piątek, 23 kwiecień 2010 06:49

Bogdan Góralczyk: Chiński model nie do wzięcia

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
alt Bogdan Góralczyk
O Chinach coraz głośniej w świecie. Najludniejsze państwo na globie zadziwia: od trzech dziesięcioleci legitymuje się najwyższym wzrostem gospodarczym, a ostatni kryzys na światowych rynkach, wbrew przepowiedniom, też nie załamał chińskiego kolosa. W roku ubiegłym Chińska Republika Ludowa (ChRL) wykazała się ponownie najwyższym wzrostem w skali światowej w wysokości 8,7 proc. PKB - dla wielu niebotycznej, mierzonej raczej w skali marzeń, niż dokonań.
Lista sukcesów
Gdyby kwestia ograniczała się tylko do wzrostu gospodarczego, to - choć ważny - mógłby on jeszcze być przemilczany. Jednakże, co naturalne, w ślad za tym bezprecedensowym dźwignięciem się w górę idą procesy i zjawiska, które karzą przyglądać się ChRL o wiele uważniej niż dotąd. Według wszelkich międzynarodowych statystyk, to właśnie w bieżącym, 2010 roku, Chiny wyprzedzą Japonię jako druga największa gospodarka świata po USA (jeśli nie liczyć UE jako jednego organizmu gospodarczego, wtedy będą trzecie). Natomiast w ubiegłym roku wyprzedziły w tych statystykach Niemcy jako największy eksporter na globie. Jeśli dodać do tego fakt, że legitymują się największymi rezerwami walutowymi w skali światowej, sięgającymi blisko 2,5 biliona dolarów, to mamy już do czynienia z podmiotem o zupełnie nowym wymiarze na światowej arenie.

Tymczasem to wcale nie koniec chińskiej, stale się wydłużającej, listy sukcesów. Paleta jest naprawdę ogromna: premier Wen Jiabao w niedawnym referacie o pracach rządu, wygłoszonym w początkach marca na dorocznej sesji parlamentu, zapowiedział w tym roku ponowny wzrost rzędu 8 proc. PKB i założył, że tamtejszy deficyt budżetowy nie przekroczy 3 proc. PKB, tzn. spełniałby on jak najbardziej tzw. kryteria z Maastricht w ramach Unii Europejskiej. Również inflacja, choć są z nią ostatnio spore trudności, ma być utrzymana na poziomie rzędu 3 proc. Innymi słowy: stabilność gospodarcza i szybki wzrost mają nadal, jak w poprzednich dekadach, stanowić „znak firmowy" chińskich reform.

Gdyby chińskie sukcesy ograniczyć tylko do gospodarki, można byłoby mówić co najwyżej o kolejnym dalekowschodnim ekonomicznym „tygrysie", tyle że tym razem bardziej opasłym, o większych gabarytach. Trzeba jednak podkreślić, że w ślad za - niebywałymi, przyznajmy - sukcesami gospodarczymi, o czym tak chętnie mówią chińskie władze, zaczynają iść zasadnicze zmiany w zupełnie innych dziedzinach, na które też należałoby zwracać coraz większą uwagę. Jakie to dziedziny? Po pierwsze - technologia. ChRL, do niedawna „królestwo" podróbek, atrap i rynkowego chłamu, w błyskawicznym tempie podnosi jakość wypuszczanych produktów elektronicznych i w sferze wysokich technologii. Każdy, kto choć odrobinę orientuje się, co się na światowych rynkach w tych dziedzinach dzieje (a takich w dobie rewolucji informatycznej jest coraz więcej) musi przyznać, że na chińskim rynku elektronicznym dokonują się ostatnio zmiany iście kopernikańskie. Zresztą, tylko kraj legitymujący się takimi dokonaniami w dziedzinie high tech może otwarcie mówić o tym, co czynią Chiny, że do 2018 roku wyślą swojego taikonautę na Księżyc.

