czwartek, 06 listopad 2014 01:00

Eugeniusz Januła: Amerykańska tarcza antyrakietowa - prawdy i fikcje

Oceń ten artykuł
(7 głosów)

geopolityka  dr Eugeniusz Januła

Polska opinia publiczna jest od pewnego czasu, bardzo nasączana informacjami o koniecznosci, czy też rzekomej potrzebie budowy w naszym kraju bardzo silnej obrony antyrakietowej i przeciwlotniczej. Politycy, jak też szereg dziennikarzy, prześcigają się wprost w kolportowaniu informacji o olbrzymim zagrożeniu ze strony Rosji oczywiście, hipotetycznym, zmasowanym atakiem rakietowo-nuklearnym. Tymczasem wciąż niedokończonym problemem jest amerykańska baza antyrakietowa w naszym kraju.

Obrona antyrakietowa była naturalną odpowiedzią doktrynalną na koncepcję strategicznego ataku nuklearno-rakietowego. Zbudowanie jednak sprawnej i mobilnej broni antyrakietowej okazało się zadaniem znacznie trudniejszym niż technologia budowy rakietowej broni ofensywnej. W zasadzie już w latach 1960’ oba ówczesne supermocarstwa, czyli ZSRR oraz Stany Zjednoczone rozpoczęły konstruowanie systemów broni antyrakietowej.

Związek Radziecki poszedł, jak się później okazało, znacznie bardziej efektywną drogą. Starano się mianowicie zbudować uniwersalny system, który byłby zarazem i przeciwlotniczym i antyrakietowym. Wczesnymi systemami rakiet były Wołchow następnie Oka wreszcie Krug i S-200 Vega. Strategicznym osiągnięciem było zbudowanie w połowie lat 1980’ systemu przeciwlotniczo- antyrakietowego S-300, zmodyfikowanego następnie do S-300 bis [1]. Na bazie tego systemu powstał już nowy, o znacznie większym zasięgu i możliwościach taktycznych, S-400, którego pierwsze baterie montowane są w rejonie Moskwy w miejsce demontowanych S-200 Wega. Prawdopodobnie Rosjanie dysponują już o czterdziestoma bateriami rakiet S-400.

System S-400, wraz z powstającymi już kolejnymi mutacjami, jest uważany przez specjalistów za najlepszy i najbardziej rozwojowy antyrakietowy system operacyjny na świecie i jest on ponadto, wraz z towarzyszącym mu radarem wyszukująco-naprowadzającym systemu Kolczuga 3, około 3,5 krotnie tańszy od amerykańskiego odpowiednika, czyli systemu Patriot 3. Podobnie system S-400 jest uważany za znacznie sprawniejszy i oczywiście również znacząco tańszy od amerykańskiego, wprowadzanego właśnie w miejsce rakiet Patriot systemu THAAD. Rosja, zgodnie ze swoją doktryną, nie zamierza natomiast budować strategicznego systemu antyrakietowego, uważając, że bardzo sprawny system operacyjny, obroni skutecznie newralgiczne rejony państwa [2]. Natomiast system strategiczny pociągnąłby astronomiczne wydatki, nie zwiększając zbytnio efektów obrony. Tu można oczywiście dyskutować czy na przykład wybuchy nuklearne antyrakiet systemu S-400 w odległości ok.  250 km na północ i zachód od Moskwy, w konsekwencji tylko w nieco dłuższym odcinku czasu (opad radioaktywny), nie spowodowałyby również zagłady tego miasta, ale pozostańmy na razie przy ocenach rosyjskich strategów.

