środa, 13 sierpień 2014 06:02

Eugeniusz Januła: Z ukraińskiego pola walki...

Oceń ten artykuł
(9 głosów)

ukraine-militarygeopolityka  dr Eugeniusz Januła

Walki na wschodzie Ukrainy, w odległości, licząc geopolitycznie całkiem niedalekiej od naszego kraju, muszą siłą rzeczy budzić zainteresowanie. Niekiedy też emocje i obawy. Zawsze bowiem istnieje przynajmniej teoretyczna możliwość, że ten konflikt może przenieść się i w bezpośrednie sąsiedztwo naszych granic.

Walki na wschodzie Ukrainy mają wymiar normalnej wojny, chociaż na razie, w pewnym ograniczonym wymiarze i skali. Mimo użycia szeregu systemów broni z ciężką artyleria, bronią pancerną, jak i rakietami przeciwlotniczymi, dotąd nie użyto w tym konflikcie jakiejkolwiek broni masowego rażenia. Tu należy się jednak kilka słów komentarza. Rakiety systemu Grad, których używają zresztą obie strony, są uzbrojeniem z pogranicza definicyjnego broni masowego rażenia. Pokrywają one ogniem określony, duży obszar i znajdującym się w polu ostrzału elementom wyrządzają znaczne szkody. Tymi elementami mogą być zarówno ludzie, jak też obiekty, infrastruktura czy sprzęt.

Warto też zauważyć, że poza ograniczeniem terytorialnym, walki mają generalnie zaciekły charakter, mimo pojawienia się wielu sytuacji przerwania ognia, humanitarnych rozejmów a także stosunkowo dużych, jak na skalę na razie ograniczonego konfliktu, dezercji żołnierzy ze strony ukraińskiej.

Geneza

Po zajęciu, czy też używając nieco innego języka – odzyskaniu Krymu przez Rosję, stało się jasne, że status quo, przynajmniej na wschodzie Ukrainy czy Noworosji, jest praktycznie nie do utrzymania. Tym bardziej, że państwo ukraińskie zaczęło zdradzać coraz więcej oznak typowego rozkładu podmiotowego. Tu wyrazem rozkładu państwa był kijowski Majdan. W chwili obecnej nie ma już żadnych wątpliwości, że to nie tylko nacjonaliści ukraińscy, bo oni byli tylko swego rodzaju narzędziem wykonawczym, ale służby specjalne szeregu podmiotów zewnętrznych, były reżyserami Majdanu. Rosja na tyle, ile mogła, wykorzystała w następstwie sytuację i stosunkowo łatwo przejęła Krym. Tu trzeba dodać, że była to operacja nie tyle militarna sensu stricte, ale raczej militarno-logistyczna. Porównując działania logistyczne współczesnej Armii Rosyjskiej w stosunku np. do haniebnej operacji Układu Warszawskiego „Wełtawa”, czyli praktycznie inwazji na Czechosłowację w 1968 r., stwierdzić należy jednoznacznie, że o ile w Armii Radzieckiej logistyka była zawsze i wszędzie typową piętą Achillesa, to armia Federacji Rosyjskiej tej bolączki nie odziedziczyła. 40 lat, które minęły od tamtego czasu, kiedy kpiono z armii, która na drogach ówczesnej Polski południowej pozostawiła ok. 30% swojego sprzętu a ludzie z litości dokarmiali żołnierzy ówczesnego ZSRR, bo ci byli po prostu głodni. Dzisiejsze rosyjskie siły zbrojne, mimo że to w dalszym ciągu w około 65% armia z poboru, są w pełni nowoczesną i mobilną siłą. Dobrze dla strony ukraińskiej, że nie podjęła walk na Krymie. Słynne „zielone ludziki”, jak nazywano pozbawioną swych oficjalnych oznak armię rosyjską, po prostu zmiażdżyłyby Ukraińców.

