niedziela, 19 styczeń 2014 01:00

Marcin Domagała: Między trybami imperiów

Oceń ten artykuł
(1 głos)

  obozSZ01smallgeopolityka  Marcin Domagała

Mawiają, że nocne niebo najpiękniejsze jest nad Saharą. Nie ma tam świateł miast, smogu, czy szumu samochodów. Gwiazdy rządzą się swoim blaskiem, przyćmiewając nawet księżyc. Ten niebieski firmament to obecnie chyba największe bogactwo Saharyjczyków. Z reszty darów natury korzystać nie mogą...

 

Saharyjska Arabska Republika Demokratyczna (SADR) to państwo dziwne. Jest uznawane przez około 50 innych krajów świata. Z państw europejskich relacje na szczeblu dyplomatycznym utrzymuje z nim tylko Albania.

Sahara Zachodnia to także państwo podzielone. Jego większa zachodnia część, zasobna w cenne surowce naturalne, granicząca z przebogatym w rybne ławice Atlantykiem, znajduje się pod władzą Królestwa Marokańskiego, rządzonego przez bajecznie bogatego Muhammada VI z dynastii Alawitów. Druga część, wschodnia, zwana wyzwoloną, styka się z Mauretanią i jest kontrolowana przez Saharyjczyków. Faktycznie to wąski skrawek pustyni, z krajobrazem żywcem wyjętym z filmu „Gwiezdne wojny”. Obydwa obszary rozgranicza nabity minami, artylerią i piechotą marokańską tzw. berm. Terytoriami wyzwolonymi włada Front POLISARIO – organizacja, której silni i możni tego świata przylepili brzydką etykietę terrorystów.

Dziwni to jednak „terroryści”. Ich aktywność skupia się bowiem w przedsionkach dyskusyjnych międzynarodowych salonów politycznych. Posiadają nawet swojego przedstawiciela (oczywiście nieuznawanego przez nasz MSZ) w Warszawie. Jak Palestyńczycy są politycznym wyrzutem sumienia Bliskiego Wschodu, tak Saharyjczycy pełnią podobną rolę w Afryce Zachodniej, zajmując, chcąc nie chcąc, zaszczytne miejsce dyżurnego narodu do udzielania politycznego wsparcia, rzadziej pomocy materialnej, czy wiążących obietnic.

Sahara Zachodnia to szary kolor na mapie kontynentu afrykańskiego, z podpisem „brak danych”. Mało kto w naszej części Europy słyszał o tym państwie. W porównaniu bowiem do Palestyńczyków, Sahrawi, jak nazywani są berberyjsko-arabscy mieszkańcy Sahary Zachodniej, wybrali zupełnie inną drogę do własnego samostanowienia.

Pustynia rządzi

obozSZ01big

Obóz dla uchodźców Boujdour

Obóz dla uchodźców Boujdour znajduje się ok. 1700 km na południowy zachód od Algieru. Robi przygnębiające wrażenie. To jedno z czterech skupisk Saharyjczyków, żyjących z przymusu na wychodźstwie na algierskiej ziemi. Nazwy pozostałych obozów nawiązują do miast w ich ojczyźnie. W obozie panują tylko dwa kolory – jasny brąz, a nad nim błękit nieba. Piaskowa barwa  dominuje. Tam dopiero odczułem, jakim dobrem w Polsce jest zwykła zielona trawa. W Boujdour nawet rachityczne akacje mają kolor drobnego jak mąka piasku, spod którego z rzadka przedziera się matowa zieleń...

Kolor ten z trudem przebija się też spod kurzu pokrywającego oenzetowskie namioty. Kiedyś to one dominowały w obozie. Jednak surowy klimat zmusił saharyjskich uciekinierów do budowy czegoś trwalszego. Z czasem miejscową architekturę zaczęły tworzyć niskie domki, kryte blachą, pobudowane z suszonych na słońcu cegieł, łączonych mokrą gliną.

