środa, 02 wrzesień 2015 07:28

Eugeniusz Januła: Polscy i niemieccy dowódcy w kampanii wrześniowej 1939 r. – szkic porównawczy

Oceń ten artykuł
(21 głosów)

dr płk Eugeniusz Januła

Tradycyjnie już w okolicach kolejnych rocznic wybuchu II wojny światowej na Europejskim Teatrze Działań Wojennych, następują wspomnienia i refleksje a czasem i rozpamiętywania i spory na temat przyczyn klęski wrześniowej. Wydawałoby się, że już wszystko wiemy. Tymczasem pozostaje ważny, tyle ze nieco wstydliwy dla strony polskiej aspekt.

1 września 1939 r. hitlerowskie Niemcy dokonały zbrojnej agresji przeciwko Polsce. Z tą chwilą rozpoczął się główny proces II wojny światowej, który trwał nieprzerwanie do września 1945 r. Etap polski, czyli, jak się inaczej określa – „kampania wrześniowa”, był też wstępem do zastosowania nowej formuły metodologicznej w aspekcie sztuki wojennej. Jej przejawem była przewaga działań ruchowych nad pozycyjnymi oraz nie tyle novum, ile powrót do formuły ataku, jako podstawowego elementu działań wojennych.

Kampania wrześniowa doczekała się już bardzo wielu opracowań i analiz. Wynika z nich niezaprzeczalnie, że Polska nie mogła tej wojny wygrać – tylko bardzo nieliczni autorzy silą się na postawienie, a raczej na niemożliwość udowodnienia tezy, że zwycięstwo mogło przypaść stronie polskiej. Zastanawiać jednak musi sytuacja, że Polska przegrała wojnę w bardzo szybkim tempie oraz przy wielkiej nieskuteczności własnych działań [1]

To jest główny problem, na którym będą się koncentrowały rozważania przedmiotowego, szkicowego, jak na razie, opracowania, które może i powinno być wstępem do dalszych pogłębionych studiów i analiz. Tu nastawiamy się przede wszystkim na aspekt kadrowy. Chodzi o próbę porównania wojskowej wiedzy, doświadczenia i kunsztu wojennego głównych kadr dowódczych strony niemieckiej i polskiej. Stawiam bowiem tezę, że niemieccy wojskowi, wyższych rang i szczebla posiadali na ogół lepsze i wyższe kwalifikacje niż ich polscy odpowiednicy. To też i to poważnie, zdaniem autora, zaważyło na tak szybkim i tak dalece negatywnym wyniku kampanii wrześniowej.

Porównanie będzie przeprowadzone w pewnej oczywistej gradacji. Począwszy od dowódców naczelnych, następnie frontów – grup, armii, korpusów, tudzież ich odpowiedników, a także dywizji. Nie ukrywam przy tym, że jeżeli chodzi o niższe rangi i stopnie – w tym wypadku chodzi o dowódców dywizji, korpusów, musieliśmy się zadowolić tylko powierzchowną analizą. Po prostu dowódców tego szczebla po obu stronach była znaczna liczba.

Rozpocząć należy od wodzów naczelnych. Po stronie polskiej był nim marszałek Edward Rydz-Śmigły. Teoretycznie jego alter ego był sam Adolf Hitler, który już w trakcie kampanii wrześniowej, ingerował w dowodzenie własnej strony nawet na szczeblu dywizyjnym. Jako odpowiednik marszałka E. Rydza-Śmigłego, ze względów czysto pragmatycznych, postawić jednak należy niemieckiego ówczesnego dowódcę Wojsk Lądowych (Oberkommando des Heeres – OKH), generała-pułkownika Walthera von Brauchitscha [2].

Kompetencje marsz. E. Rydza-Śmigłego w czasie wojny były niewspółmiernie większe niż gen. W. von Brauchitscha. Ten ostatni planował i ogólnie dowodził niemieckimi siłami zbrojnymi w czasie kampanii, ale miał nad sobą jeszcze Oberkommando der Wehrmacht (OKW) z Wilhelmem Keitelem i Alfredem Jodlem – nie tylko A. Hitlera. Trzeba jednak dodać, iż OKW generalnie tylko nadzorowało, a nie dowodziło. Również Herman Goering, dowódca lotnictwa, premier Prus Wschodnich, posiadający jeszcze, około 30 mniej lub bardziej ważnych funkcji, stał jako osoba numer dwa w III Rzeszy niewspółmiernie wyżej, niż skromny w porównaniu z nim dowódca Sił Lądowych. Obie floty powietrzne, które brały udział w wojnie przeciwko Polsce były jednak przyporządkowane operacyjnie odpowiednim Grupom Armii, czyli znajdowały się de facto też pod ogólnym zwierzchnictwem gen. W. von Brauchitscha.

Marsz E. Rydz-Śmigły nie dysponował niestety jakimś szczególnym wykształceniem wojskowym. Kwalifikacje zdobywał na tajnych kursach Polskiej Organizacji Wojskowej (POW), a później w skróconym i bardzo przyspieszonym tempie dokształcał się tylko na kursach w Wyższej Szkole Wojennej. Nie wypadało w pewnym okresie po prostu już tej rangi generałowi być elewem na równi z kapitanami i majorami. W związku z tym można uznać, że jego wykształcenie wojskowe było bardzo powierzchowne. Nie ukończył także żadnych, głębszych aplikacyjnych studiów operacyjnych i strategicznych.

