piątek, 04 lipiec 2014 06:06

Eugeniusz Januła: Wielka wojna i współczesność

Oceń ten artykuł
(6 głosów)

Iworld_wargeopolityka  dr Eugeniusz Januła

29 czerwca 1914 r. Gavrilo Princip, kilkoma strzałami z pistoletu, pozbawił życia austro-węgierskiego następcę tronu arcyksięcia Ferdynanda d. Este oraz jego małżonkę – czeską hrabinę Zofię Chotek. Tak rozpoczął się mało kontrolowany ruch wydarzeń, na który poszczególni politycy mieli już coraz mniejszy wpływ.

Pozornie tuż po zamachu, wytworzyła się sytuacja korzystna dla cesarza Franciszka Józefa. On sam nigdy nie lubił swojego następcy, który zresztą został nim też w sposób dość przypadkowy. Na tron dualistycznego państwa był przewidziany przecież naturalny syn cesarza arcyksiążę Rudolf. Jednak po jego samobójczej śmierci wytworzyła się w bardzo rozbudowanej personalnie rodzinie Habsburgów pustka. Cesarz nie miał w zasadzie wyboru. Musiał mianować następcą właśnie tego nie lubianego przez siebie, arcyksięcia. Ferdynand, w odróżnieniu od Rudolfa, który optował za daleko idącymi swobodami tylko dla Węgrów, którzy faktycznie w swojej części państwa byli czynnikiem decydującym, mimo że paradoksalnie, w sensie doktrynalnym i społecznym, byli raczej głównym hamulcowym, opowiadał się za daleko idącą federalizacją dualistycznego państwa [1]. Obok austriackich Niemców i węgierskiej szlachty, równoważne pozycje mieli uzyskać Polacy, Czesi, Słowacy, a także, aczkolwiek sytuacja była tu znacznie bardziej skomplikowana – bałkańskie narody Austro-Węgier.

Franciszek Józef I nie dopuszczał zaś takich koncepcji, nawet do ewentualnych politycznych rozważań. On, który praktycznie pamiętał jeszcze doświadczenia z okresu Wiosny Ludów, uważał, że wszelkie ruchy w kierunku rozszerzenia swobód przyniosą tylko rozpad wielkiego, ale mocno podzielonego państwa [2].
Pierwsza faza wydarzeń toczyła się jeszcze pod pewną kontrolą. Logicznym bowiem było, że Austriacy zaraz wszczęli śledztwo, które bez wielkich problemów wykazało, że ślady organizacyjne „Czarnej ręki”, czyli organizacji terrorystycznej, która stała za zamachem, prowadzą do Serbii. To państwo przyjęło austriackie, bardzo twarde ultimatum prawie w 90%. Jednak Serbia nie mogła zgodzić się na ten fragment, który w zasadzie godził w suwerenność państwa. Austro-Węgry, co było prawie naturalnym, wypowiedziały zatem Serbii wojnę. Też naturalnym było to, że Rosja – polityczny i moralny protektor Serbii – zdecydowanie opowiedziała się po jej stronie i też bez zwłoki, weszła do wojny.

Teraz jednak nastąpił automatyzm. Kajzerowskie Niemcy, silniejszy partner Austro-Węgier, od dawna czekały na okazję polityczną, którą dawała wojna. Zamiary Niemiec po wojnie z Francja w latach 1870–71 były jasne. Niemcy zamierzały ponownie pobić Francję, która już zdążyła się otrząsnąć po klęsce II Cesarstwa, a przy okazji zadać też znaczącą klęskę Rosji, przesuwając swoje granice daleko na wschód, czyli anektować Królestwo Polskie i przeważająca część Ukrainy. To wszystko miało zapewnić Niemcom zupełną dominację na kontynencie europejskim. Nie za bardzo natomiast Niemcy chciały wojny z Wielką Brytanią. Tu zwycięstwo nic praktycznie nie dawało. Potężna, wybudowana w bardzo szybkim tempie, niemiecka flota wojenna, miała raczej odstraszać Anglię od wojennej awantury, która też nie przynosiła temu krajowi żadnych namacalnych zysków. Jednak były to tylko założenia i koncepcje. Historia natomiast uczy, że kiedy toczy się wojna, wydarzenia bardzo często przybierają obrót niekoniecznie przez polityków pożądany.

