni - zapóźnieni), ale może zostać ona dopełniona przez stratyfikację instytucjonalną (Europa dwóch kręgów integracyjnych). Co ciekawe, przed takim samym niebezpieczeństwem (z zupełnie innych politycznych powodów, o których nie miejsce tu pisać) rozwoju negatywnego z punktu widzenia spójności stoi też Polska, jeśli chodzi o relacje pomiędzy poszczególnymi regionami czy też metropoliami i prowincją.
 
Pierwszy proces o charakterze negatywnym związany jest z chaotycznymi, pierwszymi reakcjami państw europejskich na kryzys finansowy i gospodarczy z roku 2009, które zdawały się podważać przekonanie o zdolności Unii do skutecznego działania w obronie swych członków. Istotę problemu można najlepiej zdiagnozować, gdy do opisu instytucji wspólnotowych użyć metafory medycznej - ogniwa te, aby łączyć różne organizmy, muszą być przez nie przyjęte, zaś aby było to możliwe należy obniżyć „immunologiczną barierę" odrzucającą przeszczepy. Dlatego państwa członkowskie Unii są systemami o uszczuplonej immunologii, po to by móc działać razem - pozbawia się je możliwości otoczenia się barierami celnymi, handlowymi, zastosowania preferencji dla własnych producentów, subsydiowania przedsiębiorstw itp. W zamian za to otrzymują one silną ochronę zewnętrzną - jako jeden silny gracz gospodarczy oraz uzyskują dodatkowe impulsy rozwojowe poprzez działanie na wspólnym rynku. Kryzys gospodarczy ujawnił jednakowoż, iż przypisywano Unii cechy, których ona de facto nie posiadała (jak stabilizacja wzrostu i obrona przed gwałtownymi zmianami koniunktury), a które wynikały z długiego cyklu trwania sprzyjających okoliczności. Pierwszą reakcją niektórych silnych krajów członkowskich na kryzys była więc próba zerwania łańcucha instytucji spójnościowych i szybka odbudowa własnej immunologii narodowej (szczególnie widoczne było to w propozycjach francuskich oraz w orzeczeniu niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego ).
 
Działania te stanowiły niepokojący sygnał, gdyż powiązane zostały czasowo z drugim negatywnym zjawiskiem, czyli kryzysem formalnym związanym z chaosem wokół ratyfikacji nowego traktatu powiązanej nadto z najniższą w historii frekwencją wyborczą do Parlamentu Europejskiego, który w myśl owego traktatu miałby się stać pełnoprawnym uczestnikiem wspólnotowego procesu decyzyjnego. Fakty te pokazują pułapkę, w jakiej znalazła się polityczna Unia - nadzieja na stworzenie Europy jako ponadnarodowej wspólnoty obywateli okazała się mrzonką, w imię której rozmontowywano instytucje państwowe, ale jednocześnie utrata wymiaru ponadnarodowego grozi państwom słabszym wypadnięciem z rdzenia spójności europejskiej.
 
Logika systemu europejskiego, od jego początku, posiadała bowiem cechy solidarnościowo-podmiotowe. Oznacza to, że zintegrowanie polityk praktycznych pozwalało na korzystanie przez słabsze gospodarczo, społecznie i cywilizacyjnie kraje z dostępu zarówno do środków z budżetu wspólnotowego, jak i do możliwości działania na wspólnym rynku w ramach generalnie zharmonizowanych reguł konkurencji (brak możliwości postawienia barier wykraczających poza czasowe, nadzwyczajne bufory dostosowawcze - np. czasowe zamknięcia rynków pracy, czy czasowe ochrony wybranych sektorów gospodarki) jednocześnie pozostawiając w ich dyspozycji ważne elementy sprzyjające pozyskiwaniu inwestycji i podtrzymywaniu wysokiego wzrostu gospodarczego, jakim jest polityka fiskalna, a dla niektórych (znajdujących się poza strefą euro) także polityka monetarna. Równocześnie brak pełnego zintegrowania polityk fundamentalnych (takich jak polityka zagraniczna i polityka podatkowa) pozwala tym słabszym państwom budować swój podmiotowy potencjał w polityce światowej korzystając z faktu przynależności do Unii Europejskiej jako instrumentu wzmocnienia swej polityki globalnej.
 