Natomiast gen. W. von Brauchitsch kolejno ukończył kilka szkół i Akademii Wojskowych. W tym zakresie dysponował znacznie większym potencjałem intelektualnym niż marsz. E. Rydz-Śmigły. Brał udział zarówno w swej służbie podczas I wojny światowej, jak i później w Reichswehrze i Wehrmachcie, w tworzeniu licznych opracowań teoretycznych. Prowadził także własne teoretyczne studia bardziej na szczeblu operacyjnym niż strategicznym. Nie był specjalnym entuzjastą sił pancernych. W swoich pracach teoretycznych pokazał się raczej jako zwolennik koncepcji tradycyjnej doktryny, czyli ofensywy przy bardzo znaczącym wsparciu artylerii ognia pośredniego. Był to po prostu typowy niemiecki dowódca wysokiego szczebla – kompetentny, profesjonalny i bardzo lojalny wobec władzy politycznej. Faszyzmem i nazizmem bynajmniej zachwycony nie był. A. Hitlera poważał jako państwowego przywódcę i musiał także siłą rzeczy tolerować wtrącanie się austriackiego z pochodzenia obergerfreitra w sferę militarną [3].

Kariera wojskowa i polityczna, przyszłego marsz. E. Rydza-Śmigłego przebiegała natomiast błyskawicznie. Już jako trzydziestokilkuletni pułkownik a szybko i generał, dowodził armiami. Mowa oczywiście o wojnie polsko-bolszewickiej. Uzyskał wówczas kilka błyskotliwych zwycięstw, ale ponosił i porażki. Wnioski, jakie można było z tej kampanii wyciągnąć, nie mogły być jednak uogólnione. Była to po prostu wojna toczona na wielkich przestrzeniach bardzo słabymi siłami. Pojęcie słabych sił dotyczy obu stron, bo i przeciwnicy tacy, jak Michaił Tuchaczewski i Aleksandr Jegorow także nie dysponowali jakimiś olbrzymimi rzeszami dobrze uzbrojonych i wyposażonych żołnierzy. W bitwie warszawskiej, decydującej o losach całej wojny, E. Rydz-Śmigły także dowodził dobrze, chociaż tu największe zasługi przysługują niewątpliwie gen. W. Sikorskiemu, którego śmiały atak pozwolił na zyskanie cennego operacyjnie, czasu do przygotowania decydującego ciosu w odsłonięte lewe skrzydło M. Tuchaczewskiego.

W. von Brauchitsch takich sukcesów w I wojnie światowej nie odnosił. Dowodził on zresztą na znacznie niższych szczeblach niż armia czy front, jednak jego kariera, tak jak wielu oficerów niemieckich, posuwała się do przodu wolno, ale metodycznie. Przeszedł on przez szereg stanowisk typu batalion, pułk, dywizja oraz pełnił również szereg funkcji sztabowych na różnych szczeblach. To pozwoliło mu sukcesywnie na nabycie określonego gruntownego zasobu wiedzy i umiejętności [4].

Dalsza kariera E. Rydza-Śmigłego toczyła się równie szybko. O ile do czasu przewrotu majowego można go było zakwalifikować jako jednego z kilku, w rzędzie kilkunastu wyższych rangą generałów-piłsudczyków, z których pierwszeństwo zdecydowanie dawano jednak Kazimierzowi Sosnkowskiemu, to po przewrocie majowym E. Rydz-Śmigły szedł szybkim krokiem ku karierze politycznej, a nie sensu stricte wojskowej. Po śmierci Józefa Piłsudskiego to właśnie jemu, a nie K. Sosnkowskiemu nadano rangę marszałkowską i powierzono dowództwo nad siłami zbrojnymi (Główny Inspektorat Sił Zbrojnych). E. Rydz-Śmigły pod względem wiedzy i umiejętności nie był absolutnie gotowy do objęcia tego stanowiska. Stąd nadmiernie często uciekał w politykę, chcąc nadrobić swój brak profesjonalizmu wojskowego. Prawdą jest, że doceniał kwestie konieczności mechanizacji sił zbrojnych. Wiedział, że należy posiadać nowoczesne lotnictwo, marynarkę, ale nie zaproponował jakiejś zwartej doktryny czy też myśli przewodniej jak to należy uczynić [5].

Natomiast gen. W. von Brauchitsch szedł drogą kariery sensu stricte wojskowej. Starał się być apolityczny, oddając swe umiejętności Reichswehrze, a później Wehrmachtowi. Nie był on jakimś nowatorem w kategoriach wojskowego myślenia. Raczej prezentował koncepcję zrównoważonego rozwoju wszystkich rodzajów broni, bynajmniej jednak nie hamując rozwoju broni technicznych. W jego pracach teoretycznych, których nie popełnił zbyt wiele, daje się zauważyć raczej tradycyjną doktrynę wojenną, z dużą uwagą poświęconą artylerii. Co do „Blitzkriegu”, któremu hołdowali młodzi generałowie, entuzjastą tej koncepcji nie był, ale dawał zgodę na tworzenie samodzielnych, szybkich  związków pancerno-zmechanizowanych, na co przykładowo w armii francuskiej przyzwolenia nie było [6].