Niemcy, od strony militarnej, dysponowały dobrym i zaskakującym dla przeciwników planem wojny. Sporządził go, będący w 1914 r. już na emeryturze, wielki strateg, generał Alfred Graf von Schlifen. Dokument zakładał, że Niemcy, korzystając z większej szybkości manewrów po krótszych niż przeciwnik liniach komunikacyjnych, znacznie szybciej zgromadzą wszelkie zapasy mobilizacyjne, w szczególności ludzi, i w bardzo szybkim tempie uderzą na Francję, z zamiarem jej rozgromienia, co miało nastąpić w czasie około trzech tygodni. Tą pewność szybkiego zwycięstwa w krótkim czasie, miał dać Niemcom, zaskakujący manewr. Mianowicie, prawe północne skrzydło frontu miało być siedmiokrotnie silniejsze od lewego południowego [3]. Kolumny wojsk niemieckich na północy miały szybko maszerować, rozbijając znacznie słabszego na tym odcinku przeciwnika. W tym celu zamierzano bez żadnych wahań, naruszyć neutralność Belgii i maszerować również przez jej terytorium.

A. Schlifen zakładał, że na południowym odcinku frontu – w Alzacji i Lotaryngii, Francuzi mogą się nawet nieco posunąć do przodu. Jednak w założeniu strategicznym to tylko pogorszyłoby ich sytuację. Niemiecki walec zbrojny miał się po prostu przetoczyć przez północną Francję, z Paryżem włącznie, zaś wojska francuskie, znajdujące się w południowej Francji, po kilkunastu dniach po prostu musiałyby już walczyć na odwróconym froncie. Zakładano również, że po zdobyciu Paryża, Francja skapituluje i będzie prosiła tylko o jak najłagodniejsze warunki pokoju.

W tym czasie austro-węgierski sojusznik miał powstrzymać tę częścią sił, która nie walczyła w Serbii – ewentualną ofensywę rosyjską na południu. Tu zakładano nawet możliwość czasowego oddania Rosjanom sporego terenu. Ostateczną bowiem linią oporu wojsk cesarsko-królewskich miała być wielka i nowoczesna, jak na owe czasy, twierdza Przemyśl. Na północnym odcinku frontu wschodniego, Prusy Wschodnie miał ochraniać jeden korpus niemiecki. Zakładano optymistycznie, że Rosjanie nie zdołają zmobilizować się zbyt szybko i po ok. 3 tygodniach znajdą się w obliczu konieczności starcia ze zwycięską tymczasem na froncie zachodnim, wielką armią niemiecką, która po prostu pomaszeruje na wschód, pędząc przed sobą coraz bardziej zdemoralizowanych Rosjan [4].

Plan niemiecki rzeczywiście był prawie genialny. Tyle że jego realizatorem miał być nie jego twórca, tylko gen. Helmuth von Moltke młodszy. Młodszy dlatego, że Moltke starszy i też Helmuth, zwycięzca na wielu polach bitew, m.in. tryumfator spod Sadowej, już nie żył. Młodszy bazował na wielkim nazwisku swego stryja, szybko awansując, jednak jego zdolności dowódczych i talentów strategicznych po prostu już nie posiadał. Żywił obawy, co do słabości południowego skrzydła swoich wojsk w przyszłej bitwie o Francję. Dlatego też zmienił proporcje ustawienia wyjściowego wojsk niemieckich z planowanych siedmiu do jednego, na trzy do jednego. Dla ofensywy prowadzonej tylko przez piechotę, a przecież taki rodzaj wojak wtedy dominował, nawet przy wsparciu dużej ilości artylerii, było to, jak się okazało, stanowczo za mało.

