czwartek, 15 maj 2014 06:02

Eugeniusz Januła: Tarcza antyrakietowa - prawdy i fikcje

Oceń ten artykuł
(9 głosów)

md_test  dr Eugeniusz Januła

Obrona antyrakietowa była naturalną odpowiedzią doktrynalną na koncepcję strategicznego ataku nuklearno-rakietowego. Zbudowanie jednak sprawnej i mobilnej broni antyrakietową okazało się zadaniem znacznie trudniejszym niż technologia budowy rakietowej broni ofensywnej. W zasadzie już w latach 1960’ oba ówczesne supermocarstwa, czyli ZSRR oraz Stany Zjednoczone rozpoczęły konstruowanie systemów broni antyrakietowej.

Związek Radziecki poszedł, jak się później okazało znacznie bardziej efektywną drogą. Mianowicie starano się zbudować uniwersalny system, który byłby zarazem i przeciwlotniczym i antyrakietowym. Wczesne systemy rakiet, to „Wołchow” następnie „Oka” a wreszcie „Krug” i S-200 „Vega”. Sporym osiągnięciem było stworzenie w połowie lat 1980’ systemu przeciwlotniczo-antyrakietowego S-300, zmodyfikowanego następnie do S-300 bis [1]. Na jego bazie powstał aktualnie nowy, o znacznie większym zasięgu, jak również możliwościach, S-400, którego pierwsze baterie montowane są od 2009 w rejonie Moskwy, w miejsce demontowanych S- 200.

System S-400 Tryumf, wraz z już kolejnymi mutacjami, jest uważany przez specjalistów za najlepszy i jednocześnie najbardziej rozwojowy antyrakietowo-przeciwlotniczy system operacyjny na świecie. Jest on ponadto, wraz z towarzyszącym mu radarem wyszukująco-naprowadzającym systemu Kolczuga 4, około 3,5-krotnie tańszy od amerykańskiego odpowiednika, czyli systemu „Patriot 3”. Podobnie najnowsza mutacja systemu S-400 jest uważany za znacznie sprawniejszą i oczywiście również znacząco tańszą od amerykańskiego, wprowadzanego sukcesywnie, ale w wolnym tempie właśnie w miejsce rakiet „Patriot” – systemu THAAD. Rosja, zgodnie ze swoją doktryną wojenną, nie zamierza natomiast budować strategicznego systemu antyrakietowego uważając, że bardzo sprawny system operacyjny obroni skutecznie newralgiczne rejony państwa. W chwili obecnej, na etapie wdrożeń, funkcjonuje już następny system, czyli S-500 Tryumfator [2]. Natomiast system strategiczny pociągnąłby astronomiczne wydatki nie zwiększając zbytnio efektów obrony. Tu można oczywiście dyskutować czy na przykład wybuchy nuklearne antyrakiet systemu S-400 w odległości ca 250 km na północ i zachód od Moskwy w konsekwencji tylko w nieco dłuższym odcinku czasu (opad radioaktywny) nie spowodowałyby również zagłady tego miasta. Pozostańmy jednak na razie przy ocenach rosyjskich strategów.

Strona amerykańska koncepcyjnie zaczynała podobnie, jak i „czerwoni” Rosjanie. Mianowicie na bazie przeciwlotniczej rakiety „Nike-Hercules” zbudowano znacznie potężniejszą antyrakietę „Nike-Zeus”. Była to bardzo sprawna, jak na swoją epokę w końcu lat 1960’ – antyrakietą o zasięgu około 200 km. Jednak zasięg nie budził zachwytu amerykańskich strategów. Była to bowiem antyrakieta operacyjna. Przystąpiono w następstwie do budowy dualistycznego strategiczno-operacyjnego systemu antyrakietowego „Spartan-Sprint”. W tym układzie antyrakieta „Spartan” miała przechwytywać nadlatujące pociski rakietowe przeciwnika, hipotetycznie jeszcze nad Morzem Barentsa. Natomiast te rakiety przeciwnika, którym udałoby się przeniknąć przez system „Spartan”, miałyby niszczyć operacyjne rakiety „Sprint” o zasięgu około 90 km. Ta rakieta miała startować z ogromnym przyspieszeniem rzędu 40 g. Uzbrojona była w głowicę neutronową tak, aby zniszczyć nadlatujący cel, jednocześnie unikając rażenia bronionego obiektu. Głowica neutronowa była bowiem „czystą” bronią jądrową – w odróżnieniu od klasycznej głowicy atomowej. Mimo, że pierwsze eksperymenty przebiegały obiecująco, wkrótce okazało się, że ekonomiczne koszty przedsięwzięcia będą astronomiczne. Aby mieć możliwość przechwycenia około 80% ówczesnych radzieckich rakiet, a była to połowa lat 1970’, zaś „pokój miłujący” Związek Radziecki gwałtownie rozbudowywał swój potencjał rakietowo-nuklearny, należało zbudować około 4 tys. rakiet klasy „Spartan” i co najmniej 900 rakiet systemu „Sprint”. Program porzucono, kiedy okazało się, że ZSRR posiada techniczne możliwości m.in. przez przeprowadzenie detonacji nuklearnych w przestrzeni kosmicznej, „oślepienia” amerykańskich satelitów, które miały naprowadzać antyrakiety systemu „Spartan” na radzieckie rakiety strategiczne, na czele największymi z SS-18 i SS-16 [3].