W wojnie 1939 r. E. Rydz-Śmigły był de facto również politycznym dyktatorem. Miał więc pozornie wszelkie atuty, tyle tylko, że nie posiadał opracowanej koncepcji wojny, doktryny itp. To że chciał się stopniowo wycofać, najpierw za Wisłę, a potem do „trójkąta rumuńskiego” mógł wymyślić prawie każdy kapral. Oczywiście w planie, a raczej tylko studium „Zachód”, którego autorem był gen. Tadeusz Kutrzeba wszystkie elementy zostały określone bardziej dokładnie. Tylko uderzenie z terenu Słowacji, którego trzeba było się jednak spodziewać, a które było wymierzone w głębokie tyły armii „Kraków”, która z kolei miała być swego rodzaju zwornikiem polskiej obrony i bronić się co najmniej dwa tygodnie bazując na śląskich fortyfikacjach, nie było niestety brane pod uwagę. Dyktowała to jednak po prostu wojskowa logika. Utworzenie naprędce beznadziejnie słabej armii „Karpaty” było zbyt nikłym substytutem obrony, aby można było mówić o sensownej koncepcji oporu.

E. Rydz-Śmigły nie do końca rozumiał, że nie sposób dowodzić poszczególnymi armiami bezpośrednio z Warszawy, a później z pozbawionego nawet radiostacji Brześcia nad Bugiem. Dopiero w drugiej fazie kampanii próbował utworzyć namiastki dowództw frontów, co już nie mogło dać żadnych realnych rezultatów. Źle posługiwał się swoim sztabem, a był to przecież tylko sztab Naczelnego Wodza, a nie Sztab Generalny. U E. Rydza-Śmigłego szef sztabu nie miał niestety żadnej podmiotowości, co także było dużym nieporozumieniem. Od 7 września 1939 r., po przeniesieniu się do Brześcia, marszałek praktycznie już nie dowodził. Miasto nie było bowiem wyposażone w środki łączności operacyjnej, a wysyłanie rozkazów samolotami łącznikowymi i kurierami na motorach, powodowało niestety, że sytuacja zastana była już zupełnie inna i na ogół znacznie gorsza, niż naczelny wódz mógł się spodziewać [7].

Niemiecki dowódca wojsk lądowych z kolei dowodził w kategoriach strategicznych. Wyznaczał bardzo ogólne cele operacyjne ukazane w „Fall Weis” i nadzorował ich wykonanie. Nie wtrącał się także w szczegóły operacyjne podległych sobie dowódców. Oczywiście posiadał duży komfort, bo jego wojska wygrywały – był w tej sytuacji raczej koordynatorem i nadzorował działania [8].

Szefem Sztabu Naczelnego Wodza po stronie polskiej był gen. Wacław Stachiewicz, który zastąpił na tym stanowisku gen. Janusza Gąsiorowskiego, któremu zarzucono, bardzo słusznie zresztą, duże zaniedbania w procesach modernizacji armii. W. Stachiewicz także był legionistą i to było powodem jego szybkiej kariery. Dysponował stosunkowo dużą wiedzą wojskową, zdolnościami organizacyjnymi i talentem operacyjnym. Niestety, zgodnie ze strukturą przedwojennej armii polskiej nie posiadał kompetencji. Szef Sztabu był tylko swego rodzaju „skrzynką przekaźnikową” Naczelnego Wodza. Jego błędem było natomiast to, że nie starał się wykorzystać swojej wiedzy i umiejętności nawet w chwilach zarysowującego się kryzysu.

Jego odpowiednik, Szef Sztabu Generalnego Wojsk Lądowych, ówczesny generał artylerii Franz Halder był po stronie niemieckiej określany jako „wielki namiestnik”. To metodyczny, skrupulatny niemiecki oficer, który przeszedł przez szereg sztabowych i dowódczych szczebli. Nie miał na pewno klasy swojego poprzednika na tym stanowisku – gen. Ludwika Becka – późniejszego szefa spisku przeciwko A. Hitlerowi. Nabyta wiedza i przede wszystkim doświadczenie pozwalały jednak F. Halderowi na pełne rozwiniecie swoich atutów. Razem z gen. W. von Brauchitschem tworzyli zgrany duet, który w kampanii wrześniowej i potem w norweskiej i francuskiej dobrze się sprawdził [9].

Po stronie niemieckiej główne zadania strategiczne wykonywały grupy armii, czyli w uproszczeniu – fronty. Nieprzypadkowo na dowódcę Grupy Armii Południe wyznaczono gen. Gerda von Rundstedta. Uważany był on za najlepszego i najbardziej doświadczonego niemieckiego dowódcę. O jego doświadczeniu, sztuce operacyjnej, jak i zimnej krwi można mówić wiele, aczkolwiek większość tych cech ujawniało się dopiero w kolejnych fazach wojny. G. von Rundstedt był praktykiem. Wcale nie prowadził prac studyjnych ani publicystycznych, ale swój odcinek walki, czyli działania ofensywne GA-Południe, prowadził w sposób perfekcyjny, nieszczęśliwie niestety dla strony polskiej [10].

Gen.-płk Fedor von Bock, dowodzący Grupą Armii Północ także uchodził za bardzo doświadczonego i zdecydowanego dowódcę. Był on z charakteru człowiekiem ostrożnym, co rzutowało na jego sposób dowodzenia. Mimo tych cech osobowych dowódcy Grupa Armii Północ dowodzona była perfekcyjnie i kompletnie. F. von Bock także nie był, podobnie jak G. von Runstedt, teoretykiem wojskowości.

