wtorek, 03 czerwiec 2014 09:02

Eugeniusz Januła: III wojna światowa - plany i realia

Oceń ten artykuł
(15 głosów)

nukeIIIwar  dr Eugeniusz Januła

Jak mogłaby wyglądać wstępna fazy III wojny światowej pod koniec lat 1970'? Ówczesny Związek Radziecki, rozpatrywany w kategoriach geopolitycznych, nie miał wówczas praktycznie innej szansy uzyskania decydującego światowego przodownictwa, aniżeli przez konflikt zbrojny. Decydenci w radzieckim politbiurze zastanawiali się wtedy czy taki scenariusz ma szansę powodzenia. Oto analiza militarno-polityczna tego zagadnienia. 

Późna wiosna 1978 roku była w Środkowej Europie jak zwykle pogodową przeplatanką. Upalne dni i zimne, a nawet mroźne noce. Trafiały się również typowe dla regionu kilkudniowe ulewy. Atmosfera polityczna była od dłuższego czasu bardzo napięta. Od 1976 r. powrócił w zasadzie okres „zimnej wojny”. Już od jesieni 1977 r. stosunki między USA i ZSRR w dalszym ciągu intensywnie się pogarszały. Można było odnieść wrażenie, że po stronie wschodniej funkcjonowała grupa polityków, którym zależało na pogorszeniu wzajemnych relacji międzypaństwowych. Obok zaawansowanych wiekowo „jastrzębi” z radzieckiego Politbiura, szczególną aktywność na polu medialnych ataków na „imperializm” wykazywali także przywódcy państw satelickich Erich Honecker i Gustav Husak. Na nerwową atmosferę wpływała też sytuacja ekonomiczna. ZSRR odnotował czwarty rok z rzędu bardzo kiepskie wyniki w rolnictwie. Musiano kupować za granicą ok. 30 mln ton zbóż rocznie – głównie w USA, Australii, Kanadzie i Francji. Podobne złe wyniki w produkcji żywności, notowały również państwa satelickie.

Tymczasem wyścig zbrojeń z jego nową fazą, wymagającą wdrażania bardzo nowoczesnych, ale jednocześnie kosztownych technologii, kosztował coraz więcej. Kierownictwo radzieckie wiedziało, że albo tę fazę wyścigu przegra albo alternatywnie doprowadzi kraj do ekonomicznego upadku. Pozostawała jednak trzecia równie realna alternatywa. Była nią szybka wojna, w wyniku której Układ Warszawski zagarnąłby Zachodnia Europę z jej technologiami, zasobami i wysoko kwalifikowanymi kadrami.

Wśród polityków Zachodu zdania, co do oceny sytuacji były podzielone, ale większość skłaniała się do tezy, że Układ Warszawski, a w szczególności radzieckie „jastrzębie” chcą wywołać wojnę. W sztabach i dowództwach wojsk nie było natomiast cienia złudzeń. Wszystkie dane wskazywały, że po stronie Układu Warszawskiego czyniono gorączkowe przygotowania do wojny ofensywnej.

W doktrynie wojennej ZSRR z lat 1970’ i pierwszych lat 1980’ zakładano zaskakujący atak zmasowanymi związkami pancerno-zmechanizowanymi, czyli jakby powtórzenie słynnych rajdów Gieorgija Żukowa, Konstantego Rokossowskiego, Iwana Koniewa i innych, tylko na znacznie większą skalę i przy użyciu dwóch kolejnych militarnych atutów. Miały być nimi taktyczno-operacyjne uderzenia jądrowe w newralgiczne punkty przeciwnika oraz operacje wojsk specjalnych – w tym powietrzno-desantowych.

Układ Warszawski od dawna rozważał i aplikacyjnie ćwiczył rozmaite warianty ataku, bo w ewentualne uderzenie Zachodu na NRD i dalej poprzez Polskę na ZSRR, nikt poważnie nie wierzył, mimo że propaganda Układu Warszawskiego stale karmiła swoje społeczeństwa okropnym mirażem imperialistycznej agresji.

Wariant wojskowy ćwiczono wielokrotnie. Ostatnią próbą generalną po wschodniej stronie były wielkie ćwiczenia „Tarcza 76”. Nie wszystko podczas tych manewrów poszło tak, jak oczekiwano. Przykładem tego jest znany i trochę śmieszny epizod, w którym dwóch adiutantów marszałka Dymitrija Ustinowa, praktycznie znosiło go z polowej trybuny na poligonie w Biedrusku, bo w kierunku tej trybuny posuwały się cztery czołgi T-34/85 bez załóg za to z zainstalowanymi ładunkami wybuchowymi, które nie zostały zdetonowane, bo zawiodły zwłoczne detonatory Te wielkie ćwiczenia odbywające się równolegle na poligonach kilku państw ówczesnego obozu socjalistycznego generalnie jednak potwierdziły, że szansa na zwycięstwo strony wschodniej jest całkiem spora, o ile tylko ruszy ona od razu z odpowiednio wielkim potencjałem do ataku. To wszystko prześladowało polityków, a także radzieckich wojskowych, bo zdawali sobie sprawę, że NATO z roku na rok uzyskuje zauważalną przewagę w zakresie jakości sprzętu wojennego, a po stronie wschodniej zawsze logistyka i sprzęt stanowiła przysłowiową pietę Achillesa.

U schyłku lat 1970’ ZSRR zgromadził bardzo pokaźny potencjał wojskowy. Siły lądowe składały się ze 152 dywizji pancernych, zmechanizowanych, powietrznodesantowych i piechoty morskiej. Siły te dysponowały 58 tys. czołgów, z których około połowę można było uznać w tym okresie za nowoczesne. Gorzej jednak było już z bojowymi wozami piechoty (BWP-BMP), z których tylko gąsienicowe BWP-1 i BWP-2 oraz kołowe BTR-60 i BTR-70 były wozami nowoczesnymi – było ich razem jedynie 9 tys. ZSRR dysponował natomiast tradycyjnie dobrej klasy artylerią, zarówno lufową, jak i rakietową, ale w zasobie tej pierwszej, tylko ok. 1/6 były to armaty i haubice samobieżne [1]. Atutem były natomiast wojska powietrzno-desantowe i desantowo-szturmowe. ZSRR w 1978 r. posiadał w linii 14 dywizji tych wojsk. Ponadto kilka samodzielnych brygad i pułków, co razem dawało wartość kolejnych 2 dywizji przeliczeniowych. Dalsze militarne argumenty to 6 dywizji piechoty morskiej oraz szereg samodzielnych, mniejszych jednostek tego rodzaju wojsk, co czyniło łączną wartość przeliczeniową jako 8 dywizji piechoty morskiej [2].

Odrębnym rodzajem wojsk, mimo że posługującym się podobną taktyką i sposobem walki był Specnaz. Ten rodzaj wojsk, pozostający pod bezpośrednim dowództwem GRU miał być swego rodzaju ostrzem lancy wojsk Wschodu w planowanej wojnie. Każdy Front (Grupa Armii) posiadał w swej dyspozycji brygadę wojsk „Specnazu”, poszczególne armie zaś, po pułku tych wojsk. Na szczeblu centralnym znajdowały się dalsze oddziały Specnzu. Nie tyle liczne, ile bardzo dobrze wyszkolone i przygotowane do działań specjalnych. W mobilizacji siły Specnazu zostawały potrojone, ale zawodowi żołnierze, których większość była na co dzień członkami wojskowych klubów sportowych, w zasadzie pozostawali na dotychczasowym poziomie liczebnym. Było to łącznie, wraz oczywiście z kobietami, których w oddziałach specjalnych było ok. 1/6 – do 40 tys. żołnierzy [3].