Sytuacja ta uległaby istotnej zmianie w przypadku ewolucji systemu europejskiego w kierunku pełnej stratyfikacji, co może nastąpić w przypadku krachu reformy traktatowej, powrotu do „immunologii narodowych", ale także powrotu do ścieżki proto-państwowej w modelowaniu Unii (jaką chciano uruchomić poprzez projekt konstytucyjny dla Europy). Zmieniłoby to zasadniczą cechę systemu na stratyfikację konkurencyjno-dominacyjną, gdzie niektóre obszary - o mniejszej sile politycznej i gospodarczej - pozostają trwale na uboczu głównego nurtu polityki państwa, a elity decydujące ograniczają się do zawężonego kręgu stolicy i kilku najsilniejszych stanów. W praktyce oznaczałoby to bowiem spartykularyzowanie polityk gospodarczych przy zachowaniu wspólnotowych ram proceduralnych i wymogów formalnych (np. standardów ochrony środowiska), co prowadziłoby do radykalnego wzmożenia się wewnętrznej presji konkurencyjnej, a w jej efekcie (znanego z praktyki państwowej) trwałego, strukturalnego rozwarstwienia rozwoju gospodarczego na obszarze całej Unii zmierzającego do powstania „funkcjonalnego podziału geograficznego" na tereny stanowiące lokomotywy wzrostu i siły konkurencyjnej na potrzeby globalnej gospodarki oraz obszary relatywnej biedy, których celem jest utrzymanie względnej równowagi gospodarczej i społecznej w ramach całości systemu. To utrzymywanie względnej równowagi nie byłoby bowiem wynikiem ich rozwoju, lecz raczej wynikiem konieczności przestrzegania reguł prawa wspólnotowego, co dodatkowo obniżałoby możliwości obrania przez nie jakiejś niekonwencjonalnej ścieżki konkurencyjności (np. przez ustanowienie raju podatkowego). Towarzyszące temu zjawisku zintegrowanie polityk suwerennościowych (w tym szczególnie polityki zewnętrznej) dałoby dodatkowy efekt przesunięcia centrów decyzyjnych do stolic dominujących w wewnętrznym układzie sił w ramach systemu.
 
Inaczej mówiąc - obecny sens systemu europejskiego podwójnie sprzyja państwom spójności i działa na rzecz państw słabszych gospodarczo a silnych politycznie (takim właśnie jest Polska), bo pozytywnie przeszacowuje nasze atuty formalne (wielkość terytorialną i ludnościową) i pozwala na odbudowę potencjału geopolitycznego równocześnie dając możliwość (choć regulowaną) dynamicznego rozwoju opartego na dostępie do wspólnego rynku i pozyskiwaniu funduszy modernizacyjnych. Sens ten nie sprzyja natomiast w równym stopniu państwom samodzielnym gospodarczo, których przedsiębiorstwa mają i tak dużą przewagę konkurencyjną na rynku europejskim, a ekspandują głównie poza Europę, a jednocześnie państwa te potrzebują zintegrowanych polityk fundamentalnych (suwerennościowych) z dwóch powodów - po pierwsze występujące kłopoty ich gospodarek wiążą się z „nieuczciwą konkurencją" suwerennych polityk fiskalnych innych krajów (zmniejszających obciążenia podatkowe), a po drugie jedyną szansą na odzyskanie przez nie równorzędnej pozycji globalnej z największymi potęgami (którą kiedyś miały lub do niej aspirowały) takimi jak Stany Zjednoczone czy Chiny, jest utożsamienie ich interesów z interesem Europy i posiadanie przez nie legitymacji do działania w jej imieniu, ze zgodą „junior partners" federacji. Zmiana obecnej logiki piramidy federacyjnej w Unii Europejskiej radykalnie odwróciłaby ten obraz - wygrani i przegrani zamieniają się miejscami.
 
