środa, 16 październik 2013 07:52

Błażej Popławski: Migranci z Afryki wyzwaniem dla Europy

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

african_immigrants  dr Błażej Popławski

Włoska wyspa Lampedusa w 2013 roku została zgłoszona do Pokojowej Nagrody Nobla. Nie zdobyła jej. Stała się za to symbolem porażki – nie tylko tragedii Afrykanów, ale także klęski europejskiej polityki migracyjnej.

Zmiana dyskursu

W październiku świat przypomniał sobie o istnieniu Lampedusy – niewielkiej włoskiej wyspy na Morzu Śródziemnym, położonej między Tunezją, Libią a Półwyspem Apenińskim. Pół roku po wizycie na niej papieża Franciszka i słowach o „globalizacji obojętności”, apelu do sumień Europejczyków i solidarności wobec uchodźców, u wybrzeży Lampedusy zatonęła łódź, a ponad 300 ofiar wyławiano przez kolejny tydzień. Kilka dni później doszło do innego „wypadku” u brzegów wyspy. Śmierć poniosło kilkunastu migrantów z Maghrebu.

Korespondenci z całego świata odwiedzają teraz Lampedusę – wizytują przeludniony ośrodek dla uchodźców, zwiedzają Cmentarzysko Łodzi. Nagle okazuje się, że do tragedii pod Lampedusą dochodzi regularnie, a mówienie o katastrofach u wybrzeży Włoch w narracji „wypadku” staje się zupełnie nie na miejscu. Do opinii publicznej trafiają „zaskakujące” dane – np. że podczas ostatnich dwóch dekad przez Lampedusę do Europy dostać się miało blisko ćwierć miliona osób, że co dziesiąty migrant stał się ofiarą katastrofy morskiej bądź został zabity przez szmuglerów [1].

„Wypadek” zdarza się nieoczekiwanie, zaskakuje i przeraża. Czy zatem doniesienia o zatonięciu kolejnych łodzi i śmierci Afrykanów u brzegów Europy nazwać można „wypadkami”? Czy to raczej ponury dowód na indolencję władz w Brukseli, niepotrafiących poradzić sobie z falami migracji? Warto pochylić się na złożoną etiologią wyjazdów Afrykanów, umieścić wydarzenia pod Lampedusą w szerszym, społeczno-politycznym kontekście. Do analizy tej konieczna jest także zmiana samego języku opisu – odejście od tabloidalnej narracji akcydentalnej, zastąpienie jej diagnozą skali ryzyka wpisanego w strategię migracyjną Unii Europejskiej oraz wprowadzenie dyskursu uwzględniającego aspekt geopolityczny i gospodarczy.

Czynniki „push” i „pull”

Socjolodzy i demografowie zwracają uwagę, że decyzja o migracji rzadko bywa monokauzalna, a najczęściej stoją za nią zarówno powody ekonomiczne, jak i polityczne, kulturowe, czy rodzinne. W tworzeniu naukowych modeli eksplikujących zjawisko migracji ważną rolę odgrywa stworzenie typologii czynników „push” i „pull” – „wypychania” i „przyciągania”. Ocena, które z nich odgrywają większą rolę w decyzji o migracji jest zarazem odpowiedzią na pytanie, kogo należy winić za tragedię pod Lampedusą oraz gdzie należy szukać rozwiązań problemu.

W opiniach europejskich włodarzy niejednokrotnie pojawia się stwierdzenie jakoby główną przyczyną nielegalnych migracji była fatalna jakość rządzenia i rozpad państw w Afryce Subsaharyjskiej. Rzeczywiście, według rankingu „państw upadłych” (failed states) organizowanego przez amerykański think-tank Fund for Peace oraz magazyn „Foreign Policy”, siedem z dziesięciu krajów „najbardziej upadłych” to państwa położone na południe od Sahary (1. Somalia; 2. Demokratyczna Republika Kongo; 3. Sudan; 4. Sudan Południowy; 5. Czad; 9. Republika Środkowoafrykańska; 10. Zimbabwe). W pierwszej, niechlubnej 20 rankingu znajduje się aż 15 krajów z tego regionu.