Inne rodzaje broni, jak np. lotnictwo czy marynarka wojenna nie były już atutami Rosjan, mimo że posiadali (wraz z sojusznikami, czy raczej satelitami) prawie równorzędną ilość maszyn latających. Jednak w zakresie awioniki, znajdowali się ok. 12–15 lat w tyle za państwami NATO. To poważnie rzutowało na możliwości lotnictwa wojskowego Wschodu. Z kolei marynarka wojenna państw Układu Warszawskiego, była zdecydowanie słabsza od NATO-wskiej. Jednak marynarka Wschodu miała przede wszystkim atakować komunikację aliantów na Atlantyku i Pacyfiku i w tym zakresie dysponowała potencjałem, z którym należało się liczyć. Szczególnie groźne mogły być szturmowe, atomowe okręty podwodne klasy A (nomenklatura zachodnia Alfa) [4].

Mobilizację i koncentrację sił planowano również i po stronie Zachodniej. Zarówno w Mons, Heidelbergu, jak i Norfolk i Waszyngtonie doskonale zdawano sobie sprawę, że wynik wojny o Europę, będzie zależał od tego, w jakim czasie uda się wzmocnić siły VII Amerykańskiej Armii Polowej, tj. uzupełnić oba stacjonujące stale w Europie korpusy oraz przewieźć z terenu USA kolejny Korpus (XIII), wchodzący organicznie w strukturę VII Armii Polowej. Podobnie, jak i transporty Brytyjczyków, mające na celu uzupełnienie kontyngentów Brytyjskiej Armii Renu. Francuski III Korpus, stacjonujący w czasie pokoju w rejonie Koblencji (RFN) miał być też szybko rozbudowany do rozmiarów armii polowej. Sama Republika Federalna – najbardziej zagrożona – posiadała bardzo drobiazgowe plany szybkiej mobilizacji dodatkowych ludzi i sprzętu, tak żeby podnieść stan wojsk do 36 dywizji polowych Bundeswehry oraz dalszych 24 Landhwehry [5].

Pozostawały małe państwa, takie jak kraje Beneluksu, Dania czy Norwegia. Dysponowały one niewielkim potencjałem. Ponadto rządy, a również znacząca część opinii publicznej tych państw, reprezentowała nastroje pacyfistyczne, co nie mogło budzić optymizmu w wypadku działań wojennych. Ponadto w Danii i Norwegii nie stacjonowały w okresie pokoju wojska innych państw NATO. Miały one przybyć dopiero po ewentualnym wybuchu wojny. Niektórzy optymistyczni, ale również naiwni politycy z tych krajów sądzili nawet, że taki stan rzeczy ocali ich państwa przed agresją.

Amerykanie nie mieli jednak złudzeń – wiedzieli, że głównym celem strategicznym Rosjan jest jak najszybsze „przejechanie” Zachodniej Europy i przejście Pirenejów. Następnie mieli dojść do głosu dyplomaci. Rosjanom nie opłacała się wymiana strategicznych ciosów atomowych z USA, ponieważ byłoby to również wysoce niekorzystne dla Amerykanów. Istniała zatem spora szansa na to, że po zajęciu Zachodniej Europy Amerykanie będą musieli wycofać się z wojny. Dyplomaci i wojskowi amerykańscy ostrzegali rządy Finlandii, Szwecji, Austrii i Szwajcarii, że również padną ofiarą potencjalnej agresji ze Wschodu. Zainteresowani traktowali to ostrzeżenie bardzo poważnie, ale tylko Szwecja i w pewnej mierze Szwajcaria mogły stawiać poważny i w miarę skuteczny opór [6].

Atak radziecki planowano na późną wiosnę 1978 r. Pierwsze cele jądrowych ataków to Rotterdam, Antwerpia, Hawr, Hamburg, Belfast, Genua oraz kilkanaście innych portów w Zachodniej Europie. Celami na tym etapie były także bazy lotnicze w Ramstein, Edynburgu, Awiano, Torejon i kilkunastu innych. Miały zostać zaatakowane też centra dowodzenia, mobilizacji i łączności [7].

NATO na te uderzenia było przygotowane tylko częściowo. Znaczącą część dowództw, sztabów i baz logistycznych planowano już wcześniej przenieść w inne miejsca. Jednocześnie po ok. 1,5–2 godzinach, NATO zamierzało odpowiedzieć taktycznym atakiem nuklearnym na ok. 450 celów Układu Warszawskiego – od Łaby aż po rejon Donu. Planowano zniszczyć zgrupowania wojsk, bazy kwatermistrzowskie oraz przede wszystkim mosty i szlaki komunikacyjne m.in. wszystkie mosty na Odrze i Wiśle.

Rosjanie zamierzali także podjąć działania uprzedzające. Zamierzano wykorzystać w tym celu radzieckie ambasady, placówki Aerofłotu, biura turystyczne i inne przedstawicielstwa. ZSRR już pod koniec zimy zamierzał co najmniej podwoić stan personelu w tego typu placówkach. Oczywiście zdawano sobie sprawę z pewnej prawidłowości, tzn. że w miejsce starszych wiekiem pracowników będą przybywać ze Związku Radzieckiego ludzie młodzi, wysportowani, choć rzadko orientujący się w przedmiocie fikcyjnej „pracy”, co nie ujdzie uwadze kontrwywiadów państw NATO. Na terenach państw Zachodniej Europy od lutego 1978 r. pojawiało się coraz więcej wycieczek z ZSRR. Tak się składało, że dla większości z nich planowano długotrwałe trasy turystyczne. Niektóre obliczono nawet jako trzymiesięczne podróże. Kontrwywiady państw zachodnich liczyły, że już w marcu będzie podróżowało po Europie prawie 400 radzieckich autobusów z „turystami”. W związku z tym podjęto decyzje, że od lutego przestanie wypuszczać się dalsze pomimo, że radzieckie biura turystyczne usilnie będą się starać o udzielenie zezwoleń na następne ok. 600 autobusów. W tym okresie, zgodnie z podjętymi decyzjami, nie będzie się wydawać wiz i wpuszczać na Zachód ekip radzieckich „sportowców”, zespołów folklorystycznych itd.

Liczono, że Rosjanie szybko odpowiedzą utrudnieniami w dostępie do Berlina Zachodniego, ale Zachód się już tym specjalnie nie przejmował. Wiedziano, że ta wysunięta palcówka jest stracona, a kontyngent żołnierzy NATO-wskich, który się tam znajdował miał się bronić ok. 16 godzin.
W tygodniach poprzedzających wojnę kontrwywiady i policje państw zachodnich miały „odstawić” znaczną część wycieczek i innych ekip z ZSRR z powrotem na granicę, ale liczono się i z tym, że co najmniej w kilkunastu wypadkach, zastanie się już tylko puste autobusu, a turyści, czytaj „specnazowcy” „rozbiegną się”. Zamierzano również odesłać do granicy znaczącą część „nadliczbowego” personelu różnych instytucji radzieckich. Nie mogło to jednak dotyczyć pracowników ambasad i konsultantów, gdyż mieli oni częściowo paszporty dyplomatyczne lub przybyli na zasadzie porozumień międzynarodowych. W związku z tym planowano wcześniej obstawić placówki dyplomatyczne i konsularne ZSRR specjalnymi oddziałami policji, uzbrojonymi w broń ciężką [8].

