poniedziałek, 02 listopad 2009 08:46

Bogdan Góralczyk: Chiny: mocarstwo przyszłości?

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
alt dr hab. Bogdan Góralczyk
Pozycja Chin w Afryce: czerwona książeczka czekowa Chińska Republika Ludowa (ChRL), niedawno z takim entuzjazmem obchodząca 60. urodziny, długo nie ruszała w świat. Po dziesięcioleciach wojen domowych i po „stuletnim poniżeniu" (bainian guochi) ze strony wielkich mocarstw i kolonizatorów, komunistyczne Chiny najpierw musiały zająć się sobą, a ponadto już w niecały rok po proklamowaniu swego istnienia ChRL pogrążyła się, jako strona, w niezwykle kosztownej wojnie koreańskiej (1950-53).
Chociaż dyplomacja chińska odniosła spektakularny sukces na naradzie narodów pokolonialnych (wkrótce zwanych niezaangażowanymi) w Bandungu w 1955 roku, również i po tym sukcesie trzeba było odłożyć do lamusa „sny o potędze" na arenie międzynarodowej. Chiny bowiem - z poduszczenia niekwestionowanego wodza, Mao Zedonga - już w 1958 roku pogrążyły się w „lewackim odchyleniu" - i trwały w nim aż do śmierci Mao i idącego szybko w ślad za nią upadku lewaków, tzw. bandy czworga, jesienią 1976 roku. Dopiero po grudniu 1978 roku Chiny, tym razem pod wodzą pragmatycznego Deng Xiaopinga, porzuciły „walkę klasową jako kluczowe ogniwo", a marzenia o wielkiej rewolucji proletariackiej na całym globie zastąpiły pragmatyczną pogonią za realizacją własnych interesów. Ideologia została odsunięta na bok, na plan pierwszy wysunęły się trzeźwe kalkulacje, podporządkowane nowej nadrzędnej strategii - budowie statusu wielkiego mocarstwa. Ten etap trwa do dziś i - jak widzimy - przynosi Chinom coraz więcej sukcesów.

Na wstępie: rewolucja i bosonodzy lekarze
Jednym ze spektakularnych przejawów tej nowej, mocarstwowej już roli Chin na arenie międzynarodowej, o którym - niestety - mówi się zbyt mało, jest wejście Chińskiego Smoka na Czarny Ląd.[1]

Chiny wkraczały do Afryki powoli. Pierwszą podróż po tym kontynencie premier Zhou Enlai odbył dopiero na przełomie 1963 i 1964 roku. Odwiedził wówczas aż dziesięć państw afrykańskich, a ponieważ było to w czasach „lewackiego odchylenia", proponował tamtejszym partnerom wzniosłe hasła i rewolucję, jak też radził im, by czytać „Czerwoną książeczkę" Mao, program ten uzasadniającą. Tym niemniej, mimo wybuchu niesławnej „rewolucji kulturalnej" w 1966 roku udało się Chinom we wrześniu roku następnego podpisać porozumienie na budowę kolei łączącej Tanzanię z Zambią, tzw. TANZAM, a budowa - trwająca do 1975 roku - tego liczącego 1870 km odcinka kolei była najbardziej spektakularnym, obok wysyłania tam sporadycznie własnych „bosonogich lekarzy", dowodem chińskiej obecności na kontynencie afrykańskim. Inaczej mówiąc: prawie jej nie było.

Niewiele zmieniło się pod tym względem po uruchomieniu programu reform (gaige) i otwarcia na świat (kaifang) w grudniu 1978 roku. Co prawda w 1983 roku ówczesny premier Zhao Ziyang odwiedził kilka państwach afrykańskich, ale i wówczas słowa nie przełożyły się jeszcze na czyny. Chiny za bardzo były zajęte reformowaniem samych siebie, by ruszać w tak dalekie strony.

