czwartek, 10 kwiecień 2014 06:05

Eugeniusz Januła: Ukraina - między utopią a zwątpieniem

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

ukrainian_crisis  dr Eugeniusz Januła

Na tej wielkiej światowej szachownicy Ukraina, ale też Polska, są graczami zdecydowanie drugiej ligi. Najbardziej prawdopodobny z dzisiejszego punktu widzenia scenariusz to taki, że Ukraina zostanie sfederalizowana. Widać już wyraźnie, że państwo to nie ma szans na utrzymanie się jako unitarne.

U olbrzymiej większości Polaków drzemie w dalszym ciągu nostalgia za wschodnimi kresami Rzeczpospolitej. Odzywają się też tęsknoty do mocarstwowej niegdyś pozycji naszego kraju – ze wszystkimi, zarówno dobrymi, jak i złymi konsekwencjami z tego tytułu płynącymi. Był taki okres, iż to Polska jako Rzeczpospolita Obojga Narodów była czynnikiem dominującym i arbitrem w Europie Środkowo-Wschodniej. Drugą jednak stroną tej prawdy jest to, że dzisiejsza Rosja obchodzi datę wypędzenia Polaków z Moskwy – ściślej mówiąc wojsk hetmana Stefana Żółkiewskiego z Kremla, nie mniej uroczyście niż Dzień Zwycięstwa nad faszyzmem [1]. Stosunki na wschód od naszych obecnych granic były i są skomplikowane, ale przyznajmy, że sprawy narodowościowe, graniczne itp. nigdzie w żadnym rejonie świata nie wyglądały prosto.

Józef Piłsudski, realizując swoją federalistyczną koncepcję Europy Wschodniej, zorganizował słynną wyprawę kijowską. Rozumował on w tym czasie, bardzo słusznie, że gdyby Polska i Ukraina utworzyły państwo federacyjne lub nawet tylko związek państw, to mogłyby to być solidne podstawy przeciwwagi dla dominacji Moskwy. Sądził ponadto, że ta federacja mogłaby z czasem przybrać rozmiary pewnego rodzaju „kuli śniegowej”, poprzez przyłączanie się innych narodów. Szczególnie liczył na Czechów i Słowaków. Cóż, wyszło inaczej – głównie dlatego, że strona polska znacznie przeceniła siły atamana Semena Petlury, który w tym czasie opowiadał się za federacją z Polską – raczej ze względów taktycznych. Zresztą jego tzw. armia nadawała się tylko do grabieży i pogromów, co zresztą z powodzeniem czyniła [2]. To, co wyszło z wojny polsko-bolszewickiej niestety było już tylko karykaturą koncepcji federalistycznej. Podzielona granicami Ukraina była swoistym zarzewiem konfliktu, a rosnąca w siłę stalinowska Rosja czekała tylko na właściwy i dogodny moment do odebrania obszaru, który, jak uważano i w Moskwie, i w Kijowie – słusznie się jej należał. Nastąpiło to 17 września 1939 r. Józefowi Stalinowi wcale nie przeszkadzało, że był w tym momencie de facto i de iure sojusznikiem Adolfa Hitlera.

Wytyczenie powojennych granic między Polską a ZSRR nie było łatwe ani dla jednej, ani drugiej strony. Polskie społeczeństwo nie mogło gładko przełknąć utraty Lwowa. Z kolei ukraińscy szowiniści w szeregach WKP(b) domagali się co najmniej granicy na Sanie z Rzeszowem i Przemyślem po ukraińskiej stronie. Oczywiście poszkodowani zostali Polacy, a walka z formacjami UPA przyniosła wiele krwawych ofiar. Była to zresztą kontynuacja wojny domowej z lat 1943-44 na Wołyniu, gdzie padały ofiary wśród ludności cywilnej po obu stronach. Oczywiście jednak okrucieństwo band ukraińskich nacjonalistów mogło równać się tylko z metodami ich ówczesnych mocodawców spod znaku swastyki [3]. Na marginesie trzeba uczciwie przyznać, że J. Stalin, przy wytyczaniu granic polsko-radzieckich oparł się skutecznie bardziej postulatom niż żądaniom niektórych swoich towarzyszy z politbiura. Łazar Kaganowicz, Nikita Chruszczow a nawet Michaił Kalinin, którego żona paradoksalnie od 1937 r. przebywała w łagrze, formułowali swe daleko idące, aneksjonistyczne żądania dalszego okrojenia terytorium polskiego. Wg ich koncepcji Ukrainie miała przypaść wspomniana wyżej cześć Małopolski. Białorusi – cała białostocczyzna, również cały obszar Puszczy Białowieskiej z Białowieżą i Hajnówką.

Dzieje ZSRR pokazywały wyraźnie, że Ukraińcy obok Rosjan byli tymi, którym zależało na utrzymaniu jedności tego państwa. Należeli oni jednoznacznie do nacji uprzywilejowanych. Po Rosjanach to właśnie Ukraińcom, nie tylko ze względu na liczebność przypadało najwięcej stanowisk w aparacie partyjnym, gospodarczym, strukturach wojska, KGB itd. Ceną za uprzywilejowaną pozycję była jednak stopniowa, ale bezwzględna rusyfikacja. Pewne elementy nacjonalizmu, widoczne szczególnie w okresie II wojny światowej były bezwzględnie eliminowane. To nie było zresztą trudne, gdyż nacjonalistom z Zachodniej Ukrainy doczepiano po prostu łatki kolaborantów. Dla takich zaś zesłanie do Kazachstanu czy Uzbekistanu było bardzo łagodną karą. Alternatywą były tylko Wyspy Sołowieckie lub egzekucja [4].

Nie w pełni znajduje potwierdzenie teza, że Ukraińcy, piastujący stanowiska w szeroko rozumianej administracji ZSRR, byli co do jednego polonofobami. Również dlatego, że wielu z nich tak naprawdę uważało się za Rosjan, a z Ukrainą łączyło ich tylko miejsce urodzenia, bo już nie język. Praktycznie znajomość języka ukraińskiego na wschodniej Ukrainie, np. w szeroko rozumianym Donbasie – w znaczącym stopniu zanikła. Nawet w Kijowie, gdzie przecież funkcjonował Uniwersytet, język ukraiński w czasach Związku Radzieckiego był mało znany. Wydawnictwa w języku ukraińskim owszem pojawiały się, ale stopniu śladowym. Pisarze, publicyści i dziennikarze też, aby być widoczni, publikowali prawie wyłącznie w języku rosyjskim. Przykładowo twórczość Tarasa Szewczenki była znacznie lepiej znana po rosyjsku niż po ukraińsku. Podobnie zresztą wyglądała sytuacja innych twórców oraz ich dorobku.

* * *

Rozwiązanie ZSRR zastało Ukrainę, podobnie jak i inne dotychczasowe republiki, zupełnie nieprzygotowane do samodzielnej egzystencji. System państwowo-administracyjny, gospodarczy, infrastruktura, informatyka itd. – wszystko było podporządkowane interesom dotychczasowego wielkiego molocha. Nie można bynajmniej twierdzić, że wszystko trzeba było tworzyć od nowa. Przebudowa systemu administracyjnego, jak się dzisiaj oblicza, kosztowała więcej niż gdyby go tworzono od nowa. Brakowało kadr ze znajomością języka ukraińskiego, więc dopuszczenie rosyjskiego jako równorzędnego, było po prostu naturalną koniecznością.

Wspólnota Niepodległych Państw nie okazała się substytutem ZSRR. Szereg emancypujących się nowych państw szybko przestało ją poważnie traktować, tym bardziej, jak się okazało, że Rosja traktuje ją przede wszystkim jako element nacisku na byłe republiki. Jednak już tworzenie np. narodowych sił zbrojnych, nie tylko zresztą na Ukrainie, szło bardzo opornie. Znane są wypadki, że okręty czy samoloty z Ukrainy po prostu przelatywały czy płynęły do Rosji. Również szereg oficerów narodowości ukraińskiej przeniosło się do Rosji. Uciekły praktycznie wszystkie bardzo nowoczesne wówczas bombowce strategiczne klasy Tu-160, sporo uznawanych za bardzo udane myśliwców klasy Su-27 i pochodnych oraz MiG-31. Inna rzecz, że z kolei Ukrainie udało się zatrzymać około 40 wielkich samolotów transportowych klasy An-124 Rusłan oraz jedyny istniejący i przy okazji zdecydowanie największy na świecie sześciosilnikowy An-224 Mrija [5]. Jednak większość tych maszyn przez kilka lat stała na płytach postojowych, ponieważ Ukraina nie potrafiła, nie posiadając oprzyrządowania ani wykwalifikowanych ludzi, uruchomić tych samolotów. Kolejnym paradoksem było to, że na Ukrainie znajdowało się sporo wielkich zakładów zbrojeniowych, produkujących m.in. nowoczesne samoloty niektórych typów oraz rakiety przeciwlotnicze, radary, elementy systemu łączności itd. Innym aspektem, też nie do pozazdroszczenia, stał się problem Floty Czarnomorskiej byłego ZSRR.