Trudno jest uznać zestawienia takie jak ranking „państw upadłych” za obiektywne narzędzie do kompleksowej oceny przyczyn nielegalnej migracji z Afryki do Europy – aczkolwiek znaczna część czynników uwzględnianych przez autorów zestawienia (np. zanik władz centralnych; brak świadczenia usług publicznych; powszechna korupcja; wysoki poziom przestępczości; recesja gospodarcza) odgrywa ważną rolę w decyzji o wyjeździe. Zauważyć należy, że wadą diagnoz wychodzących od pomiaru stopnia rozpadu państw afrykańskich jest wyraźny europocentryzm analityków, złudne przekonanie, że jedynie demokracja rozumiana na sposób anglosaski może stanowić receptę na kryzysy na globalnym Południu. Zaletą tego typu ujęć jest z kolei zwrócenie uwagi, że Afrykanie będą opuszczać swój kontynent dopóki dopóty sytuacja w ich ojczyznach nie ulegnie poprawie. Wniosek ten – skądinąd mało odkrywczy – nie powinien jednak skłaniać polityków z Brukseli do uszczelniania granic, lecz kierować ich uwagę ku wspieraniu liderów afrykańskich w wysiłkach reform makrospołecznych podejmowanych przez nich na południe od Sahary. Migrację można zahamować, a przynajmniej ją uregulować, jeśli podstawowe potrzeby Afrykanów będą zaspokajane przez nich na miejscu, na Czarnym Lądzie. W perspektywie takiej, ważnym elementem europejskiej polityki migracyjnej staje się pomoc rozwojowa kierowana do krajów, skąd pochodzą migranci (nieprzypadkowo, jak twierdzi nigeryjski politolog, Emmy Godwin Irobi, większość ofiar spod Lampedusy urodziło się w Rogu Afryki – w Somalii i Erytrei[2]).

Decyzja o wyjeździe do Europy motywowana jest także przekonaniem, że za północnym brzegiem Morza Śródziemnego kryją się „kraje mlekiem i miodem płynące”, „ziemia obiecana”, kusząca dobrobytem i miejscami pracy. Wyrwanie się z pułapki biedy i chęć awansu społecznego popycha Afrykanów do dramatycznej decyzji o wyjeździe. Biorąc pod uwagę kryzys dotykający Europę, odczuwany silnie w państwach granicznych, przekonanie to staje się coraz bardziej bolesnym mitem. Pokutuje on w umysłach tysięcy Afrykanów, wierzących, że w byłych metropoliach kolonialnych znajdą oni spokój i pieniądze.

Jak zatem przezwyciężyć tego rodzaju skrypty poznawcze głęboko zakorzenione w społeczeństwach globalnego Południa? Ważną receptą, oprócz wspomnianego stymulowania rozwoju gospodarczego w Afryce, jest także edukacja, inwestycje w sektor szkolnictwa. W dużym uproszczeniu można stwierdzić: jeśli ktoś za młodu zrozumie, że Europa nie oferuje każdemu migrantowi miejsca pracy, wiktu i opierunki, to będąc dorosłym nie będzie tak chętnie podejmować decyzji o migracji.

Europejska forteca

Polski historyk Janusz Tazbir, w pracach poświęconych koncepcji przedmurza chrześcijańskiej Europy (antemurale christianitatis), zwrócił uwagę, że politycy często nie dostrzegają łatwości z jaką mit ochrony przed „Obcymi” przeradza się w klaustrofobiczne przekonanie o własnej wyjątkowości, połączone ze stygmatyzacją „Innych”. Obecnie, w debatach unijnych coraz częściej powraca stereotyp Afrykanina – zajmującego miejsca pracy Europejczyków, rozwijającego czarny rynek, niechętnego asymilacji kulturowej, czy – w skrajnych przypadkach – sympatyka radykalnych, terrorystycznych organizacji. Uprzedzenie to – jak każdy stereotyp, posiada pewien komponent poznawczy. Znaczna część migrantów rzeczywiście znajduje zatrudnienie w „szarej strefie”, nie płaci podatków, mieszka w slumsoidalnych gettach, naruszających (i tak wątpliwą) estetykę przedmieść europejskich miast. Czy usprawiedliwia to jednak zaostrzanie polityki migracyjnej, której ofiarą stają wszyscy migranci, która jednocześnie sprzyja upowszechnianiu uprzedzeń wobec osób o innym kolorze skóry?