Sytuacja wschodniej Ukrainy jest bardzo daleka do rozstrzygnięcia. Państwo ukraińskie po prostu musi przegrać. Czy istnieje zatem alternatywa w postaci, że Rosja wycofuje się, przestanie udzielać pomocy ludności rosyjskiej i pacyfistycznie ogłosi, że nie ma żadnych pretensji do tych obszarów? Nie, takiej alternatywy po prostu nie ma, a ci z Langley i znad Potomacu, którzy wymyślili i zaczęli realizować plan politycznego okaleczenia Rosji i zminimalizowania jej wpływów w skali globalnej, po prostu po raz kolejny pomylili się Po prostu nie wzięli pod uwagę, że jednobiegunowy układ geopolityczny świata w praktyce jest nie do zastosowania, a siły i środki, którymi USA dysponują, są o wiele za małe, aby państwo to mogło zająć pozycję niezagrożonego hegemona w skali świata. Warto przecież zwrócić uwagę na powolne, ale sukcesywnie umacnianie się państw z grupy BRISC. Względem tej organizacji można mieć wiele znaków zapytania. Niewątpliwie jednak istnieje jeden pewnik – to potężny i obiektywnie antyamerykański podmiot.

Putin planuje

Było oczywistym, że skoro Ukraina zaczęła wypadać z rosyjskiego systemu, to oczywistym jest, że Rosja upomni się o jej wschodnią część czyli Noworosję. Bynajmniej nie tylko o obwody doniecki i ługański tutaj chodzi, ale o sześć, osiem lub nawet dziewięć obwodów, czyli o ok. 200–250 tys. km2 – z Odessą, Charkowem, Dniepropietrowskiem i całym szeregiem innych miast i regionów. To są realne i tu może niektórzy dodadzą niestety, ambicje Rosji. Państwo rosyjskie zrobi wszystko, nawet zaryzykuje wojnę światową, aby te obszary odzyskać. Tu od razu trzeba zaznaczyć, że być może znowu niestety, ale to Rosja posiada więcej rakiet, głowic itd. Jej salwa to ok. 1,4 salwy amerykańskiej a w wojnie totalnej tylko to się liczy. Ponadto, o czym później, taka wojna byłaby dla Rosji łatwa...

Walka trwa – siły stron

Pewnym zaskoczeniem dla strony rosyjskiej było natomiast to, że walki na dużą skale wybuchły i rozwinęły się tylko w dwóch obwodach. Były oczywiście ruchy i próby buntu w Odessie, Charkowie Mikołajewie i w innych obwodach, ale nie były one zbyt silne. W związku z tym Rosja aktualnie liczy na rozszerzenie się strefy walk, jak również na to, że armia ukraińska, która rzeczywiście goni resztkami sprzętu, amunicji itd. a żołnierze coraz bardziej dezerterują, po prostu załamie się i pójdzie w typową rozsypkę. Oczywiście w przemówieniach coraz bardziej bojowo, ale też nacjonalistycznie nastawionego Arsenija Jaceniuka wszystko wygląda dobrze. Bohaterska armia Ukrainy walczy i zwycięża, nie ponosząc przy tym żadnych strat, oprócz drobnych zadrapań, a jacyś tam terroryści, istnieją tylko po to, aby ta heroiczna i zdyscyplinowana armia, miała z kim walczyć...

Sytuacja wygląda jednak dla strony ukraińskiej nie tak wesoło. Zgromadziła ona na wschodzie łącznie 150 tys. żołnierzy, z tego bezpośredni udział w walkach bierze udział ok. 110 tys. Jest to typowa generacyjnie, armia z lat 1970’. Bardzo niewiele nowoczesnych reform zostało w niej faktycznie wprowadzonych. Jest ociężała, niedoszkolona, a żołnierze z poboru nie mają żadnych motywacji do walki. Bo też za co i za kogo? W strefie walk Ukraińcy posiadają ok. 300 czołgów, prawie 800 transporterów opancerzonych. Choć trudno za opancerzony uznać np. BRDM. Do tego ok. 400 luf artylerii, najczęściej samobieżnych haubic klasy Gożdzik. Do tego dochodzi ok. 40 wyrzutni artylerii rakietowej Grad. Ukraińcy posiadają też w strefie walk rakiety taktyczno operacyjne klasy Łuna i Toczka. To oczywiście, aby dodać sobie odwagi, ponieważ tego typu uzbrojenia w tego typu konflikcie używa się tylko po to, aby sprowokować Rosję do uderzenia rakietowego na Kijów. Łunami i Toczkami, mimo że to stara generacja i są one mocno niecelne, można od biedy strzelać w miasta, czyli przede wszystkim w ludność cywilną. Można też na wpół niechcący trafić w terytorium rosyjskie. Trudno wtedy o lepszy pretekst do casus belli...