Strona amerykańska koncepcyjnie zaczynała podobnie jak i „czerwoni” Rosjanie. Mianowicie na bazie przeciwlotniczej rakiety „Nike-Hercules” zbudowano znacznie potężniejszą antyrakietę „Nike-Zeus”. Była to bardzo sprawna, jak na swoją epokę – koniec lat 1960’, antyrakieta o zasięgu około 200 km. Jednak jej zasięg nie budził zachwytu u amerykańskich strategów. Była to bowiem antyrakieta operacyjna. W następstwie przystąpiono do budowy dualistycznego, strategiczno-operacyjnego systemu antyrakietowego „Spartan-Sprint”. W tym układzie antyrakieta „Spartan” miała przechwytywać nadlatujące pociski rakietowe przeciwnika, hipotetycznie jeszcze nad Morzem Barentsa, natomiast te rakiety przeciwnika, którym udałoby się przeniknąć przez system „Spartan”, miały niszczyć operacyjne rakiety „Sprint” o zasięgu około 90 km. Ta rakieta miała startować z ogromnym przyspieszeniem, rzędu 40 g. Uzbrojona byłą również w głowicę neutronową tak, aby zniszczyć nadlatujący cel i jednocześnie uniknąć rażenia bronionego obiektu. Głowica neutronowa bowiem była i jest wciąż postaje „czystą” bronią jądrową – w odróżnieniu od klasycznej głowicy atomowej [3].

Mimo że pierwsze eksperymenty przebiegały obiecująco, wkrótce okazało się, że ekonomiczne koszty przedsięwzięcia będą astronomiczne. Aby mieć możliwość przechwycenia około 80% ówczesnych radzieckich rakiet, a byłą to połowa lat 1970’ i pokój miłujący Związek Radziecki gwałtownie rozbudowywał swój potencjał rakietowo-nuklearny, należało zbudować około 4 tys. rakiet klasy „Spartan” i co najmniej 900 rakiet systemu „Sprint”. Program porzucono, kiedy okazało się, że ZSRR posiada techniczne możliwości, przez detonacje nuklearne w przestrzeni kosmicznej, „oślepienia” amerykańskich satelitów, które miały naprowadzać antyrakiety systemu „Spartan” na radzieckie rakiety strategiczne z, największymi na czele, czyli SS-16 i SS-18. Kolejnym powrotem do broni antyrakietowych były bardziej wizje i doktryna niż rzeczywiste możliwości, głoszone przez Ronalda Regana, które nazwano później „gwiezdnymi wojnami”.

Te koncepcje, które w kategoriach realiów miały opierać się głównie na technologii laserowej, były o tyle piękne, co nierealne w kategoriach techniki i to nie tylko ówczesnej. Laserem oczywiście można niszczyć rakiety, czy nawet już po rozdzieleniu się w ostatniej fazie lotu, konkretne głowice przeciwnika, ale tenże laser musi po prostu być „doładowywany” olbrzymimi ilościami energii. Pytanie brzmi tylko, skąd ją w przestrzeni kosmicznej zdobyć? Co prawda bardziej wizjonerzy niż technicy proponowali różne mgliste koncepcje typu transportowanie energii, jak i również promieni lasera przy pomocy zainstalowanych w przestrzeni kosmicznej olbrzymich luster, a także alternatywnie „doładowywania” laserów, przy pomocy mini wybuchów jądrowych, jednak  były to raczej pobożne życzenia, aniżeli realia technologiczne.

Jednak ówcześni radzieccy generałowie, a w ślad za nimi i ekipa „starego Breżniewa”, czyli jego Biuro Polityczne, uwierzyli, że USA są tuż przed pokonaniem barier technologicznych i w nieodległej przyszłości olbrzymi potencjał rakietowy ZSRR stanie się niczym innym, jak bezużytecznym złomem. W związku z tym w Związku Radzieckim, którego sytuacja ekonomiczna nigdy nie należała do różowych, podjęto kolejną gigantyczną fazę zbrojeń rakietowo-nuklearnych. W ten oto prosty sposób „zazbrojono” ówczesny ZSRR na ekonomiczną śmierć [4].