Na Saharze deszcz przynosi życie. Jednak dla mieszkańców obozów bywa przekleństwem. Woda szybko rozmywa ich schronienia, powodując, że w oka mgnieniu tracą z takim trudem postawione domy. Tutaj rządzi pustynia i to ona kształtuje życie zarówno zwykłych ludzi, jak i saharyjskich władz.

Prezydentowi SADR Muhammadowi Abdulowi Azizowi daleko do wyniosłości innych mężów stanu. Wzorem byłego libijskiego przywódcy Muammara Kadafiego, mieszka w namiocie, dzieląc w Boujdour solidarnie biedny los swoich rodaków. Różnica polega na tym, że Kaddafi chciał tak mieszkać, ozdabiając swój namiot złotem i drogimi dywanami.  Aziz po prostu musi tak żyć, bo nie stać go na coś lepszego. Jego siedziba nie wyróżnia się niczym spośród dziesiątków innych namiotów i zabudowań.

obozSZ07_namiot

Namiot prezydenta Sahary Zachodniej Muhammada Abdula Aziza

Stolica z gliny

Stolica Sahary Zachodniej, Rabouni, tylko z nazwy jest stolicą. Saharyjczycy posiadają jednak wszelkie atrybuty państwowości. Tyle, że agendy rządowe mieszczą się faktycznie w nietrwałych glinianych budynkach, pozbawionych arabskiego blichtru, do których rzadko wiedzie asfaltowa droga. Nie ma tu szerokich trotuarów, autobusów, krzykliwych sprzedawców, tak charakterystycznych dla miast tego regionu świata, czy nawet zwykłego bazaru – suku. Centrum najbiedniejszej polskiej wsi na ścianie wschodniej wygląda przy Rabouni niczym nowojorska metropolia.

obozSZ06_agenda

Wjazd do jednej z instytucji rządowych w Rabouni.

Główna ulica to faktycznie wąski pasek asfaltu, ciągnący się nierówno między sklepikami zaopatrzonymi w importowane towary spożywcze, starymi kontenerami, którymi kiedyś dostarczono pomoc humanitarną i licznymi tu warsztatami samochodowymi. Tylko chropowaty gliniany mur i dumnie łopocząca na wietrze flaga ludu Sahrawi, znaczy, że to siedziba jakiejś ważnej instytucji. Po ubiorze także nie sposób poznać, że ma się z kimś ważnym do czynienia. Tu nikt się nie obnosi się w garniturze i krawacie.

obozSZ03_ulica

Główna ulica Rabouni

Sahrawi stworzyli na wychodźstwie nadzwyczaj egalitarne społeczeństwo. Musieli zrezygnować ze swego plemiennego bogactwa kulturowego, by przetrwać. Przyniosło to zaskakujące efekty. Są punktualni i skrupulatni, zupełnie jak Niemcy – rzecz pośród Arabów niespotykana. Są też bardzo otwarci. Polityka zrobiła swoje, resztę uzupełniła zbiorowa reakcja dostosowawcza. Nie ma tu miejsca na tajemnice, zwłaszcza, że niemalże cały budżet saharyjski opiera się na algierskich dotacjach. – W Rabouni, jak i obozach nic się nie ukryje – mówi Ghali Zoubeir, miejscowy geolog, który towarzyszył mi jako przewodnik. Rzeczywiście społeczność obozowa Sahrawi jest niewielka. Na gołej pustyni żyje niecałe 120 tys. ludzi. –  Tu jest bieda, a ceny są wysokie. Ludzie muszą jakoś żyć, a marokańskie służby chętnie płacą żywą gotówką za wszelkie informacje – dodaje szczerze.

– Jesteśmy pełnoprawnymi członkami Unii Afrykańskiej – mówi Radhi S. Bachir, sekretarz generalny saharyjskiego MSZ. Jego doskonały angielski i świetna orientacja w arkanach światowej polityki, zdradzają solidne wykształcenie. – Terytorium SADR jest podzielone. Płacimy za niedokończony proces dekolonizacji. Kiedy w połowie lat 1970’ nasze terytorium zdecydowała się opuścić Hiszpania, pod wodzą schorowanego Franco, okazję dostrzegło Maroko – podkreśla.

obozSZ08_Bahir

Radhi S. Bachir, sekretarz generalny saharyjskiego MSZ.