Podsumowując – siły zgromadzone przez Ukrainę w rejonie konfliktu powinny teoretycznie wystarczyć do typowego „spacerku pacyfikacyjnego” po dwóch obwodach objętych walkami. Tym bardziej, że Ukraina zgromadziła w rejonie konfliktu ponad połowę swoich czynnych czołgów, 70% jeżdżących transporterów itd. Do tego dochodzą oczywiście siły powietrzne, których odpowiednika, druga strona nie posiada wcale.

Strona faktyczna zagadnienia jest jednak zupełnie odmienna od tutaj przedstawianej. Artyleria ukraińska strzela rzadko. Brakuje jej amunicji a ponieważ kalibry 152 i 122 są zupełnie różne od natowskich, więc Ukraina musi amunicję produkować samodzielnie. Dwie z trzech fabryk amunicji artyleryjskiej znajdują się w strefie lub blisko strefy walk. Czołgom, co jest wielkim problemem w całej armii ukraińskiej, brakuje przede wszystkim gąsienic. Stąd ponad 1000 ukraińskich maszyn, stojących na placach postojowych lub w koszarach, wygląda bardzo bojowo. Tyle, że brak im tej właśnie drobnostki... Tu trzeba niektórym Czytelnikom, uświadomić, że na gąsienicach jeździ się na odległość ok. 300 km. Później trzeba je oddać do regeneracji. Piloci samolotów i śmigłowców też nie chcą latać, ponieważ już kilku zginęło a Buki i Igły z drugiej strony są bardzo skuteczne. Podobnie, jak piloci, do walki bardzo niechętni są również zwykli żołnierze. Nawet, ci pochodzący z zachodniej Ukrainy nie mają najmniejszego zamiaru ginąć. Tymczasem straty bezpowrotne strony ukraińskiej są bardzo duże. Druga strona szacuje je na liczbę 2 tys. samych tylko zabitych. Do tego dochodzi ok. 4 tys. rannych. Natomiast liczbę tych, którzy zdezerterowali, ocenia się też na ok. 2 tys. Tutaj należy się kolejna uwaga – ok. połowa dezerterów z ukraińskiej armii przeszła na drugą stronę, czyli najczęściej przekroczyła granicę rosyjską. Niektórzy przyłączyli się także do powstańców. Druga połowa po prostu uciekła i ukrywa się obecnie w kraju ogarniętym chaosem.

Teoretycznie strona ukraińska posiada wielką przewagę sprzętową, liczebną, wywiadowczą... Teoretycznie atutem po jej stronie jest też scentralizowane dowództwo. Tyle, że powyższe atuty istnieją w teorii. Satelitarny wywiad amerykański, jest oczywiście sprawny, tyle że informacje wywiadu trzeba umieć jeszcze wykorzystać, a scentralizowane dowództwo istnieje… właśnie w teorii. Tu trzeba dodać że operacjami militarnymi próbują też kierować telefonicznie i internetowo... politycy z Kijowa. Przynajmniej niektórzy.

Pozostaje jeszcze ukraińska propaganda. Dziwnie przypomina ona typową propagandę sukcesu z okresu, kiedy Polską władał przez okres dekady „Wielki sternik Ślężan”. Tu celuje oczywiście gniewny A. Jaceniuk, która posiada kilku dobrych perkusistów. Gdyby choćby tylko połowa z tego, co głoszą propagandyści z Kijowa, byłaby prawdą, to nie tylko Donieck i Ługańsk, ale może i Moskwa byłyby już zdobione herbem Tryzuba...

