czwartek, 26 luty 2015 07:25

Gejdar Dżemal: Partnerstwo Rosji i Iranu. Jakie partnerstwo?

Oceń ten artykuł
(4 głosów)

Gejdar Dżemal

W związku z zaostrzeniem sytuacji międzynarodowej, wywołanym aneksją Krymu przez Rosję, a następnie wojną na południowym wschodzie Ukrainy, wielu ekspertów zaczęło mówić o konieczności wszechstronnego partnerstwa między Teheranem i Moskwą. Rzeczywiście, w warunkach zachodnich sankcji, z którymi Iran boryka się już wiele lat, a Rosja przez kilka ostatnich miesięcy – wydaje się naturalne, że obydwa kraje, które system światowy umieszcza w rzędzie „państw zbójeckich”, powinny w końcu zbliżyć się do siebie i zrozumieć, że dzielą wspólny los polityczny. Powinny stworzyć przynajmniej sojuszniczy tandem, który stanie na drodze zachodniemu (czytaj: amerykańskiemu) hegemonizmowi.

Od dawna prowadzone są rozmowy o partnerstwie politycznym Chin i Rosji. Rozpoczęto je na długo przed wydarzeniami na Krymie i wprowadzeniem sankcji przeciwko Rosji. Włączenie Iranu do rozmów, zdaniem większości ekspertów (jeśli nie liczyć wąskiej grupy, która już dawno lobbowała za tym zbliżeniem), to konsekwencja zrozumienia całej powagi sytuacji, w której znalazła się dziś Rosja.

Cechą charakterystyczną tego odwoływania się do zdrowego rozsądku przywództwa obu krajów, który dyktuje konieczność takiego zbliżenia, jest nuta pesymizmu, i to coraz wyraźniejszego. Na drodze takiego sojuszu leżały w przeszłości przeszkody, wydaje się – oczywiste dla wszystkich obserwatorów. Jednak korzenie sprzeciwu wobec takiego rozwiązania sięgają głębiej, niż zła wola jakichś prozachodnich liberałów w establishmencie obu krajów, co widać choćby po fałszerstwach i przeinaczeniach, które towarzyszą teksto analitycznym tekstom w tym temacie.

Tak więc typowym chwytem, mającym zmylić opinię publiczną stało się falsyfikowanie sprawy zerwania dostaw rosyjskich rakiet S-300 do Iranu, która wędruje od tekstu do tekstu, od wystąpienia do wystąpienia. Ludziom sugeruje się, że za odmową wypełnienia przez Rosję swoich zobowiązań na dostawę tego systemu obrony przeciwlotniczej do Iranu stoi były prezydent Federacji Rosyjskiej Dmitrij Miedwiediew. Jakoby będąc posłusznym swoim prozachodnim wytycznym ideologicznym, miał on zablokować umowę, pomimo że nie była ona sprzeczna z formatem sankcji nałożonych na Iran przez Radę Bezpieczeństwa ONZ. Obwinianie D. Miedwiediewa, wzmocnione psychologicznie, staje się jakby bardziej wiarygodne w świetle tego, że właśnie za jego prezydentury Moskwa „wydała” Muammara Kaddafiego Zachodowi.

Jednak w rzeczywistości wypełnienie umowy na dostawy S-300 przez Rosję do Iranu wstrzymał Władimir Putin ostatniego dnia swojej poprzedniej prezydentury. Fakt ten rzuca zupełnie nowe światło na prawdziwy charakter stosunków między oboma krajami, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę, że Władimir Władimirowicz wrócił na fotel prezydenta, przejmując od samego siebie historię stosunków z Iranem z poprzedniej kadencji.

Oczywiście, w ciągu minionych dziesięcioleci po rozpadzie ZSRR, fasada tych stosunków bardzo się zmieniła. Był taki czas w epoce „kozyriewowskiej dyplomacji”, kiedy słowo „Iran” było obelgą w kręgach rosyjskiego establishmentu. Nawet przypadkowe pozytywne materiały o Islamskiej Republice na kanałach rosyjskiej telewizji były powodem skandalu i zwolnień pracowników…

Obecnie obraz stosunków między Moskwą i Teheranem jaskrawo różni się od tego, co było w latach 1990’. Powstaje zatem pytanie: w jakim stopniu mowa jest o zmianach dotyczących właśnie tej fasady? Gdzie kończy się optymistyczna retoryka, a zaczynają się surowe realia polityczne? Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba przede wszystkim odrzucić nagromadzone wokół tematyki rosyjsko-irańskiej przekłamania.

