poniedziałek, 22 czerwiec 2015 07:30

Giuseppe Cappelluti: Ukraina: jak Rosja może wygrać przegrywając?

Oceń ten artykuł
(8 głosów)

Giuseppe Cappelluti

Każdy, kto miał styczność z brydżem, wie, że w grze tej można wygrać przegrywając. Jeszcze przed rozpoczęciem partii jednej z dwóch par graczy przypada możliwość zadeklarowania kontraktu polegającego na zobowiązaniu do zebrania określonej ilości lew oraz lepsze karty, które przynajmniej w teorii powinny pozwolić jej osiągnąć cel. Jeśli jednak drugiej parze uda się zmusić przeciwników do wzięcia mniejszej liczby lew niż wymagana, zwycięża ona otrzymując punkty, których liczba odpowiada zebranym lewom. Brydż ma wiele wspólnego z geopolityką: ta ostatnia zakłada, że istnieją niepisane kontrakty, których należy przestrzegać, a ich złamanie nierzadko oznacza porażkę bez względu na ogólny wynik.

W geopolitycznej historii XX wieku wzorcowym przykładem zwycięskiego przegranego może być Finlandia. Została zaatakowana przez Związek Radziecki celem wprowadzenia w życie paktu Ribbentrop-Mołotow (1939), w którym uznano państwo fińskie za strefę wpływów ojczyzny realnego socjalizmu, podobnie jak państwa bałtyckie oraz pewne terytoria polskie i rumuńskie. Rok później, w wyniku serii porażek, skandynawskie państwo było zmuszone oddać ZSRR część ziem Karelii. W 1941 Finlandia jako sojusznik nazistów, wypowiedziała wojnę Związkowi Radzieckiemu, by odzyskać utracone ziemie i zaanektować radzieckie tereny zamieszkiwane przez etniczne mniejszości ugrofińskie (Wielka Finlandia). Jednakże kolejna porażka militarna, mająca miejsce 3 lata później, doprowadziła nie tylko do całkowitego zrzeczenia się przez nią ziem południowej Karelii oraz rezygnacji z rejonu Petsamo (dzisiejsza Pieczenga) – wówczas jej jedynego połączenia z Oceanem Arktycznym, ale także do oddania w dzierżawę na 10 lat bazy morskiej w okolicach Helsinek.

Niemniej jednak dziś o Finlandii mówi się, jak o państwie zwycięskim. Pomimo zdecydowanej niższości militarnej względem południowo-wschodniego sąsiada, skandynawskie państwo zdołało uniknąć zbrojnej okupacji, dzięki czemu nie podzieliło losu krajów bałtyckich, zaanektowanych przez Związek Radziecki, ani krajów Europy Środkowo-Południowej, gdzie wyswobodzenie się z nazistowskiego jarzma było równoznaczne z wprowadzeniem komunistycznych rządów. Tym, czego doświadczyła Finlandia była „finlandyzacja”, to znaczy względna utrata swobody w polityce zagranicznej na rzecz zachowania ustroju demokratycznego, wolnorynkowej gospodarki oraz ścisłych kontaktów handlowych z ZSRR. Wszystko to umożliwiło Finlandii wejście w okres przyspieszonego wzrostu gospodarczego, co z kolei pozwoliło jej doścignąć pozostałe kraje skandynawskie.