Powstańcy, czy też terroryści, jak nazywają ich niektórzy, wojskowo pozostają znacznie w tyle za armią ukraińską. Jest ich ok. 12–15 tys. Olbrzymia większość z nich posiada dobre przeszkolenie wojskowe. Tu należy zapytać, ilu z nich, to mieszkańcy terenów ogarniętych powstaniem, ilu wywodzi się ze wschodu? Szacuje się, że tych drugich jest około 2–3 tys. Poza siłami powietrznymi, powstańcy czy jak kto woli – separatyści, posiadają w zasadzie wszystkie rodzaje uzbrojenia. Oczywiście w ograniczonej skali. Czołgów klasy T-72 m mają tylko kilkanaście i to w większości zdobycznych na Ukraińcach. Transporterów – głównie BTR-70 – kilkadziesiąt. Do tego ok. 20 BRDM i ok. 15 BWP-2. Powstańcy dysponują też 3–4 wyrzutniami rakietowymi systemu Grad. Zatem nie może być tu mowy o jakichkolwiek proporcjach. Jest to po prostu przepaść. Można założyć, że pojedyncze czołgi czy transportery przedostają się, zresztą bez większego problemu, przez nieistniejącą w praktyce granicę i wspierają powstańców. Ci ostatni posiadają także prawdopodobnie dwa zestawy przeciwlotnicze Buk z zapasem pocisków ok. 20 sztuk oraz znaczne ilości przeciwlotniczych zestawów Igła oraz starszych, ale dalej mobilnych, Strzała-3. Jak pokazuje obraz tej wojny, istnieją wśród powstańców ludzie, którzy umieją obsługiwać ten sprzęt i to ze skutkiem porażającym dla ukraińskiego lotnictwa.

Separatyści dobrze wyposażeni są także w broń maszynową. Tu oczywiście dominują uznawane za świetne, karabiny systemu PK. Uzupełniają to wyposażenie karabinki starszej wersji AK-47 o kalibrze 7,62 mm i karabiny snajperskie SWD Dragunow. Mimo że nie jest to już sprzęt najnowszy, to wciąż działa bardzo sprawnie. Dragunow np. do 800 metrów jest uznawany w dalszym ciągu za jeden z lepszych i w dodatku bardzo tanich karabinków. Powstańcy posiadają również sporo pancerzownic starszego, ale też bardzo skutecznego systemu RPG-7. Amunicji jest po stronie powstańczej pod dostatkiem. Tu nie ma wątpliwości, że jest ona dostarczana w dużych ilościach z Rosji.

Chęci do walki po tej stronie są ogromne. Więc przewaga ilościowa i sprzętowa, strony ukraińskiej nie tak wiele daje. Mankamentem po stronie separatystów jest natomiast brak wspólnego dowództwa. Organizacja sil powstańczych posiada charakter terytorialny. Republika Ługańska posiada swoje siły zbrojne a Doniecka – swoje. Jakaś tam współpraca istnieje, ale, jak na razie, o wspólnej koordynacji działań nie ma mowy. Jest to po prostu wyraz ambicji poszczególnych dowódców, z których każdy uważa się za „wodza naczelnego”. Czy istnieje zatem koordynacja z drugiej strony granicy? Raczej nie da się tego zauważyć. Wojna przebiega, mimo że w malej skali, w zasadzie wg scenariusza Rosji. Chyba, że ktoś wierzy w typowo „goebbelsowską propagandę” drugiej strony, w której wieści o epokowych zwycięstwach, przeplatają się z enuncjacjami o konieczności zatrzymania ofensywy, obiektywnych trudnościach etc.