Kolejnym powrotem do broni antyrakietowych były bardziej wizje i doktryna niż rzeczywiste możliwości, głoszone przez Ronalda Reagana, które nazwano później „gwiezdnymi wojnami”. Te koncepcje, które w kategoriach realiów miały opierać się głównie na technologii laserowej były o tyle piękne, co nierealne w kategoriach techniki i to nie tylko ówczesnej. Laserem oczywiście można niszczyć rakiety, czy nawet już po rozdzieleniu się w ostatniej fazie lotu, konkretne głowice przeciwnika, ale tenże laser musi po prostu być „doładowywany” olbrzymimi ilościami energii. Pytanie tylko, skąd ją w przestrzeni kosmicznej wziąć? Co prawda bardziej wizjonerzy niż technicy, proponowali różne mgliste koncepcje typu transportowanie energii, jak i również promieni lasera przy pomocy zainstalowanych w przestrzeni kosmicznej olbrzymich luster, a także alternatywnie „doładowywania” laserów przy pomocy miniwybuchów jądrowych. Jednak były to bardziej pobożne życzenia, aniżeli realia technologiczne.

Ówcześni generałowie radzieccy, a w ślad za nimi i ekipa „starego Breżniewa” uwierzyli, że USA są tuż przed pokonaniem barier technologicznych i w efekcie już w nieodległej przyszłości olbrzymi potencjał rakietowy ZSRR będzie niczym innym, jak bezużytecznym złomem. Mając powyższe na uwadze ZSRR, którego sytuacja ekonomiczna nigdy nie należała do „różowych” podjął kolejną gigantyczną fazę zbrojeń. Po prostu w ten sposób „zazbrojono” ówczesne państwo radzieckie – na ekonomiczną śmierć [4].

Prawdą jest jednak, że nad 5 z 24, zaproponowanych niegdyś przez R. Reagana technologiami militarnymi, w Livermore Labolatory oraz Massachusetts Institute of Technology, trwały prace. W ich efekcie powstał strategiczny system antyrakietowy, który Stany Zjednoczone uruchomiły wstępnie w 1999 r., a jego częścią składową miała być baza antyrakietowych pocisków strategicznych systemu National Missile Defense  (NMD) w Polsce, wraz ze stacją dopplerowskich radarów na terenie Czech. System ten oparty jest na dwóch pierwszych członach funkcjonującej od dawna w Stanach Zjednoczonych strategicznej rakiety Minuteman-3. Kolejny człon, to właśnie stożek z zawartością do dwudziestu stalowych „młotków”, które mają precyzyjnie uderzać w poszczególne głowice bojowe przeciwnika, odbywające lot orbitalny już po rozdzieleniu.

Już nie głowice nuklearne czy wybuchowe klasyczne, ale właśnie kinetyczne, czyli te przysłowiowe „młotki”, to obecnie stosowana technologia w zwalczaniu rakiet balistycznych i operacyjnych. Okazuje się w praktyce, że precyzyjnie sterowana głowica kinetyczna z dużym prawdopodobieństwem trafia w nieprzyjacielska głowicę bojową. Co jest ważne – niszczy ją, bez powodowania jej wybuchu. Również Rosjanie w rakietach systemu S-300 i kolejnych instalują też głowice kinetyczne, a nie wybuchowe.