Marsz. E. Rydz-Śmigły dopiero w schyłkowej fazie kampanii utworzył fronty, a raczej ich namiastki. Z rozbitych i wycofujących się wojsk trudno już było coś sensownego zorganizować. Wyznaczył na stanowisko dowódców tych frontów gen. K. Sosnkowskiego oraz gen. Stefana Dąb-Biernackiego. O pierwszym z nich można mówić w samych superlatywach. Mimo formalnie, niewielkiego wykształcenia wojskowego – praktycznie analogicznego jak u marszałka, należał do najbardziej utalentowanych dowódców. Jego doświadczenie wywodziło się z konspiracji oraz wojny polsko-bolszewickiej. Jego sposób dowodzenia skromnymi już resztkami wojsk Frontu Południowego było naprawdę wysokiej klasy [11]. Trudno jednakże porównywać kunszt gen. K. Sosnkowskiego z gen. W. von Rundstedtem. Aby to ukazać, obydwaj generałowie musieliby dowodzić równorzędnie wielkimi formacjami i zetrzeć się w bezpośrednim starciu. Na szczeblu strategicznym, o ile zawiódł zupełnie marsz. E. Rydz-Śmigły, to gen. K. Sosnkowski, mimo skromnych sił i środków, próbował to nadrobić. Jest to cecha wielkich umysłów operacyjnych. K. Sosnkowski prowadził w okresie dwudziestolecia międzywojennego dość ożywioną działalność publicystyczną, również o tematyce militarnej. To na pewno prowadziło siłą rzeczy do poszerzenia jego wojskowych horyzontów.

Wiedzy i umiejętności gen. dywizji S. Dąb-Biernackiego nie sposób niestety porównać z gen. K. Sosnkowskim. Kardynalnym błędem było powierzenie temu generałowi (który fatalnie zaprezentował się już w kampanii jako dowódca odwodowej armii „Prusy”) dowództwa Frontu Północnego. Nie miał on bowiem żadnych kwalifikacji za wyjątkiem osobistej odwagi, do dowodzenia wielką jednostką lub armią.

Jako uzupełnienie na tym szczeblu można dodać, że szefem sztabu w Grupie Armii Południe u gen. G. von Rundstedta był stosunkowo młody jeszcze stażem i doświadczeniem, lecz górujący nad wieloma starszymi kolegami profesjonalizmem i wiedzą, gen. Erich von Manstein – jeden z największych w późniejszym etapie wojny dowódców wojskowych i to nie tylko niemieckich, lecz także światowych [12].

Kolejnym aspektem, który chcielibyśmy porównać zarówno w Polsce i Niemczech, jest szczebel armii. Przypomnijmy tylko, że po stronie niemieckiej armie podlegały Grupom Armii (odpowiednik frontu) natomiast po stronie polskiej, poszczególnymi armiami kierował bezpośrednio wódz naczelny.

W Grupie Armii Południe najważniejszym zgrupowaniem dowodził gen. Walther von Reichenau –mianowicie 10. Armią .Jednostka ta wykonywała główne uderzenie z terenu Dolnego Śląska na Warszawę Był to jedyny w tym okresie II wojny światowej na tym szczeblu dowodzenia, hitlerowiec. Później zresztą skutecznie wyłączył się z tej ideologii. W. von Reichenau, obok swego sytemu wartości, reprezentował najwyższy kunszt wojenny i wojskowy, dowodził perfekcyjnie. Jedynym mankamentem, który można mu zarzucić to nadmierny optymizm i zbytnią wiarę we własne umiejętności, i wiedzę. Był on zwolennikiem nowoczesnych rozwiązań oraz wojsk technicznych.

Generał Werner von List dowodził 14. Armią, uderzającą z południowo-zachodniej części Górnego Śląska i wasalnej wobec Niemiec Słowacji. Był to kolejny generał hołdujący bardzo ofensywnemu stylowi operacji. Swej wartości dowiódł zarówno w kampanii wrześniowej, jak i późniejszych etapach II wojny światowej. Jego droga służbowa była typowa i zbliżona do kariery innych niemieckich dowódców.

Ósmą najbardziej wysuniętą na północ armią Grupy Południe dowodził gen. Johannes von Blaskovitz. Jego armia wykonywała tylko zadania osłonowe dla wojsk gen. W. von Reichenau. J. von Blaskovitz należał do starszego pokolenia niemieckich wojskowych. Nie cieszył się również poparciem kręgów NSDAP. Stąd, mimo bardzo wysokich kwalifikacji, powierzono mu najmniej ambitne, jak się wydawało, zadanie. W bitwie nad Bzurą, kiedy pierwszy etap polskiej ofensywy trafił w jego armię, wykazał jednak znakomite opanowanie i zimną krew. To spowodowało, że na pole bitwy zdążyły nadciągnąć i w efekcie wygrać niemieckie korpusy pancerne niemieckiej 10. Armii, stojące już pod Warszawą [13].

W grupie Armii Północ trzecią armią atakującą z Prus Wschodnich dowodził gen. Georg von Küchler. Należy stwierdzić, iż nie należał on do najbardziej błyskotliwych dowódców. Jego droga kariery była typowa. I wojna światowa to dowodzenie kompanią, batalionem, pułkiem oraz inne stanowiska sztabowe. Później żmudna służba w Reischwehrze, powolne awanse i nagłe przyśpieszenie kariery po dojściu do władzy A. Hitlera. Jego kolega gen. Günther Hans von Kluge, znany powszechnie w Wehrmachcie jako „Klűger Hans” (sprytny Jaś) nie reprezentował w trakcie kampanii wrześniowej najwyższego kunsztu operacyjnego. W trakcie marszu 4. Armii przez polskie Pomorze trafił jednak na słabego pod względem kwalifikacji militarnych, przeciwnika. Był nim nie kto inny, jak gen. Władysław Bortnowski, dowódca armii „Pomorze”.Tu trzeba dodać ze ten polski generał był również bardzo labilny pod względem psychicznym.