Należy wyraźnie podkreślić, wbrew obiegowym twierdzeniom, że Flota Czarnomorska nigdy nie należała do najsilniejszych tego typu zespołów morskich w ZSRR. Dyktowały to uwarunkowania geopolityczne. Turcja przepuszczała w czasie pokoju radzieckie okręty wojenne przez Bosfor i Dardanele, ale oczywistym było, że w czasie ewentualnej wojny rejon Morza Czarnego stanie się po prostu obszarem operacyjnie zamkniętym. Stąd nawet pokaźna radziecka eskadra śródziemnomorska, należała operacyjnie do Floty Północnej. Rzecz jasna, w okresie pokoju logistyka tej eskadry pochodziła z Morza Czarnego.

Flota Czarnomorska uległa podziałowi. Ukraina chętnie oddała ok. 65% potencjału tej floty Rosji [6]. Trudno nawet się temu dziwić. Utrzymanie okrętów wojennych w stanie operacyjnej gotowości pochłania wielkie sumy. Natomiast dzierżawa bazy w Sewastopolu przedłużona na bardzo długi czas, jest już sprawa polityczną. Oczywiście Sewastopol, jeżeli sięgać do tradycji, łączył się długo z historią Rosji. Wojna krymska z bohaterską obroną Sewastopola, później II wojna światowa, gdzie Krym, a szczególnie Sewastopol, znów urosły do rangi symbolu – mają swoją wymowę [7]. Jednak nie można dziś zapominać, że obok potężnego garnizonu rosyjskiej marynarki wojennej w samym mieście, tuż obok Sewastopola stacjonowała potężna, wzmocniona, rosyjska dywizja piechoty morskiej, która, wraz z dwoma pułkami morskiego Specnazu, liczyła aż 18 tys. ludzi [8]. To potężna siła politycznego nacisku, wzmacniająca rolę Rosji w tej enklawie, tym bardziej że ludność Krymu, i to w znakomitej większości, prezentowała tendencje odśrodkowe wobec państwa ukraińskiego. Tam rzecz jasna widoczne są dwie tendencje. Jedna to dążenie miejscowych Tatarów do utworzenia niepodległego państwa krymskiego, druga – obecnie jednak już znacznie silniejsza i praktycznie zrealizowana, to przyłączenie się do Rosji.

Tu należy zaznaczyć, że w świetle prawa międzynarodowego, prawa Ukrainy do Krymu są niestety dość problematyczne. Krym, po zdobyciu go przez Rosję i likwidacji chanatu krymskiego, został przez Rosję anektowany. Natomiast słynna darowizna Krymu radzieckiej republice Ukrainy, łączona z osoba Nikity Siergiejewicza Chruszczowa, była właśnie dość iluzoryczna. Wymieniony N. Chruszczow piastował w apogeum swojej kariery dwa stanowiska – pierwszego sekretarza KPZR i premiera ZSRR… W latach Związku Radzieckiego ważniejsze było oczywiście to pierwsze, jednak na zasadzie de facto, a nie de iure. Jak stwierdził bowiem wiele lat później Borys Jelcyn, podpisując dekret o delegalizacji KPZR w Federacji Rosyjskiej – partia ta nigdy i nigdzie nie była zarejestrowana…Trudno w tym miejscu przeprowadzać dłuższe analizy prawno-państwowe i prawno-międzynarodowe, ale pewnym jest, że gdyby wspomniany N. Chruszczow podpisał przekazanie Ukrainie Krymu jako premier rządu ZSRR problemu nie byłoby wcale. A tak jest, ponieważ w podłożu decyzji I sekretarza leżała tylko uchwała nawet nie Komitetu Centralnego czy Biura Politycznego, ale tylko postanowienie o charakterze rezolucji… sekretariatu KC KPZR [9].

Nie można zapominać też, że granica między Rosją a Ukrainą też w zasadzie jest iluzoryczna. Dochodziło do sporu odnośnie przebiegu granicy na Morzu Azowskim i tzw. Morzu Siwasz. Spór rozstrzygnięto co prawda tylko tymczasowo (na okres 5 lat). Również na terenie Donbasu przebieg granicy wytyczono kiedyś tylko i wyłącznie w gabinetach Stalina i… Feliksa Edmundowicza Dierżyńskiego. Ten pierwszy piastował, obok wielu innych w latach 1920’ stanowisko również ludowego komisarza ds. narodowości. Drugi był nie tylko czekistą, ale również ludowym komisarzem ds. komunikacji i ds. przemysłu. To właśnie lokalizacja wielkich zakładów przemysłowych przesądzała o formalnie politycznej i formalnej przynależności do określonej republiki [10]. Mimo formalnie federalnego charakteru, Rosja radziecka, później Związek Radziecki, były to przecież de facto państwa bardzo, bardzo unitarne.

* * *

Dość dziwnie prezentowały się państwowe stosunki polsko-ukraińskie w okresie ZSRR. Oczywiście, mimo że Ukraina była nawet de iure członkiem ONZ, praktycznie wszystkie kontakty odbywały się via Moskwa. Praca polskich konsulatów oscylowała generalnie wokół spraw socjalnych Polaków, zamieszkałych na Ukrainie. Jednak pomoc polskich konsulów musiała i mogła być tylko bardzo ograniczona. Nie było dobrze nie tylko obnosić się, ale nawet zaznaczać swoje polskie korzenie czy przynależność. Lokalna administracja ukraińska dosłownie sekowała osoby narodowości polskiej. Polacy na Ukrainie mieli bardzo utrudniony dostęp do wyższych uczelni, a w szczególności, stanowisk itd. Niektórzy i to wcale liczni, nauczeni doświadczeniami, podawali narodowość rosyjską, żeby chronić się od szykan. Inni natomiast szukali swojego miejsca poza Ukrainą, nierzadko w Federacji Rosyjskiej. W tych warunkach nie było oczywiście mowy o działalności polskich stowarzyszeń na większą skalę, możliwości pielęgnowania kultury itd. Przykładowo Cmentarz Łyczakowski, swego rodzaju symbol polskości, praktycznie był zamknięty, a wstęp na jego teren był ściśle reglamentowany. Na prowincji było jeszcze gorzej – zabytki polskiej kultury materialnej były, jak się tylko dało – niszczone [11]. Władze Ukrainy podobnie zresztą, jak w całym ZSRR, tępiły jak mogły działalność kościoła katolickiego a na Zachodniej Ukrainie – bo tam głównie funkcjonował – również unickiego. Ten kościół był formalnie zdelegalizowany i prowadził de facto działalność podziemną. Natomiast kościół katolicki wegetował, zasilany, szczególnie w okresie pontyfikatu Karola Wojtyły, kadrowo i materialnie z Polski. Polacy na radzieckiej Ukrainie posiadali status  ludności nawet nie drugiej, a wręcz czwartej czy piątej kategorii. Polacy, którzy przyznawali się do swej narodowości, byli w urzędach niejednokrotnie wręcz poniżani. Mowa tu oczywiście o latach 1960’ i 1970’. Poprzedni okres niestety przypominał „wielką smutę” z okresu panowania Iwana Groźnego. Tylko Czeczeni byli bardziej prześladowani od Polaków. Przymusowe przesiedlenia w dwóch wielkich akcjach, jednej z lat 1930’,drugiej z wczesnych lat 1950’, objęły łącznie nawet ok. 1,5 mln Polaków [12]. Głównie właśnie z Ukrainy, również z Białorusi, mniej z Litwy i Łotwy. Nie można przy tym zapomnieć o prześladowaniach Polaków z okresu dynastii Romanowów.