Ta dynamika geopolityki europejskiej stawia przez polskim przywództwem politycznym poważne zadanie przebudowania strategii tak w odniesieniu do poziomu wspólnotowego (Unii Europejskiej) jak i w dwu- i wielostronnych relacjach państwowych. Polska bowiem musi zacząć działać zgodnie z nową logiką stratyfikacji w Europie i skupiać się wyłącznie na pozostawaniu częścią głównego unijnego nurtu. Przede wszystkim należy przestawić nasze myślenie polityczne na konsolidowanie polskiego potencjału geopolitycznego - zarówno w warstwie sojuszy strategicznych, gwarancji bezpieczeństwa, wsparcia innych państw, budowania więzów współzależności i zaufania, jak i w sferze wewnętrznej siły państwa - jego zasobu własności, zdolności do reagowania, sprawności instytucjonalnej, rozwoju technologicznego, infrastruktury. To zadanie zarówno pilne jak i długoterminowe. Wymaga ono porzucenia myślenia w kategoriach „drobnych interesów", które można ugrać na licznych a niewielkich transakcjach i zacząć myśleć w wymiarze strategicznym. Trzeba działać możliwie samodzielnie tam, gdzie posiadamy jakieś zasoby wpływu, a działania grupowe wykorzystywać na tyle na ile nie są one sprzeczne z naszymi samodzielnymi celami (inaczej mówiąc - nie każde tzw. „wspólne stanowisko Unii" jest dla nas korzystne). Nie są to opcje do końca sprzeczne, ale każda z nich - z osobna - jest ryzykowna i wymaga dużej kompetencji, by ją właściwie rozegrać i nie zostać zepchniętym na margines. Sytuacja ta wymaga od nas także „konsolidacji tożsamości", przez co rozumiem kształtowanie ducha i świadomości społecznej, która podkreślałaby wagę polskiej podmiotowości, dumę narodową, patriotyzm i chęć bycia równoprawnym uczestnikiem światowej społeczności. Polacy muszą odzyskać wiarę nie tylko w siebie w rozumieniu indywidualnym, ale w siebie jako w obywatelski naród zdolny do dokonywania rzeczy wielkich i posiadający w przeszłości dowody na taką zdolność.
 

 
Wychodząc z powyższych założeń możemy stwierdzić, że Polsce potrzeba dziś wypracowania generalnej wizji polityki europejskiej w wymiarze geopolitycznym, który zakładałby podmiotowość naszego kraju, tworzoną także przy użyciu instrumentów wspólnotowych, zakładającą potrzebę utrzymania spójności europejskiej, jako służącej naszym interesom.
 
Tak sformułowany cel realizować może nowa polska geopolityka europejska. Jej istotą jest zerwanie z dwoma dotychczas dominującymi paradygmatami polityki polskiej - determinizmem położenia między Niemcami a Rosją, rozumianego jako potrzeba stałego odnoszenia się do polityki tych dwóch państw, a nie jako potrzeba stałego baczenia na ich działania oraz z określeniem, że podstawowym środowiskiem naszej polityki jest Europa Środkowa utożsamiana z obszarem wyszehradzkim.
 
Wydaje się, że te dwa określenia stanowią dziś swoistą pułapkę polskiej geopolityki europejskiej, gdyż po pierwsze ograniczają horyzont naszej ekspansji a po drugie nieustannie przyporządkowują naszą rolę do „pomostu", albo łupu dwóch silnych aktorów zewnętrznych i utrzymują planowanie strategiczne w przestrzeni punktowo-równoleżnikowej, podczas gdy współczesna geopolityka ma charakter sieciowy.
 