Bezsprzecznie najlepszymi polskimi dowódcami na szczeblu armii byli bez wątpienia generałowie T. Kutrzeba – dowódca armii „Poznań” i Antoni Szyling – dowódca silnej armii „Kraków”. Ten pierwszy był przede wszystkim przez wiele lat komendantem Wyższej Szkoły Wojennej, Próbował tam wdrożyć nowatorskie doktryny wojenne, jak i nauki o nowoczesnych środkach walki. Był on także głównym autorem studium, czyli wprowadzenia do planu, wojny obronnej „Zachód”. Dowodził swoimi wojskami mądrze i prężnie. Zdecydował się na uderzenie w skrzydło niemieckiej ósmej armii gen. J. von Blaskovitza w odpowiedniej chwili. W bitwie nad Bzurą, gdyby został odpowiednio wsparty przez nadciągającą z północy rozbitą, ale jeszcze zdolną do walki, armię „Pomorze”, uzyskałby znacznie większy sukces. Mógłby też, poprzez uderzenie alternatywne (w kierunku na Radom lub Warszawę), uzyskać co najmniej tydzień, czyli czas dla dalszego przegrupowania sił polskich i wycofania większości za Wisłę. Posiadał także duży udział w obronie Warszawy. Był jednym z niewielu polskich generałów-teoretyków – jego publikacje dotyczyły głównie problemów taktycznych. Dodatkowo był autorem wielu niejawnych koncepcji, strategii i opracowań operacyjnych [14]. Nie cieszył się jednak sympatią polityków sanacyjnych, w tym oczywiście marszałka E. Rydza-Śmigłego.

Generał brygady A. Szyling dowodził najważniejszą w pierwszym etapie wojny – armią „Kraków”. Ta jednostka, jak już uprzednio stwierdzono, miała odgrywać podstawową rolę w systemie obrony. Generał dowodził sprawnie nawet w odwrocie, gdyż armia „Kraków” musiała się niemal natychmiast wycofać z zajmowanych i przygotowanych pozycji. Nieprzyjaciel po prostu obszedł jej skrzydła i uderzał na tyły z obu stron. Ze Słowacji wyprowadzano dwa uderzenia. Pierwsze poprzez Węgierską Górkę, na Żywiec i Bielsko-Białą. Drugie, ważniejsze i bardzo głębokie, przy użyciu trzydywizyjnego korpusu pancerno-zmotoryzowanego na Jordanów i Chabówkę. To uderzenie w dalszym zamiarze mogło, po przełamaniu słabej polskiej obrony, wyjść od razu na wschód od Krakowa np. w rejon Bochni i tym samym wziąć w kleszcze okrążenia główne siły Armii „Kraków”. Kolejnego uderzenia przełamującego strona niemiecka dokonywała na północ od strony Częstochowy. Mimo to gen. A. Szyling, zdołał wycofać ogromną większość swoich wojsk spod bezpośredniego uderzenia sił pancernych przeciwnika i walcząc, odejść, cofając się aż pod Przemyśl. Może niezupełnie to się udało, gdyż np. gen. Bernard Stanisław Mond – dowódca 6. Dywizji Piechoty, nie miał pojęcia, że obronę przeciwko czołgom można i trzeba organizować w oparciu o kompleksy leśne lub obszary zabudowane, a nie bronić się na nieprzygotowanych otwartych pozycjach [15]. W rezultacie również pod Pszczyną, Niemcy zbyt szybko uzyskali przełamanie.

W drugiej kolejności, również jako dobrych dowódców armii, należy postawić generałów Emila Krukowicza-Przedrzymirskiego – dowódcę armii „Modlin” oraz Franciszka Kleeberga – dowódcę samodzielnej grupy operacyjnej „Polesie”. Ci generałowie stawiani są w drugiej kolejności, ponieważ dowodzili znacznie mniejszymi siłami. Szczególnie grupa F. Kleeberga była już swojego rodzaju armią „drugiej generacji”, złożona z oddziałów rezerwowych, doraźnie zorganizowanych w marszu w powiększoną grupę bojową. Z kolei gen. E. Krukowski-Przedrzymirski – artylerzysta, szczupłymi siłami nie mógł skutecznie zablokować postępu wojsk niemieckich w marszu na Warszawę od północy. Zawiodła także obrona przeciwpancerna.

Do grona dobrych dowódców armii można także zaliczyć gen. Tadeusza Piskora. Otrzymał dowództwo improwizowanej armii „Lublin”, która miała zatrzymać wroga na Wiśle, dopiero w drugiej fazie wojny. Udać się to nie mogło, gdyż dysponował zbyt szczupłymi siłami, mianowicie jedną rezerwową dywizją piechoty oraz, będącą w stadium organizacji, Warszawską Brygadą Pancerno-Motorową. Z tymi właśnie wojskami, gen. T. Piskor, w swoim czasie Szef Sztabu Generalnego, mimo wszystko zapewnił około 3 dni, tak potrzebnych dla reorganizacji polskiej obrony.