Prawdą jest jednak, że nad 5, z 24 zaproponowanych niegdyś przez R. Regana, technologiami militarnymi, w Livermore Labolatory oraz MIT trwały dalsze prace. Efektem tych badań jest strategiczny system antyrakietowy, który Stany Zjednoczone uruchomiły wstępnie w 1999 r., a jego częścią składową miała być baza antyrakietowych pocisków strategicznych systemu NMD w Polsce, wraz ze stacją dopplerowskich radarów na terenie Czech.

Doktrynalnie Stany Zjednoczone, a raczej politycy z nad Potomaku, utrzymują, że system antyrakietowy budowany jest jako swoiste antidotum na możliwości ofensywne grupy państw „bandyckich”, czyli na dzień obecny Iranu, Korei Północnej i Syrii. Oczywiście to ostatnie państwo, mimo ambicji prezydenta Baszara al-Asada nie ma i nie będzie posiadać żadnych możliwości ekonomicznych i technicznych. Tym bardziej, że trwa tam w chwili obecnej wojna na zasadzie „wszyscy przeciwko wszystkim”.

Z kolei kolejny „drogi przywódca” i wódz postępowej Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej Kim Dzong Un, dysponuje dość prymitywną techniką rakietową. Jego najnowsze „dziecko” –  rakieta Taepodang 3, to pocisk na paliwo ciekłe napędzany mieszaniną nadtlenku wodoru i tlenu, który przez czas około 36 godzin przed startem musi być napełniany, aby mógł wystartować. Już napełniony może stać na wyrzutni tylko niecałe pół godziny, bo inaczej wodzian wodoru (nadtlenek) sam wybuchnie i zniszczy wszystko w promieniu 0,5 km. Ta rakieta naprowadzana jest przy pomocy 2 żyroskopów. Czyli jest to technologia bardzo zbliżona do niemieckiej V-2, czy też radzieckich SS-4 i SS-5. A kiedy to było…? Nie należy oczekiwać, że przed upływem ok. 10–15 lat KRL-D zbuduje mobilne pociski rakietowe na paliwo stałe o zasięgu ok. 8 tys. km, bo tylko takimi mogłaby zaatakować Stany Zjednoczone [5]. A przecież hipotetyczna perspektywa panowania północno-koreańskiego przywódcy, mimo że jest on jeszcze stosunkowo młody, tak daleko na pewno nie sięga.

Potencjalnie większe możliwości posiadają sfanatyzowani ekstremiści religijni, czyli szyiccy ajatollahowie i sunnicy mułłowie. Iran jest czwartym producentem ropy naftowej na świecie. Dopływ finansów zapewnia również możliwości techniczne. Dzisiejszy potencjał rakietowy Iranu, to zmodyfikowane i znacząco ulepszone rakiety w KRL-D, radzieckie rakiety systemu Scud, znane pod irańską nazwą kolejno Szachab 2 i Szachab 3. Te ostatnie mogą z silosów w górach Zagros, sięgnąć Tel Awiwu. Jednak Iran ma na swoje usługi, stosunkowo duże ilości wynajętych naukowców, zarówno w kategoriach technologii nuklearnych, jak i rakietowych. Analitycy oceniają, że jeżeli postępy będą kontynuowane, to już za około 5–6 lat Iran może uzyskać, co prawda mało celne, ale w miarę sprawne rakiety dalekiego zasięgu na paliwo stałe. Pytanie z zakresu technologii brzmi: jak dalece wynajęci przez Iran technicy opanują skomplikowaną technologię kolejnego odpalania trzech członów rakiety nośnej, bo żeby dolecieć nad biegunem północnym na terytorium Stanów Zjednoczonych, musi to, przy dzisiejszej technice rakietowej, być rakieta trójczłonowa.

Co prawda… Dotychczas administracja USA wydała na wdrożenia i budowę 2 baz antyrakietowej tarczy systemu NMD, około 50 mld USD. Na rozbudowę kolejnych elementów tarczy m.in. w Polsce i w Czechach, ale nie tylko wydać trzeba byłoby, dalsze 15–20 mld USD. Tymczasem koszty obalenia rządów ajatollahów w Iranie ocenia się na „zaledwie” 2–3 mld USD.