Doktrynalnie Stany Zjednoczone, a raczej politycy tego kraju utrzymują, że system antyrakietowy budowany jest jako swoiste antidotum na możliwości ofensywne grupy państw „bandyckich”, czyli na dzisiaj Iranu, Korei Północnej i Syrii. Oczywiście to ostatnie państwo, mimo ambicji prezydenta Bashara al-Asada juniora, nie ma i nie będzie miało żadnych możliwości ekonomicznych i technicznych uzyskania skutecznego ofensywnego systemu rakietowego. Z kolei północnokoreański przywódca Kim Dzong Un dysponuje dość prymitywną techniką rakietową. Jego najnowsze „dziecko” – rakieta „Taepodang 3”, to pocisk na paliwo ciekłe, napędzany mieszaniną nadtlenku wodoru i tlenu, który przez około 36 godzin przed startem musi być napełniany, żeby po prostu mógł wystartować. W dodatku napełniony może stać na wyrzutni tylko niecałe pół godziny i to przy nieustannym chłodzeniu ciekłym azotem. Inaczej wodzian wodoru sam wybuchnie i zniszczy wszystko w promieniu 0,5 km. Ta rakieta naprowadzana jest dość przestarzałym już systemem, przy pomocy dwóch niezależnie działających żyroskopów. Czyli jest to technologia zbliżona do niemieckiej V-2 czy też radzieckich SS- 4 i SS-5 z lat 1960’. A kiedy to było…Nie należy oczekiwać, że przed upływem około 10–15 lat Korea Północna, zbuduje mobilne pociski rakietowe na paliwo stałe o zasięgu około 8 tys. kilometrów. Tylko bowiem taką bronią mogłaby zaatakować skutecznie Stany Zjednoczone. A przecież hipotetyczna perspektywa panowania północnokoreańskiego „wodza”, tak daleko na pewno nie sięga.

Potencjalnie większe możliwości posiadają sfanatyzowani ekstremiści religijni, czyli szyiccy ajatollahowie i mułłowie. Iran jest w chwili obecnej czwartym producentem ropy naftowej na świecie. Dopływ finansów zapewnia również możliwości rozwoju technologicznego. Dzisiejszy potencjał rakietowy Iranu, to zmodyfikowane i znacząco ulepszone rakiety radzieckiego systemu „Scud”, znane pod irańską nazwą kolejno „Szachab 2” i „Szachab 3”. Te ostatnie mogą z silosów górach Zagros sięgnąć Tel-Awiwu [5]. Jednak Iran ma na swoje usługi duże ilości wynajętych naukowców różnych narodowości – zarówno w kategoriach technologii nuklearnych, jak i rakietowych. Analitycy oceniają, że jeżeli postępy będą kontynuowane w dotychczasowym tempie, to już za około 5–6 lat Iran może uzyskać, co prawda mało celne, ale w miarę sprawne rakiety dalekiego zasięgu na paliwo stałe. Pytanie z zakresu technologii brzmi: jak dalece wynajęci przez Iran technicy opanują technologie kolejnego odpalania trzech członów rakiety nośnej? Aby bowiem przelecieć nad biegunem północnym, na terytorium USA, musi to być, przy dzisiejszej technice rakietowej – rakieta trójczłonowa.

Co prawda… Dotychczas administracja amerykańska wydała na wdrożenie i budowę dwóch baz strategicznej tarczy antyrakietowej ok. 50 mld USD. Ta cząstka tarczy nominalnie istnieje, bowiem w trzech bazach na Alasce (Vandenberg i w Iowa) rozmieszczono łącznie ok. 40 strategicznych antyrakiet. Jednak wyliczenia wykazały, że takich baz, aby terytorium USA i Kanady zyskało skuteczną obronę, musiałoby być ok. 20. Musiałyby być one rozmieszczone od wysp Samoa, właśnie po terytorium Polski. W naszym kraju baza musiałaby z kolei opierać się na danych z radaru zainstalowanego w zachodnich Czechach, w rejonie Pardubic. Koszt wybudowania jednej instalacji wyliczono na 4,5 mld USD, a funkcjonowanie każdej z baz to ca 110 mln USD rocznie. Zatem cała globalna instalacja musiałaby kosztować, tylko w fazie budowy, ok. 150 mld USD. Wybudowanie tej kosztownej ogólnoświatowej instalacji dawało na poziomie teoretycznym gwarancje strącenia ok. 45% balistycznych rakiet i głowic. W kategoriach realiów byłoby to zapewne ok. 10% mniej [6]. Czyli, w sumie byłaby to wielka inwestycja, która absolutnie nie chroniłaby przed zniszczeniem przez przeciwnika. Do tego jeszcze nie rządy poszczególnych państw, na terenie których zamierzano wybudować bazy, ale opinia publiczna zaczęła być zaniepokojona tym, że przecież jest to narażanie na jądrowy atak własnych terytoriów w zamian za… nic. Tym czasem koszty hipotetycznego obalenia rządów teokratycznych w Iranie to „zaledwie” 2–3mld dolarów. Schemat jest dość prosty. Iran jest państwem bardzo podzielonym narodowościowo. Już w chwili obecnej irańscy Kurdowie wymusili daleko idącą autonomię. Tego samego domagają się Beludżowie, Pasztunowie i jeszcze ok. 7 innych dość potężnych grup narodowościowych. W Iranie działa od szeregu lat partyzantka. Jeden z jej nurtów, to frakcja monarchistyczna, identyfikująca się z dynastią Pahlawi. Druga frakcja, to dawni mudżahedini ludowi. Rozmiary tych ruchów partyzanckich będą zależne wprost proporcjonalnie od ilości zainwestowanych w nie pieniędzy.