Takie rozumienie polityki europejskiej oczywiście, co warto ponownie podkreślić, nie ma na celu przekonanie, że działania Niemiec i Rosji (a szczególnie ich wspólne inicjatywy) nie mają już dla nas znaczenia, że ostatecznym celem polskiej polityki europejskiej nie będzie zawsze utrzymanie wokół siebie przyjaznego środowiska geopolitycznego umożliwiającego pokojową penetrację polskich wpływów na możliwie szerokim obszarze oraz że realizacja tych celów niejednokrotnie postawi nas w naturalnym konflikcie interesów z Niemcami i Rosją. Chodzi raczej o to, by poszerzyć perspektywę spojrzenia na możliwy zestaw instrumentów politycznych, a także by dokonać manewru obejścia pól sprzeczności poprzez nowe korytarze ekspansji.
 
Również w odniesieniu do polityki środkowoeuropejskiej należy dokonać istotnej korekty. Jej znaczenie dla polskiej geopolityki zaczyna bowiem maleć i stawać się po części przeciwskuteczne. Blok środkowoeuropejski klasyfikuje bowiem Polskę do grupy państw nie-w-pełni-samodzielnych, przynależnych do pewnej strefy geograficznej (podlegającej naturalnej dominacji silniejszych sąsiadów), o nieustabilizowanej sytuacji społecznej i gospodarczej i ograniczonym potencjale. Można postawić tezę, że poniekąd grupa środkowoeuropejska stawała się z czasem nie tyle opisem realnej rzeczywistości co pewnym narzędziem epistemologicznym, służącym łatwiejszemu porządkowaniu nowej mapy Europy, a dziś zafałszowuje rzeczywistość i często prowadzi do manipulacyjnych uogólnień, chociażby o rzekomo szalejących w tej części kontynentu nacjonalizmach czy słabym zakorzenieniu przekonań demokratycznych. Także i to założenie nie ma na celu pomniejszania znaczenia naszych regionalnych parterów, ale raczej realny opis obecnej sytuacji, który ma prowadzić nie tyle do zaniku więzów w tym obszarze, ile do ich nowego usieciowienia w szerszych kontekstach, o czym poniżej.
 
W miejsce tych dwóch „żelaznych wyznaczników" należy wyprowadzić polską geopolitykę europejską o kształcie sieciowym (bez odniesień do generalnej polityki globalnej, która także powinna być rozwinięta a nie ograniczana, jak obecnie), na nowe obszary ekspansji interesów.
 
Pierwszym z nich jest polityka bałtycka i skandynawska, w ramach której powinniśmy realizować cztery cele. Polska powinna starać się nawiązać silne związki z krajami szeroko rozumianego zachodniego Bałtyku - Norwegią, Szwecją i Danią, nawiązując z nimi wielowymiarowy dialog strategiczny rozpoczynając od kwestii bezpieczeństwa energetycznego i polityki wschodniej. Polska powinna wykorzystać aktywniej radę Państw Morza Bałtyckiego oraz plany prezydencji szwedzkiej w UE, która zapowiada „Program dla Bałtyki" w kierunku programu rozwojowego: „Bałtyk - morze innowacji", to znaczy uczynić obszar bałtycki nowym źródłem innowacji i nowoczesnych technologii w Unii w zamian za porzucenie niebezpiecznego projektu Gazociągu. Polska powinna dążyć w kierunku stowarzyszenia z Radą Nordycką i jej agendami takimi jak Bank Nordycki. Polska powinna zrealizować kilka strategicznych projektów infrastrukturalnych z Litwą, Łotwą i Estonią (energetyka, transport), jednocześnie blokując rozbudowę rosyjskiego potencjału strategicznego na tym obszarze (Kaliningrad).
 
Drugim celem jest polityka bałkańska, w ramach której szczególnie istotne jest, by Polska wybrała sobie kraje na Bałkanach, które poprzez intensywną współpracę oraz celowe „nadszacowanie" zainwestowanych zasobów chciałaby uczynić swoimi partnerami w polityce europejskiej orientujących się na Polskę jako punkt odniesienia w decyzjach europejskich. Kraje te znajdują się w bezpośrednim sąsiedztwie Unii, staną się jej członkami - o ile UE przetrwa - w nieodległej przyszłości i warto już dziś mocno na nie postawić. Należy w tym kontekście myśleć oczywiście w pierwszym rzędzie o Chorwacji (gdzie pilnie trzeba wzmocnić działanie polskiej dyplomacji), Macedonii (która jest otwarta na polską obecność), Czarnogórze, Albanii oraz - w miarę możliwości - Serbii.
 