Dzisiaj funkcjonują operacyjnie tylko 2 bazy antyrakiet systemu NMD – obydwie na terenie Stanów Zjednoczonych, tzn. wielka baza na Alasce i relatywnie mniejsza w północnej Kalifornii. Na razie jednak wstrzymano kontynuację tego programu a planowano rozpoczęcie budowy kolejnej mniejszej, tym razem na Wschodnim Wybrzeżu, w stanie Delaware. Kolejnymi etapami miały być antyrakietowe bazy na wyspie Kiska w archipelagu Aleutów oraz na japońskiej, czytaj rządzonej przez Amerykanów – Okinawie, a potem kolejno na amerykańskim Samoa oraz… brytyjskich Szetlandach. Ta ostania instalacja współpracowałaby z funkcjonującymi już stacjami radarowymi w południowej Anglii i Danii. Do tego trzeba dodać hipotetyczną bazę w Polsce. Pierwotnie zamierzano ją zlokalizować na poligonie w Orzyszu, jednak później zweryfikowano tę koncepcję i zaplanowano rozmieszczenie rakiet w Zegrzu Pomorskim lub w Borach Tucholskich. Ostateczny wybór padł na Redzikowo, niedaleko Słupska. Argumentem decydującym było istniejące tu, chociaż w pewnym zakresie zdewastowane lotnisko, które stanowi naturalny element logistyczny bazy. W pierwszym etapie, jeżeli chodzi o bazę w Polsce, miałaby ona dysponować 10 silosami, stanowiącymi wyrzutnie [6]. To w zupełności wystarczy. Współczesna technologia odpalania rakiet techniką „na zimno”, czyli na poduszce sprężonego powietrza i przy natychmiastowym „doładowaniu” wyrzutni, znacząco podwyższa możliwości wystrzeliwania antyrakiet. Teoretycznie, z jednego silosu, przy zastosowaniu nowoczesnej technologii, można wystrzelić do 4 pocisków na minutę. W praktyce strzela się oczywiście nieco wolniej. Przy czym, najważniejszym problemem pozostaje śledzenie trajektorii rakiet nieprzyjaciela i doprowadzenie do kursu kolizyjnego własnej antyrakiety.

Budowa antyrakietowego systemu NMD budziła od samego początku, zupełnie zrozumiałe protesty strony rosyjskiej, Równowaga w liczbie głowic i rakiet jest obecnie jedynym elementem militarnym, w którym współczesna Rosja dorównuje Stanom Zjednoczonym. W liczbie głowic a również nowoczesnych rakiet Rosjanie posiadają nawet dość istotną przewagę. Stratedzy rosyjscy doskonale wiedzą, że nowoczesny i już częściowo funkcjonujący system NMD miał doprowadzić do asymetrii, poprzez na razie hipotetyczne możliwości wyeliminowania znaczącej części rakiet ofensywnych strony rosyjskiej.

Od dawna wiadomo, że polityka jest swoistą szachownicą do gry, w której wygrywają przede wszystkim cynicy. Amerykanie, dzięki technologii antyrakietowej, uzyskali znaczący atut, również polityczny, w stałym dążeniu do uzyskania globalnej hegemonii. Strona rosyjska natomiast, w chwili obecnej jako ten słabszy, stara się utrzymać przynajmniej status quo [7]. Ten układ byłby jednak znacząco naruszony poprzez budowę bazy antyrakietowej na naszym terytorium. Około 35% potencjału rosyjskich, kiedyś radzieckich, rakiet strategicznych umiejscowionych jest na Półwyspie Kolskim. To wynika z „nawisającego” położenia geostrategicznego tego obszaru. Stąd jest najbliższa a zarazem najszybsza droga dla ofensywnej rakiety na terytorium USA. Na Półwyspie Kolskim znajduje się przykładowo 380 rosyjskich rakiet klasy Topol M (SS-27). Są to najnowocześniejsze rosyjskie rakiety o małych gabarytach i dużej celności, posiadające trajektorię lotu: nisko-wysoko, wysoko- nisko. Wchodząc znów w dziedzinę techniki rakietowej, „Topole” zestrzelić praktycznie można tylko do około 5 min. po starcie na wysokiej orbicie, korzystając z tzw. „wyższej paraboli lotu” antyrakiety. Nie dokona się tego absolutnie z bazy na Alasce, bo w tym rejonie Topol zjawiałby się już w ok. 9. minucie lotu. To właśnie z bazy w Polsce jej zestrzelenie byłoby możliwe, o ile oczywiście rakieta systemu NMD potwierdziłaby te wszystkie parametry techniczne i operacyjne, które jej przypisywano.