Demokratyczna administracja prezydenta Baracka Obamy zmieniła w zasadniczy sposób zakres strategii antyrakietowej. Trwa budowa, a raczej dokańczanie, mniejszej bazy rakiet systemu NMD – tym razem na amerykańskim wschodnim wybrzeżu, w stanie Delaware. Kolejnymi etapami mają być jeszcze tylko antyrakietowe bazy na wyspie Kiska w archipelagu Aleutów, na japońskiej (czyli rządzonej przez Amerykanów) Okinawie, a potem kolejno na amerykańskim Samoa oraz… brytyjskich Szetlandach. Ta ostania instalacja współpracowałaby z funkcjonującymi już stacjami radarowymi w południowej części Wielkiej Brytanii i Danii. To byłoby na razie wszystko, jeżeli chodzi o system antyrakiet strategicznych. Trzeba bowiem dodać, że z siedemnastu przeprowadzonych prób przechwycenia, czyli zestrzelenia testowego pocisku w systemie NMD, do udanych można zaliczyć tylko połowę [7]. To zdecydowanie za mało, jak na tak kosztowny system.

Pozostaje również problem bazy antyrakietowej w Polsce. Pierwotnie zamierzano ją zlokalizować na poligonie w Orzyszu. Następnie planowano rozmieszczenie rakiet w Zegrzu Pomorskim lub Borach Tucholskich. W pierwszym etapie, jeżeli chodzi o bazę w Polsce, miałaby ona dysponować 10 silosami, czyli de facto wyrzutniami. To by w zupełności wystarczyło. Współczesna technologia odpalania rakiet techniką „na zimno”, czyli na poduszce sprężonego powietrza i przy natychmiastowym „doładowaniu” wyrzutni, znacząco podwyższa możliwości wystrzeliwania antyrakiet. Teoretycznie, z jednego silosu, przy zastosowaniu nowoczesnej technologii, można wystrzelić do 4 pocisków na minutę. W praktyce strzela się oczywiście nieco wolniej. Kolejnym problemem jest śledzenie trajektorii rakiet nieprzyjaciela i doprowadzenie do kursu kolizyjnego własnej antyrakiety.

W finale zdecydowano się na budowę bazy antyrakietowej w Redzikowie, również na Pomorzu. Należy jednak, rzecz jasna, postawić pytanie: dlaczego wszystkie hipotetyczne lokalizacje dotyczyły północnych regionów Polski. Odpowiedź jest stosunkowo prosta. Z aspektu krzywizny Ziemi wynika, że pociski wystrzelone np. z rejonu Smoleńska, gdzie rzeczywiście znajdują się wyrzutnie rakiet ofensywnych Rosji, pocisk leciałby do USA przez rejon Narwiku. Stąd antyrakieta, startująca z polskiego Pomorza, byłaby w stanie go zestrzelić. Również położenie bazy antyrakietowej w tym rejonie umożliwiłoby zestrzeliwanie rakiet ofensywnych, rosyjskich oczywiście, stacjonujących na Półwyspie Kolskim. Obszar ten posiada kapitalne bo „nawisające” położenie w stosunku do kontynentu północnoamerykańskiego. Rakiety stąd wystrzelone lecą po prostu najkrótszą z możliwych orbit, nad Alaską i Kanadą, wprost na terytorium amerykańskie. To jest jednak tylko jedna strona zagadnienia. Odwrotność wygląda tak, że antyrakieta, startująca z polskiego Pomorza, może, korzystając z orbity wyższego pułapu, rakietę ofensywną dogonić i zestrzelić gdzieś nad Morzem Barentsa.