Cóż, geopolityka nie uznaje pustki, zwłaszcza, że zachodnio-saharyjski obszar jest niezwykle istotny. Od południa zabezpiecza dostęp do Gibraltaru – zachodnich wrót Morza Śródziemnego. Rabat, kontrolując ten obszar, sprawuje jednocześnie pieczę nad szlakiem wiodącym do Kanału Sueskiego. Saharyjczyków zaś traktuje, jako geopolityczne narzędzie w rękach niepokornego Algieru, słusznie poniekąd postrzegając kwestię wsparcia Algierii dla SADR jako próbę zdobycia własnego okna na Atlantyk.

Przeklęte skarby ziemi

Warto zwrócić uwagę, że terytorium saharyjskie, jako całość, to także obszar dotknięty „przekleństwem surowcowym”. To ono stanowi główną oś gry i powód marokańskiej okupacji. Pustynia saharyjska zawiera niemal całą tablicę Mendelejewa, zaś perłą w koronie zasobów naturalnych są złoża fosforytów – jedne z najbogatszych na świecie.

Kiedy w 1976 r. Sahara Zachodnia ogłosiła niepodległość, będąc w tym wspierana przez ONZ, Maroko niemalże natychmiast dostrzegło szansę na łatwą zdobycz. Towarzyszyła mu Mauretania. Obydwa państwa wywodziły swoje pretensje z historii, twierdząc, że ziemie Sahrawi należały niegdyś do nich. Wybuchła wojna, która nie przyniosła jednak szybkiego rozstrzygnięcia. Żołnierzom z Frontu POLISARIO udało się jednak wypchnąć z konfliktu Mauretanię. W toku działań wojennych Saharyjczycy zajęli nawet na krótko jej stolicę Nawakszut. Koniec końców Mauretania wycofała się z wojny, uznając SADR. Obecnie obydwa państwa świetnie koegzystują. – Na każdym głosowaniu na forum Unii Afrykańskiej popieramy się wzajemnie – podkreśla R. S. Bachir.

Z Marokiem poszło już gorzej. W realiach zimnej wojny mikronaród nie miał najmniejszych szans wobec sojusznika USA, wspieranego dodatkowo przez lotnictwo francuskie. W odpowiedzi na poważne sukcesy żołnierzy Frontu POLISARIO, marokańska armia zmieniła taktykę. Wzdłuż spornego terytorium zbudowano, m.in. przy pomocy izraelskich fachowców, najdłuższy na świecie wał kamienno-ziemny – berm. Umocnienia ciągną się na długości blisko 3 tys. km. Niewielu ludzi zdaje sobie sprawę z jego istnienia. Pamięta się bowiem mur berliński, łatwo znaleźć fotografie ogrodzenia oddzielającego Zachodni Brzeg Jordanu od terytorium Izraela, od czasu do czasu media obiegają fotografię granicy na półwyspie koreańskim. O szczelnym murze dzielącym Saharę Zachodnią nie wie prawie nikt...

Co jest za tym murem

– Jesteśmy gotowi do jego sforsowania – podkreśla łagodnym głosem Sidi Wagal, dowódca V okręgu wojskowego z siedzibą w Bir Lechlou na terytoriach wyzwolonych przez Front POLISARIO. Jego adiutant pokazuje model bermu w skali 1:100, opisując szczegółowo jego budowę, logistykę, czy rozmieszczenie i uzbrojenie posterunków.

obozSZ04_SWagal

Sidi Wagal, dowódca V okręgu wojskowego z siedzibą w Bir Lechlou.

Wagal przypomina doświadczonego „lisa pustyni”. Pomimo ponad 60 lat na spalonym słońcem karku, sztuka wojenna wciąż wzbudza w jego sercu emocje. Jego żywe oczy nie są zmęczone. Gdyby nie chodziło o jego kraj, można pomyśleć, że wojaczkę traktuje z nonszalancją natowskiego generała. Zresztą europejscy wojskowi mogliby się tu wiele nauczyć. Zwłaszcza jak przeżyć w miejscu największych na świecie amplitud temperatur i nie dać się zwariować brakiem prysznica.