Niestety, na tych nazwiskach dobrzy i kompetentni dowódcy armii polskich się kończą. Obok wspomnianego wcześniej gen. dywizji W. Bortnowskiego, który nie zdołał wycofać wojsk z „korytarza pomorskiego”, bo rozkazy wydał o dobę za późno, byli również inni. Nie lepszym dowódcą był dowódca armii „Łódź” gen. Juliusz Rómmel. Ten generał zupełnie niepotrzebnie posłał swoje wojska daleko, na wysunięte pozycje. Zostały one tam pobite, ale ponieważ była to przede wszystkim piechota, więc przegrała też walkę o dotarcie do głównej pozycji obrony z niemieckimi wojskami szybkimi. Korpus pancerny gen. Ericha Hoepnera po prostu wyprzedził i wyminął wojska gen. J. Rómmla. Niestety ten ostatni okazał się w rezultacie również zwyczajnym tchórzem. Opuścił, będącą w boju swoją armię i udał się do Warszawy. Tu szef sztabu gen. W. Stachiewicz, zamiast oddać dezertera przed sąd wojenny i rozstrzelać, powierzył mu dowództwo tworzonej armii „Warszawa” [16]. Na tym stanowisku gen. J. Rómmel również zawodził. Na szczęście w międzyczasie po bitwie nad Bzurą zjawił się w stolicy gen. T. Kutrzeba i to on faktycznie kierował, przy pomocy gen. Waleriana Czumy, obroną stolicy.

Nic dobrego nie można także powiedzieć o gen. Tadeuszu Fabrycym – dowódcy armii „Karpaty”. Prawdą jest, że posiadał siły słabe i improwizowane, ale tu akurat warunki do obrony, z uwagi na ukształtowanie terenu posiadał znakomite [17]. Dobrze, że w drugim etapie kampanii na terenie jego obrony znalazł się gen. K. Sosnkowski i to on faktycznie dowodził.

Niestety jeszcze gorzej trzeba powiedzieć o generale Czesławie Młot-Fijałkowskim – dowódcy Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Narew”. Był on znany w wojsku jako uczestnik spotkań towarzyskich, nadużywający alkoholu. Jako dowódca całkowicie zawiódł i co gorsza dał sobie rozbić własne wojska, przy swojej całkowitej bierności. Tymczasem jego SGO mogła i powinna, jako nie atakowana uderzyć w odsłonięte skrzydło armii gen. G. von Küchlera. Powinno to co najmniej dać tak potrzebny czas, a może i uzyskać sukces operacyjny.

Na bazie rozważań o szczeblu dowódców armii warto zauważyć, że kiedy po stronie niemieckiej tymi formacjami dowodzili generałowie – pułkownicy i trzygwiadkowi generałowie rodzajów broni, to większość polskich dowódców to generałowie brygady. Szczebla korpusu w polskiej armii wówczas nie było. Niestety, bo ten właśnie szczebel jest najbardziej elastycznym elementem systemu dowodzenia. Niemieccy dowódcy korpusów, szczególnie szybkich pancernych, byli specjalnie dobierani. To korpusem pancernym w niemieckiej 3. Armii dowodził twórca niemieckich wojsk pancernych gen. Heinz Gauderian [18]. Z kolei niemieckim 22. Korpusem Pancernym, walczącym na południu, dowodził i to znakomicie gen. Ludwig Ewald von Kleist, z wykształcenia kawalerzysta. O gen. E. Hoepnerze, dowódcy korpusu pancernego, już wspominaliśmy. O żadnym niemieckim dowódcy korpusu nie można nic negatywnego powiedzieć. Wszyscy oni dowodzili i działali nadzwyczaj sprawnie.

W armii polskiej niektórzy dowódcy poszczególnych armii tworzyli na własną rękę substytuty korpusów. Tak zrobił gen. A. Szyling dzieląc w pierwszym etapie wojny armię „Kraków” na dwa zgrupowania o charakterze korpusów. Była to grupa „Śląsk”, złożona z dwóch dywizji piechoty oraz brygady fortecznej pod dowództwem gen. Jana „Jagmina” Sadowskiego oraz grupa „Bielsko”, także składająca się z dwóch dywizji – dowodzona przez gen. Mieczysława Borutę-Spiechowicza. W późniejszym etapie walki grupy te zmieniły nazwy na grupy „Jagmin” i „Boruta”. Te quasi-korpusy, mimo iż złożone tylko z dywizji bez sił i środków korpuśnych, a przede wszystkim bez etatowej artylerii, sprawdziły się dobrze [19]. Dowódcy grup nie posiadali także aparatu dowodzenia właściwego na szczeblu korpusów. Były także próby i w innych miejscach. W pierwszym etapie bitwy pod Bzurą gen. T. Kutrzeba utworzył z 3 dywizji piechoty swojej armii wielkopolskiej, grupę uderzeniową pod dowództwem gen. Edmunda Knoll-Kownackiego. Był to także substytut korpusu. Generał E. Knoll-Kownacki dowodził właściwie i sprawnie. Na pewne usprawiedliwienie lękliwego i nerwowego gen. W. Bortnowskiego można powiedzieć, że i w jego pomorskiej armii utworzył się w sposób naturalny korpus. Była to grupa „Wschód” złożona z dwóch dywizji dowodzonych sprawnie przez gen. Mikołaja Bołtucia. Ten generał należał do najzdolniejszych wojskowych i dowodził bardzo sprawnie, również w drugiej fazie bitwy na Bzurą, kiedy niestety zginął. Utworzył się też w ten sposób naturalny korpus z resztek armii „Łódź”, opuszczonej przez tchórzliwego dowódcę gen. dyw. J. Rómmla. To gen. Wiktor Thommée zreorganizował resztki armii i doprowadził je do Modlina, gdzie jego wojska stanowiły następnie załogę twierdzy. Pewną namiastkę korpusu stanowiła także, ale tylko przez 2 dni, grupa operacyjna „Wyszków” nad którą dowództwo objął zdolny dowódca pierwszej dywizji piechoty gen. Wincenty Kowalski [20]. Później jego grupa została operacyjnie rozdzielona, co okazało się bardzo nieodpowiednią i brzemienną w skutkach metodą.