Jednak budowa bazy systemu NMD w Polsce odeszła już do historii obiektów niezrealizowanych. Stany Zjednoczone proponują obecnie swego rodzaju substytut, w postaci budowy w Redzikowie już nie systemu antyrakiet strategicznych, ale tylko operacyjnych. Tu proponuje się rozmieszczenie 16. stanowisk startowych rakiet SM-3. Tych rakiet co prawda jeszcze nie ma, ale jest to realne o tyle, że system SM-3 ma być rozwinięciem obecnie używanego przez amerykańską marynarkę wojenną  systemu SM-1. Ten system, w ramach kompleksu Aegis, jest obecnie rozmieszczony na 16 ciężkich krążownikach klasy Ticonderoga. Jego podstawą jest oczywiście dopplerowski radar, który wykrywa wrogie obiekty, śledzi je a równocześnie „zgrywa” trajektorie lotu własnego pocisku, który ma ten obiekt zestrzelić. System SM-3 może zostać wybudowany i zainstalowany w ciągu ok. 4 lat. Jest oczywiste, że obok stanowisk startowych rakiet SM-3, muszą po prostu zostać zainstalowane co najmniej 2 baterie systemu "Patriot", które po prostu będą broniły bazy. Tego typu obiekt, w razie konfliktu, będzie bowiem celem pierwszego, prewencyjnego ataku.

Mając powyższe na uwadze powstaje oczywiście pytanie: którą generację rakiet "Patriot" amerykańscy wojskowi chcieliby umieścić w Polsce dla skutecznej obrony własnej bazy? Logicznym, a zarazem oczywistym, wydawałoby się, że powinna być to generacja obecnie najnowsza, czyli PAC-3. Jednakże informacje, jakie płyną znad Potomacku, nie są zbyt optymistyczne. Amerykanie zamierzają po prostu umieścić na terytorium naszego kraju wyraźnie już przestarzałe Patrioty systemu PAC-1. Zresztą w ofercie zakupu przez Polskę antyrakiet „średniego szczebla” też proponują nam zakup tego „wychodzącego obecnie z mody” systemu…Zatem nic dodać, nic ująć. Omawiany system za ok. 10 lat będzie już zupełnie przestarzały. Wtedy Polska, jeżeli zdecyduje się na jego zakup, będzie musiała znów za wielkie pieniądze wymieniać go na nowszy. Tu prawie dokładnie powtarza się znany scenariusz, związany z zakupem samolotów F-16. Sprzedano nam (jeszcze nie spłaciliśmy w całości tej transakcji) nowe fabrycznie, ale generacyjnie już przestarzałe, samoloty. Aby stały się one dopiero za ok. 15 lat przestarzałe, zamontowano w nich awionikę/elektronikę/block 50/52. Co prawda strona polska prosiła o block 60, a nieśmiało napomykała nawet o najnowszym blocku 70, argumenty te zignorowano. Należy jednak przyznać, że w momencie kiedy w Fort Worth budowano samoloty dla naszego kraju, tego ostatniego modelu awioniki jeszcze realnie nie było. Natomiast nowoczesny block 60 otrzymały do swoich samolotów Arabia Saudyjska, Oman, Japonia i jeszcze kilkoro innych kupujących [8]. Polska jednak na tak nowoczesny pakiet elektroniki nie zasługiwała. Przynajmniej w oczach „wielkiego brata” zza oceanu. Ten scenariusz, jak już napisano wyżej, na pewno się powtórzy przy okazji zakupu rakiet.

Budowa antyrakietowego systemu budzi natomiast zupełnie zrozumiałe protesty strony rosyjskiej, bowiem względna równowaga w liczbie głowic i rakiet jest obecnie jedynym elementem militarnym, w którym współczesna Rosja dorównuje Stanom Zjednoczonym. Stratedzy rosyjscy doskonale wiedzą, że nowoczesny i dobrze funkcjonujący system antyrakietowy może w konsekwencji doprowadzić do asymetrii przez, na razie hipotetyczne możliwości, eliminacji znaczącej części rakiet ofensywnych po strony rosyjskiej.