Trzeci czynnik

Tym trzecim czynnikiem, czy też podmiotem pozostaje oczywiście Rosja. Stosuje ona, szczególnie wobec działalności satelitarnego wywiadu amerykańskiego, perfidną, ale skuteczną taktykę. Otóż jednostki rosyjskie w tym rejonie rotacyjnie się zmieniają. Służy to również i w sposób naturalny, celom szkoleniowym, chociaż pociąga za sobą niemałe koszty. Przy okazji odbywają się różne ćwiczenia, co do których politycy ukraińscy głośno się wypowiadają, strasząc agresją itd. Tracą przy tym resztki wiarygodności. Jednak dziwnym jest to, że np. w ślad za A. Jaceniukiem, idą też niektórzy polscy politycy, stając się tym samym mocno „zardzewiałymi trybikami” w pewnej reżyserowanej, zresztą przez Kreml, maszynce.

Mimo rotacji, Rosja stale utrzymuje w tym rejonie, ekwiwalent przeliczeniowo, 4–5 ciężkich brygad i 2–3 lekkich brygad. Do tego dochodzi ok. 5 pułków Specnazu, oddziały wsparcia, w tym liczne jednostki wszelkiego rodzaju artylerii. Jest to siła, która w dogodnym momencie po prostu zmiażdży armię ukraińską, mimo że liczebnie Ukraińcy ok. 3,5 krotnie przeważają. Warto zwrócić uwagę, że przebywa, teraz już na stale w tym rejonie nie pełna, lekka brygada „kadyrowców”, czyli Czeczenów – lojalnych wobec prezydenta Ramzana Kadyrowa i Moskwy. Ci żołnierze jeńców nie biorą, podobnie jak brytyjska najemnicza brygada Ghurków. Na razie sama wieść o Czeczenach, paraliżuje Ukraińców strachem.

Jednak to bynajmniej nie koniec. Koncentracje wojsk rosyjskich widoczne są też na zdjęciach satelitarnych bardziej na północ, na przeciw Charkowa oraz za wałem perekopskim na Krymie. Stąd tylko o krok do Chersonezu i bardzo niedaleko do Odessy.

Najemnicy

Tu znowu sytuacja wypada bardzo niekorzystnie dla strony ukraińskiej. Po jej stronie, co jest ewenementem w XXI w., rzeczywiście walczą wojska, będące na żołdzie miejscowych oligarchów. Symbolem jest tu ok. 550-osobowy batalion Dnipro, będący prywatną własnością bardzo znanego magnata Ihora Kołomojskiego z Dniepropietrowska. Takich jednostek, o statusie batalionów jest 3–4, ale na tym nie koniec. Istnieje też szereg mniejszych pododdziałów typu kompania, niepełna kompania, stworzonych przez pomniejszych oligarchów. Służą w nich za pieniądze, zarówno Ukraińcy, głównie fanatycy z Prawego Sektora, jak i innych pokrewnych formacji, ale też reprezentanci jeszcze nacji narodowych (np. Serbowie). Ci bojówkarze są werbowani za pośrednictwem różnych firm ochroniarskich. Przykłady znamy już z Iraku. Aż trudno sobie wyobrazić co się stanie, kiedy powstańcy pochwycą takiego najemnika. Przecież de facto wezmą do niewoli człowieka, który nie jest z punktu widzenia prawa międzynarodowego żołnierzem a tym samym nie posiada żadnych praw kombatanckich. Może się okazać, że „jeńcem” okaże się obywatel demokratycznych Stanów Zjednoczonych. Aby ocalić życie, będzie przed kamerami mówił wszystko. Nawet to, że osobiście zwerbował go Barack Obama. Analogicznie będzie też ze złapanym hipotetycznie Polakiem. Tyle że będzie on sobie musiał wybrać na taką okazję innego „namawiającego”.

Po stronie powstańczej można oczywiście uznać za najemników ok. 3000 obywateli Rosji – niektórzy z nich walczą za pieniądze, inni dla czystej idei...
Perspektywy

Wojna zapewne będzie się ślimaczyła, a stan ukraińskiej armii i nie tylko, będzie coraz gorszy. Państwo to na szczęście, albo na nieszczęście się rozlatuje. Rosja przystąpi do akcji wtedy, kiedy będzie uważała, że typowy owoc już dojrzał. Wkroczy i w ciągu 48 godzin, zajmie tereny, które ją interesują a zapewne nieco więcej, po to, aby później mieć podstawy do negocjacji. Czy powstaną w rezultacie dwa państwa „postukraińskie” czy ostanie się jedno – to zależy od aktualnego układu sił. Rosja ma bowiem alternatywę – albo anektuje Noworosję, czyli te ok. 200–250 tys. km2, albo też utworzy podległe sobie państwo. Raczej widać w obecnej chwili, że Kreml przychyla się do tej pierwszej alternatywy.