Porównanie trwającego obecnie kryzysu ukraińskiego do II wojny światowej w Finlandii, na pierwszy rzut oka może wydawać się zbyt śmiałe. Mimo, że rozgrywająca się pomiędzy Rosją a Stanami Zjednoczonymi walka jest z całą pewnością nierówna, dysproporcje między dwoma państwami w zakresie siły są znacznie mniejsze niż te, które kiedyś dzieliły Finlandię i Związek Radziecki. Poza tym, w odróżnieniu od Finlandii, dzisiejsza Rosja nie boryka się z bezpośrednimi zagrożeniami dla jej niepodległości, choć w Rydze, Warszawie i Waszyngtonie nie brakuje osób wieszczących koniec Wielkiej Matki [1], które zadowoliłby upadek Władimira Putina, utratę przez Rosję wpływów na Zachodzie oraz jej finlandyzację, rozumianą na sposób prozachodni. Nie trzeba dodawać, że dla uczestników antyputinowskiej nagonki porównanie W. Putina do Carla Gustafa Mannerheima brzmiałoby w najlepszym przypadku jak bluźnierstwo. Jednak podobieństwa są nie mniej ważne niż różnice. Rywalizacja między Rosją a Stanami Zjednoczonymi, podobnie jak ta między Finlandią i ZSRR w latach 1940’, jest walką między swego rodzaju internacjonalizmem a pannacjonalizmem. Nie sposób nie zauważyć cech wspólnych między uniwersalizmem komunistycznym a dominującym dziś zachodnim uniwersalizmem liberalnym, czy też podobieństw między rosyjskimi zamiarami wobec Krymu oraz fińskimi zamiarami względem Karelii południowej. Tym, co łączy oba konflikty, to przede wszystkim rezultat, który dziś zdaje się jeszcze bardziej prawdopodobny: mimo że Zachód dysponuje lepszymi kartami, umiejętność z jaką Rosja rozporządza własnymi sprawia, że stoi ona przed ogromną szansą, by zakończyć rozgrywkę, jeśli nie jako zwycięzca, przynajmniej jako zwycięski przegrany.

Aby lepiej zrozumieć, dlaczego jest to możliwe, trzeba cofnąć się w przeszłość. Oficjalnie kryzys ukraiński rozpoczął się 21 listopada 2013 roku, kiedy to premier Ukrainy Mykoła Azarow ogłosił swoją decyzję o zawieszeniu podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską – na której podstawie miała zostać stworzona m.in. strefa wolnego handlu między Ukrainą a UE, z wyłączeniem z niej produktów rolnych – w celu zacieśnienia kontaktów z Rosją oraz innymi krajami należącymi do Wspólnoty Niepodległych Państw. Niemniej jednak napięcia narastały już od jakiegoś czasu. Podczas gdy lata 2000–2010 zakończyły się „resetem” między USA a Rosją, które, będąc pod rządami Baracka Obamy i Dmitrija Miedwiediewa, miały na zawsze zamknąć epokę Zimnej Wojny, by stworzyć coś na wzór sojuszu, powrót W. Putina na Kreml w pierwszych latach Arabskiej Wiosny i otwarta wrogość wobec „cara”, okazywana przez establishment spod znaku „gwiazd i pasów” sprawiły, że stosunki między dwoma państwami zaczęły się chwiać. Sprawa Edwarda Snowdena, rozbieżne stanowiska wobec wojny domowej w Syrii, zbliżające się powołanie Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej, porównanej przez Hillary Clinton do „nowego Związku Radzieckiego”, tylko dolały oliwy do ognia. W przeddzień feralnego 21 listopada 2013 r., nawet jeśli jeszcze nie było mowy o „nowej Zimnej Wojnie”, stosunki między Kremlem a Białym Domem były już bardzo napięte.