Wielu ekspertów, co jakiś czas, podnosi kwestię możliwego wejścia Iranu w skład Szanghajskiej Organizacji Współpracy (SzOW). Pełni krytycznego zacietrzewienia wskazują, że Iran powinien dawno zająć swoje miejsce w tej organizacji, porzucając poniżający status „obserwatora”. Dlaczego do tej pory tak się nie stało? W próbach wyjaśnienia tego faktu czasem pojawiają się aluzje do pewnego państwa, które miało „zatarasować drogę do przyjęcia Iranu do SzOW”. Ktoś nawet uważa, że takim państwem jest Kazachstan…

Sytuacja jednak wygląda inaczej. SzOW nieprzypadkowo wzięła nazwę od miasta chińskiego, a nie przykładowo od rosyjskiego czy kazachskiego. Szanghajska Organizacja Współpracy, to związek krajów utworzony z inicjatywy Chin i to właśnie Chiny są w nim najważniejsze. Początkowo cel Państwa Środka był ściśle pragmatyczny: otwarcie dla siebie wolnego rynku, by zyskać możliwość zalania tanimi towarami krajów wchodzących w skład SzOW. Oznaczałoby to krach ich gospodarek, w tym i Rosji. Moskwa się na to nie zgodziła i Chińczycy, straciwszy zainteresowanie SzOW, zaczęli pracować nad innymi projektami w rodzaju „Nowego Szlaku Jedwabnego”. Żadnego celu wojskowo-obronnego Szanghajska Organizacja nie ma. Nie jest też antytezą NATO. Jednak to właśnie Chiny kategorycznie sprzeciwiają się wejściu Iranu do SzOW, gdyż wtedy polityczna treść tej organizacji zmieniłaby się dramatycznie.

Po pierwsze, członkostwo Teheranu w SzOW wzmocniłoby pozycję Moskwy w przestrzeni eurazjatyckiej, a to Pekinowi zupełnie nie jest potrzebne. Chinom potrzebna jest za to słaba, odizolowana Rosja „czekająca na zmiłowanie natury”, czyli przywództwo Chin. Drugi aspekt: pojawienie się Iranu jako nowego, naprawdę silnego gracza w SzOW, faktycznie pozbawiłoby Chiny wiodącej roli w tej obecnie całkowicie formalnej strukturze.

Tak wygląda sytuacja z punktu widzenia Pekinu, a jak wygląda ze strony Moskwy? Spróbujmy odpowiedzieć na takie pytanie: czy dzisiejsza Rosja ma sojuszników?

Politolodzy rosyjscy, ale również i sami politycy, mówią o „partnerach” Federacji Rosyjskiej, wobec których przedstawiają takie czy inne roszczenia. Zauważmy, że wszyscy ci „partnerzy” znajdują się w ścisłym „kręgu wybranych”– to przede wszystkim USA i „stara” Europa! Ani Kuba, ani Wenezuela, ani tym bardziej jakiś kraj azjatycki do wysokiego statusu „partnera Rosji” nie dorósł…

Jednakże „partner” to oczywiście nie sojusznik. Na temat sojuszników istnieje pewien żart… Brak sojuszników uważa się nawet za oznakę szczególnej geopolitycznej wielkości…

Tym niemniej, taki sojusznik istnieje! Jest nim bezsprzecznie Izrael. Kreml nigdy nie ukrywał szczególnych stosunków z tym państwem. Krasomówcze odniesienia do „naszych krajan” w Izraelu, rola Żydów w tworzeniu projektu „ruskiego świata” i w końcu wyzywający brak udziału Izraela w zachodnich sankcjach antyrosyjskich – to wszystko detale... Składają się one jednak na prawdziwy obraz. Po likwidacji partiokratycznego reżimu w byłym ZSRR, nowe, liberalne państwo rosyjskie wraz z państwem syjonistycznym stały się nie tylko „partnerami”, ale i sojusznikami, do tego tak bliskimi, jakich ZSRR nie miał w ciągu całej swojej historii!

