czwartek, 12 sierpień 2010 07:15

Karol Kaźmierczak: Ukraina w zawieszeniu

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

alt Karol Kaźmierczak

Pięć lat po „pomarańczowej rewolucji” nie może być mowy o poważnych przemianach w życiu wewnętrznym Ukrainy. Pod względem swojej pozycji geopolitycznej Ukraina też „nie ruszyła się” ani trochę – ani na zachód, ani na wschód.

Pięć lat po „pomarańczowej rewolucji” prezydentem Ukrainy został człowiek będący powodem jej wybuchu i jej bezpośrednim przeciwnikiem. Jeden z dwóch głównych przywódców tamtego buntu przegrał wybory z fatalnym wynikiem plasującym go na granicy marginesu sceny politycznej kraju. „Pomarańczowa rewolucja” okazała się rewolucją pozorną, gdyż w praktyce wyniesieni przez nią do władzy politycy w żaden sposób nie potrafili bądź nie chcieli walczyć z patologiami życia politycznego i społecznego Ukrainy. Choć jednak jest źle, należy pamiętać, że bez zrywu z przełomu 2004 i 2005 roku mogłoby być jeszcze gorzej.

Ukraina jest największym i najludniejszym państwem Europy Środkowowschodniej, obszaru między Rosją i Niemcami. Zdecydowanie odbiega ciężarem gatunkowym od innych wschodnich sąsiadów Polski i zachodnich sąsiadów Federacji Rosyjskiej. Dla tej ostatniej jest ciągle jeszcze jednym z dwóch głównych krajów tranzytowych w kierunku europejskim. Ukraina wbija się mocno klinem w okolice kaukaskiego, miękkiego podbrzusza Rosji. Ukraina ma więc kluczowe znaczenie dla polityki rosyjskiej, nakierowanej na odbudowę wyłącznej strefy wpływów na obszarze dawnego ZSRR oraz uprzedmiotowienie dawnych krajów satelickich wchodzących dziś w skład UE i NATO w ramach nowego europejskiego koncertu mocarstw, w którym Moskwa grałaby pierwsze skrzypce obok Paryża i Berlina. Ukraina ma więc równie kluczowe znaczenie dla polityki polskiej. Pięć lat temu polscy politycy jak mało kiedy solidarnie zaangażowali się po stronie przeciwników Kuczmy, Janukowycza i stojących za nimi wpływów rosyjskich. Dzisiaj po zwycięstwie Janukowycza, gdy można już dokonać bilansu władzy „pomarańczowych”, jego wynik skłania niektórych do kwestionowania sensowności naszej ówczesnej polityki. Czy słusznie?

Ukraina nierządem stoi

Jeśli wziąć pod uwagę realia wewnątrzpolityczne, społeczne i ekonomiczne dzisiejszej Ukrainy to niestety stwierdzić trzeba, że „pomarańczowi” nie potrafili poprawić sytuacji na jakiejkolwiek płaszczyźnie. Według badań ukraińskiego think-tanku Centrum Razumkowa na początku zeszłego roku jedynie 4 proc. Ukraińców pozytywnie oceniało sytuację w swoim kraju, aż 85 negatywnie.

Politycznie kraj pogrąża się w chaosie, który został spotęgowany przez wszystkich graczy na ukraińskiej scenie politycznej, w tym bohaterów „pomarańczowej rewolucji”. To co rzuca się w oczy najbardziej gdy spojrzeć na ukraińską klasę polityczną to jej polityczna bezideowość, sytuacjonizm i prawny nihilizm. Wszystko to spowodowało, że „pomarańczowi” w pełni podtrzymali system oligarchicznych frakcji, w którym po prostu wywalczyli sobie miejsce na jakie za czasów Kuczmy nie mogli liczyć. Oficjalne struktury państwowe, a nawet partyjne, w dalszym ciągu pozostają jedynie fasadą dla walk klik finansowych.

8 grudnia 2004 r. „pomarańczowi” przeforsowali w Radzie Najwyższej reformę konstytucyjną. Doprowadziła ona do znacznego ograniczenia bardzo rozległych kompetencji prezydenta. Głównym jej celem było doraźne uderzenie w urzędującego jeszcze wówczas Leonida Kuczmę, lecz szereg jej zapisów doprowadził w praktyce do bezwładu instytucji państwowych. Reforma odbierając kompetencje prezydentowi wzmocniła przede wszystkim nie rząd, ale sam parlament, który wszakże został skrępowany przepisami mającymi w zamyśle stabilizować jego działanie. Aby wyeliminować korumpowanie pojedynczych parlamentarzystów przez oligarchiczne kliki wprowadzono wówczas zakaz, pod sankcją utraty mandatu, zmiany przynależności klubowej w czasie kadencji. Wprowadzono też instytucję oficjalnej koalicji parlamentarnej, którą muszą powołać kluby posiadające formalnie łącznie ponad połowę głosów Izby. Problem w tym, że nie sposób zagwarantować żadnym przepisem, żeby formalny członek danego klubu, będącego z kolei formalnym uczestnikiem danej koalicji faktycznie głosował z całą tą koalicją i wspierał koalicyjny rząd. Tym samym państwo bywało paraliżowane sytuacjami, gdy rząd nie miał faktycznego poparcia dla swoich przedsięwzięć, jednocześnie nie można było powołać ani nowej koalicji, ani rozwiązać parlamentu, gdyż ciągle istniała koalicja instytucjonalna (z racji przywiązania parlamentarzystów do klubów i obliczania „szabel” wspierających koalicje według ich formalnej przynależności). Tak właśnie działo się w obecnej kadencji, gdy poczynania premier Tymoszenko były sabotowane przez jej formalnych koalicjantów, związanych z jej rywalem prezydentem Juszczenką parlamentarzystów Naszej Ukrainy – Ludowej Samoobrony. W zeszłej kadencji odwołany przez większość posłów rząd Jurija Jechanurowa urzędował jeszcze przez siedem miesięcy z powodu kłopotów z powołaniem nowej formalnej koalicji. Kazuistycznie rozumiane istnienie koalicji, a nie rzeczywista zdolność rządu do przeprowadzania swoich postulatów, stało się mechanizmem paraliżującym politykę ukraińską.

Niesprecyzowane i mętne przepisy różnych aktów prawnych, nierzadko pozostające ze sobą w sprzeczności prowadziły do gorszących spektakli, kiedy to w czasie walki politycznej dowolnie naginano prawo, lub naciskano na sądy mające je interpretować. Jak podkreśla Adam Eberhardt w swojej pracy Rewolucja której nie było. Bilans pięciolecia „pomarańczowej” Ukrainy (wydanej przez Ośrodek Studiów Wschodnich), nawet opisywana reforma konstytucyjna została uchwalona przez Radę Najwyższą z naruszeniem obowiązujących ją procedur.