Druga dziedzina godna uwagi, choć jest takich więcej, to kwestia radzenia sobie z tzw. wyzwaniami globalnymi, w tym przede wszystkim z ekologią i ociepleniem klimatu. W obydwu tych dziedzinach ChRL nie miała i nie ma, zresztą słusznie, „dobrej prasy": proces szybkich reform okupiono dewastacją środowiska naturalnego, a Chiny zastąpiły niedawno USA jako największy truciciel powietrza na globie. Chińskie odpowiedzi na te wyzwania są różne. Przykładowo: ChRL to pierwszy bodaj kraj na globie, który zakazał wydawania w supermarketach plastykowych torebek, wszystkie mają być „ekologiczne"; już w przyszłym roku Chiny mają zastąpić dotychczasowych liderów, Niemcy i Hiszpanię, jako producent baterii solarnych; Chiny zobowiązały się do 2020 roku ograniczyć o 40-45 proc. w stosunku do poziomu z roku 2005 poziom emisji dwutlenku węgla, znacznie tym samym wyprzedzając inne największe państwa świata; zapowiadają też budowę nowego „systemu przemysłowego" oraz „modelu konsumpcji", które z założenia mają opierać się na „niskiej emisji CO2".
Chiński model
Nic dziwnego, że w takich okolicznościach na szeroko rozumianym Zachodzie, jak też w nie mniejszym stopniu w państwach rozwijających się, szczególnie w Afryce i w Azji, rozpoczęła się debata na temat „chińskiego modelu rozwojowego".[i] Co wzbudza zachwyt i zazdrość innych? Jakie czynniki i elementy eksponuje się w tej debacie? Co wnoszą, a raczej ewentualnie mogłyby wnieść Chiny jako „wzorzec rozwoju" dla innych?

Z tej bogatej w treści debaty wyłania się cały szereg ciekawych i ważnych wniosków, które już w jednym z szykowanych do druku opracowań ośmieliłem się określić zbiorczym mianem „chińskiego paradygmatu rozwojowego".[ii] Jakie elementy składają się na ten „model"? Do najważniejszych z nich zaliczyłbym:

- pragmatyczne, pozbawione ideologii podejście rządu do reform;

- trzeźwą ocenę własnych możliwości i szans, połączoną z chłodną kalkulacją nowych opcji wyłaniających się na stale zmieniającej się arenie międzynarodowej;

- aktywny udział państwa w procesach gospodarczych, w przeciwieństwie do neoliberalnej ortodoksji opowiadającej się za „słabym państwem";

- prowadzenie procesu rozwojowego przez silne państwo, które, jak podpowiada bogata chińska tradycja, może istnieć tylko i wyłącznie wtedy, gdy stoją na jego czele świadome swych celów, znakomicie wykształcone i dobrze dobrane elity;

- stąd można mówić o powrocie do merytokracji, tak bardzo widocznym w wypracowanym zgodnie z ideami „ojca reform" Deng Xiaopinga systemie rotacji kadr oraz, co ważniejsze, zastępowaniu jednej generacji przywódców państwa kolejną, za każdym razem młodszą i lepiej wykształconą;

- świadome stosowanie zasady „rynek przed demokracją", a więc trzymanie się formuły, zgodnie z którą reformy rynkowe mają poprzedzać wszelkie eksperymenty o charakterze demokratycznym;

- akceptacja podstawowych praw człowieka, rozumianych jednak w formule uniwersalnej, a więc z położeniem nacisku na wikt i opierunek, czyli na zagwarantowanie obywatelom podstawowych potrzeb w sensie materialnym, a nie - jak na Zachodzie - indywidualnych wolności obywateli;

- neoautorytaryzm, oparty na przywracanych i dostosowywanych do wyzwań współczesności zasadach patriarchalnego z ducha konfucjanizmu, połączonego z zasadami komunitaryzmu, co łącznie stanowi zaprzeczenie indywidualistycznego liberalizmu;

- daleko idące, w chińskiej tradycji bezprecedensowe, otwarcie na świat i tym samym korzystanie z procesów globalizacyjnych;

- w stosunkach z zagranicą trzymanie się tradycyjnych pięciu zasad pokojowego współistnienia (pancha shila), czyli głośne opowiadanie się za przestrzeganiem reguł suwerenności, integralności terytorialnej państw i ich samostanowienia oraz wzajemnego poszanowania.