Oprócz powyższych przesłanek historycznych istnieje jeszcze jeden aspekt tego zbliżenia: osobista przyjaźń W. Putina i Benjamina Netanjahu.

Może się to komuś wydać dziwne – przecież Rosja tradycyjnie utrzymuje stosunki z Palestyńczykami, a nawet zdarzało się, że oficjalnie przyjmowała działaczy Hamasu. Jednakże, jeśli przyjrzeć się roli, jaką odgrywała od chwili ustanowienia stosunków dyplomatycznych z Izraelem w procesie regulacji kwestii Bliskiego Wschodu – wszystko staje się jasne. Rosja funkcjonalnie wypełniała te kierunki, na których USA i Unia Europejska, ze względu na różne okoliczności, nie mogły pracować efektywnie. A dokładniej, brała na siebie te kontakty z Hamasem, które stanowiły tabu dla amerykańskiego Departamentu Stanu i unijnych resortów polityki zagranicznej.

Siergiej Ławrow jednym zdaniem ujawnił cały wymiar politycznego zaangażowania współczesnej Rosji w temat izraelski. W czasie niedawnej wizyty Awigdora Liebermana w Federacji Rosyjskiej, szef dyplomacji rosyjskiej powiedział, że bezpieczeństwo Izraela nie powinno doznać uszczerbku przez jakiekolwiek porozumienia w sprawie irańskiego programu jądrowego.

Ta uwaga S. Ławrowa rzekomo wywołała szok i rozczarowanie w politycznych kręgach Teheranu. Są podstawy, by wątpić w stopień zaskoczenia Iranu takim stanowiskiem rosyjskiego MSZ. Przywództwo perskie nie jest naiwne, doskonale rozumie wszystkie niuanse cynicznej dialektyki Realpolitik, na której opiera się bliskowschodnia gra Kremla.

Dla Iranu temat palestyński posiada fundamentalne znaczenie. To bilet wstępu klerykalnego przywództwa do wielkiego świata islamu, a szczególnie do jego części arabskiej z właściwą jej wielowiekową nadwrażliwością odnośnie „czynnika perskiego”. Właśnie dlatego od samego początku rewolucji islamskiej imam Ruhollah Chomeini obrał Al-Kuds i kwestię palestyńską za sprawy zasadnicze, wokół których budowana jest cała polityka zagraniczna Islamskiej Republiki Iranu. Tak, jak dla Republikanów w USA wierność Izraelowi ma quasi-religijny charakter, który określa ich przynależność do „tych dobrych”, tak samo dla Iranu, pozycjonującego się po 1979 r. jako światowy biegun antyamerykanizmu, taką samą miarą analogii do „metafizycznego dobra” jest lojalność wobec Palestyny i sprzeciw wobec Izraela.

Czy można na podstawie takich przesłanek na serio rozpatrywać jakieś partnerstwo Rosji i Iranu, nie mówiąc już o sojuszu? Tym bardziej, kiedy przywództwo Rosji daje do zrozumienia, że przyjaciele Izraela są przyjaciółmi Moskwy!

Świat polityki wie doskonale, że (obok Rosji) dzisiejszy Izrael ma tylko dwóch aktywnych sojuszników: Egipt pod przewodnictwem wojskowej junty z generałem Abdem al-Fattah as-Sisi na czele i Arabię Saudyjską (Stany Zjednoczone na czas prezydentury Baracka Obamy póki co wypadły z tego „zaszczytnego” grona…).

Oto prezydent W. Putin jedzie z niezwykle uroczystą wizytą do absolutnie „nielegalnego dyktatora”, stojącego na czele junty i daje mu automat Kałasznikowa w podarunku. Ten „tyran” dopiero co kazał wykonać wyroki śmierci, wydane przez „małpi sąd” [1] na setkach działaczy partii politycznej, którą siłą odsunięto od władzy, mimo że zdobyła władzę na drodze legalnych wyborów. Junta ogłosiła Palestyńczyków swoimi największymi wrogami. Egipscy „siłowicy” prowadzą walkę zbrojną ze znękaną Strefą Gazy. W kraju faktycznie zaczyna się wojna domowa. Na tym tle prezydent Rosji, który często wspomina o „nielegalnej juncie kijowskiej”, daruje śmiercionośną broń liderowi jeszcze bardziej nielegalnej i w istocie kryminalnej grupy. Jaki jest sens tego podarunku?