Etap drugi: Chiny idą w świat, w tym do Afryki
Przełom nastąpił po tzw. drugim otwarciu Chin na świat, czyli po podróży w początkach 1992 roku Deng Xiaopinga na południe kraju, tam gdzie rezultaty reform były najbardziej widoczne. Deng wezwał wówczas (jak się okazało, był to jego polityczny i publiczny testament) do „pogłębienia i poszerzenia" reform. Na rezultaty nie trzeba było długo czekać. Już w roku następnym, ChRL po raz pierwszy w swych dziejach zamieniła się z eksportera w importera ropy naftowej, a rozpędzona gospodarka biegła już nie tyle rytmem nadawanym przez reformy „realnego socjalizmu", jak było w latach 80., lecz tempem dalekowschodnich gospodarczych „tygrysów" (Singapuru, Hongkongu, Tajwanu i Korei Płd.), do których Chiny świadomie w latach 90. zaczęły się upodabniać. Rozwijały się wówczas szybko, ale rosło też ich zapotrzebowanie, przede wszystkim na surowce i nowe rynki. Wtedy poważniej zainteresowały się obcymi rynkami, w tym tak odległymi jak afrykańskie.

Ówczesne kierownictwo państwa, prezydent Jiang Zemin oraz liberalny premier Zhu Rongji, przyjęło strategię „pójścia w świat" (zou chuqu). W jej ramach poczesne miejsce przypadło Afryce. Pierwszorzędną rolę w tym procesie nadano, powołanemu z chińskiej inicjatywy, dwustronnemu Chińsko-Afrykańskiemu Forum Współpracy. To ono doprowadziło do zwołania dwóch konferencji na szczeblu ministrów spraw zagranicznych (w październiku 2000 roku w Pekinie i w grudniu 2003 roku w Addis Abebie), a następnie spektakularnego i bezprecedensowego szczytu Chiny-Afryka w Pekinie w dniach 2-5 listopada 2006 roku. Uczestniczyło w nim - i to na najwyższych szczeblach, premierów i prezydentów - aż 48 delegacji państw afrykańskich, bowiem Chinom udało się w tym czasie „wypchnąć" z tego kontynentu przedstawicieli Tajwanu (dzisiaj uznają Tajwan tylko 4 mało znaczące państwa afrykańskie; kluczowa pod tym względem RPA uznała ChRL w 1996 roku, a w ostatnich latach uznały ją takie państwa jak Senegal, Czad i Malawi).

W ramach „przygotowywania terenu" Chiny opublikowały - w styczniu 2006 roku - pierwszą tego typu, własną strategię postępowania wobec Czarnego Lądu, uzasadniającą ekspansję na tamtejsze intratne rynki surowcowe, tak bardzo potrzebne modernizującym się Chinom. W jej ramach zaakceptowano - realizowaną skutecznie od 2002 roku - tradycję dorocznych wizyt i spotkań na najwyższym szczeblu, czego dowodem był szczyt w Pekinie, jak też podróże chińskich przywódców po Afryce, ostatnio niemal coroczne.

Etap trzeci: Chiny podbijają Czarny Ląd
Te wizyty zwracają uwagę tym, że za każdym razem marszruta jest nieco inna i dopasowana do nowych kontraktów, jak też inwestycji. Ich zestawienie jest imponujące. W ruch poszła kolejna „czerwona książeczka", tyle że czekowa. W ostatnich latach ChRL zaangażowała się w budowę ponad 800 projektów infrastrukturalnych na terenie Afryki. W Somalii, Gambii, Gwinei, Demokratycznej Republice Kongo i Sierra Leone zbudowała stadiony. W Angoli, Mozambiku, Erytrei i Ugandzie, a ostatnio Rwandzie wybudowała siedziby ministerstw spraw zagranicznych. W Gabonie oddała już do użytku siedzibę rządu, w Kongo i Zimbabwe pałace prezydenckie, w Ugandzie budynek parlamentu, a obecnie buduje w Lagos siedzibę Unii Afrykańskiej. W RPA chińskie firmy budują... tamtejszy Disneyland. Znana już także poza Chinami tamtejsza państwowa spółka telekomunikacyjna Huawei wygrała przetargi i buduje sieci telefonii komórkowej w Nigerii, Angoli, Gwinei Równikowej, Liberii i Kenii, a Nigerii - jednemu z ważniejszych państw kontynentu - użyczono w 2007 roku rakiety na wystrzelenie satelity telekomunikacyjnego. Nie zważając na skomplikowaną sytuację wewnętrzną w Sudanie, ChRL buduje lotnisko w Chartumie, już oddała tam do użytku wielką salę kongresową, zwaną „Halą Przyjaźni", a obecnie stawia zaporę wodną na Nilu. Mówiąc krótko: nic, nawet wojny i konflikty wewnętrzne, nie odstraszają Chińczyków, a ich zaangażowanie (handlowe, kapitałowe, inwestycyjne, nawet technologiczne) jest coraz bardziej urozmaicone.