Liczono się również z tym, że ok. godziny 20.00 dnia poprzedzającego wybuch wojny, ZSRR będzie awizował przeloty tranzytowe dużej ilości samolotów transportowych Aerofłotu z tzw. dostawami humanitarnymi dla głodującej ludności Afryki. Służby kontroli przestrzeni powietrznej NATO miały nie akceptować tych przelotów. Mimo to, z wysokim prawdopodobieństwem szacowano ze co najmniej około 80 samolotów typu Ił-76, AN-12 Ukraina oraz Ił-18 i Ił-14 wejdzie w przestrzeń powietrzną NATO bez zezwolenia. Poderwane w trybie alarmowym myśliwce miały próbować zmusić te maszyny do zawrócenia lub lądowania. Gdyby jednak piloci radzieckich transportowców nie reagowali, miano otworzyć ogień. Prawie wszystkie samoloty zapewne by strącono, lecz ok. 30 z nich udałoby się zapewne na tereny Beneluksu, Danii i Niemiec, aby dokonały zrzutu spadochroniarzy.

Ok. godz. 2.00 nad ranem w przestrzeni powietrznej NATO oczekiwano wtargnięcia drugiej fali 350 samolotów transportowych Układu Warszawskiego. Byłyby eskortowane przez własne myśliwce startujące ze względu na zasięg z lotnisk NRD i Polski. Nad terytorium RFN rozegrałaby się pierwsza bitwa powietrzna. Górę w niej musiało wziąć lotnictwo państw NATO. Mimo to zakładano, że ok. 90 samolotom transportowym uda się dokonać zrzutu oddziałów specjalistycznych i dywersyjnych [9].

Wyspa Bornholm stanowiła wysunięty bastion NATO na Morzu Bałtyckim. Bronić jej miały dwie duńskie brygady, wzmocnione batalionami: brytyjskim i niemieckim. W ostatnich miesiącach przed konfliktem, na lotnisko w Ronne planowano przebazowanie dwóch eskadr samolotów szturmowych Tornado i starszych F-4 Phantom. Na wyspie było zainstalowanych również kilkanaście wyrzutni rakiet przeciwlotniczych oraz ziemia-morze.

Armada inwazyjna, która miała w rezultacie szybko opanować tę wysuniętą placówkę, miała zbliżyć się do brzegów wyspy około godziny 3.40 rano, a w skład jednostek atakujących miały wejść polska 7 Dywizja Amfibii Szturmowych (niebieskich beretów), radziecka 4 Dywizja Piechoty Morskiej oraz, w drugim rzucie, 41 Dywizja Zmechanizowana Bałtyckiego Okrętu Wojskowego. Inwazja miała zostać poprzedzona desantem powietrznym 26 Specjalnej Brygady Desantowo-Szturmowej, która w czasie pokoju stacjonowała na polskim poligonie w Drawsku Pomorskim. Planowano, że ta dwutysięczna jednostka w okresie przelotu i lądowania może ponieść do około 40% strat. Tym niemniej była to elitarna jednostka i nawet w mocno przerzedzonej liczbie, mogła rozpocząć po wylądowaniu efektywną walkę o opanowanie poszczególnych odcinków plaż, na których miały wylądować siły inwazyjne. Kompania „Specnazu”, pozostająca w składzie brygady, po zebraniu się, miała z zaskoczenia zlikwidować ośrodek łączności NATO, położony w centrum wyspy. Ten newralgiczny punkt był jednak dobrze umocniony i broniony przez duńską kompanię. Zatem, gdyby pierwszy atak na ośrodek łączności nie powiódł się, to specnazowcy mieli przegrupować się, by podjąć kolejny atak – tym razem na lotnisko w stolicy wyspy, którego jak przewidywano nie uda się zniszczyć atakiem radzieckich SU-24, startujących z lotnisk w rejonie Kołobrzegu. Chodziło o to, że Tornada i Phantomy, zarówno te startujące z bazy na wyspie, jak i z lotnisk w Szlezwiku-Holsteinie szybko zlokalizują konwoje sił wschodnich, płynące w kierunku wyspy oraz pozostające jeszcze w portach Ustki i Kołobrzegu. Mimo silnej obrony przewidywano, że 45% okrętów desantowych zostanie zatopionych. Bazy w Ustce i Kołobrzegu miały otrzymać podobnie, jak Świnoujście i Rostock, uderzenia jądrowe, tak, aby zostać zupełnie zniszczone. Mimo to, zapewne pierwsze rzuty wojsk inwazyjnych wylądowałyby, a oddziały polskie i radzieckie, pomimo strat również na dobrze rozmieszczonych polach minowych, podjęłyby walkę o wyspę. Po wylądowaniu, które miałoby nastąpić w trzeciej dobie walk, los wyspy byłby przesądzony. Straty wśród atakujących byłyby jednak bardzo poważne.

Rosyjskie oddziały miałyby pozostać na wyspie jako kontyngent okupacyjny. Natomiast polską 7 Dywizję, przewidywano ewakuować na polskie wybrzeże. Jednostka miałaby następnie zostać włączona do 2. Armii WP, atakującej Jutlandię w ramach III (Polskiego) Frontu Zachodniego. Lecz w polskim sztabie generalnym liczono, że z elitarnej 7 Dywizji niebieskich beretów pozostanie niecałe 20% stanu osobowego, a reszta zostanie wyeliminowana z walki. Stad też, decyzją Naczelnego Dowódcy WP, przewidywano skierowanie resztek dywizji w celu uzupełnień na południowy kraniec poligonu Wicko Pomorskie. W miejsce 7 Dywizji, do II Armii WP przewidziano skierowanie 27 Dywizji Rezerwowej, mobilizowanej w rejonie Opole-Nysa-Prudnik, dla 3 Armii WP. Była to jednak już dywizja drugiego rzutu, złożona w 90% z rezerwistów. Aparat polityczny (GZP-WP) zwracał uwagę, że większość żołnierzy dywizji rezerwowych ma niechętny stosunek do wojny, a wręcz wrogi do panoszących się wszędzie Rosjan [10].

III Front Zachodni (Polski) wykonywałby kluczowe zadania w pierwszym fragmencie wojny. Miał on silnymi, pancernymi uderzeniami częścią sił – czyli jedną wzmocnioną armią – zająć Półwysep Jutlandzki. Tym wzmocnieniem były dwie dywizje powietrznodesantowe. Polska 6 Dywizja, w czasie pokoju stacjonująca w okolicach Krakowa i Bielska-Bialej, oraz 3 Gwardyjska Desantowo-Szturmowa z Tuły.

Szybkie zdobycie Półwyspu Jutlandzkiego miało na celu rozcięcie frontu obrony na dwie części. Jutlandia, wraz z wyspami, zamykała bowiem wyjścia dla strony wschodniej z Bałtyku. Natomiast Rosjanom było pilno wprowadzić okręty podwodne i kutry rakietowe Floty Bałtyckiej na Morze Północne.

Lądujące wojska powietrznodesantowe mogłyby napotkać silny opór, a nad Półwysep i sąsiednie wyspy mogłaby dolecieć tylko część transportowców AN-12. Sporo z nich zniszczyłyby mające coraz większą przewagę w powietrzu myśliwce NATO. Jednak spadochroniarze polscy i rosyjscy byliby od dawna przygotowywani i szkoleni do walki w okrążeniu, przy dużych stratach własnych. Na płaskich, bezleśnych równinach Jutlandii spadochroniarze traciliby jednak swój wielki atut – skrytość działań i w praktyce musieli walczyć, jak piechota. Nie dysponowali także – z wyjątkiem moździerzy – żadną bronią ciężką, bo w pierwszej dobie nie opanowanoby żadnego wielkiego lotniska, na którym można byłoby taki sprzęt wyładować. Ponadto próby zrzutów, które zdawały rezultat na poligonach w czasie ćwiczeń, realnie mogły dać oddziałom wschodnim bardzo mizerne korzyści. Większość samolotów transportowych w pierwszej dobie walki zostałaby zniszczona przecież jeszcze w powietrzu.