Wrzawa w Rosji wokół amerykańskiej koncepcji tarczy antyrakietowej nie była zatem całkowicie bezzasadna, bo rzecz jasna nie przewidywano realnie rzec biorąc rakietowej wojny między USA i NATO z Rosją, ale po zbudowaniu wszystkich lub większości elementów tarczy antyrakietowej pozycja militarna, a co za tym idzie – polityczna Rosji miała być, siłą rzeczy, relatywnie słabsza. Okazało się jednak, że wielka wrzawa wokół technologii strategicznych antyrakiet systemu NMD, okazała się przedwczesna. Rakieta ta nie osiągnęła zakładanej sprawności operacyjnej. Z przeprowadzonych 23 prób przechwycenia makiet obcego pocisku, tylko 9 okazało się udanych. Trzeba przy tym dodać, że próby odbywały się w idealnych warunkach, dalekich od ewentualnych wojennych, kiedy na przygotowanie odpalenia pozostaje kilka minut, a nie kilka tygodni, jak w „laboratoryjnych” testach. Równolegle rosły natomiast koszty tego systemu. W rezultacie nowa administracja demokratyczna Baracka Obamy, wstrzymała dalsze doświadczenia z tym systemem, wskutek czego prace nad nim uległy zamrożeniu.

Podjęto natomiast prace nad unowocześnieniem istniejącego już od kilkunastu lat morskiego systemu AEGIS. Rakiety SM-1, zainstalowane są na wielkich krążownikach klasy Ticonderoga. Generalnie okręty te mają służyć jako antyrakietowa ochrona wielkich lotniskowców uderzeniowych (CVA) przede wszystkim przed rosyjskim pociskami rakietowymi systemu Granit, umieszczonymi na okrętach podwodnych klasy Oscar (jednym z nich był nieszczęsny Kursk) [8]. Jednak system AEGIS jest dość wszechstronny i podatny na modernizacje. Podjęto prace nad unowocześnieniem całego systemu, w tym również stacji radarowych i samych rakiet. W rezultacie pocisk antyrakietowy SM-3 ma zastąpić dotychczasowy SM-1. Ta rakieta będzie posiadała zbliżone możliwości do rosyjskiego S-400, a nawet nieco go przewyższać – szczególnie, jeżeli chodzi o zasięg i pułap. Ponadto, na bazie nowego pocisku ma powstać już za ok. 4–5 lat jednolity morski i lądowy ponadoperacyjny system SM-3. Jednym z jego elementów ma być również baza w Redzikowie na polskim Pomorzu.

Czy zatem groźby rosyjskie typu, że wymierzy w terytorium polskie dodatkowe rakiety z głowicami nuklearnymi jest realna?

Raczej mało, ale to niestety na zasadzie, że w nasze terytorium wymierzonych już jest całkiem pokaźna ilość rakiet taktyczno-operacyjnych typu Toczka oraz, operacyjnych Łuna, których zasięg ze strefy Kaliningradu obejmuje całe nasze terytorium, bez krańców południowo-zachodnich. Nie ma natomiast żadnych wątpliwości, że jeżeli baza w Redzikowie zostanie wybudowana, to na wszelki wypadek Rosjanie wycelują w nią co najmniej kilkanaście też starych, ale bardzo sprawnych rakiet średniego zasięgu typu SS-23, stacjonujących na ruchomych wyrzutniach w rejonie Smoleńska. To są po prostu realia światowej strategii.