Charakterystyczna dla kultury politycznej ukraińskich elit była awantura wokół dekretu prezydenta Juszczenki o rozwiązaniu parlamentu z 2 kwietnia 2007 r. Wkrótce po jego wydaniu prezydent, obawiając się o werdykt Sądu Konstytucyjnego, uciekając się do kruczków proceduralnych utrudniał przez kilka tygodni wydanie tegoż wyroku. W końcu zdecydował się po prostu na odwołanie trójki sędziów ze składu Sądu. Ponieważ art. 55 konstytucji Ukrainy daje każdemu obywatelowi prawo do zaskarżenia „decyzji, działania lub bezczynności organów władzy państwowej, organów samorządu terytorialnego, a także urzędników państwowych” więc i prezydent, i opozycja zaskarżyli dekret do uległych sobie rejonowych sądów w Kijowie i Doniecku uzyskując sprzeczne ze sobą wyroki, które bądź podtrzymywały decyzję Juszczenki o odwołaniu sędziów, bądź przywracały ich w skład trybunału. Gdy prezydent zdecydował się na odwołanie prokuratora generalnego, wystąpił przeciw niemu minister spraw wewnętrznych Wasyl Cuszko próbując przywrócić owego prokuratora na stanowisko z użyciem podległych mu komandosów. Prezydent zareagował na to dekretem przenoszącym oddziały MSW pod swoje dowództwo, oraz wysłaniem pod gmach prokuratury 3,5 tys. żołnierzy. Ci z kolei byli po drodze blokowani przez podległą ministrowi milicję i deputowanych Partii Regionów. Ostatecznie w wyniku rozmów wszystkich stron 27 maja uchwalono nowe wybory na koniec września. Kompromis był wyłącznie aktem woli politycznej, prawem nikt się przejmował, strony nie interesowały się już potem co w tej sprawie ma do powiedzenia Sąd Konstytucyjny.

Czołowi liderzy byli skłonni naciągać prawo nawet na poziomie polityki lokalnej – w tarnopolskiej radzie obwodowej po usunięciu wojewody Czyżmara ze stanowiska i wobec niemożności sformowania trwałej większości przez Blok Julii Tymoszenko, szefowa tej partii i ówczesna premier przeforsowała w grudniu 2008 roku uchwałę parlamentarną rozpisującą przedterminowe wybory do tej rady. Gdy w sondażach okazało się, że poparcie dla BJuT w tym regionie spadło do około 10 proc., Rada Najwyższa z inicjatywy BJuT uchyliła 3 marca poprzednią uchwałę, mimo że konstytucja Ukrainy nie przewiduje możliwości odwołania raz rozpisanych wyborów. Akt ten został zakwestionowany w sądzie. W związku z tym w przeddzień wyborów Blok wycofał się z nich w sposób sprzeczny z obowiązującą procedurą. Po wyborach przedstawiciele BJuT zapowiedzieli ich zaskarżenie do sądu i bojkot nowej rady obwodowej.

Biorąc pod uwagę niewydolność sądów – źle opłacanych i cierpiących na znaczne braki kadrowe (na początku zeszłego roku w kijowskim apelacyjnym sądzie administracyjnym było obsadzone 25 proc. etatów, liczba zaległych spraw sięgała 30 tys.), ich całkowitą dyspozycyjność wobec politycznych nacisków, oraz fakt, że decyzje organów władz mogą być przez każdego zaskarżane w sądach powszechnych, w powiązaniu z nieistnieniem odpowiednika Trybunału Stanu i samego pojęcia odpowiedzialności konstytucyjnej urzędników państwowych, dzisiejszą Ukrainę nie sposób nazwać państwem prawa. Jedynym sukcesem po „pomarańczowej rewolucji” w rozliczaniu przestępstw na szczytach władzy było skazanie winnych morderstwa dziennikarza Georgija Gongadze z 2000 r. przy czym wyroki usłyszeli jedyne bezpośredni wykonawcy zbrodni, mimo że poważne tropy prowadziły do gabinetu prezydenta Kuczmy.

Po pierwsze – władza

Problem z ukraińską klasą polityczną nie polega jedynie na jej prawniczym nihilizmie. Za jej woluntaryzmem nie kryją się bowiem żadne koncepcje ideowe czy chociażby plany polityczne mające perspektywę dłuższą niż następne wybory. „Pomarańczowi” podobnie jak ich poprzednicy okazali się w dużej mierze politykami bezideowymi i koniunkturalnymi, dla których podstawową, a co gorsza często i jedyną przesłanką działań politycznych było po prostu utrzymanie się w siodle urzędu. Jak stwierdził w rozmowie z dziennikarzem „Przekroju” profesor Taras Kuzio z Uniwersytetu Waszyngtona – politykom ukraińskim „chodzi o prywatne interesy, nic więcej. Na Ukrainie programy partii to papierki potrzebne do rejestracji przed wyborami”. W praktycznej rywalizacji o to na kołku zawieszono wszystkie hasła „rewolucji”: państwo prawa, walkę z biurokracją, uwolnienie i reformy gospodarki, walkę z korupcją i wpływami oligarchów, integrację z zachodnimi strukturami. Zamiast wdrażania tych postulatów oboje liderów „pomarańczowego” zrywu już nazajutrz po objęciu dwóch najważniejszych urzędów w państwie pochłonęła walka na zabój w ramach swojego obozu – rozłam nastąpił jeszcze w 2005 r. Charakterystyczne, że w ostatniej kampanii wyborczej dawni sojusznicy z Majdanu atakowali ostrzej siebie nawzajem niż Wiktora Janukowycza. Wielu komentatorów mówiło o „zmowie dwóch Wiktorów” mającej odzwierciedlanie w środkach masowego przekazu: zarówno te prywatne należące do sprzyjających Partii Regionów oligarchów jak i państwowe,  w większości kontrolowane przez ludzi prezydenta, jednym głosem krytykowały premier Tymoszenko bądź ignorowały jej inicjatywy. Dodać trzeba, że z kolei od 2008 do połowy 2009 roku toczyły się zainicjowane przez Tymoszenko zakulisowe negocjacje z Janukowyczem o zniesieniu bezpośrednich wyborów prezydenta, przedłużeniu kadencji parlamentu o trzy lata i zmuszeniu (!) opozycji do partycypowania w pracach rządu. Rozmawiano także o ewentualnych ograniczeniach w działalności mediów.