10 Batalion Powietrzno-Desantowy z 6 Dywizji Polskiej otrzymał zadanie uchwycenia zachodnich wyjść z Kanału Kilońskiego. Następnie szybko zorganizowałby obronę okrężną, wykorzystując różne konstrukcje i budowle. Miał czekać na podejście własnej 8 Dywizji Pancernej, która starała się pancernym zagonem przeciąć podstawę Jutlandii. W prawo, na północ od niej, podobne zadanie otrzymała 20 Dywizja Pancerna. W tym czasie siły NATO działające w tym rejonie, czyli Korpus Armijny Bundeswehry i całość zmobilizowanych sił duńskich, mogłyby, broniąc się, zadać agresorowi bardzo poważne straty. Z kolei polskich spadochroniarzy mieliby atakować niemieccy grenadierzy pancerni oraz część sił dobrze wyszkolonej duńskiej brygady obrony terytorialnej. Dowódca batalionu miałby się skutecznie bronić sie ok. 6 godzin. Na więcej nie miałby zresztą amunicji, a żadne zaopatrzenie w tym czasie nie dotarłoby [11].

Inne pododdziały powietrznodesantowe miałyby w tym czasie zdobyć 2 lotniska w środkowej części półwyspu. Natomiast elitarna dywizja radzieckich spadochroniarzy z Riazania, otrzymała zadanie opanowania wschodnich wylotów Kanału Kilońskiego, co też było zadaniem bardzo ryzykownym –bowiem planowano ją zrzucić około 25 km na północ a tym samym Rosjanie musieliby się przebić w kierunku Kanału. Zapewne musieliby walczyć z niemieckimi czołgami typu Leopard, do czego nie mieli skutecznie działającego sprzętu. Ponadto znajdowaliby się pod ciągłym ogniem dobrze wystrzelanej artylerii. Nie byłyby to jedyne kłopoty Rosjan w tej fazie walki. W rejonie Sundu i Wielkiego Bełtu zamierzano wysadzić też po wzmocnionym pułku Specnazu. Żołnierze tej formacji mieli zablokować wyloty cieśnin i uniemożliwić ewakuację sił NATO drogą morską. Jednak, podobnie jak i w innych rejonach, nie można byłoby wysadzić desantów w sposób skryty. Transport powietrzny był elementem zawodnym i liczono się z tym, że zarówno 45., jak i 47. pułki „Specnazu” będą, w rezultacie strat poniesionych podczas transportu, przedstawiały siłę najwyższej wzmocnionego batalionu. W tej sytuacji trzeba było raczej myśleć o własnym interesie, czyli obronie po wylądowaniu, a nie brawurowym ataku [12].

Gros sił 3. Frontu Zachodniego miało jednak za wszelka cenę przedostać się na zachód. Dowódcą frontu miał być bynajmniej nie general Wojciech Jaruzelski, ale mocno zrusyfikowany generał Eugeniusz Molczyk, znany m.in. z tego, że nawet na ćwiczeniach rozkazywał atakować, nie oglądając się hipotetyczne straty. Do niego Rosjanie mieli pełne zaufanie, podobnie jak do generałów Włodzimierza Oliwy i Józefa Baryły. Ten ostatni zresztą był politrukiem, jakby przeniesiony żywcem z epoki Józefa Stalina. Front Polski w drugiej dobie wojny miał osiągnąć Hamburg. Zresztą w noc agresji na przedpolach tego wielkiego miasta przewidziano wysadzenie kolejnego operacyjnego desantu spadochronowego. Były to nominalnie dwie radzieckie dywizje powietrznodesantowe. Nominalnie, gdyż wieczorem pierwszego dnia wojny siły te mogły zmniejszyć się do przeliczeniowo jednej. Jak zwykle zniszczonoby dużą część maszyn transportowych. Ponadto strefa Hamburga byłaby silnie broniona. Wprawdzie spadochroniarze radzieccy mieli na początek przeciwko sobie tylko trzy brygady Landwehry, czyli teoretycznie wojska o mniejszej wartości, ale mogło okazać się, że starsi wiekiem niemieccy żołnierze z mobilizacji czują się na znanym sobie terenie całkiem dobrze. Sytuację radzieckich spadochroniarzy, nieco polepszał fakt, że teren, który mieli zająć, był w znacznej części zurbanizowany, a więc łatwiej było się tam bronić. Desant morski jednak, z którym skorelowano działania desantu spadochronowego, miał z kolei przy silnie bronionym wybrzeżu słabe szanse powodzenia.

Planowano, że do portu w Hamburgu wejdą trzy cywilne statki polskie i jeden radziecki, które w ładowniach, zamiast towarów będą miały po 900 morskich specnazowców. Plan ten był znany stronie zachodniej i statki te miały zostać przejęte na redzie Hamburga przez Brytyjczyków. Statek radziecki i polskie zamierzano od razu zatopić – wraz ze wszystkimi, którzy się na nich znajdowali, a port w Hamburgu, przynajmniej jego newralgiczne części, musiały działać mimo, że spodziewano się otrzymania uderzenia 50 KT głowicą.

Większość sił i środków III Frontu Zachodniego miały się w walkach posuwać na zachód. Pozostałe we Froncie I i II (pancerna) Armie WP oraz 16 ogólnowojskowa i 37 pochodząca z mobilizacji, armie ZSRR, stanowiłyby zbyt dużą siłę dla usiłujących ich powstrzymać trzech korpusów: zachodnioniemieckiego, brytyjskiego i holenderskiego. Wprawdzie miał wejść na tym odcinku do walki kolejny korpus holenderski, ale w pierwszej i drugiej dobie wojny dopiero się mobilizował. Wyczekiwany był także XIII Korpus Amerykański, ale znajdował się dopiero w Europie w połowie swego stanu osobowego. Kolejne dwie dywizje tego Korpusu dopiero płynęły przez Atlantyk. W trzeciej dobie wojny pancerne czołówki III Frontu Zachodniego nawiązałyby zapewne łączność z własnymi spadochroniarzami, broniącymi się na wschodnich obrzeżach Hamburga.

II Front Zachodni miałby uderzać na centrum obszaru RFN. Była to w praktyce pokojowej najsilniejsza, Centralna Grupa Wojsk Radzieckich, stacjonująca w NRD oraz całość wojsk tego ostatniego państwa. Razem – 22 dywizje radzieckie i 6 NRD w pierwszym i odpowiednio 12 i kolejne 6 w drugim rzucie. Ten front miał już w drugim dniu wojny dojść do Nadrenii, a w czwartym przekroczyć granicę niemiecko-francuską. Cztery radzieckie armie, w tym dwie pancerne, składające się na wojska tego frontu, miały postawione jedno zadanie – iść do przodu i nie bawić się w zdobywanie poszczególnych punktów oporu. Głownie zapasy materiałów wojennych strony zachodniej, centra dowodzenia, łączności oraz ośrodki mobilizacyjno-szkoleniowe mieściły się w pasie o szerokości ok 80 km ziemi niemieckiej wzdłuż granicy z Francją. Dobra lub zła praca tych właśnie struktur mogłaby zdecydować o przebiegu i w konsekwencji wyniku pierwszego etapu wojny. Dowództwo Zachodniego Teatru (w nomenklaturze radzieckiej – Kierunku) Działań wojennych pozostające w Legnicy, na terytorium PRL, też doskonale o tym wiedziało. Dlatego uniemożliwienie pracy ośrodkom militarnym, położonym na zachodzie RFN było jednym z pierwszoplanowych celów dowództwa i sztabów Układu Warszawskiego [13].