Niemiecki walec ruszył do przodu. Zgodnie z przewidywaniami, zmiażdżył próbujące stawiać opór wojska belgijskie. Jednak już na terytorium północnej Francji marsz niemieckich kolumn, został znacznie spowolniony. Duży wpływ na tę nową sytuację miało sukcesywne przybywanie na front coraz większej ilości wojsk brytyjskich. Zjednoczone Królestwo bowiem, z chwilą kiedy Niemcy dokonały agresji na neutralną Belgię, wypowiedziało im wojnę. W ten sposób praktycznie cała Ententa znalazła się w stanie wojny z blokiem państw centralnych.

Odtąd konflikt zaczynał się toczyć własnym torem. Kiedy ofensywę niemiecką zahamowano na kierunku północnym, wtedy ci ostatni próbowali przeprowadzić szybkie uderzenie na środkowym odcinku frontu, niejako na tradycyjnym kierunku starć niemiecko-francuskich. W ten sposób doszło do długotrwałych walk o francuskie miasto twierdzę Verdun. Francuzi bronili miasta z wielkim poświęceniem, a ponawiane co kilka tygodni niemieckie szturmy nie odnosiły oczekiwanego powodzenia. Dużą rolę odgrywał w tym ważnym epizodzie wojny dowódca obrony generał Philippe Petain. Dbał on o położenie socjalne podległych sobie żołnierzy. Zorganizował też w bardzo przemyślany sposób obronę samej twierdzy. Francuzi ponieśli na tym odcinku frontu nieco większe straty w ludziach niż strona niemiecka [5]. Jednak same rozmiary strat po obu stronach były olbrzymie. Warto tutaj odnotować, że prawie wszystkie państwa, za wyjątkiem Rosji, która posiadała oczywiste nadwyżki siły żywej, zmobilizowały już w pierwszym etapie wojny prawie wszystko. Tym samym poniesionych strat nie było czym uzupełniać.

Front zachodni sukcesywnie stawał się po każdej stronie linią transzei i innych polowych umocnień, które stale rozbudowywano. Ataki z jednej i z drugiej strony, przy użyciu ogromnego wsparcia artylerii, powtarzały się bardzo często. Jednak te ataki nie przynosiły prawie żadnych, poza stratami, rezultatów.

Tymczasem na froncie wschodnim wydarzenia potoczyły się także inaczej niż po każdej stronie zakładano. Rosjanie zmobilizowali się nieco szybciej niż oczekiwał przeciwnik i od razu ruszyli do strategicznej ofensywy. Natomiast wojska austro-węgierskie, okazały się słabym przeciwnikiem i wkrótce Niemcy musieli udzielić swym sojusznikom dużej pomocy.

Po sukcesach Rosjan przyszła i to szybko kolej na ich poważne klęski. W wielkiej bitwie pod Tannenbergiem, na polach historycznego Grunwaldu, została praktycznie rozgromiona wielka liczebnie armia rosyjska, która weszła na tereny Prus Wschodnich z zamiarem zajęcia tej prowincji [6]. Tam też pokazały się bardzo wyraźnie postacie dwóch niemieckich dowódców, którzy przeszli nie tylko do militarnej historii. Byli to przyszły feldmarszałek a nawet i prezydent Niemiec Paul von Hindenburg i wybitny generał Erich Ludendorff. Również na południu, kiedy wydawało się, że Rosjanie wejdą nawet na Wielką Nizinę Węgierską, bo zdobyli przecież ufortyfikowany Przemyśl, do akcji weszły niemieckie wojska. Odtąd front zaczął systematycznie przemieszczać się na wschód. W dodatku do wojny weszły Włochy i Austriacy musieli siłą rzeczy otworzyć nowy, bardzo trudny, front alpejski.