* * *

Polityka Polski wobec odzyskującej niepodległość Ukrainy, po początkowym okresie wahań, została doktrynalnie nakreślona w okresie 1993–95. Prawdopodobnie w wypracowaniu doktryny, a co najmniej pewnych konsultacjach, brał udział prof. Zbigniew Brzeziński. W każdym razie Aleksander Kwaśniewski, który był jednym z głównych architektów tej polityki, początkowo jako przewodniczący ówczesnej Socjaldemokracji Rzeczpospolitej Polskiej (SdRP), a później już jako prezydent RP, kilkakrotnie konsultował z Z. Brzezińskim zarówno sprawy doktrynalne, jak i konkretne posunięcia. Na marginesie – w wydanej w końcu lat 1990’ znakomitej pozycji pt. „Wielka szachownica” amerykański analityk dość trafnie przewidział rozwój wydarzeń oraz alternatywne scenariusze, również odnośnie sytuacji na Ukrainie [13].

Polska bardzo poważnie zaangażowała się w proces budowy demokratycznego systemu politycznego u swojego południowo-wschodniego sąsiada. Co prawda, partner personalny w początkowym etapie, mianowicie prezydent Leonid Kuczma, nie był zbyt wiarygodny. Jednak został demokratycznie wybrany i to z nim trzeba było prowadzić dialog oraz równoległe działania. Polska stała się swego rodzaju adwokatem Ukrainy w strukturach Zachodu, w szczególności w Unii Europejskiej i Sojuszu Północnoatlantyckim. Starała się też wspierać procesy demokratyzacji u swojego sąsiada. Tutaj od razu wpadaliśmy w wyraźną sprzeczność z interesami i działaniami Rosji, która była i pozostaje nadal zainteresowana, aby utrzymać swoje wpływy na Ukrainie. Pośrednim dowodem na to był fakt, że przez wiele lat ambasadorem Rosji na Ukrainie był nie kto inny, tylko były rosyjski premier Wiktor Czernomyrdin. Ukraina co najmniej pozostała w sferze rosyjskich wpływów, które, w poszczególnych okresach pozostawały większe lub mniejsze. Zachód dostrzegał też znaczącą obecność i działalność rosyjskich służb specjalnych zarówno KGB, później FSB, jak i GRU na Ukrainie [14]. Po stronie polskiej natomiast, obok polityków lewicy, również reprezentanci ówczesnej Unii Wolności mieli znaczący udział w próbach uzyskania wpływów polskich na Ukrainie. Natomiast grupa polityków, skupionych wokół Lecha Wałęsy w okresie jego prezydentury, stawiała na dobre stosunki z Rosją a konkretnie z B. Jelcynem. Był to poważny błąd, ponieważ dla wytrawnych analityków było dość jasne, że B. Jelcyn będzie tylko politykiem przejściowym.

Przy całym szeregu sensownych pociągnięć ze strony polskiej, popełniono jednak kilka bardzo poważnych błędów. Nie dostrzegano tych ok. 55% ludności, szczególnie zamieszkałej na wschodniej Ukrainie, która nigdy lub już Ukraińcami się nie czuła i w sposób naturalny dążyła do integracji z Rosją. Nie doceniano też kręgów nacjonalistycznych – głęboko antypolskich, rozlokowanych głównie na Ukrainie Zachodniej. Sposób myślenia w tych zbiorowościach nacjonalistycznych nie zmienił się specjalnie od czasów banderowców. Dla nich największym złem była Polska. Z kolei właśnie państwo polskie w tym okresie nie poparło dostatecznie mocno, co było wielkim i haniebnym dla polskiej klasy politycznej błędem, polskiej mniejszości narodowej w Zachodniej Ukrainie. Tylko po to, aby nie urazić właśnie antypolskich nacjonalistów. Tym sposobem ludność pochodzenia polskiego pozostała nadal najbardziej spauperyzowana, a co za tym idzie – bo to jest regułą – obojętna politycznie. A przecież mimo stalinowskich i późniejszych wysiedleń, mniejszość polska, przynajmniej ilościowo pozostała bardzo znaczącą grupą ludności. Na Wołyniu i Podolu, mimo masowych mordów, dokonywanych na Polakach, stanowią oni znaczącą grupę etniczną, również w niektórych wielkich miastach lub raczej obecnie na ich obrzeżach. Tu bowiem potwierdzają się znane tendencje z zakresu socjologii urbanizacji, polegające na tym, że biedniejsze grupy ludności sukcesywnie spychane są na obrzeża miast. Mowa tu w praktyce oczywiście o Lwowie, będącym swego rodzaju symbolem polskiego archetypu cywilizacyjnego na tych terenach [15]. Były i są także inne duże miasta, jak Sambor, Drochobycz oraz mniejsze, jak chociażby znane z historii Kamieniec Podolski, Trembowla, Jazłowiec, Żółkwia i wiele innych. Kolejnym problemem jest natomiast to, że polskie grupy etniczne nie mają w dalszym ciągu swej reprezentacji politycznej na szczeblu parlamentu Ukrainy.

W prowadzonych bardzo mało reprezentatywnymi metodami, ale jednak badaniach, wyniki w zakresie aktywności politycznej Polaków na Ukrainie są wręcz zastraszające. Po prostu generalnie Polacy nie wierzą, że coś może zmienić się w ich położeniu socjalnym i politycznym. Są niestety przyzwyczajeni do swej sytuacji i olbrzymia większość chce po prostu skromnie żyć i nic więcej. Jest to niestety polityczna woda na przysłowiowy młyn nacjonalistów, którzy mogą głośno twierdzić, że Polaków na Ukrainie, w tym w zachodniej części, prawie nie ma. Ta sytuacja przekłada się też na skalę lokalną – reprezentacja Polaków we wszelkiego rodzaju zgromadzeniach municypalnych, pochodzących z politycznej elekcji jest śladowa [16]. Zatem część polskich działań politycznych trafiała w przysłowiową próżnię. Natomiast demonstracyjne popieranie L. Kuczmy i jego ekipy też zaczynało z czasem wychodzić, akurat nie A. Kwaśniewskiemu, tylko Polsce, przysłowiowym bokiem. L. Kuczma w bardzo szybkim tempie tracił poparcie i wręcz się kompromitował. Założono również, ale nie tylko w Polsce, ale również nad Potomackiem, że Rosja będzie ulegała dalszej degradacji, a może nawet dalszemu rozpadowi. Wiemy już dobrze, że te przewidywania zupełnie się nie sprawdziły [17]. Tylko nawet, jeżeli postawiono tak błędne założenie polityczne, to należało rozwinąć ożywione stosunki gospodarcze właśnie z Ukrainą. Nie można powiedzieć, że nic w tej sprawie nie zrobiono. Jednak działania te były bardzo niewielkie w stosunku do możliwości, które raczej już były, a nie są aktualne. Obecnie najważniejszym partnerem gospodarczym Kijowa jest zdecydowanie Moskwa. Co więcej, Ukraina jest w prawie 80% zależna od rosyjskich nośników energii, w tym nawet od dostaw rosyjskiego prądu.

Obiektywnie rzecz biorąc, wymiana handlowa między Polską a Ukrainą nie notuje większego postępu. Strona polska sprzedaje Ukrainie produkty rolno-spożywcze i nieco wysoko przetworzonych urządzeń technicznych. Tu trzeba podkreślić, że sytuacja jest trudna, ponieważ towary może nie tyle polskie, ile wytworzone na naszym terytorium, spotykają się z naturalną konkurencją takich samych produktów wytworzonych w Niemczech, Francji i… Italii – Włosi sporo eksportują na Ukrainę. Polskie mięso i jego przetwory są na Ukrainie widziane bardzo niechętnie. Podobnie sytuacja wygląda z przetworami rybnymi. Z kolei z Ukrainy Polska mogłaby otrzymywać półfabrykaty w asortymencie żelaza i stali i niektórych metali lekkich. Tu jednak generalnie postęp w ilości ukraińskiego eksportu jest minimalny. Chodzi po prostu o sytuację, w której szereg ukraińskich wyrobów technicznych nie spełnia założonych parametrów technicznych. Do polskich importerów trafiały przesyłki metali, które były napromieniowane, skorodowane itd.