Na głębokim przedpolu nacierających związków pancerno-zmechanizowanych II Frontu Zachodniego miano zrzucić trzy rosyjskie dywizje powietrznodesantowe, a w strefie Nadrenii i Zagłębia Ruhry dodatkowo silne pododdziały Specnazu wraz z pierwszym polskim batalionem specjalnym z Lublińca. Te jednostki miały działać w małych, siedmioosobowych grupach dywersyjnych i występować w mundurach niemieckich. Trudno dzisiaj odpowiedzieć, czy żołnierze tych formacji zdawali sobie sprawę, co się z nimi stanie, jeżeli zostaną schwytani w obcych mundurach lub ubraniach cywilnych…

Desanty jednak nie poszłyby tak dobrze, jak planowano. Z trzech wysłanych dywizji wylądować mogło przeliczeniowo najwyżej około półtora, a reszta stanu osobowego w czasie przelotu zostałaby na pewno stracona, ponieważ, mimo że samoloty transportowe miały lecieć pod silną eskortą własnych myśliwców, maszyny NATO zestrzeliłyby co najmniej połowę z nich. Straty w samolotach myśliwskich też byłyby poważne, zresztą po obu stronach, tyle że zapewne więcej spadłoby na ziemię maszyn strony wschodniej. Na ziemi, po wylądowaniu spadochroniarze też musieli trafić na dobrze zorganizowaną i przygotowaną obronę. Natomiast nieco lepsze powodzenie mogli odnotować specnazowcy. Niewielkie gabarytowo samoloty Jak-40 mogłyby lecieć nisko nad ziemią i wielu z nich udałoby się przeniknąć przez obronę i dokonać desantowań. Specnaz mógłby przystąpić do działań, gdyż w wielu miejscach mieli czekać na nich, działający od dawna agenci z przygotowaną logistyką itp. oraz „turyści” i „dyplomaci”, którym udało się przetrwać. Tyle, że tu mogły czekać na żołnierzy wojsk specjalnych niespodzianki – większości agentów i baz logistycznych po prostu już by nie było. Służby kontrwywiadowcze państw zachodnich działały profesjonalnie i o większości agentów i mini baz materiałowych od dawna wiedziały, a w swoim czasie musiałyby zareagować. Również należało się spodziewać, że będzie możliwe schwytanie sporej części grup bojowych, którymi w gruncie rzeczy byli turyści, „urzędnicy” i znaczna część dyplomatów. Oczywiście, nie mogło się to odbyć również bez strat w ludziach po stronie zachodniej, gdyż osaczeni żołnierze Specnazu zazwyczaj drogo sprzedawali swoje życie.

Na terenie Zagłębia Ruhry wylądować miało ok. 160 polskich żołnierzy z batalionu specjalnego z Lublińca. W wyszkoleniu nie ustępowali w niczym specnazowcom. Co prawda, w rejon działań ruszyć miało ok. 350 żołnierzy, lecz z góry zakładano że znacząca część samolotów zostanie zestrzelona. Natomiast ci, którzy byli zdolni do podjęcia działań, rozdzieliwszy się na podstawowe, siedmioosobowe grupy, mieli niszczyć przede wszystkim obiekty infrastruktury gospodarczej. Wśród nich znajdowały się 4 grupy płetwonurków, którym postawiono zadanie zniszczenia 11 ważnych mostów. Polacy chcieli i mieli działać w swoich mundurach, lecz pod naciskiem Rosjan kazano im na mundury polskie nałożyć mundury Bundeswehry. Polacy, w odróżnieniu od radzieckich komandosów, mogli zdawać sobie sprawę ze śmiertelnych konsekwencji takiego czynu i większość zapewne po wylądowaniu zrzuciłaby obce mundury. W takim wypadku mieliby przynajmniej formalne prawa kombatanckie. Formalnie, bo przecież musieliby mieć świadomość, że żołnierzy sił specjalnych traktuje się praktycznie wszędzie także specjalnie [14]. Radzieccy specnazowcy w odróżnieniu od polskich komandosów, bez wahań mieli używać mundurów poszczególnych armii NATO. Nie miało to jednak większego znaczenia, poza chwilową konsternacją. Po schwyceniu żołnierzy w obcych mundurach sądy polowe natychmiast rozwiązywały problem – z wiadomym skutkiem.

Należało się spodziewać, że radzieccy specnazowcy mimo, że w znacznie przerzedzonej liczbie, będą działali jednak z właściwą im determinacją, połączywszy siły kilku oddziałów (prawie 500 ludzi) mieli zaatakować w pierwszej kolejności instalacje łączności NATO na zachód od Bad Godesberg. Złożyć należy, że dużą cześć z tych instalacji udałoby się im zniszczyć, co spowodowałoby dotkliwą szkodę w systemie łączności NATO. Natomiast ogromne straty, jakie by przy tym ponieśli atakujący, miałoby znaczenie trzeciorzędne…

Inne grupy mogły czasowo opanować kilka mniejszych, gorzej bronionych lotnisk, lecz to też byłoby „pyrrusowe zwycięstwo”. Siły NATO dysponowały w głębi swojego obszaru operacyjnego specjalnymi siłami, których zadaniem miało być szybkie odbicie tego rodzaju obiektów, a naprawa pasów startowych i zainstalowanie nowych urządzeń nawigacyjnych miało potrwać przynajmniej 48 godz. Wiadomo było także w NATO o planach ataków na centra polityczne i dowództwa wojskowe. Spodziewano się ataków m.in. w Paryżu, Bonn i Lizbonie, dlatego obiekty polityczne były dobrze zabezpieczone i bronione, a ponadto sztaby i gremia polityczne już co najmniej od kilkunastu dni przed hipotetycznym terminem wybuchu działań wojennych miałyby pracować w przygotowywanych od dawna, zakonspirowanych kwaterach. Poza specnazowcami na terenie RFN, miały się pojawić dywersyjne grupy NRD-owców – zarówno tych ze Stasi, jak i NAL (Narodowej Armii NRD). Niemniej liczono się z tym, że co najmniej połowa z nich ujawni się i przejdzie na stronę zachodnią.

W drugim dniu wojny, na środkowym odcinku frontu, obrońców miały wzmocnić siły francuskiego III Korpusu Armijnego, a praktycznie już III Armii Polowej. Francuzi nigdy nie zasypywali gruszek w popiele i byli zawsze stosunkowo dobrze przygotowani do działań wojennych. Tempo postępu wojsk wschodnich od razu musiałoby poważnie zmaleć, a Francuzi sygnalizowali, że do walki w ciągu 48 godz. wejdzie kolejna I Armia Polowa. Na froncie miałyby także pojawić się pierwsze dwie dywizje hiszpańskie i jedna portugalska. W dowództwach NATO doskonale zdawano sobie sprawę, że przyhamowanie w tej fazie postępu wojsk II Frontu Zachodniego jest zadaniem pierwszoplanowym.