Rok 1916 w toku wielkiej wojny był okresem, kiedy losy wyniku tego starcia ważyły się. Kilkukrotnie raz jedna, raz druga strona usiłowały przejść do strategicznej ofensywy. Używając także coraz częściej, nowych typów broni, z których czołgi i lotnictwo, już w okresie powojennym, stały się swego rodzaju dominantami pola walki.

Ponieważ jednak znaczącej przewagi militarnej żadnej stronie nie udało się osiągnąć, wojna stawała się coraz bardziej starciem ekonomicznym. Zwycięzcę wyłaniały stopniowo nie tyle sukcesy na typowym polu walki, ale po prostu stan posiadanych zasobów ludzkich i materiałowych. Flota angielska odcięła państwom centralnym możliwości morskiego handlu, który był niezbędny dla ich prawidłowego zaopatrzenia w brakujące coraz bardziej surowce i żywność. Klasyczne bitwy morskie, w tym największa w historii świata bitwa pancerników, nazywana „Bitwą Jutlandzką”, nie zdołały przełamać blokady angielsko-francuskiej. Niemiecki odwet, czyli bezwzględna wojna z aliancką żeglugą handlową, przy pomocy okrętów podwodnych, owszem – przyniosła, szczególnie Anglikom, ale również od 1917 r. Amerykanom, bardzo poważne straty [7], jednak nie była w stanie zmienić losów wojny.

To właśnie wejście do wojny USA, z wielką, ale tylko częściowo wyszkoloną armią, postawiło przysłowiową kropkę nad wielkim „I”. Obecnie, wobec przybywania na front coraz to nowszych kontyngentów amerykańskich stało się jasne, że państwa centralne tej wojny wygrać nie mogą. Stopniowo zaczynało im brakować wszystkiego. Od ludzi, przez surowce na podstawowej żywności kończąc. Już w 1917 r. były widoczne po pierwsze chaos, po drugie rozprzężenie a po trzecie – postępująca dezorganizacja Państw Centralnych. Tutaj jako pierwsze, ze względów oczywistych, uległy destabilizacji Austro-Węgry. Armia tego państwa, za wyjątkiem frontu włoskiego, gdzie przez dłuższy czas odnoszono sukcesy, odnotowywała klęskę za klęską. Nawet wojna z Serbią, którą traktowano w planach austriackich jako swego rodzaju „wojskowy spacerek”, okazała się dla cesarsko-królewskich wojsk bardzo ciężka [8]. Wyniki na froncie rosyjskim były wręcz katastrofalne. Dość szybko węgierska szlachta, która na początku wojny odnosiła się do konfliktu bardzo entuzjastycznie, teraz zmieniła diametralnie zdanie. Węgrzy hołdowali za długo tradycjom swojej, zresztą znakomitej, ale raczej w poprzednich epokach wojennych, kawalerii. W epoce armat i broni maszynowej, kawaleria jako formacja bardzo delikatna, w aspekcie ognia przeciwnika, musiała siłą rzeczy przejść do roli broni pomocniczej. Mogła prowadzić działania rozpoznawcze, eskortowe itp., ale nie decydujące, o czym Węgrzy jednak nie chcieli specjalnie słyszeć. Po kilku masowych szarżach w dawnym stylu, musieli jednak diametralnie zmienić swoje nastawienie. Niestety w tych nieprzemyślanych uderzeniach kawalerii poległo wielu węgierskich szlachciców. W dodatku tylko oni praktycznie posiadali przywilej służby w tej wojskowej ich zdaniem, ale mocno już przebrzmiałej, elicie militarnej.

Wielonarodowa armia austro-węgierska, gdzie w mieszanych narodowościowo pododdziałach ok. 50% żołnierzy nie znało języka niemieckiego, który, za wyjątkiem oddziałów etnicznie węgierskich, był językiem komend, regulaminów i instrukcji, szybko okazała się nieudanym zlepkiem rożnych kultur, idei i dążeń. Oddziały czeskie już w 1916 r. często odmawiały wykonywania rozkazów. Później proces ten zaczął dotykać także innych formacji.