Tak wygląda z grubsza opisany chiński „model rozwojowy", czy też, jeśli kto woli, „paradygmat rozwojowy". Co z niego jest do zastosowania u innych? Czy te koncepcje i pomysły, ciągle jeszcze dyskutowane, tak w Chinach, jak poza nimi, mogą być atrakcyjne na zewnątrz, poza Chinami?

Towar nieekspotowy

Zaskakujący wniosek brzmi tak: „chiński model", choć niedopracowany i jakkolwiek go rozumiemy, zdaje się budzić zainteresowanie, a nawet poklask przynajmniej w niektórych elitach intelektualnych Zachodu, podobnie jak cieszy się rosnącą uwagą, a nawet swego rodzaju „wzięciem" w wielu państwach afrykańskich i azjatyckich, jednak w samych Chinach widać w tej dziedzinie sporo sceptycyzmu.

Chińczycy znacznie lepiej niż ktokolwiek inny zdają sobie sprawę z tego, że ich „model" jest niedokończony, że cały tamtejszy proces transformacji jeszcze trwa, że - owszem - gospodarkę już w dużej mierze zreformowano i zmodernizowano, a kraj skutecznie włączono w światowy krwiobieg gospodarki kapitalistycznej doby globalizacji, jednakże kraj nadal boryka się z poważnymi niedomaganiami i trudnościami. Jakimi? By przedstawić najpoważniejsze, jakie wymieniają chińscy eksperci:

- Chiny nadal są „państwem na dorobku", patrząc na dochody per capita obywateli znajdują się jeszcze na początku drugiej setki w zestawieniu wszystkich państw na globie. Mamy tam ciągle nie mniej oznak i przejawów „państwa rozwijającego się", aniżeli już rozwiniętego;

- proces tak spektakularnych i przynoszących niebywałe sukcesy reform (gaige) i otwarcia na świat (kaifang) przyniósł też ze sobą bezprecedensowe rozwarstwienie społeczne i stratyfikację terytorialną. Według najlepszego znanego wskaźnika tego rozwarstwienia, tzw. współczynnika Gini, Chiny, z litery i prawa ciągle państwo komunistyczne, są obecnie nawet bardziej rozwarstwione aniżeli USA, będące przecież kolebką światowego, wolnorynkowego kapitalizmu!

- dewastacja środowiska naturalnego jest uznanym faktem. Ocenia się, że zdecydowana większość demonstracji i napięć społecznych, szacowanych na dziesiątki tysięcy w ciągu roku, bierze się właśnie z tego powodu. Ludzie po prostu mają dość skażeń i zatrucia, a zarazem braku odpowiedzialności ze strony tych, którzy do tych zanieczyszczeń (wody, ziemi, powietrza) doprowadzają;

- reformy, owszem, przyniosły sukcesy, ale jednym z najpoważniejszych „skutków ubocznych" tych niebywałych zmian jest niemal kompletne rozbicie siatki świadczeń socjalnych, kiedyś przecież, w „epoce Mao Zedonga", będącej podstawą legitymacji ówczesnego reżimu. To jeden, nie jedyny powód, iż Mao, przecież tyran jak rzadko - przynajmniej w niektórych kręgach - bywa w Chinach do dziś dobrze wspominany;

- załamał się system wartości i cały kodeks moralny. Sama, tak bardzo teraz widoczna, wiara w pieniądz, zwana baijinzhuyi, to zdecydowanie za mało. A nowego kodeksu brak!