Skrajny antagonizm Wiktora Juszczenki i Julii Tymoszenko, pogłębiany przez fakt, że odwoływali się oni do podobnej bazy wyborczej, uniemożliwił w praktyce jakiekolwiek głębsze reformy. Wyścig o elektorat spowodował z kolei koncert nieodpowiedzialnego populizmu uskutecznianego zwłaszcza przez „piękną Julię”. W efekcie wraz z globalnym kryzysem doszło w zeszłym roku do ekonomicznej katastrofy. Co prawda Ukrainie udało się w końcu przystąpić (w lutym 2008 r.) do WTO, ale i tak tamtejsza gospodarka jest w dużym stopniu skrępowana nie tyle przez ujęcie w karby wyraźnie określonych uprawnień państwa ale przez niejasność przepisów samowolnie wykorzystywaną przez biurokrację. Raport Banku Światowego z roku bieżącego jeśli chodzi o łatwość prowadzenia działalności gospodarczej klasyfikował Ukrainę na ostatnim miejscu w Europie. Ukraińska gospodarka nie jest innowacyjna, w dużej mierze nadal opiera się na przemyśle wydobywczym, chemicznym, metalurgicznym. W ubiegłym roku na koniec III kwartału odnotowano spadek PKB na poziomie 15,9 proc. Nastąpił spadek produkcji przemysłowej o 28,4 proc. Spadek handlu zagranicznego wyniósł 40,8 proc przy czym spadek eksportu był trochę mniejszy niż importu. Rezerwy walutowe zmniejszyły się z 31,5 mld do 28,1 mld dolarów. Na koniec czerwca 2009 r. bezrobocie wynosiło 9,9 proc., co oznacza wzrost o 3 proc. w stosunku do końca roku 2008. W okresie styczeń-listopad 2009 r. dochody budżetu państwa wyniosły 200,6 mld hrywien i były nominalnie o 3,6 proc. niższe niż w analogicznym okresie roku poprzedniego. Odnotowano wyraźny spadek dochodów podatkowych (nominalnie o 14,9 proc.), szczególnie podatków od dochodów przedsiębiorstw (aż o 29,1 proc.). Tymczasem wydatki budżetu były nominalnie o 4,3 proc. wyższe niż przed rokiem. W okresie styczeń-wrzesień 2009 r. czysty przyrost bezpośrednich inwestycji zagranicznych wyniósł 2,97 mld dolarów i był prawie trzykrotnie niższy niż w analogicznym okresie roku poprzedniego. Charakterystyczne, że jednym z „rozwiązań racjonalizatorskich” wdrożonych przez premier Tymoszenko była… wymuszona na urzędzie statystycznym rezygnacja z publikacji comiesięcznych raportów o stanie gospodarki. Populistyczne posunięcia (wzrost wydatków socjalnych) spowodowały decyzję Międzynarodowego Funduszu Walutowego o wstrzymaniu jednej transzy z przyznanego Ukrainie kredytu. Rząd podpisywał umowy z przedsiębiorstwami przemysłowymi w zamian za utrzymanie zatrudnienia przesuwające tylko koszty do innych sektorów poprzez zamrożenie wzrostu opłat za energię, transport, gaz.

Polityka zagraniczna

Zmiany na płaszczyźnie polityki zagranicznej były znacznie mniejsze niż nadzieje rozbudzone i politycznie skonsumowane przez Juszczenkę i Tymoszenko. Choć Ukraina wyemancypowała się od wpływów Moskwy to jednocześnie nie udało jej się praktycznie nawet o krok przybliżyć do Unii Europejskiej i NATO. Poza utworzeniem stanowiska wicepremiera ds. integracji europejskiej „pomarańczowi” nie mogą się pochwalić żadnymi realnymi działaniami na rzecz spełnienia warunków umożliwiających temu krajowi realne ubieganie się o członkostwo. Brak faktycznego, konstruktywnego zaangażowania władz ukraińskich w proces przygotowania do integracji, patologie wewnętrznego życia społeczno-politycznego kraju, nakładając się na inne czynniki (między innymi zacieśnienie współpracy kluczowych krajów zachodnioeuropejskich i Rosji) doprowadziły z kolei do całkowitego spadku motywacji po stronie europejskiej.

Co do NATO to ze względu na sceptycyzm społeczeństwa ukraińskiego liderzy „pomarańczowych” raczej nie eksponowali tego wątku integracji z Zachodem, a Julia Tymoszenko wręcz kwestionowała samą koncepcję. Dlatego też Janukowycz jako premier we wrześniu 2006 r. mógł w Brukseli lekką ręką zrezygnować z MAP (Planu działań na rzecz członkostwa) mimo że rozpoczęcie procesu integracji z Sojuszem było o wiele realniejsze niż w przypadku integracji z UE. Adam Eberhardt w przytaczanym opracowaniu stwierdził wręcz, że dla większości ukraińskich elit, w tym dla Tymoszenko, „integracja europejska nie stanowiła instrumentu urzeczywistnienia nadrzędnego wyboru cywilizacyjnego, lecz była zaledwie […] koniunkturalnym hasłem w rozgrywce wewnątrzpolitycznej”.

Jeśli szukać przewartościowań spowodowanych przez „pomarańczowych” w polityce ukraińskiej to można je dostrzec jedynie w aspekcie relacji z Rosją. Niewątpliwie „pomarańczowa rewolucja” pomieszała szyki Moskwie, niewątpliwie też, przynajmniej w pierwszym okresie porewolucyjnym, wyzwoliła w ukraińskich elitach potencjał podmiotowości. Szczególnie Wiktor Juszczenko w czasie swojej prezydentury priorytetowo traktował kwestię emancypacji Ukrainy spod wpływów Rosji i stworzenia trwałych ram zabezpieczających jej niezależną pozycję. Poprzedni prezydent mocno angażował się w rewitalizację Organizacji na Rzecz Demokracji i Rozwoju zrzeszającej także Azerbejdżan, Gruzję i Mołdawię. Wiązało się to ściśle z koncepcją stworzenia kanału tranzytu surowców z Azerbejdżanu (i ewentualnie z innych krajów Azji Środkowej) bez pośrednictwa i poza kontrolą Moskwy. Konceptualizacją tych planów był szereg szczytów energetycznych przywódców państw GUAM oraz Polski i Litwy – na najważniejszym z nich, krakowskim w maju 2007 roku, zdecydowano o powołaniu spółki Nowa Sarmatia mającej odpowiadać za poprowadzenie ropociągu Odessa-Brody-Płock-Gdańsk, który odbierałby transportowaną via gruzińska magistrala i Morze Czarne azerską ropę. Koncepcja ta stanęła pod znakiem zapytania w 2008 r. gdy armia rosyjska, po inwazji jakiej dokonała z Osetii Północnej, gorliwie dewastowała gruzińską infrastrukturę do przesyłu surowca i gdy zdystansował się zastraszony azerski prezydent Ilham Alijew. Dotyczy to także forsowanego przez premier Tymoszenko projektu White Stream czyli rurociągu przesyłającego gaz z wybrzeża Gruzji do Rumunii po dnie Morza Czarnego (z Krymem jako punktem pośrednim), którym zainteresowanie wyrażała Komisja Europejska. Warto przypomnieć, że Juszczenko obok zmarłego niedawno tragicznie Lecha Kaczyńskiego był najostrzej występującym przeciw rosyjskiej interwencji przywódcą europejskim. Próbował nawet zablokować możliwość zawijania do portów rosyjskiej marynarki na Krymie tych okrętów, które operowały u wybrzeży Gruzji. Wówczas też dał do zrozumienia, że nie widzi możliwości przedłużenia dzierżawy tych baz poza przewidziany w umowie rok 2017.

Dziś już widać, że Juszczence nie udało się zbudować z tych planów, gestów i frazeologii trwałej architektury ukraińskiego bezpieczeństwa i niezależności od wschodniego sąsiada. Jej głównym budulcem nie mogła być bowiem jedynie GUAM, lecz konsekwentne i coraz ściślejsze wiązanie Ukrainy z NATO i UE. Jak już wspomniałem okazało się to niemożliwe z winy samych elit ukraińskich, w tym Juszczenki, niezdolnych do zainicjowania w kraju dogłębnych przemian, które uczyniły by taką integrację możliwą. Trzeba zaznaczyć, iż również w tym względzie były prezydent nie mógł liczyć na swoją niegdysiejszą sojuszniczkę z Majdanu. Dla Julii Tymoszenko także stosunki z Rosją były jedynie elementem permanentnej gry wyborczej. Ta gra nakazywała z jednej strony odgrażać się prezydentowi Putinowi i zaklinać przed wyborami, że język rosyjski nigdy nie stanie się w państwie ukraińskim językiem oficjalnym, z drugiej strony była oskarżana przez Juszczenkę o zbyt miękkie stanowisko w czasie ostatniego konfliktu gazowego z Rosją, czy o nieudolność w sprawie projektu White-Stream w wyniku której w styczniu tego roku od tej międzynarodowej inicjatywy publicznie zdystansował się Turkmenistan.