Pewnego rodzaju papierkiem lakmusowym ukraińskich intencji wobec Polski mogły być polskie potrzeby w zakresie części zamiennych do uzbrojenia i osprzętu wojskowego. Żadną tajemnicą nie jest, że Polska posiada jeszcze dużo uzbrojenia radzieckiego, a stosunki polsko-rosyjskie były na tyle napięte, że import z Rosji potrzebnych modułów był po prostu niemożliwy. Na przełomie XX i XXI w., a również nieco wcześniej, toczyły się poufne oczywiście rozmowy polsko-ukraińskie na temat odsprzedaży Polsce części zamiennych szczególnie dla samolotów MiG-29, śmigłowców Mi-24 oraz bojowych wozów piechoty klasy BMP-1 i BMP-2. Polska zapytywała również o możliwości zakupu na Ukrainie zestawów przeciwlotniczych S-300, doskonałych radarów Kolczuga-3 i wielu innych elementów uzbrojenia. Administracja prezydentów po kolei L. Kuczmy i Wiktora Juszczenki odpowiadała początkowo prawie entuzjastycznie na polskie postulaty handlowe w zakresie uzbrojenia. Potem jednak a było kilka faz rozmów, rokowania utykały w martwym punkcie [18]. W rezultacie Polska nie zakupiła na Ukrainie z zakresu uzbrojenia nic, a z kolei Ukraina z dużymi trudnościami – bo przecież bardzo potrzebne były jej dewizy, sprzedawała uzbrojenie po bardzo tanich cenach na znanej nieformalnej giełdzie w Adenie, gdzie zaopatrują się również wszelkiej maści terroryści.

Trzeba dodać, że ukraińskie grupy kapitałowe są widoczne Polsce. Przykładowo jedna z największych polskich hut ISD Huta Częstochowa sp. z o.o. należy formalnie do ukraińskiej grupy kapitałowej Związek Przemysłowy Donbasu. Ta sama grupa utworzyła również konsorcjum, które zainteresowane jest wykupem resztek stoczni zarówno szczecińskiej, jak i gdańskiej. Deklaruje przy tym zamiar produkcji statków. Przy bliższej analizie okazuje się ze zarówno ta grupa z Donbasu, jak i szereg innych tak naprawdę reprezentują kapitał rosyjski. Nie tyle państwowy, ile różnych grup oligarchicznych m.in. rodziny byłego prezydenta B. Jelcyna.

Kulminacją polityczną polsko-ukraińskiego partnerstwa miał być polski udział w wyborze Wiktora Juszczenki na funkcję prezydenta Ukrainy. Cały świat widział polskie zwycięstwo, czyli jego elekcję, ale był to zarazem swego rodzaju łabędzi śpiew lansowanej przez Polskę koncepcji i zarazem typowo pyrrusowe zwycięstwo. Mimo że W. Juszczenko został w końcu prezydentem po anulowaniu przez sąd najwyższy Ukrainy pierwszego wyniku, czyli victorii Janukowycza, szybko okazało się, że w gruncie rzeczy faktycznie nie istnieje na Ukrainie jakaś zorganizowana siła polityczna, która opowiadałaby się za trwałą, bliską współpracą z naszym krajem. Raczej poszczególne ugrupowania starały się grać czy szachować przeciwników politycznych polską kartą. Owszem, W. Juszczenko może w przeszłości, jakieś sympatie zachował, ale okazał się on politykiem słabym, pozbawionym większego poparcia, mimo że formalnie sprawował przez jedną kadencję najwyższą ukraińską polityczną funkcję. U schyłku swej prezydentury postawił na jednoznacznie antypolskie ugrupowanie czyli ultranacjonalistów z Zachodniej Ukrainy, a Stepana Banderę chciał umieścić w panteonie narodowych bohaterów tego kraju. Inna rzecz, że tenże S. Bandera na Wschodniej Ukrainie jest praktycznie nieznany, a inteligencja tej części kraju, która wie o kogo chodzi, wyraźnie umniejsza jego wpływy na Ukrainie [19]. Pozostaje on raczej dla jednych bandytą i ludobójcą a dla drugich, ale tylko w zachodniej części kraju, swego rodzaju bohaterem.

Z kolei dwie największe siły polityczne Ukrainy, czyli ugrupowania kierowane przez Julię Tymoszenko oraz przez niedoszłego wówczas, a do niedawna aktualnego prezydenta Wiktora Janukowycza, są realnie antypolskie. Piękna niegdyś Julia, która chciałaby być współczesnym Talleyrandem, chociaż brakuje jej, klasy i intelektu, stawiała zdecydowanie na ukraiński nacjonalizm, ale równocześnie wysyłała też sygnały na Kreml, że możliwa byłaby ściślejsza współpraca, czy nawet coś więcej, jak np. kolaboracja. Charakterystycznym zarówno dla niej, jak też dla innych ukraińskich polityków jest to, że swoje wielkie fortuny zrobili, upraszczając nieco, na polityce, czyli na wielkich oszustwach. Przebywając już w więzieniu też poufnie kontaktowała się z Kremlem licząc, że to właśnie interwencja Władimira Putina może jej przynieść wolność. Z kolei W. Janukowycz, który, o chichocie historii, wcale nie wypiera się polskiej genetyki narodowej, był politykiem zdecydowanie promoskiewskim. Jego elektorat tworzyła zresztą głównie wschodnia, zrusyfikowana część Ukrainy.

Ukraina uzyskała, przy wsparciu Unii Europejskiej, gdzie głównym swego rodzaju adwokatem tej koncepcji była właśnie Polska, członkowstwo w Światowej Organizacji Handlu. To duży sukces i awans, i to nie tylko w aspekcie gospodarczym. Jednak Ukraina gwałtownie przyhamowała w swych dążeniach do integracji z NATO. Co do Unii Europejskiej, ukraińscy politycy również nie widzą faktycznej możliwości wejścia do wspólnoty przez okres nawet 20 lat. Co do współpracy z Polską – tu na razie nie widać ugrupowania, czy liderów politycznych, którzy opowiadaliby się za bliższą z naszym krajem współpracą. W polityce i gospodarczej, jeżeli już o współpracy z państwami UE jest gdziekolwiek mowa, to na pierwszym miejscu wymienia się Niemcy. Jednak tu akurat nie tyle przesłanki historyczne, ale realia ekonomiczne biorą górę. Z kolei Niemcy znacznie bardziej współpracują z Rosją gdyż do tego zmuszają ich przesłanki ekonomiczne z energetyką na czele, ale również polityczne [20]. Rosja odbudowuje swą pozycje polityczną i tylko niemądry polityk chciałby negować tę sytuację.

Tendencja obrania kursu politycznego na bliską współpracę z Rosją, widoczna już kilka lat wcześniej po stronie ukraińskiej, została sformalizowana po zwycięstwie wyborczym W. Janukowycza. Tu widoczne były zarówno naciski strony rosyjskiej, jak i przede wszystkim przesłanki obiektywne. Polska, szczególnie w okresie rządów koalicji z partią Prawo i Sprawiedliwość na czele, przyjęła niestety zabójczy dla polskich interesów, kurs na konfrontację z putinowską Rosją. Z teorii polityki wynika, że o ile nie zajdą jakieś wyjątkowe wydarzenia czy nie zaistnieją nadzwyczajne okoliczności, strona słabsza musi tego typu konfrontację przegrać – mimo że jest to tylko starcie polityczne bez sięgania po oręż. Tak się też stało. Konfrontacja z Rosją przyniosła Polsce tylko straty w postaci utraty części rosyjskich rynków, obniżenia pozycji zarówno wewnątrz UE, jak i na świecie [21]. Z kolei część polityków ukraińskich w sposób naturalny bała się Rosji, ale zgodnie zasadą „dobrej miny do złej gry” musiała, gdyż taka była konieczność, coraz bliżej z nią współpracować. Wydarzenia z zimowego kryzysu energetycznego, kiedy Rosja po prostu przykręciła kurki gazociągów i ropociągów, wskutek faktu, że Ukraina poważnie zalegała z zapłatą, obnażył wszelkie słabości władzy w Kijowie. W rezultacie Moskwa nie pozwoliła ukraińskim elitom rządzącym z Julią Timoszenko wtedy na czele, nawet na zachowanie twarzy. Ukraina musiała po prostu pokornie zaakceptować moskiewskie warunki. Przy okazji stało się przeraźliwie jasne już nie tylko dla rządzących, ale również dla polskiej opinii publicznej, że Polska może znaleźć się w analogicznej sytuacji energetycznej. Sama bowiem przynależność do UE jeszcze niczego automatycznie nie rozwiązuje, skoro kraj nie posiada wieloprzekrojowych podłączeń do sieci gazociągów w Zachodniej Europie.