Na mocy ustaleń szczytu chińsko-afrykańskiego z listopada 2006 roku obroty handlowe Chin z partnerami afrykańskimi postanowiono zwiększyć z 40 mld dolarów w roku 2005, do 100 mld dolarów na koniec dekady. Tymczasem już w ubiegłym roku obroty te sięgnęły 106 mld dolarów, a w tym roku ulegną kolejnemu zwiększeniu, mimo notowanego kryzysu na rynkach światowych. Chiny zwiększają też wyraźnie pomoc rozwojową dla Afryki (z 44 mln dolarów w roku 2005, do sumy podwojonej w roku bieżącym), budują w Afryce pięć nowych stref gospodarczych, utworzyły specjalny fundusz w wysokości 5 mld dolarów (już mówi się o jego zwiększeniu) na rzecz wspierania chińskich firm i kompanii inwestujących w Afryce, a podobną sumę przeznaczono już na pożyczki i kredyty dla tamtejszych partnerów. Ekspansja jest zakrojona na tak szeroką skalę, że w Chinach kształci się nawet afrykańskich specjalistów (ok. 15 tys. osób z Afryki skorzystało z chińskich stypendiów rządowych), buduje drogi i koleje (Angola, Nigeria), szpitale, szkoły, zapory wodne (wspomniany Sudan), wspiera tamtejsze rolnictwo i projekty w zakresie irygacji. Chińskie domy towarowe, a nawet „pchle targi" z tanim towarem i metką Made in China stały się już częścią afrykańskiego krajobrazu. W chwili obecnej Chiny są już trzecim, po USA i Francji, partnerem handlowym Afryki, a lada chwila mogą być nawet pierwszym.

Jaki jest podstawowy motyw tej chińskiej, niespotykanej ekspansji? Odpowiedź jest dość prosta: głód surowców. Najwięcej ropy naftowej Chiny importują ostatnio z Angoli, gdzie zaangażowały się także w inwestycje na tamtejszych polach naftowych. W efekcie kraj ten stał się ostatnio najważniejszym na kontynencie partnerem handlowym ChRL. Niewiele w tyle pod tym względem pozostaje wielka i bogata w surowce Nigeria. Z RPA Chiny importują miedź, chrom, uran, drewno (to także z Liberii i Gabonu), rudę żelaza. Metali (i ropy) dostarcza Chinom Wybrzeże Kości Słoniowej i Zimbabwe (platyna). Tanzania dostarcza im sizal i bawełnę. Kenia i Zambia mają zdominowany przez Chińczyków przemysł tekstylny. Lecz najważniejsza, tego Pekin nie kryje, jest dla strony chińskiej ropa i gaz, którą - obok największych, Angoli i Nigerii - dostarczają im jeszcze: Algieria, Gwinea Równikowa, Gabon, Demokratyczna Republika Kongo i - także ważny pod tym względem, choć targany konfliktami - Sudan. Ostatnio dołączyła do nich Kenia, Etiopia, Republika Konga i Madagaskar, gdzie już rozpoczęto pierwsze chińskie odwierty.

Jaki będzie etap czwarty?
Na czym polega ten chiński nieprawdopodobny wprost sukces? Na ten temat, tak w Afryce, jak poza nią, toczą się i pewnie będą toczyły się nadal spory. Przynajmniej w kilku kwestiach pojawia się w tych debatach konsensus. Chiny odnoszą w Afryce sukcesy, bowiem:
1) nie stawiają rządom i władzom żadnych warunków wstępnych przed podpisaniem kontraktu (poza ustaleniem kwoty własnych specjalistów, jacy mają być zaangażowani w ich realizację);
2) nie pytają o sytuację wewnętrzną i nie narzucają nikomu swego modelu rozwojowego;
3) prezentują się - jak dotąd - jako państwo (szybko) rozwijające się, podobnie jak Afryka ciężko doświadczone kolonializmem, sugerując tym samym, że obie strony mają podobne (antykolonialne) korzenie i dziedzictwo;
4) ustawiają kontrakty tak, by obie strony miały poczucie korzyści z nich płynących (win-win situation);
5) są pragmatyczne, a zarazem skuteczne w działaniu: podpisany kontrakt musi być zrealizowany, bez względu na okoliczności, czy trudne uwarunkowania.