„Wojna gazowa” z Moskwą na początku zeszłego roku udowodniła, że Ukraina nie może liczyć na poważne wsparcie z zachodu. Część europejskich polityków między wierszami obciążało Ukraińców odpowiedzialnością za „awanturę” skutkującą przerwaniem dostaw gazu dla wielu krajów UE. Niestety „pomarańczowe” elity przez swoją niezdolność do strukturalnych reform skutecznie roztrwoniły kredyt zaufania jaki miały w Europie. Bardzo ważnym czynnikiem było również zmniejszenie się zaangażowania Stanów Zjednoczonych, których wsparcie miało przecież kluczowe znaczenie dla „pomarańczowej rewolucji”.

Na wschodzie bez zmian

„Pomarańczowa rewolucja” musiała okazać się rewolucją pozorną bowiem nie łączyła się z wymianą elit. Nadzieje rozbudzone przez nią również w Polsce przesłoniły nam fakt, że Juszczenko i Tymoszenko nie byli homines novi ukraińskiej polityki. Trudno by ludzie ci zdemontowali patologiczny, skorumpowany system oligarchiczny skoro sami zaprawiali się do polityki w jego ramach. Julia Tymoszenko sama może być przykładem oligarchy. Dorobiła się na szemranych interesach okołorządowych, szczególnie jako szef Zjednoczonych Systemów Energetycznych Ukrainy (1996-1997). Karierę polityczną zaczynała u boku Pawło Łazarenki, jednego z liderów klanu dniepropietrowskiego, w latach 1996-1997 pełniącego obowiązki premiera, który w 1999 r. uciekł do USA na tydzień przed odebraniem mu immunitetu parlamentarnego, ale nawet tam został aresztowany i skazany na 9 lat więzienia za przestępcze operacje finansowe. Tymoszenko popierała Kuczmę, była wicepremierem w pierwszym rządzie Juszczenki (1999-2000). W konflikt z Kuczmą popadła po aresztowaniu męża za niegospodarność ZSEU. Po dymisji na początku 2001 roku sama była tymczasowo aresztowana pod zarzutem korupcji, jednak kijowski sąd po miesiącu odrzucił zarzuty.

Wiktor Juszczenko został wciągnięty do polityki po długim szefowaniu w Banku Narodowym Ukrainy również przez Kuczmę, który w 1999 r. wykreował go na premiera. W tymże roku Juszczenko nie zgodził się wystąpić w wyborach jako jego konkurent. Gdy na ulicach Kijowa coraz widoczniejsze stawały się poczynania ruchu „Ukraina bez Kuczmy” Juszczenko określił przeciwników  ówczesnego prezydenta jako „faszystów”. Juszczenko został zdymisjonowany w kwietniu 2001 r. i wtedy też przeszedł do opozycji.

„Pomarańczowi” nie zmienili w zasadzie rzeczywistego ustroju państwa. Ukraina przypomina dziś osiemnastowieczną Rzeczpospolitą, w której oficjalne instytucje są polem gry dla grupy największych magnatów decydujących o sytuacji w kraju. Dziś rzeczywistymi władcami, czy wręcz właścicielami Ukrainy są bajecznie bogaci oligarchowie. Dorobili się na przejmowaniu za bezcen państwowego majątku i ciemnych interesach. W ubiegłej dekadzie walka między nimi przybierała niekiedy dosłowne formy – toczyła się z użyciem broni palnej i ładunków wybuchowych. W roku 2008 oligarchowie generowali 80 procent całego dochodu wytwarzanego rocznie przez Ukrainę podczas gdy bogacze w Rosji zaledwie jedną trzecią. Największy z nich, lider klanu donieckiego Rinat Achmetow swego czasu zdeklasował rosyjskich finansowych bojarów. W 1995 r. ówczesny szef „donieckich” Ołeksandr Bragin zginął w wybuchu bomby. Nigdy nie wykryto sprawcy, największe wpływy zyskał po zamachu właśnie Achmetow. Jego majątek został oceniony przez „Kyiv Post” w kryzysowym 2009 roku na około 9,6 miliarda dolarów. Tuż za nim znajdują się Ihor Kołomojski z Dniepropietrowska, Wiktor Pinczuk (zięć Leonida Kuczmy) również z tego miasta, Giennadij Bogolubow również działający w Donbasie, Konstatnin Żewago z Połtawy, Siergiej Taruta z Doniecka, Ołeksandr Jarosławski z Charkowa, Petro Poroszenko z Kijowa, Dmytro Firtasz także ze stolicy czy Wiktor Nusenkis z Zaporoża.

Jednym z głównych haseł „pomarańczowej rewolucji” było ukrócenie oligarchii poprzez rewizję podejrzanych prywatyzacji, które ufundowały ich potęgę. Zaraz po objęciu władzy przez „pomarańczowych” doprowadzono do odzyskania z rąk Pinczuka i Achmetowa huty Krywiriżtal, za którą przy ponownej prywatyzacji skarb państwa uzyskał sześciokrotność ceny (od niemieckiego konsorcjum Mittal Steel) za jaką wcześniej nabyli zakłady oligarchowie. Był to pierwszy i ostatni taki sukces, demonstracyjna kara, bo obaj biznesmeni mocno wspierali w 2004 r. kampanię Janukowycza. Bardzo szybko zarówno Tymoszenko jak i Juszczenko wpisali się w oligarchiczne układy, co zresztą wiązało się z tym, że zaczęli szukać sojuszników przeciwko sobie. Już przy okazji próby odzyskania od Pinczuka Zakładów Żelazostopów w Nikopolu związany wówczas z Juszczenką Poroszenko lobbował na rzecz tego pierwszego, gdy tymczasem Tymoszenko chętniej słuchała Kołomojskiego. Wielkie i szczytne hasła ostatecznie schowano do kieszeni gdy Juszczenko zaprosił do siebie w 2005 r. delegację oligarchów z Achmetowem na czele – po spotkaniu prezentowali oni w mediach swój dobry humor zapewniając, że żadnych wywłaszczeń już nie będzie. Potem odbyły się jeszcze dwa takie spotkania. Niektórzy oligarchowie świetnie odnaleźli się w obozie „pomarańczowych”. Poroszenko, który pojawił się u boku Juszczenki jeszcze na Majdanie, był potem członkiem Naszej Ukrainy, szefem Narodowej Rady Bezpieczeństwa i Obrony, z której ustąpił po kilku miesiącach na skutek konfliktu z ówczesną premier Julią Tymoszenko, był w końcu ministrem spraw zagranicznych od października zeszłego roku do marca roku bieżącego. Według mediów rosyjskich i polskich prezydent miał także utrzymywać w latach 2004-2006 kontakty z Dmytro Firtaszem, udziałowcem RosUkrEnergo, spółki będącej do niedawna na Ukrainie monopolistycznym pośrednikiem w handlu gazem pozyskiwanym od Gazpromu. Firtasz miał oddziaływać na środowisko byłego prezydenta także za pośrednictwem jego brata Petro Juszczenki, z którym utrzymywał kontakty biznesowe. Podobnie Kołomojski, który najpierw wspierał Tymoszenko, a potem wszedł w orbitę ośrodka prezydenckiego. Z kolei ukraińskie media donosiły w zeszłym roku, iż doradcą Tymoszenko jest Wiktor Medweczuk – lider niegdysiejszego klanu kijowskiego, szef administracji prezydenta Kuczmy, uważany przez wielu ukraińskich komentatorów za prorosyjskiego. Politycy z obozu Tymoszenko twierdzili nawet otwarcie, że będzie on nowym prokuratorem generalnym po jej ewentualnym zwycięstwie w wyborach prezydenckich.