Tylko taki: „Popieramy wasze krwawe bezprawie w stosunku do tych przeklętych islamistów. Szlachtujcie ich nadal, tylko jeśli to możliwe, na uboczu. A my, jakby co, udzielimy pomocy technicznej”.

Nie na darmo Carl Bildt, były premier a obecnie szef MSZ Szwecji, która jako pierwsza uznała państwo palestyńskie, napisał ma swoim Twitterze, że jest to „bardzo symboliczny podarunek”.

Co do Arabii Saudyjskiej, kraju, z którym Rosja posiada wiele niezałatwionych spraw i problemów, też sprawa nie jest taka prosta. Jakiś czas przed aneksją Krymu, a nawet jeszcze przed olimpiadą w Soczi, na Kremlu pojawił się szef wywiadu Arabii Saudyjskiej – książę Bandar Bin Sułtan. Na użytek publiczny wypuszczono opowiastkę o bardzo nieprzyzwoitym sensie wizyty „rozpasanego” i „całkiem schamiałego” księcia. Rzekomo żądał on, żeby prezydent Rosji zrezygnował z popierania Baszara al-Asada, oferując w zamian gwarancję bezpieczeństwa olimpiady w Soczi. Ponoć książę „zerwał się z uzdy” i niczym uliczny łotrzyk, wziąwszy się pod boki, szantażował W. Putina czeczeńskimi bojownikami, którzy ponoć są na smyczy, a tę smycz trzyma rzekomo on sam. Gdy zechce, spuści z uwięzi terrorystów, a oni sprawią, że wybrzeże czarnomorskie spłynie krwią w apogeum sportowego święta; nie zechce, „jeśli dojdzie do porozumienia” a więc nie spuści ich ze smyczy.

Coś tu podpowiada, po przemyśleniu rzeczy, że ta jaskrawa i przekonująca wersja, przedstawiana opinii publicznej, jest zasłoną dymną, za którą obie strony ukrywają prawdziwy cel spotkania. Nie do pomyślenia byłoby, aby Saudyjczycy faktycznie mogli szantażować W. Putina „Emiratem Kaukazu”. Nie tylko im, ale i służbie bezpieczeństwa Rosji i w ogóle jakimikolwiek specsłużbom na świecie doskonale wiadomo, że Saudyjczycy nie mają praktycznie żadnego wpływu na żadne organizacje „dżihadistowskie”. Nie mówiąc już o tym, że szantaż tego rodzaju byłby równoznaczny z wypowiedzeniem wojny. Rijad dobrze rozumie, że Jerozolima w ogóle nie popiera natychmiastowego usunięcia B. al-Asada ze sceny politycznej. Stanowisko Izraela jest obecnie dla Królestwa Arabii Saudyjskiej ważniejsze niż jakiekolwiek inne.

Znaczenie spotkania polegało na roboczych umowach między Moskwą i Rijadem. Pierwsza z nich oznacza utajnione antyirańskie stanowisko Rosji wobec rozmów w sprawie programu jądrowego Iranu. Inaczej mówiąc – Arabia Saudyjska w osobie księcia Bandara potwierdziła gwarancje Kremla, że Rosja nie porzuci platformy, na której są pozostali uczestnicy rozmów 6+1 (nawiasem mówiąc, to, że rosyjskie stanowisko w tych rozmowach, jeśli odsunąć na bok retorykę, zasadniczo nie różni się od amerykańskiego, dziś już jest oczywiste dla wszystkich, oprócz szczególnie upartych optymistów w kwestii zbliżenia rosyjsko-irańskiego).

Oddzielny temat starań Saudów, to zapobieżenie poważnym dostawom do Iranu zwykłej broni i technologii. Szczerze mówiąc, niczego w tej dziedzinie Rosja Iranowi nie dostarcza!