Musi paść tutaj pytanie, dlaczego nie wspomina się o rakietach klasy Iscander? Takie nowoczesne rakiety oczywiście w zonie Kaliningradu są. W innych rejonach Rosji również. Ocenia się, że liczba tej broni przekroczyła już symboliczną setkę, a produkuje się je dalej w liczbie ok. 4–6 miesięcznie. Po prostu jest to wszechstronna rakieta, której szkoda marnować na przenoszenie głowić nuklearnych na małą odległość. Zrobią to za nią te systemy, o których pisano wyżej. Obecnie Iscandery instaluje się przede wszystkim jako antyrakiety systemu S-500 [9]. Możliwości Iscandera w tej wersji są z kolei, jeśli chodzi o zasięg, pułap itd. – większe niż amerykańskiego SM-3. Ten system już operacyjnie jest zainstalowany w sytuacji, kiedy amerykański dopiero ma być i to za kilka lat. Również, już w 2015 r., wejdzie do użytku operacyjnego wersja Iscandera jako rakiety ofensywnej średniego zasięgu, która będzie w stanie dosięgnąć terytorium całych Niemiec oraz wschodniej części Francji. Jesteśmy jednak członkiem sojuszu północno-atlantyckiego i mamy nadzieję, bo już nie pewność, że każdy akt agresji w nasze terytorium oznaczałby wojnę z całym NATO. Stąd też musimy się liczyć z realiami na światowej szachownicy, ale liczyć z tym musi się też i putinowska Rosja.

Dylemat jest następujący – czy budowa na naszym terytorium bazy antyrakiet poprawi nasze położenie polityczne wobec Stanów Zjednoczonych?

Dla Waszyngtonu, używając słów niezmiernie życzliwego Polsce Zbigniewa Brzezińskiego, jesteśmy tylko „trzeciorzędnym sojusznikiem”. Dla samego NATO także. Tu zdania są podzielone, ponieważ w gruncie rzeczy nie chodzi o to, czy dla obrony swojej bazy strategicznych antyrakiet Amerykanie rozlokują dwa dywizjony pocisków Patriot, czy nawet nowoczesnych THAAD. Jest to w tej grze drugorzędny element. Chodzi po prostu o to, czy Stany Zjednoczone bardziej zaangażują się w polityczny lobbing na rzecz interesów Polski na arenie międzynarodowej. To wydaje się wątpliwe. Punkt ciężkości interesów amerykańskich przesuwa się powoli, ale nieuchronnie z basenu Oceanu Atlantyckiego w rejon Pacyfiku. Naturalnym biegiem rzeczy, sojusznikiem numer jeden USA w świecie staje się już nie Wielka Brytania, ale Australia [10].

Polska natomiast może, z uwagi na układ geopolityczny, być tylko wysuniętą europejską flanką, zarówno dla Stanów Zjednoczonych, jak państw, takich jak Niemcy czy Francja. Dla tych ostatnich jednak, prowadzących mimo formalnego embarga, dalej intensywną wymianę handlową i polityczny dialog z Rosją, jesteśmy partnerem co najmniej kłopotliwym – jak na razie. Również dlatego, że uważani jesteśmy za „konia trojańskiego” czy „lokaja” Stanów Zjednoczonych.
Interesy Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej są strategicznie zbieżne. Pytaniem natomiast jest czy UE, w której będzie zachodziła obiektywna szybka integracja, będzie prowadziła politykę równoległą, czy partnerską z USA. W tym układzie Polska musi szukać swojego miejsca a budowa bazy antyrakietowej może i powinna zostać do tego wykorzystana. Potrzebna nam jednak inteligentna i subtelna gra dyplomatyczna, co przekracza chyba jednak możliwości intelektualne obecnej ekipy, rządzącej, ale również prawicowej opozycji, w której domorosłą ekspertką w sprawach międzynarodowych pozostaje mało sprawna intelektualnie, była minister spraw zagranicznych z okresu rządów koalicji PiS-Samoobrona-LPR, Anna Fotyga.