Choć oligarchowie (poza Poroszenką) nie sięgają po najwyższe urzędy państwowe, w istocie mają przemożny wpływ na ukraińską politykę. Finansowanie partii politycznych w tym kraju to w dalszym ciągu samowolka. Partie obracają tam środkami o jakich politycy polscy mogą jedynie pomarzyć. Według nieoficjalnych informacji w ostatniej kampanii główni kandydaci wydali po 300-350 milionów dolarów każdy. Janukowycz mógł liczyć prawdopodobnie nawet na jeszcze więcej. Oligarchowie biorą udział w rozgrywkach politycznych także jako właściciele środków masowego przekazu. Achmetow, Kołomojski i Firtasz dbają o odpowiednią linię dziennikarzy w swoich telewizjach. Ale wpływ oligarchów nie polega jedynie na korumpowaniu polityków w Kijowie i oddawaniu im do usług swoich tub medialnych. Na Ukrainie dochodzi bowiem do swoistej feudalizacji – lokalne urzędy i sądy siedzą w kieszeni u finansowych baronów, oligarchowie dając chleb jako pracodawcy i igrzyska jako właściciele mediów czy klubów i obiektów sportowych (oni wzięli na siebie inwestycje związane z przygotowaniami do Euro 2012), zaczęli w końcu wyręczać państwo i samorządy w wielu funkcjach, także socjalnych, poprzez różnego rodzaju działalność dobroczynną. Achmetow na przykład w samym 2008 r. wydał na działalność charytatywną w swoim regionie 27 milionów dolarów, nic więc dziwnego że dla mieszkańców Donbasu to „nasz Rinat” a nie nowowybrany prezydent państwa jest osobą numer jeden.

Nacjonalizm w podzielonym narodzie

Z pewnością prezydentura Juszczenki przyniosła na Ukrainie wielkie zmiany jeśli chodzi o symboliczną legitymację państwa. „Pomarańczowy” prezydent dołożył wielu starań do tego, aby w świadomości społecznej zaistniał „Hołodomor” – wielka klęska głodu spowodowana na początku lat trzydziestych ubiegłego wieku przez politykę Sowietów. Drugim istotnym elementem, na którym Juszczenko chciał oprzeć ogólnonarodową pamięć historyczną była gloryfikacja Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii. Ten właśnie element stał się istotny z polskiego punktu widzenia. Wydaje się, że  działania Juszczenki nie miały bezpośrednio antypolskiego ostrza – ukraiński prezydent nie podejmował żadnych działań przeciw mniejszości polskiej, a nawet odwiedził Dom Polski w Żytomierzu. Jednak próbując odwoływać się do mitu „antysowieckiego (w domyśle antyrosyjskiego) ruchu oporu” i budując na nim tożsamość obywatelską impregnowaną na promoskiewskie sentymenty, ciągle przecież obecne u sporej części ludności w południowej i wschodniej Ukrainie, na zachodnich jej obszarach świadomie lub nieświadomie wypuścił z butelki dżina etnicznego szowinizmu. To polityka symboliczna byłego prezydenta stworzyła klimat w którym możliwe stało się zaistnienie szowinistycznej partii Swoboda. W skali ogólnokrajowej nurt ten nie odgrywa większej roli, lider Swobody w ostatnich wyborach prezydenckich otrzymał zaledwie 1,4 proc. poparcia, a w wyborach do Rady Najwyższej w skali kraju 0,76 proc. Niemniej w niektórych obwodach zachodnich (lwowskim, tarnopolskim, iwano-frankowskim) szowiniści uzyskali około 5 proc. poparcia. W wyborach lokalnych w obwodzie tarnopolskim rok temu Swoboda odniosła ogromny sukces uzyskując 35 proc. poparcia (w poprzednich wyborach 3 proc.). Jej działacze już zasłynęli wywieszaniem plakatów ku czci SS Galizien czy próbą uniemożliwienia uroczystości ku czci ofiar mordów UPA w Hucie Pieniackiej w lutym tego roku. Problem polega jednak na tym, że antypolskie nastawienie udziela się w zachodnich obwodach także reprezentantom innych partii, w tym Naszej Ukrainy. Polscy działacze społeczni i zwykli Polacy spotykają się z nieprzychylnym nastawieniem. Ostatnim tego przejawem był projekt uchwały lwowskiej rady obwodowej o zdemontowaniu „szkodliwych i obrażających godność Ukraińców” elementów na Cmentarzu Orląt, pomnika upamiętniającego zabitych w Hucie Pieniackiej i innych pomników upamiętniających Polaków pomordowanych w ziemi lwowskiej.

Klimat panujący w zachodnich obwodach i fakt, że banderowskie sentymenty były tam zawsze obecne mogą wskazywać, że Juszczenko dostrzegł w gorliwym gloryfikowaniu OUN-UPA także swój interes polityczny. Od dłuższego już czasu przegrywał walkę o „pomarańczowy” elektorat z premier Tymoszenko, czego potwierdzeniem są ostatnie wybory w których w pierwszej turze ustępujący prezydent otrzymał 5,4 proc. poparcia a „piękna Julia” 25 proc. Być może więc Juszczenko świadomie grał na zapewnienie sobie istnienia na scenie politycznej poprzez odwołanie się do niewielkiego, ale żelaznego elektoratu. Bo wybory potwierdzają również, iż Juszczenko zdołał złapać to polityczne koło ratunkowe – najwyższe poparcie zebrał właśnie na zachodniej rubieży. I dobrze się w nim okopuje, bo jak się wydaje elektorat nacjonalistyczny odwraca się od Tymoszenko. We wspomnianych przedterminowych wyborach do obwodowej rady Tarnopola BJuT poniósł klęskę uzyskując zaledwie 8 proc. poparcia (w poprzednich wyborach 52 proc.) czyli mniej nawet od Partii Regionów. Znamiennym zdarzeniem było również wygwizdanie i próba pobicia deputowanego BJuT Andrija Szkila we Lwowie w lipcu  ubiegłego roku podczas uroczystości w rocznicę powstania banderowskiej Ukraińskiej Głównej Rady Wyzwoleńczej, mimo że Szkil to dawny lider skrajnie nacjonalistycznej organizacji UNA-UNSO, która zasłynęła w ubiegłej dekadzie demonstracyjnym dewastowaniem pomników na Cmentarzu Orląt czy profanowaniem polskiej flagi. Zresztą miesiąc wcześniej z gwizdami i okrzykami „Hańba” spotkała się we Lwowie sama Tymoszenko.