W silosach na płaskowyżu Albion w Masywie Centralnym znajdowały się na wyrzutniach 42 francuskie rakiety strategiczne średnio-dalekiego zasięgu. Bez trudu każda z nich mogła zmieść z powierzchni ziemi Moskwę lub Leningrad. Zasięg tych pocisków sięgał Uralu i Kaukazu. Ponadto, co nie było specjalną dla Rosjan tajemnicą – Francuzi w ciągu 2 godz. po wystrzeleniu mogli „doładować” każdy z silosów nowym pociskiem – rezerwowym. Te francuskie pociski były dla Rosjan bardzo dużym problemem, gdyż Francuzi mogli odpalić łącznie 84 rakiety, wymierzone w terytorium ZSRR bez szczególnego ryzyka oraz dalsze 64 zlokalizowane na francuskich okrętach podwodnych. Dalsze ok. 50 głowic przeznaczonych było do przenoszenia przez samoloty Mirage-IV” [15]. Kolejne 80 mniejszych głowic przenosiły samoloty Super Ethendart, bazujące na lotniskowcach: Foch i Clemensau [15].

Francuzi odpaliliby swoje rakiety szczególnego ryzyka, ponieważ Rosjanie nie mogli odpowiedzieć uderzeniem, które zmiażdżyłoby Francję, chociaż mieliby w dyspozycji o wiele więcej pocisków i głowic niż Francja. Nawet nie o to chodziło, że przeznaczone były głównie po to, żeby trzymać w szachu podobny potencjał w Stanach Zjednoczonych. Po prostu Rosjanie bez przemyślenia uderzyć i zniszczyć terytorium Francji nie mogli, ponieważ chcieli je zdobyć później i korzystać z gospodarki i zasobów tego państwa. Zresztą nie tylko z zasobów Francji, ale całej Zachodniej Europy i wobec tego należało przejąć całą infrastrukturę gospodarczą w jak najlepszym stanie, a taktyczno-operacyjne uderzenia jądrowe, dokonane na samym początku pierwszej fazy wojny, także miałyby przecież swoje znaczące, destrukcyjne znaczenie. Rosjanie musieliby być teraz bardzo wstrzemięźliwi w dalszych uderzeniach jądrowych, bo na przejęciu poatomowej pustyni im raczej nie zależało. Właśnie fatalny stan ekonomiki państw Układu Warszawskiego był jedną z decydujących przesłanek rozpoczęcia wojny.

Francuzi nie mieli takich dylematów, gdyż dobrze wiedzieli, że głębokość operacyjna terytorium RFN, to tylko ok. 300 km. Rosjanie mieliby spore szanse przekroczyć Ren w ciągu 8-9 dni. Reasumując, wszystko co opóźniało, również pośrednio, postępy wojsk Układu Warszawskiego, byłoby Francji na rękę. Jeżeliby wojska Wschodu znalazłyby się nad Renem, Francuzi mieli zamiar uderzyć pełną salwą strategiczną, a Rosjanie prawdopodobnie nie mogliby na nią odpowiedzieć.

W sztabach ZSRR także rozważano ten problem i przywiązywano do niego dużą wagę. Pozostawało wyjście teoretycznie najprostsze: wysadzić odpowiednio silne oddziały Specnazu, które miałyby w szybkim tempie opanować poszczególne rakietowe silosy, a przede wszystkim zniszczyć francuskie centrum dowodzenia i koordynacji.

W czasie pokoju, obok licznych posterunków Gwardii Republikańskiej i oddziałów wartowniczych, francuskie rakiety strategiczne ochraniał pułk Legii Cudzoziemskiej na pełnym, wojennym etacie. Taka ochrona gwarantowała skuteczność. Rosjanie mieli natomiast świadomość, że w pełni skompletowany pułk legionistów w chwili wybuchu wojny musi znaleźć się niemal natychmiast na pierwszej linii frontu (co prawda, pozostawał w koszarach Legii oddział mobilizacyjno-marszowy), ale reprezentował on niewielką, w porównaniu z macierzystym pułkiem, wartość bojową. Tym bardziej, że doszkalał i wysyłał jako uzupełnienia kolejne kontyngenty legionistów na front. W miejsce Legii miały przybyć 4 bataliony wojsk obrony terytorialnej oraz pełny batalion specjalny Gwardii Republikańskiej.

Rosjanie zamierzali wysadzić w rejonie płaskowyżu Albion 41., 42. i 44. pułki Specnazu, tak aby w okolicy celu znalazło się ok. 950 gotowych na wszystko żołnierzy. Zakładano, że dwa razy tyle zginie w czasie transportu lotniczego oraz w czasie lądowania. Zgodnie z wypracowaną od wielu lat taktyką, ocaleni natychmiast tworzyliby nowe oddziały i w walce mieliby posuwać się w kierunku francuskich instalacji. Wielu z nich na pewno by zginęło, jednakże francuscy żołnierze obrony terytorialnej nie stanowiliby wystarczającej przeszkody i oczywiste byłoby,  że w ciągu ok. 1,5–2,5 godz. radzieccy komandosi mogą opanować poszczególne silosy. Dwa szwadrony szturmowych śmigłowców Gazelle, które miałyby przybyć obrońcom na pomoc, opóźniłyby pochód specnazowców i przysparzały im dalszych strat, lecz powstrzymać ich nie mogły. Pierwsze związki pancerno-zmechanizowane mogły dotrzeć na pomoc dopiero po około 5 godz., bo saperzy Specnazu zrywaliby skuteczne możliwości komunikacyjne. Również brygada obrony terytorialnej, podążająca z kierunku południowego musiałaby w walce torować sobie drogę do Albion, gdyż na jej drodze stanęłyby zapewne nieliczne, ale skutecznie walczące i opóźniające grupy Specnazu [16].

W tej sytuacji prezydent Francji, przebywający w podziemnym stanowisku dowodzenia, mieszczącym się w Masywie Centralnym (ok. 80 km na południe od płaskowyżu Albion), musiałby podjąć decyzję, iż 42 pociski na paliwo stałe, z których każdy niósł co najmniej 200 KT głowic, wystartowałyby. Niedługo potem z pasów startowych poderwałoby się 50 maszyn Mirage-IV, a każda z nich miała podczepioną głowicę o mocy 50 KT. Ze startem rakiet z atomowych okrętów na pewno by się wstrzymano. Natychmiast po starcie pierwszego rzutu rakiet na stanowiskach startowych w silosach podjęto by procedury doładowania. Musiałoby to jednak trochę potrwać, bo Francja w tym okresie nie miała opanowanej technologii odpalania pocisków „na zimno”, a zastąpić ją miał skomplikowany system chłodzenia i wentylacji. Podkreślić jednak trzeba, że czynności te demaskowały jednak stanowiska startowe, ale tu już alternatywy nie było. Kolejne linie oporu francuskich żołnierzy otrzymałyby w takim wypadku rozkaz walki do końca. W bitwie o to, czy Francuzi zdołają odpalić koleją serię rakiet, mógł zacząć się rysować wyraźny kryzys, tym bardziej, że 550 żołnierzy policyjnych, sił specjalnych Gwardii Republikańskiej dysponowało nie gorszym wyszkoleniem niż Specnaz [17].

Tymczasem francuskie rakiety pomknęłyby na Wschód, co nie byłoby tajemnicą dla Rosjan. Były one przeznaczone nie tyle do uderzeń w cele sensu stricte wojskowe, lecz miałyby zniszczyć największe miasta – od Mińska i Kijowa po Moskwę i Leningrad. Takie zadania stawiała francuska doktryna wojenna, pozostając niezmieniona od czasów Charlesa de Gaulle’a. Marszałek Iwan Pawłowski, który miał dowodzić z Legnicy grupą trzech najważniejszych frontów, czyli 1-3 na kierunku zachodnim, na pewno zażądałby od swojego szefa, marszałka Nikołaja Ogarkowa (który przebywałby w leżącym ponad 150 m pod ziemią stanowisku dowodzenia w Samarze) natychmiastowej odpowiedzi nuklearnej Lecz N. Ogarkow, który przebywał tylko o piętro wyżej od całego areopagu Biura Politycznego z Leonidem Breżniewem na czele, musiał być znacznie ostrożniejszy.