Od dawna wiadomo, że polityka jest swoistą szachownicą do gry, w której wygrywają przede wszystkim cynicy. Amerykanie, dzięki technologii antyrakietowej, uzyskali znaczący atut, również polityczny, w stałym dążeniu do uzyskania globalnej hegemonii. Strona rosyjska natomiast, w chwili obecnej jako ten słabszy, stara się utrzymać przynajmniej status quo. Ten układ będzie jednak znacząco naruszony poprzez budowę bazy antyrakietowej na naszym terytorium. Około 35% potencjału rosyjskich, kiedyś radzieckich, rakiet strategicznych, umiejscowionych jest na Półwyspie Kolskim. To wynika, jak już pisano wcześniej, z położenia geostrategicznego tego Półwyspu. Stąd też najbliższa i zarazem najszybsza droga dla ofensywnej rakiety na terytorium USA. Na Półwyspie Kolskim znajduje się przykładowo 180 rosyjskich rakiet klasy „Topol M” (SS-27). Są to jedne z najnowocześniejszych rosyjskich rakiety o małych gabarytach i dużej celności, posiadających trajektorię lotu „nisko-wysoko-wysoko-nisko”. Wchodząc znów w dziedzinę techniki rakietowej, zestrzelić praktycznie można „Topole” tylko do około 5 min. po ich starcie na wysokiej orbicie, korzystając z tzw. „wyższej paraboli lotu” antyrakiety [9]. Nie dokona się tego z bazy na Alasce, bo w tym rejonie „Topol” zjawiałby się w ok. 9 min. lotu, ale właśnie z bazy w Polsce.

Wrzawa w Rosji wokół amerykańskiej koncepcji tarczy antyrakietowej nie jest zatem całkowicie bezzasadna, bo rzecz jasna nie przewiduje się realnie rzec biorąc rakietowej wojny z USA i NATO. Nie ulega jednak żadnej wątpliwości, że po zbudowaniu wszystkich lub większości elementów tarczy antyrakietowej, pozycja militarna, a co za tym idzie polityczna, Rosji będzie, siłą rzeczy, relatywnie słabsza. Groźby Kremla, że wymierzy w terytorium polskie dodatkowe rakiety z głowicami nuklearnymi, oczywiście są realne. Pytanie pozostaje o realną skalę tych potencjalnych gróźb, gdyż istotnym w tym względzie jest fakt, że w nasze terytorium jest wymierzonych już i tak całkiem pokaźna liczba rakiet taktyczno-operacyjnych typu „Toczka”, czy operacyjnych „Łuna”, których zasięg ze strefy Kaliningradu pokrywa praktycznie całe polskie terytorium (bez krańców południowo-zachodnich). Do powyższego zestawu należy doliczyć co najmniej kilkanaście, bardzo nowoczesnych, Iscanderów. Nie ma natomiast żadnych wątpliwości, że jeżeli amerykańska baza zostanie wybudowana, to na wszelki wypadek Rosjanie wycelują w nią co najmniej kilkanaście rakiet średniego zasięgu typu „SS-23”, stacjonujących na ruchomych wyrzutniach w rejonie Smoleńska. Takie są po prostu realia światowej strategii [10].

Polska pozostaje jednak członkiem sojuszu północno-atlantyckiego. Oczywistym jest zatem, że każdy akt agresji na nasze terytorium oznaczałby wojnę z całym NATO. Stąd też musimy się liczyć z realiami na światowej szachownicy.

Mając powyższe na uwadze, dylemat rysuje się w sposób następujący – czy budowa na naszym terytorium bazy antyrakiet poprawi nasze położenie wobec USA, a dla nich, używając słów niezmiernie życzliwego Polsce Zbigniewa Brzezińskiego, jesteśmy tylko „trzeciorzędnym sojusznikiem” oraz z w samym NATO? Tu zdania są podzielone, ponieważ w gruncie rzeczy nie chodzi o to, czy dla obrony swojej bazy strategicznych antyrakiet Amerykanie rozlokują dwie baterie pocisków „Patriot”. Jest to w tej grze element drugorzędny. Chodzi po prostu o to, czy Stany Zjednoczone bardziej zaangażują się w polityczny lobbing na rzecz interesów Polski na arenie międzynarodowej. Wydaje się to wątpliwym. Punkt ciężkości interesów amerykańskich bowiem przesuwa się powoli, ale nieuchronnie, z basenu Oceanu Atlantyckiego w rejon Pacyfiku. Naturalnym biegiem rzeczy, sojusznikiem nr 1 USA na świecie staje się już nie Wielka Brytania, ale Australia.