Budowa bazy antyrakietowej obiektywnie nie pogorszy naszych stosunków z Rosją, chyba że tylko chwilowo. Jednak musimy się liczyć z tym, że nasz „Wielki Brat” zza Atlantyku stara się, mimo obecnych perturbacji, związanych ze sprawą Ukrainy i antyrosyjskich sankcji gospodarczych, zbliżyć, a może i włączyć Rosję w przedziale 15–20 lat do NATO. Inaczej alternatywą jest nieuchronny alians tego państwa z Chinami. Tamten proces zresztą już przebiega w ramach BRISC [11]. Nasza antyrosyjska z doktryny polityka i bezkrytyczne popieranie coraz bardziej nacjonalistycznej i antypolskiej Ukrainy, wyjdzie nam wtedy przysłowiowym bokiem.

Natomiast nie miejmy też złudzeń, że jeżeli baza antyrakietowa przestanie być potrzebna Stanom Zjednoczonym, to Amerykanie ją po prostu zdemontują. W Europie mamy co najmniej kilkadziesiąt zdemontowanych amerykańskich baz – może nie rakietowych, a dobrym, chociaż odległym od nas geograficznie przykładem jest była wielka baza lotnicza Torrejón pod Madrytem. Jej budowa, przeliczając na dzisiejszą walutę, to nie ok. 1,5 mld USD, a to są to przewidywane koszty instalacji bazy rakiet „SM-3” w Polsce, a ok. 12 mld USD. Dzisiaj pozostało tam 8 długich i szerokich pasów startowych oraz szereg innych niewykorzystanych obiektów infrastrukturalnych. Tak zapewne będzie i w swoim czasie z bazą w Polsce. Na dziś jednak tę drobną, ale istotną koniunkturę jaka istniej w układzie USA-Polska, powinniśmy wykorzystać. Inaczej po raz któryś trzeba będzie zacytować słowa Jana Kochanowskiego, że Polak i przed szkodą i po szkodzie głupi.

Jeszcze jeden wtręt – ta baza antyrakietowa, mimo że położona na terytorium naszego kraju, nie ma już w samym założeniu absolutnie bronić naszego terytorium przed atakiem rakietowym. Jest to tylko jeden z wysuniętych elementów obrony terytorium Stanów Zjednoczonych.

Fot. jharris.net

_______________________________________
1. Technika Wojska Polskiego. Praca zbiorowa, Bellona, Warszawa 2004, s. 136–145.
2. E. Januła, System antyrakietowy, „Przegląd”, nr 35/2006.
3. Ibidem.
4. E .Januła, Jak zazbrojono ZSRR na ekonomiczną śmierć, „Trybuna”, nr 67/2000.
5. E. Januła, Strategia wojny, „Przegląd”, nr 16/2008.
6. Gazeta Wyborcza, 27.03.2005.
7. Z. Brzeziński, Wielka Szachownica, Politea, Warszawa. 2002, s. 67 i nast.
8. E .Januła, Kursk. Dlaczego zatonął?, „Trybuna”, 28.03.2006.
9. http://www.Iscander.eu, dostęp 03.11.2014.
10. Szerzej Z. Brzeziński…, s. 197 i nast..
11. E. Januła, BRISC. Nowa jakość świata czy efemeryda?, Materiały z Konferencji  Naukowej WSB, Poznań 2013, Praca zbiorowa pod red A. Zduniaka i M. Walachowskiej, Wyd. WSB, Poznań 2013, s. 235 i nast.

Czytany 7892 razy