Rząd J. Tymoszenko raczej budował swego rodzaju bariery i płoty na polskich granicach, zamiast tworzyć liberalne furtki. Świadomość społeczeństwa też powoli, ale dostrzegalnie, przechylała się na korzyść Rosji. Gołym okiem było bowiem widać, że to państwo posiada pieniądze. Na teoretycznie naszą niekorzyść zagrała też polityka Watykanu. Ten podmiot, rozpychając się dosłownie łokciami, starał i dalej stara się rozbudowywać dwa swoje kościoły – katolicki i unicki. Wskutek tego może i osiągnął pewien sukces, jednak najsilniejszy kościół, czyli prawosławny, też nie zasypiał gruszek w popiele. Prawosławni hierarchowie trochę arogancką ofensywę Watykanu przedstawili jako działania nie kogo innego, jak Polski. Co prawda kościół prawosławny posiada na Ukrainie aż trzy struktury (patriarchat, podlegający patriarsze Moskwy; typowo autokefaliczny (autonomiczny) patriarchat kijowski, podlegający tylko bardzo nominalnie patriarsze Konstantynopola; oraz trzeci bardzo zresztą słaby patriarchat). Poza jednak wewnętrzną oczywistą wrogością między lokalnymi patriarchatami, wrogiem numer jeden pozostaje Rzym i pamięć polskiego papieża, który rzeczywiście był motorem ofensywy kościoła katolickiego na Ukrainie. Jednak z drugiej strony trzeba zauważyć, że działalność kościoła katolickiego jest na chwilę obecną i w pewnej perspektywie dużą i chyba jedyną szansą zarówno społeczną, jak i polityczną dla ludności polskiej na Ukrainie.

Rosja posiada potężne środki nacisku na, jak to się mówi w rozmowach kuluarowych wśród moskiewskiego establishmentu „chwilowo odłączoną republikę”. Są to oczywiście kurki z ropą i gazem oraz sprawy terytorialne [22]. Ofensywa Kremla była bardzo w Kijowie widoczna.

Wspomniany wyżej Z. Brzeziński, pisząc swoją znakomitą książkę, reprezentował pogląd, że Ukraina może i powinna stać się swego rodzaju zwornikiem między europejską częścią świata zachodniego, a Rosją. Jednak warunkiem było ustabilizowanie sytuacji politycznej i znacząca poprawa położenia gospodarczego, a w ślad za tym – socjalnego ludności. Tu jednak wybitny politolog i jednocześnie polityk wyraźnie przeliczył się [23] nie tyle w merytorycznych analizach, ile raczej co do czasu. Ukraina, w wyniku wewnętrznych walk oligarchów i polityków, pogrążyła się na kilkanaście lat w swoistej degrengoladzie. Elekcja W. Juszczenki, która miała być tym pozytywnym przełomem, niestety nim nie była. Jego kadencja stała się dla państwa ukraińskiego okresem kolejnego regresu. Wówczas znów nastąpił kolejny paradoks – zwycięstwo W. Janukowycza i odsunięcie na zupełnie boczny tor, i w efekcie skazanie, nadambitnej Julii Timoszenko, wprowadziło pewną niewielką jeszcze, ale już zauważalną stabilizację kraju. Prorosyjska, ale jednak z zauważalnym dystansem do tego wielkiego państwa, polityka nowego prezydenta była, wbrew pozorom, umiarkowanie korzystna, również dla Polski. Działo się tak, ponieważ była przede wszystkim stabilna i przewidywalna. To bardzo ważny atut w polityce.

Na dzisiaj Polska, a raczej jej elity polityczne, muszą oprzeć się na realiach i odrzucić marzenia, czy może raczej mrzonki. Byli bowiem i tacy, którzy już widzieli, jak Polska tworzy jakąś konfederację z Ukrainą. Mikry nie tylko wzrostem polityk polskiej prawicy, który myśli w dalszym ciągu kategoriami XIX w., czuł się już drugim Marszałkiem. Brakowało tylko po stronie ukraińskiej następcy atamana S. Petlury Abstrahując, że coś takiego nie jest realnie możliwe, ale Polacy, nie wyłączając klasy politycznej, bardzo lubią marzyć, nie można przecież nie brać pod uwagę tej prostej sytuacji, że pomijając oczywiste olbrzymie kłopoty gospodarcze i społeczne Ukrainy, jest ona po prostu terytorialnie istotnie większa od Polski. Również potencjał demograficzny zdecydowanie przechyla się na jej korzyść. Zatem, dalej przebywając w tym nader wyimaginowanym modelu, Polska musiałaby po prostu pozostawać młodszym bratem Ukrainy. Jak się tego typu braterstwa kończą, to współcześnie może świadczyć chociażby niezbyt dawne wydarzenie w środku Europy – rozpad Czechosłowacji. To państwo miało przecież, obok sporów narodowościowych, w których Słowacy czuli się słusznie czy nie, dyskryminowani, również silne więzy ekonomiczne, wiele tysięcy mieszanych małżeństw i szereg innych więzi instytucjonalnych i społecznych. Co mogłoby zdarzyć się w wypadku jakiejś akcji nawet nie integracyjnej, ale nawet luźno federacyjnej dwóch państw, w których społeczeństwa egzystują w różnych archetypach kulturowych, reprezentują generalnie, zasadniczo różne poglądy, nawet nie polityczne ale czysto egzystencjalne itd.?

Nie ma nawet sensu w dzisiejszej rzeczywistości próbować wymyślać nowych idei czy doktryn politycznych w kierunku jakiejś integracji [24]. My powinniśmy integrować się oczywiście, ale wewnątrz Unii Europejskiej, co zresztą wykonujemy, ale przy dużych oporach znacznej części hierarchii kościelnej i związanych z nią ugrupowaniach politycznych.

Rola adwokata czy raczej patrona Ukrainy skończyła się dla polskich polityków niepowodzeniem, bo tak się musiała skończyć. Koncepcja nie do końca została przemyślana, a straty w świadomości społecznej Ukraińców były oczywiste, gdyż obiektywnie w ich pamięci na długo pozostanie nieudolny prezydent W. Juszczenko, za którego intronizację odpowiedzialni są w ukraińskiej świadomości potocznej właśnie Polacy. Nie A. Kwaśniewski, nie Marek Siwiec, nie Stanisław Ciosek, bo akurat ci ludzie najbardziej zaangażowali się w elekcje W. Juszczenki. Po prostu Polacy – tak to odbiera normalny ukraiński obywatel. To jest niestety sytuacja bardzo negatywna, biorąc oczywiście przebieg tej prezydentury, która świadomościowo, działa zdecydowanie na naszą niekorzyść.

* * *

Ostatnie wydarzenia na Ukrainie poszły dla niej samej, ale również dla całej reszty świata w zdecydowanie złym kierunku. W pewnym momencie W. Janukowycz, który długo grał na zwłokę w aspekcie podjęcia decyzji czy Ukraina zbliży się bardziej do Unii Europejskiej i tym samym do świata zachodniego, czy też będzie musiał zacieśnić swoje stosunki z Moskwą – został zmuszony do podjęcia decyzji. Nietrudno było się domyślić, jaką decyzję ten właśnie polityk może podjąć. Oczywiście odpowiedzią negatywną w aspekcie proeuropejskim na decyzję W. Janukowicza był kijowski Majdan. Pozostanie jeszcze przez pewien czas pytanie bez odpowiedzi, jak dalece zgromadzenie na Majdanie było spontaniczne, a jak dalece inspirowane przez służby specjalne państw trzecich. Nie Polski tym razem, bo aby takie wielkie manifestacje zmontować i utrzymać przez kilka i to zimowych miesięcy, trzeba mieć po prostu środki, dodać trzeba, że niemałe. Trudno więc dziwić się, że działacze i bojówkarze, praktycznie neofaszystowskiego ugrupowania Prawy Sektor oraz skrajnie nacjonalistycznej, niewielkiej, ale widocznej na zachodniej Ukrainie partii Swoboda, płacili dolarami za dostarczane na miejsce protestu w Kijowie środki żywnościowe i inne potrzebne artykuły. Oczywiście, większość uczestników tych manifestacji przebywała na Majdanie spontanicznie. Majdan był też bardzo pluralistyczny politycznie. Dużo było szczególnie ludzi młodych, o wyraźnym nastawieniu proeuropejskim i prozachodnim. Obecni byli też reprezentanci innych kierunków politycznych, wespół z wymienionymi już nacjonalistami.