Polska natomiast może, z uwagi na układ geopolityczny, być tylko wysuniętą europejską flanką, zarówno dla Stanów Zjednoczonych, jak i państw takich, jak Niemcy czy Francja. Dla tych ostatnich jednak, prowadzących intensywną wymianę handlową i polityczny dialog z Rosją, jesteśmy partnerem co najmniej kłopotliwym, przynajmniej na chwilę obecną. Również dlatego, że uważani jesteśmy przez część Europy za „konia trojańskiego” czy „lokaja” Stanów Zjednoczonych.

Interesy Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej są strategicznie zbieżne. Pytaniem natomiast pozostaje czy Unia Europejska, w której będzie zachodziła obiektywna integracja, będzie jednocześnie prowadziła politykę równoległą czy partnerską wobec USA. W tym układzie Polska musi szukać swojego miejsca a potencjalna budowa bazy antyrakietowej może i powinna zostać do tego wykorzystana. Potrzebna nam jednak inteligentna i subtelna gra dyplomatyczna, co przekracza jednak możliwości intelektualne obecnej ekipy rządzącej.

Budowa bazy antyrakietowej obiektywnie nie pogorszy naszych stosunków z Rosją, chyba tylko chwilowo. Musimy jednak liczyć się z tym, co w tej chwili wydaje się niemalże niemożliwe, szczególnie wobec kwestii ukraińskiej – nasz „wielki brat” zza Atlantyku stara się zbliżyć, a może i włączyć Rosję w przedziale 10-15 lat do NATO. Alternatywą jest tylko nieuchronny alians tego państwa z Chinami. Nasza antyrosyjska doktrynalnie polityka wyjdzie nam wtedy przysłowiowym „bokiem” [11]. Nie miejmy też złudzeń, że jeżeli baza antyrakietowa przestanie być potrzebna Stanom Zjednoczonym, to Amerykanie ją po prostu zdemontują. W Europie mamy co najmniej kilkadziesiąt zdemontowanych amerykańskich baz – może nie rakietowych. Bardzo dobrym, chociaż odległym od nas geograficznie, przykładem jest była wielka baza lotnicza Toreyon pod Madrytem. Jej budowa, przeliczając na dzisiejszą walutę, to koszt około 7 mld USD. Dzisiaj pozostało tam osiem długich i szerokich pasów startowych i szereg innych niewykorzystanych obiektów infrastrukturalnych. Tak zapewne stanie się w swoim czasie z przyszłą bazą amerykańską w Polsce. Jednak obecnie tą drobną, ale istotną koniunkturę, jaka panuje w układzie USA-Polska, powinniśmy wykorzystać. Inaczej, po raz któryś trzeba będzie zacytować słowa Jana Kochanowskiego: Polak i przed szkodą, i po szkodzie głupi...

Fot. armscontrolcenter.org

______________________________________________
1.Technika Wojska Polskiego, Bellona 2010, s.13–18.
2. Almaz S-300.P/S-400 Grumble/Gargoyli,  Air Defense Missile Systems, dostęp z dn. 11.04.2014.
3. P. Podwig, O. Bukherin i in., Russian Strategic Nuclear Forces. The MIT Press and Moscow Institute of Physisc and Technology Wepons of Mass Destruction, Global Security, dostęp z dn. 12.04.2014.
4. Szerzej E. Januła, Jak zazbrojono ZSRR na ekonomiczną śmierć, [w:] „Trybuna” nr 28/1998.
5. Military Balance, 2011, t.3, Unit 6, North Korea, London 2012, p. 38–57.
6. E Januła, I. .Jakubek, Gry wojenne, [w:] Przegląd, nr 4/2010.
7. P. Podwig, O. Bukherin..., p.38–45.
8. E. Januła, Zbieramy złom, [w:] Przegląd, nr 16/2002.
9. H. D. Sokolski, Getting MAD. Nuclear mutual assaulted  destruction its original and practice. Strategic Studiem Institiute US Army War College, November 2012, p. 78–83.
10. E. Januła, I. Jakubek, Gry...
11. Por. Z. Brzeziński, Wielka szachownica, Świat Książki, Warszawa 2004, s. 234 i nast.

Czytany 11583 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04