Ukraińskie protesty przeciwko krokom, jakie podjął M. Azarow w zakresie podpisania umowy stowarzyszeniowej, początkowo pokojowe i ograniczone, z czasem gwałtowne i masowe, cieszyły się poparciem Stanów Zjednoczonych i niektórych państw europejskich, z Polską i krajami bałtyckimi na czele, ale także Niemców, którzy, mimo swoich rozwiniętych relacji gospodarczych z Rosją, począwszy od Willego Brandta, a na Gerhardzie Schroederze skończywszy, porzucili pragmatyczną Ostpolitik, stanowiącą fundament stosunków sowiecko-niemieckich – a później rosyjsko-niemieckich – by przyjąć postawę otwarcie moralizatorską, która według rosyjskiego analityka Dmitrija Trenina, wiąże się także z ambicjami Berlina, by zerwać z tradycyjnym dwukrólewiem francusko-niemieckim i zostać liderem Unii Europejskiej [2]. Niezmiernie trudno stać się liderem UE bez wsparcia Waszyngtonu oraz gospodarek wschodzących – tradycyjnie nieprzychylnych Rosji – takich jak Polska oraz kraje bałtyckie, co z kolei musiało wpłynąć na stosunki z Rosją. Podczas Euromajdanu zachodni liderzy często krytykowali Kreml za przedstawianie kryzysu ukraińskiego jako geopolitycznej gry przeciwko Rosji, którą rozpoczęły Stany Zjednoczone oraz Unia Europejska, zapewniając przy tym, że nie mają antyrosyjskich zamiarów. Niemniej jednak różne działania podejmowane przez B. Obamę, Angelę Merkel, Johna Kerry’ego i Catherine Ashton tylko potwierdzały podejrzenia Moskwy, że rozpoczęła się geopolityczna rywalizacja – gra o sumie zerowej. Załagodzeniu napięć nie sprzyjały też dyskusje na temat „mniejszości seksualnych”, przy okazji których, podczas najgorętszych dni Majdanu, wielokrotnie nawoływano do bojkotu Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Soczi, nieobecność prawie wszystkich zachodnich liderów na ceremonii otwarcia (chlubny wyjątek stanowił pod tym względem włoski premier Enrico Letta), ani decyzja B. Obamy, by na czele amerykańskiej delegacji umieścić dwie homoseksualne sportsmenki. To, co dla ruchu LGBT oraz wielu zachodnich rządów jest walką o prawa człowieka, według Kremla jest tylko pretekstem, by przedstawiać Rosję w złym świetle, a także przejawem kulturowego imperializmu. Jednak prawdziwy punkt zwrotny miał miejsce 22 lutego 2014 roku, kiedy w wyniku pałacowego przewrotu [3] prezydent Wiktor Janukowycz został odsunięty od władzy przez parlament, a na stanowisku zastąpił go poseł partii Julii Tymoszenko. Kilka dni później jego los podzielił rząd Serhija Arbuzowa [4], na którego miejsce wybrano nowy, złożony z członków partii dowodzących na Majdanie, w tym ultranacjonalistycznej Swobody. Dla Kremla była to kropla, która przelała czarę goryczy.

Warto na chwilę oderwać się od rozważań o tragicznych wydarzeniach mających miejsce w następstwie ukraińskiej rewolucji – o kryzysie krymskim, wojnie w Donbasie, niekonwencjonalnej wojnie toczącej się między Rosją a Zachodem, w której rolę dział pełnią sankcje gospodarcze oraz propaganda, a także ogólnej atmosferze napięcia, przez wielu nazywanej nową Zimną Wojną – by zwrócić uwagę na wydarzenie, które w nie mniejszym stopniu niż olimpiada w Soczi, miało przyczynić się do budowania obrazu Rosji izolowanej na arenie międzynarodowej: odbywające się 9 maja 2015 r. obchody 70. rocznicy zakończenia Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, które od zawsze zajmowało honorowe miejsce w narodowej mitologii historycznej. Obecności oraz nieobecności zdają się być symbolem zwieńczenia procesu, który, trwając od co najmniej kilku lat, uległ przyspieszeniu po wybuchu ukraińskiego kryzysu, stopniowego zwrotu Rosji w kierunku Wschodu. Z jednej strony nieobecny Zachód, z drugiej Wschód, reprezentowany przez osobistości takie jak Xi Jinping, Abd al-Fattah as-Sisi i Nicolas Maduro [ 5]. Niemniej jednak jest to obraz niekompletny: kilka dni później niektórzy ważni przedstawiciele Zachodu, który zbojkotował obchody, „poszli do Canossy”. Nazajutrz po paradzie z wizytą do Moskwy wybrała się A. Merkel, by spotkać się z W. Putinem, natomiast 12 maja sekretarz stanu USA J. Kerry przyleciał do Soczi na spotkanie z W. Putinem i Siergiejem Ławrowem. Oboje zachodni przedstawiciele dyplomatyczni podczas swoich wizyt podkreślali wkład Armii Czerwonej w zwycięstwo nad nazizmem, uderzając w czułą strunę rosyjskiego narodu, co w połączeniu z ich pojednawczymi wypowiedziami, zdaje się być wyrazem dążenia do jak najszybszego rozwiązania kryzysu.