I Front Zachodni miał ruszyć z południowo-wschodniej części NRD oraz wschodniej części Czechosłowacji. Tu, obok 14 dywizji radzieckich i całości sił czechosłowackich, czyli 12 dywizji, w skład tego frontu wchodziła też część armii węgierskiej – 6 dywizji. Front ten miał uderzać zarówno w obszar południa Republiki Federalnej, jak i w Austrię. Armia austriacka, która w czasie pokoju liczyła 34 tys. zawodowych żołnierzy, miała zostać rozbita na wschód od Wiednia. W opinii radzieckich wojskowych nie stanowiła poważnie liczącej się przeszkody, tym bardziej, że o realnym oporze można było pomyśleć dopiero w zachodniej części Austrii, która była już obszarem wybitnie górzystym. Rosjanie zamierzali jednak szybko przejechać przez niziny naddunajskie i ze zdobytego już terenu wschodniej Austrii uderzyć w prawą flankę V Korpusu Amerykańskiego, który miał bronić się wzdłuż granicy niemiecko-niemieckiej i niemiecko-czeskiej.

Aby wzmocnić i przyspieszyć postęp swych wojsk na przedpolach Wiednia, Rosjanie mieli zamiar desantować kolejną dywizję wojsk powietrzno-desantowych. Liczono się z tym że dopiero pod koniec pierwszego dnia wojny rząd austriacki poprosi NATO o pomoc. Na początek, realnymi posiłkami mogła być tylko jedna dywizja amerykańska i dwie brygady niemieckie, które natychmiast skierowanoby do Austrii – ale już na zachód od Wiednia. Ponadto, podczas gdy na innych odcinkach frontu wojska powietrznodesantowe i specjalne Układu Warszawskiego musiałyby ponieść ciężkie straty, szczególnie podczas przelotu, to dywizja lądująca na wschód od Wiednia, straciłaby wg obliczeń nie więcej niż 15% swojej siły [18]. W pierwszym zadaniu musiała starać się utrzymać główne szlaki komunikacyjne i nie dopuścić posiłków idących przez miasto dla armii austriackiej, Z kolei desant 53. Pułku Specnazu na lotnisko wiedeńskie nie mógł zakończył się zgodnie z oczekiwaniami agresora. W zasadzie cywilny port lotniczy, miał być obsadzony przez trzy dobrze wyszkolone bataliony austriackie, które natychmiast podjęłyby walkę z lądującymi spadochroniarzami radzieckimi, którzy ponieśliby straty, a przede wszystkim straciliby, jak oczekiwano, swobodę ruchów.

Podchodzące natomiast do lądowania, mimo braków znaków rozpoznawczych, radzieckie samoloty transportowe z główną częścią desantu, zostałyby powitane rakietami przeciwlotniczymi. Stąd wiedeńskie lotnisko, mimo pewnych zniszczeń, byłoby w tej fazie walki jednym z podstawowych elementów systemu logistycznego Zachodu. Przerzuconoby tutaj wojska z odległej Hiszpanii i Portugalii, a nawet Kanady. Mimo to, na austriackim odcinku hipotetyczna przewaga Wschodu była miażdżąca i wszystko co można byłoby zrobić, było tylko półśrodkami. Nie ulegało wątpliwości, że do rana trzeciego dnia wojny Wiedeń trzeba będzie ewakuować, mimo że na przełęczach alpejskich miały sie pojawić sojusznicze wojska włoskie. Było jednak naturalnym, że Włosi, walczący z wojskami II Frontu Południowo-Zachodniego, od strony Austrii będą mocno bronili rejonu Willach oraz podejść do Breneru, czyli tam, gdzie stosunkowo najłatwiej sforsować Alpy. Była to zatem pomoc mało realna. Natomiast Szwajcaria miała mobilizować swoje silne wojska, pozostające w systemie obrony terytorialnej, ale w pierwszych dniach wojny nic nie wskazywałoby na zamiary przyjścia z pomocą Austrii [18].

Im dalej na północ, tym bardziej nie mogło Rosjanom pójść tak łatwo. Zgodnie z przewidywaniami trafiliby bowiem na dobrze zorganizowaną obronę V Korpusu Amerykańskiego i II Korpusu Bundeshwery. Obrońcy cofaliby się, zadając agresorowi poważne stary. Lotnictwo szturmowe i śmigłowe NATO, które na pewno zdobyłoby panowanie w powietrzu mogło, niszczyć duże ilości czołgów i BMP Wschodu. W rejonie Norymbergii miała desantować się jedna dywizja powietrznodesantowa, a 35 km na południe od Monachium dwa pułki Specnazu. W tym drugim przypadku chodziło o uchwycenie monachijskiego lotniska. Ten olbrzymi port lotniczy mógł mieć kluczowe znaczenie dla tej fazy walk, ale podobnie jak na innych odcinkach frontu, spadochroniarze musieli dolecieć do rejonów desantowania z olbrzymimi startami. Po prostu zestrzelonoby ponad połowę samolotów transportowych i zamiast dywizji komandosów, w rejonie Norymbergii zebrałoby się około 3 przeliczeniowe bataliony spadochroniarzy radzieckich. Zorganizowaliby oni obronę okrężną, ale do żądnych ruchów ofensywnych nie byliby zdolni. Tylko tyle, że wiązaliby siły dwóch brygad Landwehry, które zaciekle atakowałyby ich pozycje. W rejonie od lotniska monachijskiego mogło wylądować około 450 specnazowców z planowanych 1800. Rejon ten był dobrze broniony. Planowano w Moskwie, że po opanowaniu monachijskiego lotniska wylądują zaraz na nim transportery dywizji powietrznodesantowej z Omska, a potem, jeżeli wszystko dobrze pójdzie, również kontyngenty „sztandarowej” Tamańskiej Dywizji Zmechanizowanej i cała ta mała armia utrzyma lotnisko, a równocześnie uderzy w tyły V Korpusu Amerykańskiego. Ten plan pozostawał jednak raczej na papierze, a komandosi Specnazu realnie nie mieliby żadnych szans przedrzeć się do lotniska.

Zamiarem Układu Warszawskiego było także zniszczenie, w pierwszej fazie walk, ośrodka niemieckiego wywiadu w Pullach. Wiedziano, że na terenie tego rozległego obszaru mieści się m.in. rezerwowa stacja łączności satelitarnej, ale chodziło głównie o dokumenty ośrodka. BND pracowało przede wszystkim na kierunku wschodnim i poważna część informacji o Układzie Warszawskim szła właśnie przez Pullach. Atak, zorganizowany przez zebrane w jeden oddział grupki „turystów” i „dyplomatów”, nie miałby jednak najmniejszych szans powodzenia. 200 specnazowców, atakujących umocnienia wokół Pullach, musiałoby natknąć się na silny ogień obrony. Ośrodek broniony był przez komandosów Grenschutzu.