Na koniec, szczególna sprawa, którą podnieśli Saudowie: neutralizacja geopolitycznej aktywności tureckiego premiera Recepa Tayyipa Erdogana w kwestii projektu „neoosmańskiego”. W pewnym sensie Turcja jest dla Królestwa Arabii Saudyjskiej bardziej niebezpieczna niż Iran. Arabska monarchia bardzo dobrze rozumie, że od Iranu nie można oczekiwać gwałtownych posunięć. Ile by nie dyskutowali zaangażowani „eksperci’ o jakiejś nieprzewidywalności „reżimu ajatollahów”, jest jasne, że każdy krok irańskich klerykałów jest dziesięć razy bardziej przewidywalny niż prezydenta Francoisa Hollande’a czy B. Obamy (wystarczy pomyśleć o losie „Mistrali” lub o tym, jak laureat Pokojowej Nagrody Nobla obszedł się ze swoim programem wyborczym…).

Co do współczesnej Turcji, to w odróżnieniu od Iranu, jest to państwo tradycyjnie skłonne do ryzyka. Turcja ma swoje powiązania ze środowiskiem radykalnych sunnitów, a Iran właściwie nie ma nikogo, oprócz Hezbollahu i jemeńskich Huti, co stanowi nieporównywalnie mniejsze zagrożenie dla dynastii Saudów. Turcja jest w sojuszu politycznym z Ichwani, którzy dla Saudów są kimś w rodzaju trockistów dla Józefa Stalina.

Wpłynąć na R. T. Erdogana, by zmniejszył swoje ambicje w stosunkach z krajami Zatoki Perskiej mógł tylko W. Putin. I on to zrobił, obiecując, że rosyjski gaz popłynie do Turcji, zamiast „Gazociągiem Południowym”. Nawiasem mówiąc, jakoś nic R. T. Erdogan nie mówi na temat smutnego losu Tatarów krymskich pod rosyjską władzą…

Faktem jest, że na Bliskim Wschodzie powstał (jeszcze nie tak widoczny, ale tym niemniej już istnieje) geopolityczny „kwadrat”. Wchodzi do niego Izrael, Federacja Rosyjska, monarchia Saudów i egipska junta A. al-Sisi, który ma ręce unurzane we krwi egipskich muzułmanów i Palestyńczyków w Gazie. Ten „kwadrat” jednoznacznie przeciwdziała polityce prowadzonej przez lewe skrzydło Departamentu Stanu USA pod przewodnictwem B. Obamy. Ten ostatni jest takim samym osobistym, emocjonalnym przeciwnikiem B. Netanjahu, jak W. Putin – jego przyjacielem (stosunki osobiste nie zawsze, ale często odgrywają decydującą rolę na szczycie politycznego Olimpu.).

Wszystkie strony stanowiące ów „kwadrat” najwidoczniej oczekują powrotu „neokonów” w osobie Jeba Busha do światowej polityki i stawiają na to, że ten powrót jest nieunikniony. Wraz z III Bushem przyjdzie odbudowa w pełnym zakresie ekskluzywnej przyjaźni z Izraelem, zniesienie sankcji dla Rosji, uznanie krwawej junty kairskiej i restart mocno nadwyrężonych stosunków amerykańsko-saudyjskich. W każdym razie, kraje „kwadratu” liczą na taki właśnie obrót wydarzeń.

Jasne jest, że dla Iranu scenariusz ten jest absolutnie niekorzystny. Szansa Teheranu na polityczny wyłom była związana z osobą B. Obamy w Białym Domu. Gdyby nie pierwszy w historii USA afroamerykański prezydent, nie byłoby sensu wybierać na prezydenta Iranu Hassana Rouhaniego. Najważniejsze, jeśli nie jedyne zadanie tego ostatniego, to możliwie największa minimalizacja sankcji przed końcem kadencji B. Obamy.