Szczególnie wymowna była wizyta J. Kerry’ego, podczas której spotkał się z W. Putinem – nie tylko dlatego, że była to pierwsza wizyta wysokiego urzędnika państwowego USA na terytorium Rosji od początku ukraińskiego kryzysu, ale także dlatego, iż była ona zupełnie nieoczekiwana. Zwrócono uwagę na istnienie wspólnych interesów Rosji i Stanów Zjednoczonych, do których można zaliczyć przede wszystkim walkę z Państwem Islamskim, a także porozumienie w sprawie irańskiego programu nuklearnego, ponieważ wizja Iranu dysponującego bronią jądrową wywołuje sprzeciw także w Rosji [6]. Nie sposób jednak pominąć czterech innych czynników wielkiej wagi. Pierwszy z nich to czynnik C (Chiny): stosunki między dwoma państwami, które były silne jeszcze przed kryzysem ukraińskim, po jego wybuchu znacząco się rozwinęły, czemu sprzyjały antyrosyjskie sankcje i wspólna dla obu krajów niechęć wobec amerykańskiej hegemonii. W gospodarce, przeciwnie niż w geopolityce, relacje zwykle rozwijają się zgodnie z logiką „win-win”, i właśnie dzięki niej Niebiańskie Królestwo umacnia swoją geopolityczną pozycję. Logika ta obowiązuje także w relacjach z Rosją, choć nie jest to przypadek, w którym oba państwa nie dostrzegałyby pewnych sprzeczności w swoich strategicznych planach, czego dowodem może być porozumienie dotyczące koordynacji rozwoju Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej oraz powstającego z inicjatywy Pekinu, Nowego Szlaku Jedwabnego, które zostało podpisane podczas majowego pobytu Xi Jinpinga w Moskwie [7]. Drugi czynnik to ryzyko zawarcia niezależnej ugody między Rosją a Unią Europejską, która wymagałaby aktywnej roli Niemiec, pełniących funkcję lidera także w zakresie stosunków z Rosją. Według George’a Friedmana, dyrektora agencji wywiadowczej Stratfor, jednym z głównych motywów amerykańskich działań na Ukrainie było zablokowanie tworzenia się osi gospodarczej i strategicznej między Rosją a Unią Europejską, opartej na podziale zasobów naturalnych i twardej siły z jednej strony, oraz kapitałów, technologii i miękkiej siły z drugiej [8]. Niemcy oraz w dużej mierze Europa, przeciwnie do ich partnerów zza Atlantyku, są zainteresowane załagodzeniem sporu na Ukrainie i normalizacją stosunków z Kremlem, a zawarcie niezależnej ugody przyczyniłoby się do utraty wiarygodności przez USA, co w oczach Wschodu oznaczałoby upadek mitu o jedności Zachodu, który już nie raz, także w niedalekiej przeszłości, okazał się być mocno naciągany.

Trzeci czynnik to nieskuteczność polityki sankcyjnej. Jej cel był od początku czysto polityczny. Popularność W. Putina wynika m.in., jeśli nie przede wszystkim, ze znacznej poprawy warunków życia rosyjskiego narodu, którą zaobserwowano w latach jego prezydentury (Bank Światowy zalicza Rosję do największych gospodarek świata [9]), więc z nałożeniem sankcji wiązano nadzieje, że pogorszenie sytuacji gospodarczej kraju zmusi Rosjan do odwrócenia się od prezydenta. Scenariusz ten zakłada jednak, że naród rosyjski nie przejawia jakiegokolwiek zainteresowania kryzysem ukraińskim i postrzega Zachód jako wyrocznię. Mamy do czynienia z absurdalną logiką – nikogo, kto posiada chociażby elementarną wiedzę na temat Rosji i jej kultury, nie zdziwi fakt, że zachodnia polityka względem Moskwy obudziła drzemiący strach przed inwazją z Zachodu i zaowocowała wzrostem poparcia dla W. Putina, który z łatwością objął dowództwo nad narodowym powstaniem, oskarżając Zachód o próbę otoczenia Rosji. Nacechowane radością z cudzego niepowodzenia wypowiedzi licznych przedstawicieli politycznych Zachodu (zwłaszcza amerykańskich) na temat stanu rosyjskiej gospodarki dostarczają dowodów na słuszność retoryki W. Putina. To znowu ma związek z ostatnim czynnikiem: Stany Zjednoczone, pomimo umacniania się pozycji potęg takich, jak Chiny i Indie oraz innych wrogo nastawionych do nich graczy, z fundamentalistami islamskimi na czele, pozostają największym mocarstwem światowym, lecz tracą moralne przewodnictwo, będąc postrzegane przez wielu jak zawodnik, który usiłuje zastąpić sędziego.