* * *

W artykule podjęto próbę analizy wstępnej fazy III wojny światowej. Związek Radziecki, rozpatrywany w kategoriach geopolitycznych, nie miałby praktycznie innej szansy uzyskania światowego przodownictwa. Starcy w radzieckim politbiurze. zastanawiali się po prostu, czy to się opłaci i jaka jest szansa. Wśród radzieckiego kierownictwa przeważali w tym czasie byli ludzie dość prymitywni, typowi aparatczycy partyjni, lecz np. Jurij Andropow czy Andriej Gromko na pewno głupcami nie byli. Dużo decyzji zapadało zresztą piętro niżej – na szczeblach doradczych. Tu już dominowali ludzie wykształceni z szerokimi horyzontami. Z kolei wojskowi, co bywa regułą, należeli do typowych „jastrzębi”, a ta grupa chciała po prostu wypróbować „swoje zabawki”. Numerem jeden wśród wojskowych w tym okresie czasu był marszałek N. Ogarkow, mimo ze teoretycznie wyżej stał minister (także marszałek) Dmitrij Ustinow – człowiek jeszcze „z epoki Koby Dzugaszwilego”. N. Ogarkow miał dowodzić ofensywą na zachodzie. Ten marszałek, saper z wykształcenia, nie miał jednak otwartej głowy. Mógł on po prostu pchać do przodu wojska i liczyć na to, że masa zmiażdży obronę Zachodu. To się mogło udać, albo też i nie… W niewielkim stopniu brano pod uwagę niewydolną logistykę Układu Warszawskiego. Już w czasie faktycznej agresji wojsk Układu na Czechosłowację w 1968 r. okazało się, że logistyka, szczególnie transport jest gorzej niż w złej kondycji… Nawet w południowej Polsce, jeszcze dwa, a nawet trzy tygodnie po tym haniebnym najeździe, często można było spotkać stojące na trailerach czołgi czy transportery, gdyż silniki trailerów się często się psuły… Ok. 30% sprzętu utknęło po drodze w czasie najazdu na Czechosłowację. Przy czym nie była to de facto wojna [19].

Transport dofrontowy Układu Warszawskiego miał się opierać na liniach kolejowych, bo sieć drogowa na terenie Polski i Czechosłowacji była słaba. Natomiast na terenie NRD, mimo że teoretycznie znacznie lepsza, była z kolei poważnie zdewastowana. Rosjanie w celu wzmocnienia sieci kolejowej budowali przez terytorium Polski i Czechosłowacji szerokotorowe linie kolejowe. Pierwsza z nich, znana pod nazwą Linii Hutniczo-siarkowej, biegła z Ukrainy wprost do Huty Katowice. Jednak był to tylko pierwszy odcinek, bo ta linia miała biec aż do Erfurtu, gdzie miały być zlokalizowane główne rejony wyładowcze. Natomiast ze Sławkowa miało być budowane odgałęzienie do czeskich Pardubic [20]. Kolejne trasy były już tylko w planach. Jedna z nich miała przebiegać przez środkową Polskę m.in. przez poligon w Biedrusku, gdzie również miały być zlokalizowane rejony wyładowcze, a kończyć miała się na wschód od Berlina. Wreszcie trzecia północna miała biec z Łotwy przez Kaliningrad na Pomorze i kończyć się w Greiswaldzie. Linię szerokotorową, która miała biec przez Czechosłowację, zdołano fizycznie doprowadzić tylko do Koszyc [21]. W tej sytuacji musiano bazować na pięciu równoleżnikowych liniach kolejowych – normalnotorowych, przebiegających przez Polskę oraz po jednej przez Czechosłowację, Węgry i Rumunię. Było to niewspółmiernie mało w stosunku do potrzeb. Wątpliwości nie było, że obok zapasów zgromadzonych już na terenie przede wszystkim ówczesnej NRD, trzeba będzie przez co najmniej pół roku intensywnie transportować i gromadzić zapasy materiałów wojennych. Nie mogło to oczywiście ujść uwadze przeciwnika, który też miał wtedy czas na zgromadzenie sil i środków.

Obie strony dobrze znały swoje zamiary. Nie było najmniejszych wątpliwości, że w ok. 3-7 dniu wojny USA postawi na terenie Polski zasłony atomowe, czyli trzy linie wybuchów wzdłuż linii Odry, Wisły i środkowego Bugu. To, że zginie wtedy ok. 14 mln – jak szacowano – polskiej ludności cywilnej, było oczywiste, ale uzyskiwano czas mniej więcej 2 tygodni, podczas których nic nie mogło przez ten teren przejechać. Mógł to być element decydujący o wyniku wojny, więc wahań by nie było [22].

Szansą Rosjan było szybkie przejechanie siłami pancerno-zmechanizowanymi Europy, gdyż inaczej musieliby jednocześnie atakować Turcję, Iran, a wielką niewiadomą było zachowanie się Chin. Na granicy z Chinami, częściowo w Mongolii musiało pozostać co najmniej 65 rosyjskich dywizji oraz 7 armii lotniczych, co było skromną i zawodną gwarancją, że Chiny pozostaną na uboczu potencjalnego  konfliktu. Zapewne Chińczycy po prostu poczekaliby około 10 dni, a gdyby zauważyli oznaki słabości Rosjan, to zaatakowaliby swoich niedawnych przyjaciół. Trzeba jednak nadmienić, że armia chińska, licząca w czasie pokoju 140 dywizji, była mało mobilna i jej działania ofensywne nie mogłyby nabrać potrzebnego tempa.

Pozostaje zatem pytanie, jakie szanse dla obydwu stron przyniosłaby ta wojna. Zakładając, że wygrałaby strona wschodnia (czytaj: Rosjanie), to oczywistym jest, że byliby zdecydowanym numerem jeden na świecie. USA, w najlepszym dla nich wariancie zostałyby odepchnięte i ograniczone do hemisfery amerykańskiej. Natomiast Chiny musiałyby się potulnie podporządkować ZSRR. Natomiast w wypadku przegranej – w ZSRR musiałby nastąpić natomiast rozpad państwa. Reasumując, należy stwierdzić, iż kalkulacja militarna dowodziła, że 1978 r. był swego rodzaju ostatnią szansą dla państwa radzieckiego i miał, mimo wszystkich perturbacji, min. 40% szans na wygranie wojny o Europę. Natomiast już 1979 r. szanse te zmalały, bowiem w tym okresie wojska pokój miłującego ZSRR wkroczyły do Afganistanu…

Fot. www.historyrv.com

___________________________
PRZYPISY:
1. Military Balance. Soviet Union Weapons. Part 2 .London. 1979. str. 224-8.
2. Ibidem. str. 231-234
3. E .Januła. Snajperzy wystąp./w/Trybuna. nr. 59/2003
4. E .Januła. ;Kursk.;- dlaczego zatonął./w/Trybuna. nr 241/2003
5. Military Balance;. West German Weapons .Part 4. London 1978.card.421-434
6. 11 Zarząd Sztabu Generalnego Armii Radzieckiej.Teczka.2.PlanB /Borys Godunow/ Założenia polityczno-strategiczne
7. E .Januła; .III Wojna światowa –. Scenariusz./W/Trybuna. nr 186 i 188/1999
8. B. Close. Europa bez obrony. Bruxelles.1976. s.18-21
9. 11Zarzaąd Sztabu….op .cit…Teczka.8….Działania Specnazu
10. E .Januła. III Wojna światowa…
11. B,Close…op .cit .str. 92-4
12. E. Januła .Specnaz;/w/Komandos.nr.4.2004.
13. 11Zarząd Sztabu…Teczka.12. II -gi Front Zachodni
14. E. Januła. III Wojna światowa- Op. cit
15. Military Balance. France Weapons. Part. 3.London 1979.card 17-29
16. E .Januła. Ostrze Lancy- Specnaz/w/;Przegląd . nr 17/2000
17. Ibidem
18. E. Januła. III Wojna światowa …op.cit…
19. E. Janula, T. Truś. Wojna i komunikacja/w/ Transport i komunikacja. nr 4/2008
20. Ibidem
21. Ibidem
22. 11 Zarząd Sztabu…op .cit. Teczka .7. Działania przeciwnika

Czytany 19511 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04