Wszystkie wymienione aspekty rozdzielające Iran i Rosję w rzeczywistości są konsekwencją systemowego przeciwieństwa w organizacji społeczeństwa i ustroju politycznego tych krajów. Iran od rewolucji islamskiej 36 lat temu stał się pierwszą jaskółką „Klubu Tradycjonalistów”, który powrócił na scenę po 34 latach (od 1945 r.), globalnego panowania liberałów. W wyniku tej rewolucji do władzy w jednej z najstarszych cywilizacji świata doszli tradycjonaliści, którzy faktycznie godzą ezoteryczną „ukrytą” starszyznę z zewnętrznym „kościelnym” klerykalizmem. Duchowieństwo w Iranie wzięło na siebie odpowiedzialność za polityczny kurs kraju, czego w Europie nie było od czasów kontrreformacji. Narodową biurokrację irańską w pełni kontrolują klerykałowie, a okoliczność ta jest sednem organizacja tego państwa.

Co do Rosji, to jest ona lustrzanym przeciwieństwem Iranu. Była radziecka partiokracja, przyjąwszy na pokład element kryminalny, spekulantów i czarnorynkowych „cechowników”, uległa transformacji w biurokrację nowego typu – niezależną korporację o międzynarodowych ambicjach, lecz bez międzynarodowego autorytetu. Właśnie ta biurokracja twardo rządzi tymi, którzy grają rolę „klerykałów”, postmodernistycznego ekwiwalentu „cerkwi”.

Możliwość jakiegokolwiek porozumienia między tymi dwoma systemami zorganizowanymi w podobny sposób jest dziś jeszcze mniejsza, niż szansa na wzajemne zrozumienie między imamem R. Chomeinim i Michaiłem Gorbaczowem w epoce znanego listu ajatollaha do radzieckiego prezydenta [2].

Wielu analityków, podchodzących do problemu stosunków rosyjsko-irańskich z pozycji patriotycznych lub patriotyczno-pragmatycznych, pozwala sobie na dozę umiarkowanej krytyki, narzekając na rzekomy brak wypracowanej strategii przez Moskwę odnośnie południowego sąsiada, tak ważnego dla geopolitycznej stabilności Federacji. W ich mniemaniu krytyka ta jest śmiałym posunięciem.

Jest to błąd. Moskwa posiada przemyślaną strategię. Polega ona na tym, aby polityczny establishment Iranu wodzić za nos, podsuwając mu iluzje możliwego partnerstwa, złudne oczekiwania korzyści gospodarczych związanych ze wspólnymi projektami… Najbardziej niebezpieczne dla Iranu jest poczucie bezpieczeństwa ze strony rzekomo przyjaznej orientacji Moskwy odnośnie Iranu. Niby to Moskwa popiera B. al-Assada, który z pewnych (zresztą drugorzędnych z politycznego punktu widzenia) przyczyn stał się dla irańskiej dyplomacji nieprzekraczalną „czerwoną linią”. Niestety, to poparcie ze strony Kremla niczego Iranowi nie gwarantuje, a jest związane z interesami Izraela, dla którego ostateczny upadek Damaszku będzie oznaczał przejście do totalnej wojny z islamską ulicą.

Do tej pory Rosji udawało się „wodzić za nos” przywództwo polityczne Islamskiej Republiki Iranu. W Iranie jest rzecz jasna partia antymoskiewska. Jej głos czasem słychać dość wyraźnie. Jednak po pierwsze – partia ta posiada zupełnie nieprawdziwe wyobrażenie o tym,  czym w samej rzeczy jest Rosja dla Iranu, dla Zachodu i ogólnie, dla całego świata. Po drugie, ten antymoskiewski głos stanowi margines. Główny nurt mimo wszystko stanowi pragnienie irańskiego przywództwa, by opirzeć się na sojuszu z Rosją.

Im szybciej Iran zrozumie najważniejsze rozbieżności, blokujące te oczekiwania u samych podstaw, tym lepiej Teheran będzie mógł skorygować własny kurs.

Źródło: http://poistine.org/pochemu-iran-i-rossiya-ne-mogut-byt-partnyorami-v-realnoy-zhizni#.VOyFHy5JHvm
tłum: Maria Walczak
Fot. islam.ru

_________________________________________
1. Wyrażenie oznaczające sąd wydający z góry wiadomy wyrok, z rosyjskiej bajki Majkowa (przyp. tłum.).
2. Chodzi o list R. Chomeiniego do M. Gorbaczowa, por. http://xportal.pl/?p=12467

Czytany 7675 razy Ostatnio zmieniany środa, 25 luty 2015 21:43