W. Janukowycz, po długim okresie ignorancji Majdanu, rozpoczął rozmowy z opozycja polityczną. Równolegle jednak skierował przeciwko zgromadzonym milicję, wraz z oddziałami specjalnymi Berkut włącznie. Finał tego wydarzenia politycznego był krwawy. Pojawili się snajperzy, którzy strzelali zarówno do protestujących, jak też do funkcjonariuszy Berkutu. Ta prowokacja potwierdza udział obcych służb specjalnych – nie tylko tych ze wschodu. Kiedy po bardzo trudnych rozmowach W. Janukowycza z opozycją, w których duży udział mieli ministrowie spraw zagranicznych Niemiec i Polski w roli negocjatorów, podpisano wreszcie porozumienie, strona opozycyjna, która mogłaby nazwać się wygraną, gdyż uzyskała bardzo dużo, nie dotrzymała porozumienia. W. Janukowicz po prostu musiał uciekać a kierunek też mógł być tylko jeden. Mimo że realnie nie sprawuje on de facto władzy, to de iure pozostaje nadal, przynajmniej do najbliższych wyborów, prezydentem Ukrainy. Ten casus podważa i to bardzo poważnie, legalność obecnych władz w Kijowie, które same pozbawiły się legitymizacji. To, że Zachód popiera i udziela pewnej, na razie tylko werbalnej, pomocy Ukrainie, ponieważ w geopolitycznej grze jest mu, a szczególnie Stanom Zjednoczonym, to bardzo na rękę – pozostaje zupełnie inną sprawą. USA grają bowiem, aczkolwiek niezbyt konsekwentnie, na dalsze osłabienie Rosji. Efekt jest jednak dokładnie odwrotny, a Rosja mozolnie, ale realnie odbudowuje się jako światowa potęga. Tendencja ta jest amerykańskiemu establishmentowi wyjątkowo nie na rękę. Akurat w geopolitycznej grze nie chodzi o Ukrainę, ale rywalizację o zagospodarowanie bogactw Arktyki. To, że Rosja, która ma zresztą bardzo długą północną linie brzegową, może być też głównym beneficjentem wyznaczenia stref ekonomicznych na tym surowym klimatycznie, ale bardzo bogatym w zasoby, regionie, spędza amerykańskim politykom przysłowiowy sen z powiek. W dodatku konkurentami pozostają Kanada i pozornie niewielka Dania, do której należy Grenlandia. Gdyby zaś Rosja została odepchnięta od Europy, to jej pozycja praktycznie wszędzie uległaby osłabieniu.

Rosja zajęła na razie Krym. Tu co prawda udało się Stanom Zjednoczonym zorganizować swego rodzaju chór międzynarodowego protestu, ale już wyraźnie widać, że te protesty mają i będą miały tylko charakter przejściowy. Nikt bowiem rozsądny nie może zakwestionować rzeczywistych praw Rosji do tego półwyspu, do Sewastopola itd. Bardziej istotnym jest natomiast to, że z ok. 24-tysięcznego ukraińskiego garnizonu, który pozostawał na Krymie, aż 19 tys. żołnierzy zadeklarowało pozostanie na półwyspie. To, że większość z tej zbiorowości wstąpiło do armii rosyjskiej, też jest naturalne. Świadczy jednak również bardzo negatywnie o morale całej armii ukraińskiej, tym bardziej, że na Krymie stacjonowały w większości jednostki elitarne o, jak się okazało, pozornie dużej wartości bojowej. Nie może to być dobra prognoza w ewentualnym scenariuszu zajmowania przez Rosję kolejnych regionów Ukrainy. Taki rozwój wydarzeń jest bardzo prawdopodobny. W chwili obecnej na całej Ukrainie zaczyna się szerzyć totalny chaos. Na rękę jest to właśnie takim politykom, jak J. Tymoszenko. Tylko w warunkach totalnego chaosu miałaby ona jakąkolwiek szansę wrócić na arenę polityczną, będąc traktowana zarówno przez wielu, w tym W. Janukowycza, jako swoisty dostęp do dużych pieniędzy.

Ekipa, która w tej chwili kieruje czy raczej stara się kierować Ukrainą, ma dobre intencje. Zarówno p.o. prezydenta pastor Ołeksandr Turczynow, jak i premier Arsenij Jaceniuk, należą do tej niewielkiej niestety ukraińskiej elity, która orientuje się na kierunek europejski. Problem w tym, że wywodzą się oni z partii Batkiwszczyna, której liderką była niegdyś właśnie J. Tymoszenko. Dzisiaj, zbliżeni do dawnej liderki a odsunięci przez nowe kierownictwo na typowy boczny tor działacze tej partii, podjęli walkę o odsunięcie właśnie ekipy Turczynow-Jaceniuk. W imię partykularnych interesów nie biorą wcale pod uwagę, że powrót J. Tymoszenko na scenę polityczną byłby dla Ukrainy tragiczny w skutkach. Charakterystyczne, że po stronie J. Tymoszenko opowiada się w tej chwili pewna grupa działaczy i deputowanych Partii Regionów. Oni stracili bezpowrotnie swojego lidera, a do niedawna również ukraińskiego prezydenta. Ponieważ, co jest charakterystyczne dla polityków pod każdą szerokością geograficzną, chcieliby dalej funkcjonować i pobierać sowite parlamentarne apanaże, naturalnym jest, że szukają takiego lidera, który umożliwiłby im dalsze funkcjonowanie. J. Tymoszenko, która pochodzi również z dawnego oligarchicznego układu, straciła znaczną cześć swego dawnego poparcia i co za tym idzie – elektoratu etc.

* * *

W chwili obecnej nasze stosunki z Ukrainą są nie tyle złe, bo przecież formalnie są poprawne, ile praktycznie prawie martwe. Wymiana handlowa nie ma tendencji rozwojowych. Stosunki natomiast międzyludzkie są takie, jakie były ok. 15 lat temu, tzn. wszystkie strony pozostają przy swoich stanowiskach W. Janukowicz musiał dbać o dobre stosunki z Unią Europejską. Był to warunek zbalansowania położenia geopolitycznego Ukrainy, gdyż inaczej musiałaby jednoznacznie wpaść w polityczne objęcia Rosji. Tego jednak elity związane z prezydentem, ani on sam, nie chciały. Polska natomiast powinna była być ważnym graczem w europejskiej drużynie. Tym ważniejszym, że powinna była być graczem rozważnym i ustabilizowanym do momenty, gdy sytuacja wewnętrzna będzie spacyfikowana – oczywiście w pozytywnym znaczeniu tego słowa. W tym modelu Ukraina po prostu musiałaby zabiegać o dobre stosunki z Polską, a nie tylko z Niemcami, Francją czy Italią. W interesie Polski jest oczywiście posiadanie jak najlepszych stosunków z wszystkimi sąsiadami, w tym oczywiście z Ukrainą. Jednak mrzonki o jakichś specjalnych uprzywilejowanych stosunkach, czy koneksjach należy odłożyć do głębokiego politycznego lamusa a najlepiej zapomnieć na bardzo długo, jeżeli nie na zawsze. Niestety, politycy polskiej prawicy stale powtarzają jakieś bardzo wyblakłe a nawet niedorzeczne doktryny o uprzywilejowanej pozycji Polski na Ukrainie itd. Symbolem takiej postawy była wizyta Jarosława Kaczyńskiego na kijowskim Majdanie. Stanął akurat obok Witalija Kliczki, któremu sięgał akurat do pasa. To, że wykrzykiwał „Sława Ukrainie i Hierojom sława...” – a są to akurat hasła banderowców, którzy przy tych samych okrzykach mordowali Polaków na Wołyniu, o czym być może, oceniając łagodnie, nie wiedział. Natychmiast jednak, nie tylko w Kijowie powstały dowcipy, że Polska znaczy przy Ukrainie tyle co niski prezes, przy olbrzymim Kliczce.