Pomijając aspekt taktyki politycznej i abstrahując od polskiego punktu widzenia to trudno ocenić pozytywnie politykę Juszczenki. Pragnąc zintegrować obywateli Ukrainy wokół mitu narodowego, wokół ideału „samostijnej Ukrainy” reprezentowanego przez OUN-UPA, w rzeczywistości pogłębił tylko ich rozbicie. Były prezydent nad wyraz lekko podszedł do rzeczywistości sądząc że może dowolnie dekretować jedność Ukrainy tak zróżnicowanej jaką ona jest. Poza licznymi przedstawicielami mniejszości narodowych stanowiącymi 23 proc. obywateli, sami obywatele deklarujący się jako Ukraińcy stanowią bardzo zróżnicowaną społeczność. Dość wspomnieć, że aż 29,6 proc obywateli określiło język rosyjski jako ich język ojczysty, byli więc wśród nich także zadeklarowani Ukraińcy. Ukraina jest jedna, ale w wielu postaciach zarazem. Pomijając otwarcie prorosyjski Krym, gdzie w Sewastopolu stoi pomnik carycy Katarzyny i gdzie fetuje się „naszych” marynarzy Floty Czarnomorskiej, trudno pod jeden strychulec podpiąć Lwów i Odessę, te z kolei są odmienne od Kijowa czy Doniecka. Różna struktura socjalna, różna tradycja, różne języki, różne poglądy na historię i w końcu różne sympatie polityczne. Przezwyciężenie homo sovieticusa w Ukraińcach i kształtowanie narodu całkowicie wyzwolonego z kolonialnych naleciałości będzie złożonym procesem, którego głównym elementem będzie tworzenie państwa prawa, w którym jego obywatele faktycznie będą się czuć podmiotowo, sprawnie zaspokajającego te ich potrzeby, których sami zaspokoić nie mogą, w którym pozycji dawnej imperialnej władzy nie będą zajmować stojący ponad prawem i interesem państwa oligarchowie. Juszczenko wolał pójść na skróty i zaczął od kanonicznej wersji historii. Obwołaniem Bandery „Bohaterem Ukrainy”, co wywołało na wschodzie i południu liczne protesty przeciw „faszyście”, powiększył tylko podziały w społeczeństwie, do współczesnych politycznych antagonizmów dodając historyczne. Forsowanie swojej wizji historii wystraszyło wręcz mieszkańców wschodniej i południowej części kraju i dodatkowo zmobilizowało ich do poparcia „błękitnego” kandydata, co zresztą zauważyli niektórzy komentatorzy twierdzący, że decyzją o „heroizacji” Bandery wydaną po pierwszej turze wyborów skutecznie zmniejszył szanse Julii Tymoszenko w finałowym starciu z Janukowyczem. Być może zresztą ustępującemu prezydentowi o to, poza wszystkim innym, też chodziło.

Swoją polityką historyczną Juszczenko psuł stosunki nie tylko z Polską, ale z całym zachodem, w strefę którego chciał przecież wprowadzać swój kraj – gloryfikacja ideowego inspiratora mordów na tle etnicznym a wcześniej ich realizatora (tytuł „Bohatera Ukrainy” dla Romana Szuchewycza w 2007 r.) musiała spotkać się z protestami w Europie (rezolucja Parlamentu Europejskiego z 25 lutego br.) i USA (protesty wpływowych środowisk żydowskich).

Mogło być gorzej

Pięć lat po „pomarańczowej rewolucji” nie może być mowy o poważnych przemianach w życiu wewnętrznym Ukrainy. Pod względem swojej pozycji geopolitycznej Ukraina też „nie ruszyła się” ani trochę – ani na zachód, ani na wschód. Czy należy więc potępić wsparcie polskich polityków dla „pomarańczowej rewolucji”? Nie należy. Prezydenturę właśnie objął Wiktor Janukowycz, wówczas powstrzymany przez tłumy na Majdanie. Dziś jednak objął ją z woli Ukraińców, delegowany przez samodzielną lokalną frakcję, nie zaś na mocy konsultacji Kuczmy z lokatorami Kremla i z pomocą rosyjskich speców od „technologii politycznej”. „Pomarańczowi” wykrzesali pewien potencjał podmiotowości, który zmienił również i ich adwersarzy, ich horyzonty polityczne i stosunek do wschodniego sąsiada.

Wielkim sukcesem „pomarańczowej rewolucji” była mobilizacja, plebiscytarne przebudzenie Ukraińców, o czym świadczy wysoka frekwencja wyborcza w ostatnich wyborach – 67 proc. w pierwszej turze i 69 proc. w drugiej to frekwencja, która może zawstydzać Polaków. Wyzwolenie tej energii jest sukcesem i Ukrainy, i Polski – nawet jeśli wyniesieni przez „pomarańczową rewolucję” do władzy politycy (a dziś od niej odsunięci) nie przeprowadzili strukturalnych zmian tworzących trwałe ramy dla konstruktywnej aktywności społecznej i geopolitycznego bezpieczeństwa, to jednak Ukraina została uchroniona przed osunięciem się w stronę wąskiej, zasklepionej oligarchii, która niechybnie, tak jak inne tego typu kraje w strefie postradzieckiej, popadłaby w jakąś formę silnych związków z Moskwą. Choć oligarchiczny parafeudalizm nadal ma się nad Dnieprem doskonale to jednak nie jest to już zhierarchizowany syndykat trzech klanów, które wszystkie w jakiś sposób chwytały się klamki gabinetu prezydenta Kuczmy, lecz szersza grupa konkurujących ze sobą frakcji, związanych z kolei z konkurującymi ze sobą partiami. Rozbicie wąskiego oligarchicznego syndykatu i mobilizacja społeczeństwa znacznie utrudnia ponowne uzależnienie od dawnej imperialnej metropolii, gdyż nie jest to już możliwe poprzez proste zwasalizowanie centralnego ośrodka syndykatu. Biorąc pod uwagę, iż także w żywotnym interesie Polski jest aby domena Moskwy, wracającej w koleiny wielkomocarstwowych gier, była możliwie jak najdalej odsunięta od naszych granic, poparcie „pomarańczowej rewolucji” było w pełni uzasadnione. Zupełnie nieuzasadnione było natomiast bezkrytyczne faworyzowanie Juszczenki przez całe następne pięć lat relacji z Ukrainą (przede wszystkim w wykonaniu ośrodka prezydenckiego), mimo że już od dłuższego czasu wyraźnie było widać, iż jest on wyraźnie słabszy od dwóch pozostałych głównych aktorów ukraińskiej sceny i wraz z pewną utratą fotela prezydenckiego spadnie do tamtejszej politycznej drugiej ligi. Janukowycz może Polsce wybaczyć wsparcie jego przeciwników na przełomie 2004 i 2005 roku, trudniej będzie mu zapomnieć o uporczywym ignorowaniu go przez polskich polityków przez cały następny postrewolucyjny okres i zatrzymanie się naszego dyskursu w jego sprawie na poziomie „kandydata prorosyjskiego”. Prezydent Kaczyński sprawiał wrażenie jakby dopiero po ogłoszeniu wyników pierwszej tury ukraińskich wyborów zdał sobie sprawę z tego, że Janukowycz to najbardziej prawdopodobny przyszły prezydent najważniejszego państwa za naszą wschodnią granicą.

Wybory prezydenckie 2010 roku potwierdziły trwałe rozbicie Ukrainy rysujące się wedle linii zaistniałych w czasie wydarzeń sprzed pięciu lat – północ i zachód kraju są nadal pomarańczowe, południe i wschód błękitne. Jednak w pierwszej turze zaistniał wyraźnie kandydat nie wpisujący się w ten podział – Serhij Tihipko, prowadzący dość spokojną, wyważoną kampanię wyborczą, uzyskał aż 13 proc. oddanych głosów.