Państwo zachodnio-ukraińskie, które pozostanie będzie nacechowane ukraińskim nacjonalizmem i antypolskością. Dziwne, ale polskie media nie informują polskiej opinii publicznej o wypowiedziach i hasłach, głoszonych nie tylko na zachodzie tego państwa, ale również w Kijowie. W partii Batkiwszczyna trwa bezwzględna walka o władzę. Dawna liderka Julia Tymoszenko walczy bez pardonu ze swoim dawnym podwładnym A. Jaceniukiem. Przerzucają się przy tym nacjonalizmem. W Kijowie drukuje się mapy, z których wynika, że granica między Polską a Ukraina powinna przebiegać między Bochnią a Krakowem – z tym pierwszym miastem po stronie ukraińskiej. Oczywiście Prawy Sektor – szowinistyczna partia, sympatyzująca z polskim PiS, raczej Krakowa nie chce Polsce zostawić.

Odzywają się oczywiście stare i nowe zaszłości. Stare są powszechnie znane, ale np. faktyczna owocna dla obu zainteresowanych, współpraca Aleksandra Kwaśniewskiego z Łeonidem Kuczmą raczej nie należy do tematów znanych w naszym kraju. Ł. Kuczma cieszy się w swoim państwie opinią osoby wyjątkowo skorumpowanej, więc cóż można powiedzieć o jego partnerze? A. Kwaśniewski wykreował też później typowego nieudacznika, Wiktora Juszczenkę, który bardzo szybko przeszedł na pozycje antypolskie.

Tymczasem na zachodniej Ukrainie mieszka w bardzo ciężkich warunkach 2–4 mln Polaków. Pytanie, jakie musi paść, to dlaczego istnieje duża rozbieżność. Ta kwestia wywodzi się jeszcze z czasów Związku Radzieckiego. Kiedy dla Polaków na Ukrainie zamknięte były uczelnie wyższe, względnie dobra praca i płaca itd. urzędnicy Rosjanie, niejednokrotnie radzili wtedy podać narodowość rosyjską i bariery automatycznie zanikały. Niektórzy podawali też narodowość ukraińską. Dlaczego przedstawiciele polskiej władzy, ale też i krzykliwej opozycji, nie upomną się o los rodaków, którzy dalej na zachodniej Ukrainie są typowymi pariasami? Rząd Węgier nie przebiera w słowach, upominając się o Węgrów, zamieszkujących Rus Zakarpacką. Znów polskie media nie poinformowały o wielkiej manifestacji w Budapeszcie, w której sprzeciwiano się poborowi Węgrów do armii ukraińskiej. Węgry też są członkiem NATO i UE. Tyle że premier Victor Orban jest liderem z prawdziwego zdarzenia. Dysponuje też polityczną odwagą...

Łatwa wojna – zdradzone tajemnice

Nikt nie kwestionuje, że Stany Zjednoczone są militarnie najsilniejszym państwem na świecie. Wcale to jednak nie znaczy, że hegemonię tego państwa wszystkie inne podmioty muszą uznawać. Stany Zjednoczone dominują na morzach i oceanach. Mają też silniejsze lotnictwo niż Rosja. Jednak istnieją nisze, w których przewagę posiada państwo rosyjskie. Rosja nie może i nie zamierza ewentualnie prowadzić konwencjonalnej wojny z USA i NATO. Inni partnerzy z NATO, włącznie z Wielką Brytanią i Francją po prostu się nie liczą. Oni nie chronią, oni sami chcą być chronieni.