Z okresu nieco bardziej intensywnej współpracy, pozostały strukturalne wspólne podmioty, jak np. polsko-ukraiński batalion. Była to oczywiście koncepcja wspólnej brygady wojsk lądowych, ale to też sprawa już zupełnie nieaktualna wobec sytuacji, w której Ukraina zawiesiła swoją drogę do NATO. Warto podkreślić, że to właśnie wspólna brygada miała być jednym, może nawet wiodącym, atutem tej drogi. Ten batalion, teoretycznie funkcjonuje w Medyce-Żurawicy i jako element ocieplania wzajemnych relacji, powinien funkcjonować dalej.

* * *

Wracając do koncepcji Z. Brzezińskiego, czyli Ukrainy w roli zwornika między Zachodem a Rosją – wybitny politolog przewidział alternatywę na wypadek, gdyby Ukraina przez pewien czas nie była w stanie przejąć tej roli. Wtedy substytutem Ukrainy, jego zdaniem, powinna zostać właśnie Polska [25]. Jest nieuniknionym, że Rosja musi się demokratyzować. Pytaniem jest, w jakim tempie ten proces będzie przebiegał? Rosja w sposób naturalny dąży do odtworzenia może już nie modelu dwubiegunowego w układzie światowym, ale na pewno do specjalnych stosunków z USA. Jednak faktyczny władca Rosji W. Putin doskonale rozumie też, że budując dobre relacje z USA, nie można zapominać o Europie w rozumieniu Unii Europejskiej. Rosyjskie elity pogodziły się już wewnętrznie z tym, że Polska do roli państwa satelickiego Rosji już nie wróci. Co niektórzy przypominają nawet, że zarówno za carów, po rozbiorach oczywiście i później w okresie ZSRR, utrzymanie w ryzach Polski, wymagało sporo wysiłku. Jedynym realistycznym argumentem „za” właśnie w okresie powojennym, była sytuacja, że to Polska stanowiła najkrótszą drogę do ówczesnej NRD, która stanowiła de facto wielką bazę wypadową do agresji na Europę.

Współcześni rosyjscy analitycy bynajmniej nie odeszli od tradycyjnych celów rosyjskiej polityki. W niej Polska była zawsze tym terytorium, nad którym trzeba było mieć bezpośrednią kontrolę lub też co najmniej Polskę należy zneutralizować na zasadzie podobnej do dawnej koncepcji „finlandyzacji”. jednak Rosjanie są realistami. Doskonale wiedzą, że Polska jest już mocno umiejscowiona zarówno wewnątrz UE, jak i w świecie zachodnim. Bez jakiegoś wielkiego kryzysu, prowadzącego do daleko idącego przemodelowania układu sił, tego stanu zmienić się nie da. Rosja ma tymczasem inne problemy – z chińskim na czele. To Chiny wysuwają się przed Rosję w światowym układzie biegunów politycznych. Rosja musi udzielać coraz większej pomocy, z militarną włącznie, swoim dawnym republikom azjatyckim przeciwko siłom ortodoksyjnego islamu. Alternatywą jest bowiem, że dzisiaj te niepodległe, ale zarazem bardzo słabe państwa, mogą wpaść w ręce totalitarnych, teokratycznych reżimów islamskich. Dlatego Rosja musi i chce mieć spokój na swych zachodnich granicach. Chce, bo też musi z Zachodem prowadzić intensywną wymianę handlową, aby zdobywać środki potrzebne dla modernizacji swojej gospodarki – z nowoczesnymi technologiami na czele.

Na tej wielkiej światowej szachownicy Ukraina, ale też Polska, są graczami zdecydowanie drugiej ligi. Jednak Polska w Unii jest graczem ważnym, chociaż mogłaby być znacznie ważniejszym. Zwornikiem w modelu kreślonym przez Z. Brzezińskiego nie może być właśnie z uwagi na „pobyt” w strukturach Zachodu. Z. Brzeziński nie mógł uwzględnić bardzo znaczącego przyspieszenia globalizacji. W chwili, kiedy pisał swą pracę, przewidywał znacznie dłuższy okres przejściowy [26]. Będzie on długi, ale dla Ukrainy, której społeczeństwo jest jeszcze daleko od finalnych decyzji, w jakim archetypie świata chce pozostawać.
Pierwsza runda, bo tylko tak można nazwać polską próbę przybliżenia Ukrainy do Europy i zyskania również czegoś dla siebie, co w polityce jest czymś bardzo normalnym, jest dla strony polskiej definitywnie przegrana. Nie można tu nawet robić typowej dobrej miny nie tyle do złej gry, tylko do jej miernych rezultatów.

Względna normalność na Ukrainie natomiast, a tak można wstępnie ocenić początki prezydentury W. Janukowycza, była natomiast sporą, choć tylko potencjalną szansą nie na „hura-ofensywę” polityczną, ale na przemyślaną działalność, oczywiście w stronę Ukrainy. Państwo to musi przecież szukać dostępu do nowoczesnych, technologii i elementów postępu, właśnie na Zachodzie – a do Unii jest Ukrainie najbliżej. Chodzi o to, aby w ramach państw-członków Unii Europejskiej, Polska mogła wykazać dla Ukrainy swą atrakcyjność.

Dużą szansa na zbliżenie mogły być Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej w 2012 r., których współorganizatorami były oba państwa. Dobrze, że skończyły się bardziej medialne niż rzeczywiste dywagacje na temat możliwości odebrania Ukrainie całości lub części mistrzostw i przeniesienia ich w całości do Polski. Kłopoty natury organizacyjno-infrastrukturalnej Ukraina ma i to niemałe. Jednak to jeszcze nie powód, aby nieodpowiedzialni dziennikarze, a w ślad za nimi niektórzy politycy, uderzali zaraz w nuty brzmiące niemal szowinizmem. Na to tylko czekają i wykorzystują ukraińscy nacjonaliści – pogrobowcy Stepana Bandery. Mistrzostwa się odbyły, ale zbliżenie między oboma państwami wcale nie nastąpiło.

* * *

Dzisiaj hasła typu „Nie będziemy umierać za Krym” zaczynają już dominować w europejskich państwach NATO. Rzeczywiście darowizna Krymu Ukrainie, przez znanego z bicia butem w stół z mównicy ONZ, prymitywnego N. Chruszczowa, była dość dwuznaczna. Tu trzeba przypomnieć, że ten sam polityk darował – ale czy miał do tego prawo? – Ukrainie, właśnie kosztem przyszłej Federacji Rosyjskiej, również inne tereny. Mowa tutaj właśnie o sporej części tego obszaru wschodniej Ukrainy, którego domaga się obecnie w ten czy inny sposób Rosja. Tu trzeba też dodać, że Polska tego polityka wśród swoich przyjaciół umieścić nie może. Mało znana, ale świetnie udokumentowana jest sytuacja z okresu ustalania polskich granic, tuż po zakończeniu II wojny światowej. Odnośnie granicy wschodniej konferencja jałtańska, czyli USA i Zjednoczone Królestwo, dały J. Stalinowi swoiste carte blanche. Stąd też przyjęto generalnie linię Curzona jako podstawę tej granicy. Jednak właśnie na południowym odcinku tej linii, lord George Curzon przyjął dwa warianty. Jednym z nich, bardziej korzystnym dla Polski czyli tzw. wariantem B, był hipotetyczny przebieg granicy ok. 60 km na wschód od Lwowa, z poważną częścią Podola i Wołynia po stronie polskiej. O dziwo J. Stalin był skłonny na ten temat rozmawiać. Jednak wkrótce otwartym tekstem odpowiedział Polakom, że Ukraina, czyli N. Chruszczow, który był wtedy pierwszym sekretarzem KP Ukrainy, nie daje żadnego pola do kompromisu [27].

Rosji już Krymu nikt nie odbierze. Raczej należy zastanowić się co będzie dalej. Tu scenariusze są bardzo niepokojące. Wiele czynników wskazuje, że na Ukrainie zapanuje chaos, jeżeli nie pewne symptomy wojny domowej. Ukraina, mimo unitarnego charakteru państwa, to praktycznie dwa różne światy. Wschodnią i Zachodnią Ukrainę więcej dzieli niż łączy. Naturalne i trzeba powiedzieć uzasadnione są tendencje wschodniej Ukrainy do połączenia się z Rosją. Tym bardziej, że został już dokonany casus Krymu. Natomiast na Ukrainie zachodniej przeważają, trzeba niestety podkreślić, tendencje nacjonalistyczne. Kierują się one bynajmniej nie przeciwko Rosji. Tu głównym wrogiem jest Polska i Polacy. Oficjalnie drukuje się mapy, z których wynika, że praktycznie całe województw podkarpackie, wraz z ogromna częścią Lubelszczyzny ma należeć do Ukrainy. Kontrowersje między poszczególnymi odłamami nacjonalistów, aby nie powiedzieć więcej, trwają tylko o to, czy Polsce należy zostawić czy też zabrać np. Bochnię.