Reasumując, wszędzie tam gdzie próbowano utworzyć szczebel korpusu, okazało się, że ta struktura dowodzenia działała sprawnie. Jednak wszystkie substytuty korpusów były tylko improwizowane i tworzone doraźnie i naprędce. Natomiast dowodzący tym szczeblem generałowie okazali się bardzo dobrymi i kompetentnymi dowódcami. Wszyscy bez wyjątku.

Pozostał szczebel dywizyjno-brygadowy, czyli dowodzenie na szczeblu wielkich jednostek. W armii niemieckiej tych jednostek – głównie dywizji, bo udział w kompanii wzięła po tej stronie tylko jedna brygada kawalerii – było w pierwszym etapie 69 wielkich jednostek. Później sukcesywnie kilkanaście z nich odchodziło na front zachodni, czyli linię Zygfryda. Zastrzeżenia można mieć do przesadnie ostrożnego dowodzenia 7. Dywizją Piechoty gen. Eugena Otta. Ten generał, który na co dzień zajmował odpowiedzialną funkcję inspektora piechoty w OKH, czyli odpowiadał generalnie za poziom wyszkolenia tej nadal podstawowej formacji, objął dowództwo górskiej monachijskiej dywizji, która atakowała z terenu Słowacji na kierunku Żywiec-Bielsko, czyli bliskie tyły armii „Kraków”. Kiedy dywizja trafiła na nieukończone jeszcze polskie schrony bojowe w rejonie Węgierskiej Górki, przez 24 godziny dreptała w miejscu, zamiast pozycje obejść [21]. Drugim słabszym elementem kadrowym okazał się też gen. Kurt von Briesen, dowódca niemieckiej 30. Dywizji Piechoty. Kiedy uderzenie grupy operacyjnej generała E. Knolla-Kownackiego w ramach bitwy nad Bzurą trafiło w skrzydło jego rozciągniętej w marszu dywizji, dowódca zawiódł. Został co prawda ciężko ranny, co w jakiś sposób tłumaczy jego bierność, ale nie zawiedli na nieszczęście dla strony polskiej, dowódcy pułków niemieckiej dywizji.

Dowódcami bezwzględnie wybijającymi się po stronie polskiej byli obaj pułkownicy dowodzący jedynymi związkami pancerno-motorowymi. Na bardzo wysoką ocenę zasłużyli zarówno Stanisław Maczek, jak i Stefan Grot-Rowecki. Byli oni jednak specjalnie wyselekcjonowani spośród kadry dowódczej. Udało się zatem o dziwo dobrać dowódców wg kryteriów merytorycznych, a nie politycznych. Zresztą przebieg późniejszej kariery, wyraźnie potwierdził, że obaj dowódcy należeli do bardzo wysokiej klasy wojskowych profesjonalistów. Płk S. Grot-Rowecki należał także już w latach 1930’ do czołowych publicystów wojskowych.

Pozostając przy brygadach, generałowie Roman Abraham i Władysław Anders oraz płk Julian Filipowicz, dowodzący brygadami kawalerii, wykazali także bardzo duży talent wojenny. Pozostali wypadali średnio. Z dowódców dywizji zasługuje na wymienienie wspomniany już uprzednio gen. brygady W. Kowalski. Można w gronie wybitnych dowódców wymienić także płk Stanisława Dąbka – dowódcę Lądowej Obrony Wybrzeża. Jego siły były relatywnie mniejsze niż etatowa dywizja piechoty, ale walczył i dowodził na izolowanym kierunku operacyjnym. Wielu dowódców na tym szczeblu wykazało się też osobistą odwagą, ale ocena poziomu dowodzenia polskich dywizjonerów wypada bardzo średnio. Niestety i tu były odosobnione przypadki, analogiczne do generała J. Rómmla. Pułkownicy Edward Dojan-Surówka i Ignacy Oziewicz opuścili swoje jednostki i po prostu uciekli.

Profesjonalizm wojskowy i postawa wyższych dowódców wojskowych jest zawsze w każdej kampanii istotnym elementem działań militarnych. Wystarczy po prostu przypomnieć jak entuzjastycznie reagowali żołnierze niemieccy w kolejnych kampaniach na wieść, że dowództwo obejmowali np. E. von. Manstein, Erwin Rommel czy G. von Rundstedt [22]. Tak samo było po stronie radzieckiej, na wieść o nazwisku Gieorgija Żukowa.

Po stronie niemieckiej profesjonalizm, solidna wiedza, wykształcenie były elementem który decydował o awansach. Reichswehra okresu pokoju była szczelnym systemem, przez którego sita przeszli tylko najlepsi. Stąd trudno zarzucać cokolwiek niemieckim dowódcom od strony profesjonalnej. Na marginesie trzeba dodać, że w toku kampanii gen. J. von Blaskovitz i gen. H. Guderian ostro przeciwstawiali się rozstrzeliwaniom ludności cywilnej. Ten pierwszy przypłacił to nawet wieloletnią przerwą w swej karierze wojskowej.