Według argumentacji wielu polityków z Brukseli, część migrantów ucieka się do sui generis szantażu, zakładając, że urzędnicy europejscy uznają nowo przybyłych za uchodźców politycznych, a nie za nielegalnych migrantów zarobkowych. Owszem, wielu Afrykanów rzeczywiście ucieka przed prześladowaniami etnicznymi, religijnymi. Nie można temu zaprzeczyć. Jednak wielu spośród podróżujących celowo eksponuje wątek martyrologiczny, tuszując w ten sposób główne przyczyny migracji „za chlebem”. Skutki tego przekłamania i szantażu stają się coraz bardziej odczuwalne przez kolejne fale migrantów, jak i dostrzegalne na gruncie dyskursu europejskich polityków.

Zaostrzenie polityki migracyjnej, eksponowane w dyskursie część populistów i nacjonalistów, wiąże się z rosnącymi nakładami na system nadzorowania granic – Eurosur oraz na Frontex – agencję unijną powołaną do zarządzania granicami zewnętrznymi. Wizja utworzenia ogromnej bazy danych biometrycznych, satelitów i dronów monitorujących rubieże Starego Świata, o której nieśmiało wspominano dekadę temu, staje się obecnie bliska realizacji. Z różnych stron padają jednak pytania o zasadność stosowania tego rodzaju narzędzi.

De iure Eurosur i Frontex mają zmniejszać liczbę nielegalnych migrantów, zapobiegać ich tragicznej śmierci, a także przeciwdziałać przestępczości zorganizowanej. De facto, system tzw. inteligentnych granic (smart borders) obejmuje powołanie szeregu instrumentów inwigilacji i kontroli, których gigantyczne koszty pokryją europejscy podatnicy. Działacze organizacji pozarządowych zwracają także – słuszną skądinąd – uwagę, że w samym pojęciu „migrantów nieregularnych” („irregular migrants”), powielanym w dokumentach unijnych, kryje się ukryty strach i niechęć przed nie-Europejczykami. Podobnie przedstawia się kwestia dzielenia granic Europy na „niskiego” i „wysokiego ryzyka”, podziału arbitralnego, zwykle nieuwzględniającego specyfiki kontekstu lokalnego.

Analiza działania unijnych instytucji odpowiedzialnych za kontrolę granic i politykę migracyjną, jednoznacznie wskazuje, że Unia Europejska nadal poszukuje swojej tożsamości, wybierając między ułudą państw narodowych, a projektem kosmopolitycznych organizmów, tworzących (rzekomo) harmonijną strukturę współpracy. Kolejne fale nielegalnej migracji uznać można za test ryzyka wpisanego w działanie każdej instytucji, który – póki co – świadczy o niestabilności polityk i braku konsensusu na szczeblu unijnym, a także jest dowodem na europocentryzm mieszkańców Starego Świata.

Autor jest członkiem Polskiego Towarzystwa Afrykanistycznego.
Fot. mycontinent.co

________________________________________
1. Błażej Popławski, Śmierć u brzegów Europy, „Kultura Liberalna” nr 247 (39/2013) z 1 października 2013 r.
2. Tragedie u wybrzeży Lampedusy będą się powtarzać. Z nigeryjskim politologiem, Emmym Godwinem Irobim, o przyczynach tragedii u brzegów Lampedusy i europejskiej polityce migracyjnej rozmawia Błażej Popławski, „Kultura Liberalna” nr 249 (41/2013) z 15 października 2013 r.

Czytany 4837 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04