Rosja mimo upadku w epoce Borysa Jelcyna, utrzymała dwa filary swoich sił zbrojnych – Rakietowe Siły Strategiczne i Specnaz. Stany Zjednoczone swoich rakiet natomiast nie modernizowały. Systemy antyrakietowe obu kontrpartnerów są mało sprawne. Ocenia się, że w razie konfliktu nuklearnego przechwycą najwyżej po ok. 10% rakiet przeciwnika. Paradoksalnie system rosyjski S-400, który jest uniwersalnym antyrakietowo-przeciwlotniczym, jest oceniany przez ekspertów jako bardziej sprawny.

Pisano już wyżej o „ciężarze salwy nuklearnej” obu stron. Rosja ma tu znaczącą przewagę. Nic tu nie daje, że USA posiadają niewielką przewagę w rakietach zlokalizowanych na okrętach podwodnych. Jest natomiast rzecz, o której się bardzo mało mówi i pisze, ale jest powszechnie wiadoma. Chodzi o kalderę Yellowstone, czyli superwulkan. Na świecie istnieje ok. 20 na razie uśpionych, superwulkanów, ale właśnie ta kaldera ma od kilkudziesięciu lat właśnie istotnie podwyższoną możliwość bliskiego wybuchu. Wulkanolodzy nie stawiają tu pytania „czy?”, tylko „kiedy?” Otóż, wg prognoz od mniej więcej 1950 r., wulkan wybuchnie w ciągu najbliższych 300 lat, czyli albo zaraz, albo też w każdym momencie tego okresu.

Administracja amerykańska oczywiście dobrze o tym wie. Zawarto już kilkanaście tajnych porozumień z niektórymi państwami o możliwościach ewakuacji na ich terytoria kilkaset tysięcy ludzi. Tu trzeba podejść realistycznie. Hipotetyczny wybuch superwulkanu, to oczywiście nie zagłada całych Stanów Zjednoczonych. Prognozy przewidują że ok. 1/3 terytorium państwa zostanie wyłączona z użytku na okres ok. 3–7 lat. Obszar ten nie zostanie jednak zalany lawą, tylko zasypany popiołami. Natomiast wylew lawy obejmie obszar o promieniu 400–600 km. Oczywiście będzie to miało konsekwencje dla całego świata, ponieważ pyły w atmosferze obniżą w efekcie średnią temperaturę o ok. 2°C na okres min. 3 lat. Nastąpią więc klęski ekologiczne, deficyt żywności etc.

Jedno jest jednak pewne – nastąpi wówczas definitywny koniec USA jako światowego hegemona. Państwo to będzie w stanie się odrodzić, odbudować, ale to potrwa minimum 20 lat. Należy postawić oczywiste pytanie, co to ma wspólnego z konfliktem na wschodniej Ukrainie? Oczywiście, że ma! Super-katastrofę w kalderze Yellowstone można po prostu sztucznie przyspieszyć niespecjalnie skomplikowanymi środkami. Zdetonowanie czterech głowic 20-megatonowych kolejno, w odstępach półminutowych bezpośrednio w kalderze sprawi, że prawie na pewno superwulkan natychmiast wybuchnie. Tu można dywagować o humanitaryzmie itd. jednak nie można mieć złudzeń – jeżeli dojdzie do wojny nuklearnej, będzie to dla Rosji, łatwa wojna...

Zakładając scenariusze alternatywne, bo one oczywiście są – BRISC już rozpoczął działania antyamerykańskie. Chiny przyłączyły się już do rosyjskiego embarga na część produktów amerykańskiej elektroniki. Ma do tego wkrótce dołączyć Brazylia. Chiny są też największym amerykańskim wierzycielem i posiadaczem amerykańskich papierów wartościowych. Jeżeli Pekin zażąda wymiany, tylko np. 1/3 na dolary, to albo USA będą musiały ogłosić bankructwo, albo spróbują po prostu dodrukować banknoty. Obie alternatywy będą tragiczne nie tylko dla systemu ekonomicznego USA, ale również dla całej światowej ekonomiki...

Fot. rt.com

Czytany 7401 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04