Jak wynika z analizy ciekawej strony internetowej afrykańskich intelektualistów Pambazuka, bezprecedensowa obecność Chin budzi już tam pierwsze emocje i kontrowersje. Spory powstają wokół chińskich centrów handlowych, wypierających rodzimych handlowców i producentów, jak też niektórych inwestycji, prowadzonych bez należytego rozeznania i uwagi na przykład z punktu widzenia ochrony środowiska naturalnego. Choć powoli, przedmiotem kontrowersji staje się również fakt, że chińskie firmy, a obok nich przestępcze syndykaty z Hongkongu, angażują się często także w działania nielegalne, a co najmniej na granicy łamania prawa, takie jak wyrąb lasu, czy poszukiwanie towarów w Chinach bardzo pożądanych, a trudno dostępnych i zanikających, jak mahoń, kość słoniowa, czy smakołyk chińskiej kuchni, jakim są płetwy rekina.

Afrykańskie elity polityczne są jednak, jak dotąd, z chińskiego zaangażowania zadowolone - gdyż Chińczycy o nic nie pytają. Nie stawiają, jak Zachód, warunków dotyczących demokratyzacji, przepisów państwa prawa, przestrzegania praw mniejszości, a nawet standardów ekologicznych. To się w Afryce podoba. Są nowe inwestycje, są kolejne środki, a nikt nie pyta o styl i jakość rządzenia, nie wtrąca się w tamtejsze sprawy wewnętrzne. Stąd dyktator Zimbabwe, Robert Mugabe, zaprowadził już u siebie nowe rozwiązania, polegające na tym, że powołał specjalne „wydziały chińskie" w ministerialnych gabinetach, a nawet w policji. Nie wiadomo czy Chińczycy tym samym mają być wyjęci spod prawa, czy tylko odrębnie traktowani?

Państwo Środka, jak dotąd, jest skuteczne. Prezentuje się w Afryce jako siła neutralna, przyjazna, gotowa do współpracy. Przy każdej możliwej okazji przypomina ono, że kiedyś, w XVI stuleciu dotarł do wybrzeży Afryki „chiński Kolumb", admirał Zheng He, który nie kolonizował i nie brał niewolników, za to rozdawał chińską porcelanę i tkaniny oraz wymieniał dary z miejscowymi wodzami. Jak długo te argumenty przetrwają? Kiedy Afrykańczycy naprawdę uświadomią sobie, że za pozorami chińskiego „miękkiego podejścia" kryją się w istocie twarde interesy i dość bezpardonowa walka o wpływy? Innymi słowy - jak długo uda się Chińczykom utrzymać wizerunek przyjaznego partnera, a nie machającego książeczką czekową bogacza, stawiającego twarde własne żądania? O to, chociaż przede wszystkim o surowce, toczy się ta gra. Warto ją obserwować, bo jest to nowy fenomen, na niespotykaną dotychczas skalę.
Artykuł ukazał się w Komentarzu Międzynarodowym Pułaskiego nr 18/2009 alt Publikacja za zgodą wydawcy.


[1] Z dość obszernej już na świecie międzynarodowej literatury na ten temat polecam następujące prace i opracowania: Chris Alden, China in Africa, London 2007; tom African perspectives on China in Africa, Ed. By Firoze Manji and Stephen Marks, Cape Town-Nairobi-Oxford 2007; raport China in Africa wydany przez Nordiska Afrikainstitutet, Uppsala 2007; rozdział „China's Post-Cold War Strategy in Africa: Examining Bejing's Methods and Objectives", napisany przez Joshua Eisenmana, w tomie China and the Develoiping World.. Beijing's Strategy for the Twenty-first Century, London 2007. Podstawowy dokument chiński to tzw. Biała Księga nt. polityki tego państwa na kontynencie afrykańskim, wydana w styczniu 2006 r. i dostępna w Internecie jako China's African Policy. Ważny jest również niemiecki raport, sporządzony przez Helmuta Asie i Margot Schüller, China's Engagement in Africa: Opportunities and Risks for Development, Hamburg 2008.
Czytany 11635 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04