Chińscy politycy i eksperci nie dodają do powyższego katalogu i nie obnoszą się z tym, chociaż doskonale wiedzą, że „ojciec" tych reform, Deng Xiaoping, pozostawił im „w spadku" swoje strategiczne wizje i dyrektywy, które do dziś obowiązują. Najgłośniejsze z nich nakazują: „nie wyrywać się przed szereg", „nie podnosić głowy", „nie udawać liderów". To dlatego Chiny w początkach ubiegłego roku odrzuciły amerykańską koncepcją tworzenia G-2, takiego konglomeratu czy duumwiratu, który miałby „zarządzać" światową gospodarką. Jeszcze nie czas! - powiadają przedstawiciele Państwa Środka - i doskonale wiedzą, co mówią. To ciągle jeszcze jest faza transformacji i porządkowania własnego podwórka. Jeszcze nie czas na ekspansję i zmiany - dopowiadają - skupiając się ostatnio tylko na jednym azymucie: reunifikacji (przynajmniej gospodarczej) z Tajwanem (o czym już na tych łamach pisałem).

A jednak inni, nie za bardzo rozumiejący chińskie wewnętrzne uwarunkowania, za to zachwyceni i pełni podziwu dla ich sukcesów, za „chińskim modelem" coraz częściej się oglądają. Zastosują go u siebie - w jakimś innym państwie Azji, Afryki czy Ameryki Południowej? Śmiem wątpić. Czemu? Ano dlatego, że „chiński model", o ile o takim w ogóle można mówić (niektórzy preferowali termin „pekiński konsensus", mający być zaprzeczeniem neoliberalnego „konsensusu waszyngtońskiego") jest jeszcze niedojrzały, znajduje się w budowie.

To, z czym mamy dzisiaj w Chinach do czynienia, to systemowa hybryda, połączenie komunizmu (w rozumieniu systemu politycznego) z kapitalizmem. Chiny nie dopracowały się jeszcze ani dojrzałego systemu socjalnego, choć ostatnio mocno nad tym pracują, ani nie są tym bardziej, choć też by chciały, modelowym państwem prawa, ani nie mają unikatowych rozwiązań instytucjonalnych, godnych pozazdroszczenia. Silne państwo, oświecone elity (merytokracja), patriarchalizm i swoisty „ekonomizm" to jeszcze za mało. Sukcesy gospodarcze można święcić, nawet na wiele sposobów, ale niejako „po drodze" można się też wywrócić z powodu społecznych napięć i poczucia niesprawiedliwości ze strony obywateli.

Na szczęście ciągle dość trzeźwe i pragmatyczne chińskie władze o tym wiedzą i - jak dotąd - są wstrzemięźliwe, powściągliwe i wręcz ugodowe na scenie zewnętrznej. Jak długo tak będzie? - To oczywiście zależy nade wszystko od ich dalszych sukcesów. Przestrzegałbym jednak przed powielaniem chińskiej specyfiki na zewnątrz. Chociażby ze względów kulturowych, o systemowych i instytucjonalnych (o których wyżej) już nie mówiąc, tego się po prostu nie da zrobić. Chiny, jak niemal zawsze było w ich długich dziejach, pozostaną „modelem samym w sobie", nie uda się ich powielić. Co wcale nie znaczy, że po niektóre tamtejsze rozwiązania, ostatnio całkiem interesujące, nie należałoby choć czasami sięgać.
Artykuł ukazał się w Komentarzu Międzynarodowym Pułaskiego nr 07/2010 alt Publikacja za zgodą wydawcy.


[i] Jako pozycje godne szczególnego polecenia wskazałbym: Martin Jacques, When China Rules the World. The End of the Western World and the Birth of a New Global Order, New York 2009; Mark Leonard, What Does China Think?, London 2008 (ostatnio wydana u nas pt. Zrozumieć Chiny); Dawid Shambaugh, China's Communist Party: Atrophy and Adaptation, London 2008. Godna polecenia jest debata nt. chińskiego modelu, jaka przeszła w marcu 2010 roku na stronach chińskiej agencji prasowej Xinhua: www.xinhuanet.com O możliwościach jego adaptacji np. przez kontynent afrykański zob. Robert I. Rotberg (ed.), China into Africa: Trade, Aid and Influence, Washington 2008 i Deborah Brautigam, Dragon's Gift. The Real Story of China in Africa, Oxford 2010.

[ii] B. Góralczyk, Chiny a nowy ład gospodarczy w świecie. Opracowanie szykowane do druku w pracy zbiorowej pod red. prof. K. Gawlikowskiego.
Czytany 9510 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04