Wybory ujawniły integralność bazy wyborczej zwycięzcy: w pierwszej turze Janukowycz wygrał w dziesięciu obwodach a Tymoszenko w szesnastu, ale kandydat Partii Regionów aż w ośmiu uzyskał większość bezwzględną, a jego konkurentka tylko w jednym (wołyńskim), a w aż siedmiu obwodach wschodniej Ukrainy, oraz obwodzie odeskim i Sewastopolu „piękna Julia” była dopiero trzecia, plasując się także za Tihipką.

Wiktor Juszczenko uzyskał zaledwie 5,4 proc. poparcia, jest to dotkliwa porażka niegdysiejszego lidera „pomarańczowej rewolucji”. O ile jednak zdoła on utrzymać swoje zaplecze polityczne i jego partia nie rozsypie się, ma on szansę przetrwać na ukraińskiej scenie politycznej (próg wyborczy do Rady Najwyższej wynosi 3 procent). Znamienne jest, że Juszczenko uzyskał dobre wyniki w trzech zachodnich obwodach: lwowskim – 30,7 proc, tarnopolskim – 26,4 proc, iwano-frankowskim – 25,1 proc. Prawdopodobnie więc środowisko Juszczenki ograniczy się do kręgów nacjonalistycznych, neobanderowskich, a dodatkowo może je jeszcze radykalizować współzawodnictwo w swoim mateczniku ze skrajną, szowinistyczną Swobodą Oleha Tiahnyboka. O ile także wybory prezydenckie udowodniły, że nacjonalizm w wydaniu neobanderowskim nie osiągnie raczej wpływów na poziomie ogólnopaństwowym, to jednak zagnieździł się on już w zachodnich obłastiach, także w strukturach lokalnych władz. Biorąc pod uwagę administracyjny chaos i samowolę lokalnych organów są to złe prognozy dla etnicznych Polaków zamieszkujących tę część Ukrainy. Potwierdzają to takie fakty jak blokowanie we Lwowie zwrotu rzymskokatolickim parafianom (wśród których jest wielu Polaków) kościoła Św. Marii Magdaleny, czy wspominane już plany demontażu pomników polskiej historii tych ziem.

W całkiem innej sytuacji jest dzisiaj drugi bohater protestów sprzed pięciu lat – Julia Tymoszenko. Sprowadziła do parteru swojego głównego konkurenta na „pomarańczowej” stronie. W drugiej turze otrzymała większe poparcie niż przewidywały sondaże i komentatorzy (także polscy) skupiając większość twardego elektoratu „pomarańczowego” i notując w II turze wzrost poparcia we wschodnich obwodach: donieckim, ługańskim i charkowskim, gdzie przejęła część głosów Tihipki, który wyprzedził ją tutaj w turze pierwszej. Przegrała tylko o około 3,5 proc. co jest dobrą prognozą dla jej Bloku przed wyborami parlamentarnymi w 2012 roku. Jako nie mająca hamulców populistka doskonale odnajdzie się w roli lidera silnej partii opozycyjnej. Będzie to opozycja bezpardonowa. Wielki ideowy wróg „pomarańczowej rewolucji”, rosyjski politolog Aleksander Dugin stwierdził swego czasu, że „cały maskulinizm ukraińskiej polityki wcielony jest w Julię Tymoszenko” przy której Janukowycz i Juszczenko są jak „dwie baby, ogromne, roztyłe, przeżarte, odpychające jak po okresie klimakterium”. Jest w tym po duginowsku przejaskrawionym stwierdzeniu wiele prawdy. Tymoszenko udowodniła niewątpliwie, że jest politykiem sprawnym, bezwzględnym, także cynicznym – powie wszystko, zgłosi każdy postulat, który przyniesie jej popularność i poparcie. Niewątpliwie posiadanie bazy wyborczej w prozachodnim elektoracie w pewien sposób wpływa na jej politykę, jednak swego czasu potrafiła puścić oko i do Moskwy, i do rosyjskojęzycznych obywateli Ukrainy. W czasie ostatniej kampanii jednak znów stanowczo sprzeciwiała się nadaniu rosyjskiemu statusu języka urzędowego. W związku z bardziej spolegliwą wobec wschodu polityką Janukowycza Tymoszenko pewnie nadal będzie uderzać w tę nutę. Dawna „pomarańczowa księżniczka” jest politykiem o wiele bardziej samodzielnym, niż uzależniony od swoich możnych protektorów Janukowycz. Nie można odmówić jej charyzmy. Mrukliwy i flegmatyczny kandydat Partii Regionów jak ognia unikał w czasie kampanii wyborczej debat i spotkań ze swoją główną rywalką, wiedząc dobrze że taką bezpośrednią konfrontację przegrałby z kretesem. Opuszczając wiec stanowisko premiera Julia Tymoszenko może sobie powiedzieć: „wszystko jeszcze przede mną”.

Nowa władza

Zwycięstwo Janukowycza w wyborach prezydenckich natychmiast doprowadziło do zmian na niestabilnej scenie parlamentarnej. Natychmiast rozsypało się zaplecze dla premier Tymoszenko i Partia Regionów szybko stworzyła nowy rząd pod kierownictwem Mykoły Azarowa, który obok regionałów jest wspierany przez Blok Łytwyna, Komunistyczną Partię Ukrainy, sześciu członków frakcji Naszej Ukrainy, sześciu członków frakcji Bloku Julii Tymoszenko i dwóch deputowanych niezależnych. Łącznie daje to 235 deputowanych za rządem, czyli dziewięciu ponad niezbędne minimum.

Nie należy oczekiwać wielkich zmian w życiu politycznym Ukrainy, jednak wydaje się że rządy „niebieskich” będą bardziej stabilne. Janukowycz i jego protektor mają wobec innych frakcji w ramach partii i innych partii w ramach koalicji silną pozycję, całkiem inaczej niż było to w obozie „pomarańczowych”, szarpanym ostrą walką dwóch równorzędnych liderów. Dość wspomnieć, że koalicjanci Partii Regionów dostali w nowym rządzie tylko jeden resort. Pierwszym sygnałem działań na rzecz usprawnienia mechanizmu parlamentarnego była uchwalona 9 marca w trybie nagłym zmiana regulaminu Rady Najwyższej, który zezwolił na wchodzenie do koalicji pojedynczym posłom, należącym do klubów parlamentarnych oficjalnie będących w opozycji. Janukowycz przystąpił też do wymiany gubernatorów obwodowych – na koniec marca wymienił 14 na 24.