Jest jeszcze za wcześnie, by świętować zakończenie ukraińskiego kryzysu. Zawieszenie broni jest bardzo kruche, poważnie naruszane przez obie strony, szczególnie w rejonie Doniecka i Mariupola, jednak jeszcze bardziej niepokojące są prawdziwe zamiary Rosji i Zachodu. Celem Rosji nie jest ponowne wytyczenie granic Ukrainy w zgodzie z etnicznymi i kulturowymi podziałami, na kształt tego, co stało się np. w Bośni. Przekształcenie Donbasu w ukraińską wersję Republiki Serbskiej w Bośni stanowiłoby dla Rosji, w przeciwieństwie do Jugosławii Slobodana Miloševića, do której tak często jest ona dziś porównywana, nie jest celem samym w sobie, lecz środkiem, natomiast prawdziwy cel zostałby osiągnięty, gdyby Zachód uznał poradzieckie tereny za rosyjską strefę wpływów, a Ukraina porzuciła wiarę w europejski sen. Analogicznie, celem Zachodu nie jest zachowanie integralności Ukrainy, lecz pragnienie utrzymania przywództwa na świecie, zmuszenie Rosji do tego, by zaakceptowała swoją pozycję drugiego mocarstwa na świecie, na którą kraje zachodnie, z USA na czele, usiłują ją odesłać już od zakończenia Zimnej Wojny, a także wysłanie jasnego komunikatu wszystkim prawdziwym lub potencjalnym, rywalom Stanów Zjednoczonych, począwszy od Chin, które tym bardziej nie chciałyby być świadkiem upadku Rosji. Znamienne są pod tym względem ostatnie wypowiedzi A. Merkel, według której „nie można mówić o strefach wpływu w Europie XXI wieku”: koniec stref wpływu oznacza tutaj zwycięstwo jednej ze stref nad drugą. W ten sposób A. Merkel zdradza faktyczne zamiary USA dotyczące ukraińskiego kryzysu.