Oczywiście w armii rosyjskiej nie działo się lepiej. Tam, do pewnego etapu takim czynnikiem cementującym była religia, język i wrodzony naturalny patriotyzm. W pewnym stopniu, przynajmniej w początkach wojny, również przywiązanie do batiuszki-cara. Wszystkie te elementy ulegały jednak szybkiej erozji. Agitacja formacji lewicowych, nie tylko zresztą bolszewików (niemały udział mieli także mienszewicy i socjliści-rewolucjonici, tzw. eserzy), szybko, z robotników przemysłowych, przeniosła się również na żołnierzy. Nastąpił wówczas paradoks – oczywiście lewicowcy, co było naturalne, posiadali już od pewnego czasu wpływy wśród robotników. Nie mogli jednak też z naturalnych powodów przenieść swych wpływów na chłopów. Z chwilą jednak, gdy ci chłopi stali się w swej masie żołnierzami, formacje lewicowe niemal automatycznie uzyskały bardzo znaczący wpływ na nich. Po prostu w świadomości społecznej tychże ludzi nastąpił swego rodzaju „wielki skok”. Dotychczasowe ograniczone horyzonty ich wiosek uległy totalnemu rozszerzeniu. Brak mundurów, butów a nawet jedzenia oraz brutalne traktowanie żołnierzy przez większość oficerów, dopełniły reszty. Nieudolne dowodzenie i ponoszone przez armie rosyjską seryjne klęski stały się dla żołnierzy, marynarzy a także dużych grup inteligenckich, egzemplifikacją niedowładu i totalnego bałaganu w państwie rosyjskim. Ponieważ formalnie na czele tego państwa stał, słaby zresztą jako polityk i dowódca, car Mikołaj II Romanow, więc nawet trudno się dziwić, że pierwszym etapem rewolucji było obalenie caratu jako systemu politycznego [9].

Później, co też jest charakterystyczne dla krótkich okresów przejściowych, walki wewnętrzne o hegemonię w państwie zdominowały wszystkie inne procesy. W tych warunkach najsprytniejsi okazali się bolszewicy z Włodzimierzem Ulianowem Leninem na czele, którzy głosili wszem i wobec hasła pacyfistyczne, socjalne itp. To oni w tych warunkach musieli uzyskać siłą rzeczy, największe poparcie, ponieważ szeregowy robotnik czy żołnierz oczywiście chciał pokoju i chociażby przysłowiowe o „trochę” lepsze warunki socjalne. Podpisanie separatystycznego pokoju z Niemcami nie miało dla bolszewików kluczowego znaczenia. Mimo dużych strat terytorialnych, uzyskiwali oni spokój i przede wszystkim czas na ugruntowanie swojej słabej jeszcze władzy [10]. Jednocześnie zaangażowanie państw zachodnich w wojnę powodowało, że mimo negatywnej oceny nowego systemu politycznego. przez pewien czas nikt zewnętrzny, w sensie podmiotowym, na jego niekorzyść nie interweniował.