W Partii Regionów analitycy Ośrodka Studiów Wschodnich wyróżnili trzy najważniejsze frakcje: grupę lojalną bezpośrednio wobec nowego prezydenta, frakcję skupioną wokół Renata Achmatowa, frakcję innego czołowego oligarchy Dmytro Firtasza. Do tego można by dodać płynną grupę lobby prorosyjskiego. Premier Azarow jest człowiekiem Janukowycza, podobnie jak trzech wicepremierów. Trzech kolejnych wicepremierów to poplecznicy Achmetowa, podobnie jak stały przedstawiciel prezydenta w rządzie. Doniecki oligarcha ma jeszcze pięciu swoich ludzi w rządzie. Firtasz nie umieścił żadnego ze swoich zwolenników na stanowisku wicepremiera jednak ogółem ma trzy sprzyjające mu osoby w rządzie – w tym ministra energetyki. Z Firtaszem jest również związany nowy szef Służby Bezpieczeństwa Ukrainy Wałerij Choroszkowski. W ekipie Azarowa ministrowie poszczególnych frakcji są równoważeni przez wiceministrów z innych grup. Pewna stabilizacja na poziomie centralnym nie wpłynie raczej na postępującą dziką decentralizację kraju, wprost przeciwnie – Janukowycz zapowiedział działania w kierunku dania większych uprawnień władzom lokalnym, co zostanie pozytywnie przyjęte przez prorosyjskie kręgi na wschodzie.

Z pewnością „błękitni” będą prowadzić inną politykę symboliczną i tożsamościową. Nowy prezydent już w czasie wizyty w Moskwie 5 marca br. zadeklarował przyjęcie ustaw „chroniących prawa rosyjskojęzycznej ludności Ukrainy” co zresztą podpiął pod Europejską Kartę Języków Regionalnych lub Mniejszościowych, ratyfikowaną przez Ukrainę w 2005 roku. Nie jest to jednak równoznaczne z uznaniem rosyjskiego za drugi oficjalny język państwowy, więc może nie wystarczyć zadeklarowanym rusofilom. Podniesienie statusu rosyjskiego wydaje się przesądzone, potwierdzał to także nowy minister edukacji i wiceszefowa administracji nowego prezydenta Anna Herman. Osoba tego pierwszego też jest znamienna – nominacja Dmytro Tabacznyka wywołała protesty na zachodzie kraju (we Lwowie manifestowało 5 tys. osób, Swoboda zorganizowała konkurs strzelania do kukły ministra), szczególnie w tamtejszych sferach akademickich. Radni obwodu Lwowskiego określili go jako „działacza prorosyjskiego i zaciętego ukrainofoba”. Osoba Tabacznyka wzbudziła protesty nawet w samej Partii Regionów, protesty Anny Herman oraz wicepremiera Borysa Kolesnikowa. Już 30 marca doszło w Radzie Najwyższej do głosowania zgłoszonego przez opozycję wniosku o jego odwołanie, solidarnie odrzuconego głosami koalicji. Minister Tabacznyk już zapowiedział, że będzie starał się o upowszechnienie języka rosyjskiego na uczelniach i w szkołach średnich. „Ukraińska Prawda” twierdziła, że został on nominowany pod naciskiem Kremla oraz patriarchy ukraińskiej Cerkwi prawosławnej patriarchatu moskiewskiego Wołodymyra.

Kwestie te ściśle wiążą się z polityką zagraniczną. Rosja stosuje wobec Ukrainy taktykę przetestowaną na całym poradzieckim obszarze – próbuje oddziaływać na jej politykę zewnętrzną i wewnętrzną jako samozwańczy rzecznik ludności rosyjskojęzycznej i prawosławnej. W ten sposób buduje przyjazną sobie frakcję. Za prorosyjskiego uznawany jest premier Azarow. Widać wyraźnie, że rządy „błękitnych” będą oznaczać większą spolegliwość wobec Moskwy. Portal zaxid.net informował pod koniec marca, że kwestia statusu języka rosyjskiego na Ukrainie jest dla Kremla elementem przetargowym w negocjacjach o cenach gazu dostarczanego temu państwu. Drugim jeszcze ważniejszym elementem tego przetargu jest kwestia baz rosyjskiej Floty Czarnomorskiej na Krymie – Juszczenko stanowczo sprzeciwiał się przedłużeniu ich dzierżawy poza przewidziany w dotychczasowej umowie rok 2017, tymczasem nowy prezydent błyskawicznie doprowadził pod koniec kwietnia do jej przedłużenia o 25 lat (z możliwością prolongaty o dalsze pięć) w zamian za ok. 30 procentową obniżkę cen rosyjskiego gazu. Za rządów Janukowycza z kolei kwestia ewentualnego członkostwa Ukrainy w NATO oddala się ad calendas Graecas.

Nowa rządząca niepodzielnie ekipa (przynajmniej do czasów wyborów parlamentarnych w 2012 r.) będzie bardziej wrażliwa na wpływy ze wschodu. Z drugiej strony nie oznacza to prostego wpisania się w geopolityczne wizje Moskwy. Sygnałem, że również Janukowycz będzie przywiązywał dużą wagę do stosunków z zachodem może być pierwsza wizyta nowego prezydenta, w którą wybrał się właśnie do Brukseli, co zresztą wpłynęło na obniżenie rangi jego następnej z kolei wizyty w Moskwie przez rosyjskich gospodarzy. Obecnie ukraińskie władze liczą na odblokowanie kolejnych transzy kredytu przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Wiąże się to z koniecznością budżetowego zaciśnięcia pasa. Istotnym czynnikiem wiążącym Ukrainę z Europą są interesy, jakie ukraińscy oligarchowie prowadzą z zachodnimi partnerami i na zachodnim rynku. W ciągu ostatniej dekady wyprowadzili oni swoje inicjatywy z szarej strefy i dziś są zainteresowani działaniem na stabilnym i bezpiecznym zachodzie, nie zaś zależnym od kaprysów wszechwładnej administracji rynku rosyjskim. Inna sprawa, że Ukraina nie może dziś liczyć na zachodzie na zrozumienie swoich ewentualnych europejskich aspiracji.

Polityka polska ma obecnie bardzo ograniczone możliwości wpływu na sytuację Ukrainy. Zarówno ze względu na niższą pozycję relacji z Warszawą w agendzie nowej ekipy rządzącej w Kijowie, jak i naszą słabą pozycję w Unii Europejskiej, której struktur nie potrafimy zaangażować w pożądanym przez nas kierunku politycznym – przykład ledwie wegetującego Partnerstwa Wschodniego nie jest pocieszający w tym względzie. Powinniśmy starać się o nawiązywanie jak największej liczby związków Ukrainy z Polską i Europą na poziomie ekonomicznym i społecznym. Dobrym posunięciem w tym względzie była umowa o małym ruchu granicznym, która weszła w życie w połowie zeszłego roku. Należy dołożyć starań aby w ogóle znieść wizy dla obywateli ukraińskich, co było dyskutowane na ostatnim posiedzeniu komisji współpracy parlamentarnej Unia Europejska-Ukraina pod koniec marca bieżącego roku, choć w tej kwestii jeszcze daleka droga. Elity polskie powinny w końcu zastanowić się nad szerszą i lepiej zorganizowaną polityką stypendialną i grantową skierowaną także do obywateli Ukrainy. Przykład naszego zachodniego sąsiada uświadamia jak ważne to narzędzie. Wydaje się, że nadzieję na gruntowne przemiany trzeba już wiązać z następnym pokoleniem ukraińskich polityków.

Wszystko wskazuje na to, iż pod władzą „błękitnych” Ukraina wraca do Kuczmowskiej polityki „wielowektorowości”, która wszakże w jej sytuacji geopolitycznej jest na dłuższą metę polityką ryzykowną. Trudno również spodziewać się poważniejszych przemian w jej życiu wewnętrznym, wygląda więc na to że Ukraina pozostanie państwem w zawieszeniu.

Artykuł ukazał się nr 7/2010 czasopisma alt

Czytany 7152 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04