Ciężkie warunki zaprawiły miejscowych żołnierzy. Nie ma tu dróg, prądu, czy łączności  komórkowej, a ciężki saharyjski klimat daje się we znaki. Siedząc w małej salce, do której wiatr zanosi piaskowy pył, pogryzając duszoną wielbłądzinę, popijając słodką jak diabli arabską herbatę w małych szklaneczkach, sztabowcy S. Wagala opowiadają o warunkach w jakich przyszło im żyć. W ich oczach nie widać rezygnacji. Bardziej pretensję do władz cywilnych w Rabouni, że muszą siedzieć w koszarach, zamiast ruszyć do boju.

obozSZ09_berm

Model marokańskiego bermu prezentowany przez sztabowców Sidi Wagala w Bir Lehlou

Oficerowie saharyjscy z dumą pokazywali taktykę walki podczas zaimprowizowanych na szybko ćwiczeń. Mimo że to zwykły pobór, morale żołnierzy było jak blask stali rosyjskich kałasznikowach. – Niestety nie dysponujemy nowoczesną bronią. Wszystko co mamy, zdobyliśmy na Marokańczykach – podkreśla Wagal. Potwierdzenie jego słów znajdę później w muzeum niepodległości, znajdującym się na obrzeżach stolicy. Ekspozycja pełna jest broni niemieckiej, francuskiej, rosyjskiej, amerykańskiej, czy południowoafrykańskiej. Zgromadzono tu całe bogactwo armii marokańskiej. Oprowadzający nas kustosz z nieukrywaną dumą pokazywał szczątki rozbitego francuskiego Mirage’a. Oglądając zdobyczny sprzęt, w uszach brzmiały mi słowa R. S. Bachira i S. Wagala – Jesteśmy gotowi do wojny...

obozSZ05_muzeum

Zdobyczny sprzet marokański w muzeum niepodległości w Rabouni.

Powód nieobecności Sahary Zachodniej w medialnym mainstreamie jest prozaiczny. W latach 70. i 80. XX w. Palestyńczycy wysadzali samoloty, porywali statki. Było o nich głośno. Saharyjczycy dumnie odrzucili terroryzm, tocząc z Marokiem wojnę w polu, jak i w sądach międzynarodowych. W efekcie jednak stali się ofiarami podwójnych standardów i egoistycznej polityki mocarstw. Ich historia jest także przestrogą wobec tych, którzy chcą zaufać prawu międzynarodowemu i bezzębnej ONZ. Mimo obietnicy przeprowadzenia referendum o przynależności terytorialnej, od momentu zawarcia rozejmu w 1991 r., wciąż do niego nie doszło.

Wygnana ojczyzna

Życie w obozach uchodźców toczy się swoim wolnym rytmem. – Na szczęście nie ma tu poważnych chorób. Przede wszystkim te spowodowane przez wodęgłównie biegunki. Za to wydłużyła nam się długość życia. Mężczyźni żyją tu średnio 60 lat. Kiedyś było znacznie gorzej  – mówi łamaną polszczyzną Chalil Lasjad, miejscowy lekarz z długą czarną brodą i jeszcze większą posturą. Studiował w Polsce, w Bydgoszczy, potem pracował we Wrocławiu. – Niestety lekarzy nie ma tu zbyt wielu. Większość pracuje w Hiszpanii lub we Francji.

Saharyjczycy jednak wracają do obozów. Tu jest ich wygnana ojczyzna. – Niedługo będzie tutaj nowoczesne centrum komputerowe – mówi Handi Taubali. Kiedyś był partyzantem. Chwali się, ze razem ze współtowarzyszami wysadził długi transporter z urobkiem fosforytów po stronie marokańskiej. Później przedarł się przez berm.