Dyktatorzy wojenni Niemiec, a takimi byli u schyłku wojny E. Ludendorff i P. Hindenburg, podejmowali jeszcze szaleńcze próby ofensyw, które miałyby przechylić szalę zwycięstwa na ich stronę. Były to jednak próby daremne a armia niemiecka, swego czasu symbol dyscypliny i pruskiego drylu, też się coraz bardziej rewolucjonizowała. W dodatku austriacki sojusznik w 1918 r. praktycznie już nie istniał. Pękł nawet front włoski, na którym Austriacy odnosili spore dotychczas sukcesy. Kolejnym ciosem była śmierć wieloletniego cesarza, który był swego rodzaju symbolem austro-węgierskiego państwa. Nowy cesarz Karol nie miał ani pozycji, ani autorytetu [11]. Poszczególne narody wewnątrz dualistycznego państwa, praktycznie już pod koniec wojny wyłamywały się z dotychczasowej państwowości i próbowały tworzyć własne państwa. Często zresztą ze znaczną szkodą dla sąsiadów. Dziwne, ale największą pazernością terytorialną wyróżniali się mali przecież liczebnością Czesi. Chcieli oni, opierając się na rzekomych tradycjach Przemyślidów, budować państwo, do którego obok Czech, Moraw i Słowacji, wchodziłby także cały Śląsk z dodatkiem Dolnych Łużyc, Małopolski z Krakowem i Lwowem oraz tereny wysunięte daleko na południe, zamieszkane przez ludność węgierską. Ambicje takich polityków jak Tomáš Masaryk czy Edvard Beneš, sięgały nawet Wiednia [12]. Rzeczywistość dość szybko zweryfikowała te rozdęte ambicje. W efekcie nastąpiła krótka epoka lokalnych, ale krwawych wojen o przebieg granic w Europie Środkowej.

Nowo powstałe państwa rodziły się już w konfliktach z sąsiadami. Polska też kształtowała się nie tylko w gabinetach wersalskich, ale na polu walki. Powstania wielkopolskie i śląskie ukształtowały przebieg granicy północno-zachodniej [13]. Niedokończona wojna graniczna z Czechami spowodowała wzajemne tarcia i spory graniczne, które praktycznie trwają po dziś dzień. Całkiem innym obszarem był wschód. Tu wszystko, jak twierdził Józef Piłsudski, stało otworem. Jego koncepcja unii między Polską a Ukrainą była w doktrynie politycznej bardzo zachęcająca. Tyle, że stawiała ona szereg znaków zapytania, z kwestią podstawową na czele: jakie naprawdę tendencje reprezentuje większość, no właśnie Ukraińców, czy Noworusinów? Kwestii tej nie zdołano wyjaśnić praktycznie do dnia dzisiejszego. Dlatego też zapewne aktualny konflikt na Ukrainie jest w gruncie rzeczy bardzo daleki od zakończenia a jego wynik pozostaje nieznany [14].

Państwa bloku centralnego zostały bardzo okrojone terytorialnie jak Niemcy, czy też praktycznie zredukowane do rangi najmniejszych, jak Austria czy Węgry. Musiało wywołać chęć rewanżu na bazie rozgoryczenia i niezadowolenia. Tylko w takich warunkach mogli politycznie urodzić się Adolf Hitler i Benito Mussolini.

Wraz z pierwszą wojną światową odeszła bezpowrotnie epoka arystokracji i przeważającej części monarchii. Skurczyły się też, i to bardzo, wpływy Kościoła katolickiego. Instytucja ta przestała dla wielu społeczeństw i państw być autorytetem. Dla niektórych jawił się w dwudziestoleciu międzywojennym, jako wróg i ostoja sił reakcji i konserwatyzmu. Zresztą kolejni papieże, za bardzo nie rozumiejąc procesów przyśpieszenia na świecie, umysłowo przebywali dalej w epoce feudalizmu.

Po wojnie narodził się także i stopniowo potężniał ruch narodowowyzwoleńczy. Angielski i francuski system kolonialny zaczął trzeszczeć w szwach a mniejsze metropolie kolonialne, widząc co się dzieje, zaczęły zabiegać o pomoc w metropoliach silniejszych – w myśl wspólnego interesu.

Pozorny epizod dziejowy, jakim było zastrzelenie równo sto lat temu austriackiego arcyksięcia. rozpętał wielką burzę dziejową, która, już jako przyspieszony dialektycznie proces polityczny, trwa do dzisiaj. Pierwszą kulminacją była oczywiście niezbyt słusznie zapominana I wojna światowa. Drugą w 20 lat później oczywiście II wojna… Trzeciej, w podobnym obrazie, uniknięto tylko dlatego, że pojawiły się nowe systemy broni, które w ewentualnym użyciu prowadziły może nie do zagłady świata, ale cywilizacji na pewno.