Po stronie polskiej musimy zwrócić uwagę na inne bardzo patologiczne zjawisko. Polskim dowódcom brakowało po prostu lampasów generalskich. Znaczną liczbą dywizji i brygad dowodzili pułkownicy dyplomowani, większością armii, zaś generałowie brygady. To sytuacja nienormalna wywołująca frustracje. Trudno zresztą się dziwić, kiedy szanse na karierę nie zależały od kompetencji, tylko od rodowodu i zasług politycznych. Nie awansowali latami generałowie F. i J. Kleebergowie, W. Thommée, generał W. Anders, płk S. Dąbek i szereg innych. Również awanse gen. T. Kutrzeby przebiegały z trudem. Z kolei droga awansu otwierała się przed nieudolnymi generałami typu: J. Rómmel, W. Bortnowski, Bolesław Wieniawa-Długoszowski i innymi legionistami.

Kluczem do kariery wojskowej w II RP była obecność w I Brygadzie Legionów, tej samej którą dowodził sam J. Piłsudski. Szeregowi z tej jednostki byli w II RP generałami, wojewodami, ministrami. Społeczeństwo ówczesne, miało świadomość, że nie solidna służba i nauka, ale powoływanie się na zasługi u Marszałka – stanowią podstawową przesłankę do kariery. Można zaryzykować stwierdzenie, że tylko były starszy strzelec w 1. Brygadzie Legionów, Wincenty Krok, który później zmienił nazwisko na Kowalski i dowodził 1. Dywizja, która miała kontynuować tradycje 1. Brygady – zdał bojowy egzamin. Inni to płk S. Grot-Rowecki, który także należał do obozu legionistów, mimo że jego droga życiowa była nieco inna.

Około 70% wyższych dowódców Wojska Polskiego w kampanii 1939 r. wywodziło się ze środowiska legionistów, nie wyłączając marsz E. Rydza-Śmigłego. Ta grupa w trakcie działań wojennych, niestety nie sprawdziła się. Oczywiście było kilka chlubnych wyjątków, ale byli także najdelikatniej mówiąc dowódcy tchórzliwi. O wiele lepiej sprawdziła się natomiast grupa „austriaków”, czyli tych oficerów którzy wywodzili się z dawnej armii austro-węgierskiej, mimo że nie wykorzystano w toku kampanii kwalifikacji generałów W. Sikorskiego, Mariana Kukiela i wielu innych.

Brak innowacyjności, nieznajomość nowoczesnej sztuki wojennej przez większość niestety polskich wyższych dowódców były także poważną przyczyną klęski wrześniowej. Klęski nie w kategorii ogólnej, bo tej fazy wojny Polska wygrać nie mogła, ale rozmiarów i tempa porażki. Można pokusić się o stwierdzenie, iż marsz E.  Rydz-Śmigły i jego legionowa grupa są w znacznej mierze grabarzami państwa polskiego, mimo że istnieją propagandziści, którzy chcieliby dzisiaj zrobić z niego kolejnego bohatera.

Uwagi tu zawarte powinny być przestrogą dla współczesnych polityków starających się być kadrowymi sił zbrojnych. Także i dzisiaj oportunizm i wierność wobec określonego ugrupowania oraz prymitywne podlizywanie się politykom a nie rzetelne kwalifikacje i merytoryczne zasługi są często jedyną przepustką do karier i generalskich lampasów.

_______________________________
1. T. Jurga. U kresu II Rzeczypospolitej.Warszawa.1979.MON.s.78 i .nast.
2. H. Guderian. Wspomnienia żołnierza.Warszawa.1972.MON.s.35-46
3. W. Fabry. Mutmassungen uber Hitler.Dusseldorf.1969.s123-137
4. F. Halder. Dziennik wojenny.Warszawa.MON.1971.T-1.s.78-80
5. M. Romeyko. O sztabach i sztabowcach/w/Wojskowy przegląd Historyczny.Warszawa.nr.2/1961.s.231-238
6. H. Guderian. Achtung Panzer.Berlin.1937.s.17-19
7. T. Jurga…op. cit…s.182 i nast.
8. S .Hillgruber. Hitlers strategie. Politik und Kriegfuchrung. Frankfurt a. M.1965.s.45-56
9. F. Halder .Dziennik…T-1.S.114-119
10. W. Gorlitz. Der Deutsche Generalstab .Geschichte und Gestalt.1657-1945.Frankfurt.a M.1950.s.342.
11. T. Jurga…op.cit.s.483-498
12. E. Januła. Stalingrad inaczej./w/ Trybuna.nr.246/1999
13. Por .R. Abraham. Bitwa nad Bzurą.Warszawa.1959.MON.s.46 i nast.
14. T. Jurga…op. cit…s.483-498
15. Szerzej zob. W. Steblik .Armia Kraków kampanii wrześniowej 1939./w/ Małopolskie studia historyczne.z.1-2.Kraków.1965.s.56-78
16. T. Jurga…op.cit.s.484 i nast.
17. Por R. Dalecki .Armia Karpaty.Warszawa.1979.MON.s.207-226
18. E .Januła .Bitwa o Berlin. Historia prawdziwa./w/Księga pamiątkowa dla uczczenia 50 lecia pracy twórczej prof. Henryka Kocója. Katowice 2002.wyd. US.s.456-458
19. W .Steblik…op.cit.s.93-99
20. Szerzej.zob.T.Jurga.op.cit.s.498-502
21. F. Halder…op.cit.s.213-217
22. E. Januła. Ardeny./w/Trybuna.nr.342/2001

Czytany 12606 razy Ostatnio zmieniany poniedziałek, 14 wrzesień 2015 19:27