Obecnie żyje w Boujdour. Jest niezwykle popularny. Nic dziwnego. To jeden z najbardziej zaangażowanych w rozwój lokalnej społeczności Saharyjczyków. Tacy jak on niosą nadzieję, że niebawem coś się tu zmieni. – Spójrz tam – wskazuje dłonią nieodległe zabudowanie na małym piaskowym wzniesieniu. – Tam jest szkoła muzyczna. Szkoda, że tak późno przyjechaliście, bo posłuchalibyście, jak grają młodzi – mówi z błyskiem w oku...

– Szkoła jest dobra. Moje dzieci uczą się hiszpańskiego i arabskiego. Ale życie tu nie jest łatwe. Tam, gdzie się urodziłam klimat był zdecydowanie łagodniejszy – mówi smutnym głosem Mariam, która  udzieliła nam gościny. Jej mąż Abderrahman jest inwalidą wojennym. Żałuje, że nie może walczyć. Rodzina utrzymuje się głównie z jego renty wojskowej.

Pamiętaj o nas Europo

Saharyjczykom brakuje wszystkiego, a najbardziej pieniędzy w skromnym budżecie rządowym. – Nasze złoża są rabowane przez Marokańczyków. Po fosforyty przypływają statki rosyjskie, francuskie, niemieckie, a nawet litewskie – tłumaczy Ghali Zoubeir. Polskie nie zwijają. To chyba jedyny przypadek, gdy przez brak wizji polityki gospodarczej naszego ministra spraw zagranicznych, nie musiałem świecić oczami...

– Pod egidą ONZ prowadzony jest program spotkań rodzinnych, sam z niego korzystałem – mówi Handi Taubali.

– Teoretycznie możemy wracać. Marokańczycy nas zapraszają – dodaje Zoubeir – ale byłoby to uznanie marokańskiej okupacji. Nie chcemy być tam, na naszej ziemi, obywatelami trzeciej kategorii – podkreśla. Ich słowa potwierdza także Abdeslam Omar Lahsen, szef miejscowego NGO, który pomaga rodzinom uprowadzonych przez Marokańczyków. – Niech Europejczycy o nas nie zapominają. Wszyscy chcemy wrócić do domu – cicho mówi na koniec Mariam.

Jeśli jakieś państwo można porównać do człowieka, to dawno nie widziałem tak zadręczonego przez innych istnienia. Jedynym, co uświadamia, że to państwo istnieje, są żywe i radosne ludzkie spojrzenia. Ponawiane od 1963 r. apele ONZ o zorganizowanie dla Sahrawi referendum jest regularnie odsuwane w czasie po to, by odwieść saharyjską społeczność od państwowych aspiracji. Efektem tego jest, zdaniem Bachira, legalizacja w praktyce międzynarodowej statusu typowego dla klasycznej okupacji.

obozSZ02

Zachód słońca nad obozem dla uchodźców Boujdour.

Czy sytuacja Sahary Zachodniej może ulec zmianie? Scenariuszy jest wiele. Jednym z nich jest upadek monarchii marokańskiej. Jednak nawet ten mało realny rozwój wydarzeń nie zwiastuje rychłej zmiany. Saharyjczykom udaje się wygrywać polityczne potyczki, jak choćby ostatnią w Parlamencie Europejskim, związana ze strefami połowowymi przy saharyjskim wybrzeżu Atlantyku. Dopóki jednak nie zyskają silnego oparcia w międzynarodowej społeczności, dopóty ich los będzie znajdował się między zębatymi trybami imperiów. Nadzieja leży też w wykorzystaniu surowców naturalnych na obszarze znajdującym się pod kontrolą Frontu POLISARIO. Trzy lata temu odkryto tam bogate złoża uranu...

Tekst został opublikowany w numerze 1–2/2014 logo_dziennik_trybuna

 

W odpowiedzi na powyższy tekst ambasada Królestwa Maroka
przesłała odpowiedź, która znajduje się TUTAJ.

 

Czytany 5501 razy Ostatnio zmieniany środa, 19 listopad 2014 01:03