Najbardziej prawdopodobny z dzisiejszego punktu widzenia scenariusz to taki, że Ukraina zostanie sfederalizowana. Widać już wyraźnie, że państwo to nie ma szans na utrzymanie się jako unitarne. Ten scenariusz też perspektywicznie jest bardzo niepokojący dla Polski. Tuż za naszymi granicami powstać  wtedy może twór nie w pełni państwowy, który będzie prowadził anatypolską, nacjonalistyczną politykę. Przecież nacjonalistyczna partia Swoboda i już legalny, bo zarejestrowany również jako partia Prawy Sektor, mają wielkie wpływy właśnie na zachodzie Ukrainy. Pierwsi odczują na własnej skórze politykę tych partii właśnie Polacy. Ci, którzy mimo wszystkich przeciwności, dalej w wielkiej często biedzie a nawet upodleniu, żyją dalej na Ukrainie. Później oczywiście Polska – do naszego kraju nacjonaliści będą mieli o wszystko pretensje. Do Rosji bynajmniej nie bo po prostu Rosji za bardzo banderowcy się boją. Rosjanie po prostu nie dyskutują tylko strzelają i to skutecznie, jeżeli zajdzie taka potrzeba. Zachód też szybko wycofa się z udzielania ekonomicznej pomocy, jeżeli państwa i instytucje zorientują się, że pakuje się pieniądze w przysłowiowy worek bez dna.

Rosja natomiast cynicznie, ale konsekwentnie realizuje swoja politykę. Wypowiedziała już zgodnie ze stanem faktycznym umowy na dzierżawę bazy w Sewastopolu. Również wycofała się z umowy o preferencyjnych cenach za dostawy gazu i ropy na Ukrainę. Już w ciągu kilku miesięcy ruchy te okażą się wielkim ciosem w ukraińską ekonomikę a pośrednio w system społeczny i polityczny tego kraju. Już zapowiedziano bardzo poważne podwyżki cen gazu i paliw dla odbiorców indywidualnych, jak również podmiotów gospodarczych. Wywoła to w sposób oczywisty ruchy społeczne, manifestacje itd. Może nawet rewolucję. Tym sposobem sprawdzi się teoria o kolejnej sezonowosci Ukrainy jako samodzielnego państwa.

Alternatywny scenariusz, bo przecież taki istniej, zakłada natomiast, że grupa prozachodnia jednak weźmie górę i zdoła przekonać większość społeczeństwa, że warto poddać się trudnym społecznie reformom i zgodzić się na co najmniej 15-letni okres wyrzeczeń i niskiego standardu życia, aby później  czerpać z tego określone profity. Tu oczywiście można wskazać Polskę jako pozytywny przykład społeczeństwa, które przeszło dość obronną ręką przez tego typu drogę. Chciałoby się, aby ten właśnie scenariusz został zrealizowany. Tylko jest on w praktyce mało prawdopodobny. Trzeba mimo wszystko próbować, mimo że dotychczasowe działania w kierunku demokratycznym i wolnorynkowym zupełnie się na Ukrainie nie powiodły.

Przegrana pierwszej próby znaczącego i naturalnego zbliżenia powinna raczej nauczyć polskie elity polityczne, czego i jak nie należy robić. Należy przypomnieć starą, ale bardzo ważną zasadę, wynikającą z analiz procesów politycznych. Mianowicie nie powinno się, wręcz nie wolno, sztucznie przyspieszać naturalnych procesów politycznych.

Tak, jak niemożliwa jest w ciągu nawet dwóch, trzech pokoleń przebudowa np. Iraku czy bardzo zacofanego, jeżeli chodzi o struktury społeczne, Afganistanu – do funkcjonowania wg modelu demokracji zachodniej, tak próba gwałtownego przyspieszenia przemian na Ukrainie w kierunku prozachodnim i propolskim udać się nie bardzo może.

Należy zatem zdecydowanie nastawić się na długi i trudny okres przejściowy u naszego wschodniego sąsiada, jeżeli państwo to przetrwa. Polska powinna natomiast udzielać rozsądnej i wyważonej pomocy Ukrainie. Jednak nie kosztem stosunków z Rosją...

Autor jest pułkownikiem rezerwy, doktorem,
nauczycielem akademickim i niezależnym publicystą.
Był posłem na Sejm RP II kadencji.
Fot. www.michiganreview.com


Przypisy;
1. J. Ochmański. Dzieje Rosji do roku 1861,  PWN,  Warszawa-Kraków 1974,  s. 130-138.
2. E. Januła,  Bitwa warszawska – Cud czy chłodna kalkulacja,  [w:] „Dziś”; nr 8,  Warszawa 2005.
3. S. Zabiełło,  O rząd i granice,  PAX,  Warszawa 1964, s. 187–192.
4. L. Kołakowski, Historia marksizmu, Cz. III, Upadek, Wyd. Anex, Upsalla, s.79–92.
5. Za: Military Balance; London, roczniki: 1999, 2000, 2002, 2004.
6. Ibidem, rocznik 1998.
7. Por. E. Tarle. Wojna krymska. T. II. Wyd. MON, Warszawa.1954, s. 362–401; Historia drugiej wojny światowej. T. III. Wyd. MON, Warszawa 1974, s. 814–836.
8. Military Balance; London, rocznik 2001.
9. Istoria diplomatii, Tom VII, cz. I, Moskwa 1993, s. 46–74.
10. Komunistyczna Partia Związku Radzieckiego, [w:] Partie Komunistyczne i robotnicze świata. Zarys encyklopedyczny, Książka i Wiedza, Warszawa 1978, s. 151–174.
11. Raport KGB nr 62/1988/Kr.19, marzec 1988, [w:] Christopher Andrew, Oleg Gordijewski More Instruction from the Centre; Top Secret Files on KGB Global Operations 1975–1990, Frank Cass, London 1992, s. 331–342.
12. Zob. N. O. Safronowa, Uniacka Cerkwia i faszyzm, Lwów.1981, s. 84–92; Increasing Activity of the Ukrainian Catholic Church In Western Ukraine, RFE/RL Research Report 212/1987,15 maja 1987.
13. Z. Brzeziński, Wielka szachownica, Wyd. .Świat Książki, Warszawa 1999, s. 213–221.
14. P. Schwartz, Walka o władze na Ukrainie a strategia hegemonii Ameryki, [w:] Serwis; World Socialist Web Site, 28 grudzień 2006.
15. P. Schweitzer, Victory, czyli zwycięstwo, Wyd. BGW, Warszawa 1994, s. 54–65.
16. Badania Katedry Stosowanych nauk społecznych i studenckiego naukowego Kola socjologów Politechniki Śląskiej, Wydz. Org. i Zarządzania w Zabrzu. Komunikat z badań terenowych pod red. prof. dr. hab. Jacka Rąba. Biuletyn wewnętrzny, nr 3/2010, Zabrze.
17. M. Thatcher, The Downing Street Years; Harper Colins, New York 1997, s. 467–472.
18. E. Januła, Rosja Zbrojna, [w:] „Dziś”, nr 5, Warszawa 2007.
19. Russia After Ukraine, [w:] Stratfor.com, December 10/2008.
20. Por Z. Brzeziński, Druga szansa; wyd. Świat Książki, Warszawa 2008, s. 181–203.
21. E. Januła, Koncepcje braci K., [w:] „Trybuna”, nr 191/2008.
22. Por. E. Januła; Energetyczny poker, [w:] „Dziś”, nr 3, Warszawa 2007.
23. Z. Brzeziński, Wielka…, s. 124–129.
24. J. Bańka, Filozofia cywilizacji, Tom III, Wyd.Ślaskie, Katowice 1992, s. 426–441.
25. Z. Brzeziński, Wielka…, s. 128–134.
26. Z. Brzeziński; Druga…, s. 198–208.
27. S. Zabiełło..., s. 78–89.

Czytany 5737 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04