Trzecim celem jest pas wschodnio-południowy - od Białorusi, poprzez Ukrainę, Mołdowę po Kaukaz Południowy. Tu mamy do dyspozycji Partnerstwo Wschodnie, ale jest ono dalece niewystarczające, gdyż nie uzyskaliśmy dla niego wymiaru strategicznego, może być zatem tylko jednym z miękkich instrumentów polskiej geopolityki europejskiej. O polskiej polityce wschodniej w jej klasycznym kształcie - czyli polityce wobec Ukrainy, Białorusi i Gruzji napisano wiele. Warto jednak zwrócić w pasie południowo-wschodnim naszą uwagę na Republikę Mołdowy, niesłusznie pomijaną w polskich debatach politycznych. Polska powinna zdecydowanie zaangażować się politycznie i gospodarczo, najpierw w mediacje i stabilizację sytuacji wewnętrznej w Mołdawii, a następnie w nastawienie zwrotnicy polityki mołdawskiej na tor w kierunku Unii Europejskiej. Dziś bowiem kraj ten, w swych wyborach międzynarodowych, jest po pierwsze bardzo osamotniony, a ludzie mają wrażenie, że cały świat jest od nich daleko, a po drugie rozdarty jest pomiędzy ekspansywną Rosję (najwięcej połączeń transportowych jest do Rosji), Rumunię (której polityka wobec Mołdawii ma także niejednoznaczny charakter) i stosunkowo obojętną Ukrainę. Dlatego Mołdawia potrzebuje wiarygodnego, silnego i pomocnego partnera wśród krajów Unii Europejskiej - na tyle bliskiego, by rozumieć problemy transformacji polityczno-społecznej i gospodarczej, która czeka Mołdawię i na tyle już osadzonego w strukturach zachodnich, by być realnym przewodnikiem na drodze do Unii Europejskiej. Cechy te w pełni posiada Polska, potrzeba tylko wyobraźni, odwagi i woli politycznej naszych władz.
 
Jest wreszcie czwarty wymiar polskiej geopolityki europejskiej, czyli sieciowość, którą rozumiem jako aktywne wykorzystanie wewnętrznych ugrupowań międzypaństwowych w Europie oraz poszukiwanie nowych potencjalnych tego typu organizacji. W tym kontekście należy spojrzeć chociażby na potencjał: Grupy Wyszehradzkiej, która może dla Polski mieć sens nie jako element definiujący geopolitycznie, ale jako narzędzie do współpracy z innymi wewnętrznymi ugrupowaniami w ramach Unii (V4+Beneluks) czy też jako narzędzie do współpracy z państwami pozaeuropejskimi (V4+Japonia, V4+Izrael), czy też Inicjatywy Środkowoeuropejskiej, w którą Polska powinna się mocniej zaangażować i przejąć po części jej niewydolne struktury, poprzez konkretne projekty przekazujące nasze doświadczenia modernizacji państwa. W ramach polityki sieciowej jest także miejsce na nowe inicjatywy - wyjście Polski w kierunku krajów geograficznie odległych, ale politycznie podmiotowych, jak np. Malta, Portugalia czy Cypr.
 
Polska polityka europejska potrzebuje wymiaru geopolitycznego, potrzebuje budowania i wzmacniania realnego, samodzielnego potencjału państwa polskiego rozumianego jako dobro wspólne narodu, służącego urzeczywistnianiu jego interesów zarówno w ramach środowiska zintegrowanych narzędzi politycznych (jak ma to miejsce w przypadku Unii Europejskiej), czy w kontekście dwu- i wielostronnym.
 
Zamiast znajdować się w upojonym tłumie przed sceną, który patrzy z uwielbieniem na swych idoli, może warto spróbować na tą scenę wejść?
 
Artykuł ukazał się w numerze 89 (5/2009) dwumiesięcznika Arcana alt
Czytany 11162 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 10 marzec 2016 20:20