Najprawdopodobniej zauważalne będzie ogólne dążenie do załagodzenia atmosfery. Niewykluczone, że w najbliższych miesiącach zostaną zniesione antyrosyjskie sankcje. Niemniej jednak na chwilę obecną niezwykle odległe jest osiągnięcie porozumienia na wzór układu z Dayton, w którym wiele osób pokłada nadzieje na zakończenie kryzysu dręczącego wschodnioeuropejski kraj już od ponad 1,5 roku. Wojna na Ukrainie, w przeciwieństwie do przypadku Bośni i Hercegowiny, nie jest tylko zatrutym owocem sporu między wrogo nastawionymi wobec siebie nacjonalizmami, ale jest też, o ile nie przede wszystkim, rezultatem problemów natury geopolitycznej. Prawdopodobnie także ona będzie trwać jako konflikt lokalny, póki nie zaistnieje jeden z poniższych warunków: zmiana władzy w Rosji, zdecydowane działania rządu ukraińskiego na rzecz załagodzenia sporu i/lub zmiana priorytetów geopolitycznych Zachodu, w szczególności Stanów Zjednoczonych. Zachód dąży do zakończenia wojny poprzez doprowadzenie do upadku W. Putina i zainstalowanie prozachodniego rządu na Kremlu, jednak jest to wykluczone ze względu na kwestie, o których była mowa wcześniej. Poza tym zmiana władzy niesie ogromne ryzyko także dla samego Zachodu: jak zauważa bloger Aleksiej Nawalny, który z całą pewnością nie należy do grona zwolenników rosyjskiego prezydenta, ktokolwiek zechciałby zastąpić W. Putina, musiałby działać w sposób o wiele bardziej zdecydowany niż obecny prezydent, by osiągnąć porównywalną popularność [10]. Natomiast zaistnienie pozostałych warunków dałoby Rosji silną pozycję przetargową i chociaż trudno przewidzieć, na czym miałyby polegać owe działania na rzecz załagodzenia sporu, jest wielce prawdopodobne, że wśród nich znalazłyby się: neutralność Ukrainy, uznanie rządów Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej na terytoriach przez nie kontrolowanych, nawet jeśli miałyby one pozostać w granicach Ukrainy, a także uznanie powrotu Krymu do Rosji – lub przynajmniej brak sprzeciwu wobec zaistniałej sytuacji. Dla Rosji oznaczałoby to zwycięstwo, mimo że ogólny bilans byłby ujemny. Jeśli natomiast chodzi o Zachód, z jego perspektywy wywiązanie się z kontraktu polega na narzuceniu Rosji własnych warunków pokoju, co najwyżej z pewnymi ustępstwami w sprawach drugorzędnych, takich jak kwestie językowe. Zachód musi przestrzegać kontraktu, ponieważ ma lepsze karty. Jeśli nie osiągnie zamierzonego celu, automatycznie przegra.

Przekład: Martyna Pałys
Źródło: http://www.eurasia-rivista.org/ucraina-come-la-russia-puo-vincere-perdendo/22272/
Fot. durdom.in.ua

_____________________________________
1. W jednym z artykułów opublikowanych w dwumiesięczniku geopolitycznym The American Interest amerykański analityk polskiego pochodzenia, Janusz Bugajski, stwierdza, że „można osłabić władze na Kremlu poprzez wyrażenie poparcia dla federalizmu, decentralizacji, praw mniejszości, prawa do samostanowienia poszczególnych regionów oraz ruchów niepodległościowych, które w Rosji dopiero zaczynają się rozwijać” (http://www.the-american-interest.com/2014/09/01/russias-choice-putinism-or-progress/).
2. http://carnegie.ru/eurasiaoutlook/?fa=57511
3. Zgodnie z ukraińską konstytucją, by możliwe było usunięcie prezydenta z urzędu przez parlament, musi zostać przeprowadzona procedura impeachmentu, wymagająca złożenia odpowiedniego wniosku, który natomiast musi być następnie zatwierdzony przez Sąd Konstytucyjny, a także przez Radę Najwyższą w głosowaniu większością kwalifikowaną (3/4 parlamentarzystów lub nie mniej niż 338 parlamentarzystów). Odsunięcie W. Janukowycza od władzy w wyniku głosowania Rady, w którym za usunięciem prezydenta z urzędu opowiedziało się 328 deputowanych, nie może być uznane za legalne.
4. S. Arbuzow zastąpił M. Azarowa na stanowisku premiera Ukrainy 28 stycznia 2014 r.
5. Należy uściślić, że wbrew retoryce zwolenników koncepcji Trzeciego Świata, kraje Wschodu nie tworzą spójnego bloku, lecz przeciwnie, pomimo istnienia pewnych wspólnych interesów, różnice występujące między tymi państwami są nie mniej głębokie niż te istniejące między Wschodem a Zachodem.
6. D. Trenin: Post-Imperium: a Eurasian story, Carnegie Endowment for International Peace, Washington DC 2011, str. 125.
7. http://oilprice.com/Energy/Energy-General/Could-The-New-Silk-Road-End-Old-Geopolitical-Tensions.html
8. http://www.pandoratv.it/?p=3256
9. http://data.worldbank.org/about/country-and-lending-groups#High_income
10. http://www.forbes.com/sites/dougbandow/2015/05/11/ukraine-fight-flares-again-u-s-should-keep-arms-and-troops-at-home/4/

Czytany 4896 razy