Zakończył się już praktycznie proces narodowowyzwoleńczy. Zaczyna się epoka związana ze społeczeństwem Trzeciej Fali, jak ją określał Alvin Toffler. Równocześnie, od wielu już lat, trwa coraz bardziej przyśpieszający proces globalizacji. To z kolei wytwarza naturalne zapotrzebowanie na wielkie podmioty międzynarodowe które w tej kolejnej przejściowej epoce, mogą i muszą odgrywać coraz większą rolę. Kosztem państw narodowych, oczywiście. Pozytywnym jest więc że Europa się ekonomicznie i społecznie jednoczy. Za tym musi przyjść zjednoczenie polityczne. To, że brytyjski premier David Cameron i np. prezes PiS Jarosław Kaczyński tego nie rozumieją, to trudno. Oby tylko to niezrozumienie nie przełożyło się w przyszłości na los reprezentowanych przez nich podmiotów politycznych i społecznych. Ze społeczeństwami na czele...

Dziś niektórzy publicyści, stawiają przede wszystkim dawną, liberalną jak na swoją epokę, monarchię Habsburgów jako pewien model do naśladowania w procesie jednoczenia się Europy. Coś w tym jest pozytywnego, mimo że nie wszystko, a praktycznie nic, nie wygląda tak samo. Również portrety starego dobrotliwego Franciszka Józefa mogą stanowić pewien symbol uniwersalizmu. Czy to znaczy, że geopolityczna historia lubi się powtarzać. W szczegółach raczej nigdy. Słynny heglowski Weltgeist, objąć musi całą Europę, zresztą nie tylko Europę... [15]. Przeciętny bowiem obywatel świata musi po prostu przekonać się, że globalizacja jest i dla niego wielką szansą, a nie tylko wielkim wyzwaniem...

Fot. www.worldwar1.nl

__________________________________________________________
1. Wielka Historia Powszechna, dalej; WHP, T.8, Wielka Wojna, Wyd. Trzaska, Ewent, Michalski, Warszawa,1936, s.157 i nast.
2. Szerzej,  S,  Grodziski, Franciszek Józef I, Ossolineum, Warszawa-Krakow-Wroclaw-Gdansk-Łódz, 1983, s, 164 i nast.
3. WHP, s, 212-218.
4. E,  Tarle, Dzieje Europy 1871-1919, Wyd. II, KiW, Warszawa 1960, s, 488.
5. WHP, s. 282 -298.
6. L.  Bazylow, Ostatnie lata Rosji carskiej, Rządy Stołypina, PWN, Warszawa 1972, s. 215 i nast.
7. Z. Kosiarz,  Bitwy morskie,  Wyd. MON,  Warszawa 1977, s. 123 -131.
8. Szerzej, WHP, s. 346–354.
9. Szerzej:  L.  Bazylow,  Obalenie caratu, PWN, Warszawa, 1976, s. 76  i nast.
10. W. I,  Lenin, Państwo i rewolucja, [w:] Lenin , Dzieła, T. 25, KiW, Warszawa 1977, s. 139.
11. S. Grodzicki… op, cit, s. 177.
12. E.  Januła, Polska-Czechy-Słowacja, Problemy sąsiedztwa i granic, [w:] http://www.Silesia-Sachlesien.com,  (22.06. 2014).
13. Historia Śląska, T. 5, cz. II,  Pr. zbiorowa, PAN-PWN, Wrocław-Warszawa-Krakow, 1969, s. 347 i nast.
14. Szerzej: E.  Januła,  H.  Krysuk, Meandry Ukrainy w drodze do niepodległości, pr. zbiorowa pod red. J.  Lasicovej, D. Kollara i J. Usiaka, wyd, Belianum 2014, s. 57-61.
15. Szerzej G,  Hegel,  Wykłady z filozofii dziejów, T, I, PWN, Warszawa, 1966, s, 23-28
Czytany 4981 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04