poniedziałek, 15 luty 2010 08:52

Bartłomiej Królikowski: Przyczajony tygrys

Oceń ten artykuł
(1 głos)
alt Bartłomiej Królikowski Dokąd zmierza nowe mocarstwo znad Żółtej Rzeki? Państwo Środka z impetem wkroczyło do panteonu światowych mocarstw. Czas najwyższy przestać postrzegać Pekin jedynie w kategoriach gospodarczego cudu, czy też jako eksperyment łączący kapitalizm z komunizmem. Czas najwyższy odpowiedzieć sobie na pytanie: jakie cele geopolityczne stawia sobie państwo o tak ogromnych ambicjach i niesamowitym potencjale?
Zagadnienie dynamiki chińskiego rozwoju gospodarczego w ostatnich latach nie schodzi z ust każdego, kto choćby pobieżnie zainteresowany jest sytuacją międzynarodową. Obudzenie się - i to tak dynamiczne -giganta jakim z pewnością jest Państwo Środka nie tylko nie mogło zostać niezauważone, ale niemal od razu spowodowało dyskusję nad skutkami tak spektakularnego powrotu na arenę międzynarodową. Padają więc pytania: czy rozpędzona śnieżna kula - jak przedstawić można Pekin - zmiatać będzie na swej drodze wszystko, co składa się na dotychczasowy ład międzynarodowy, czy chińska duma rzuci się cieniem na region i świat, czy też Chiny wkomponują się w dotychczasowy system państw? Świat zastanawia się czy sukces znad Żółtej Rzeki może pobudzić nacjonalizm, który z kolei stanie się zagrożeniem dla państw w najbliższej okolicy, czy też stanie się zupełnie odwrotnie: poluźnione kapitalizmem państwo ponownie zacznie przeżywać problemy z zachowaniem zintegrowanej formy i reakcją na to będzie znana już z historii izolacja. Najważniejszym pytaniem jest jednak to najbardziej podstawowe: w którym stadium znajduje się chiński skok gospodarczy, a co za tym idzie i wzrost potęgi międzynarodowej. Czy jest to dopiero początek chińskiego wielkiego powrotu na scenę mocarstw, czy też gdzieś można było wskazać apogeum, a może za jakiś czas powinniśmy się spodziewać wielkiego wyhamowania? Za każdym z poglądów stoją wielkie nazwiska. Nie ma dominującej opinii, czego konsekwencją jest to, że kwestia chińska jest jeszcze bardziej dyskusyjna, intrygująca, dla wielu także bardzo niepokojąca.

Niepokoić powinien się każdy, kto w dobie „końca historii" ugruntował sobie pozycję w świecie, a zarazem każdy, kto w ów fukuyamowski „koniec historii" uwierzył na tyle, by zapomnieć o możliwości ponownego zaistnienia konfliktu mocarstw. Obawy może żywić Waszyngton, choć z drugiej strony - co jest logiczne - samo wzbudzenie niepokoju w USA winno działać studząco na rozgrzane głowy w Pekinie. Wzmożoną ostrożność winna zachować Japonia, choć znajdują się i tacy, którzy sądzą, że to właśnie Tokio sprzyjać będzie polityce chińskiej, jako dla alternatywy dla pozycji Stanów Zjednoczonych w tej części świata. Wyboru z pewnością nie będą mieli Koreańczycy z południa, a także Tajwan, które muszę jednoznacznie opowiedzieć się po stronie USA, licząc z kolei na to, że Waszyngton nie pozostawi ich samym sobie. Mniejszy, ale również niepokój daje się odczuć w New Delhi. Zastanawiająca jest także kwestia relacji chińsko-rosyjskich, dziś jak najbardziej poprawnych - do czasu istnienia tymczasowych interesów obu wschodzących potęg. Co rzecz jasna nie oznacza, że ów stan rzeczy nie zmieni się w najbliższym czasie.

Wszelkie te pytania ciągle pozostają bez dominującej, jednoznacznej odpowiedzi. Poważne państwa nie mogą jednak - przy jej braku - pozostawać bierne, ufając, że sprawy potoczą się po ich myśli. Jeśli przyjrzymy się uważnie, łatwo zauważymy, że z roku na rok ruchy geopolityczne stają się coraz bardziej dynamiczne, działania najważniejszych graczy światowej sceny i ich państw sojuszniczych przybierają na tempie nie czekając na rozstrzygnięcie najważniejszych ze strategicznych pytań dotyczących Chin. Najbardziej intensywne działania - co zrozumiałe - podejmuje Waszyngton, który w tym regionie upatruje podstawę swoich wpływów, jako że niebawem okazać się może - a według wielu już tak jest - że klucz do światowej hegemonii jednoznacznie już znajdować się będzie w Azji. Na początku XXI w. transpacyficzne obroty handlowe okazały się większe aniżeli obroty transatlantyckie. Amerykański politolog Parag Khanna twierdzi, że sytuacja posunie się jeszcze dalej (na korzyść Azji Wschodniej) stawia jako prawdopodobną sytuację, w której „obroty handlowe w trójkącie Indie - Japonia - Australia - z Chinami w środku - prześcignęły transpacyficzne". Dynamika ta spowodowana jest nie tylko zagrożeniem spowodowanym utratą przez USA pozycji lidera w tej części Azji - nawet jeśli rozumiemy ją jako klucz do pozycji hegemona - lecz także dlatego, że ambicje Pekinu wykraczają daleko poza wspomniany region: do Afryki, Ameryki Południowej i Środkowej, a to jest już poważny konflikt interesów, który wzbudza poważne obawy na całym świecie.

Polska znajduje się zarówno w systemie Unii Europejskiej jak i w NATO - odgrywając rolę państwa o dużo bardziej zbliżonej polityce do polityki Waszyngtonu aniżeli państwa Europy Atlantyckiej. Z drugiej zaś strony Polska jest sąsiadem Rosji i niezwykle istotnym z punktu widzenia Kremla podmiotem geopolitycznym. Można powiedzieć więc, że w najbliższym czasie antyamerykanizm - akcentowany mniej lub bardziej otwarcie - będzie przeważał nad pekińsko-moskiewskimi animozjami (co - tak jak dziś to obserwujemy - skutkować będzie uściśniętą dłonią Chin i Rosji). W niedalekiej perspektywie może zdarzyć się jednak tak, że spory geopolityczne, a zwłaszcza sytuacja mniejszości chińskiej na Syberii mogą rozbić ten - zbudowany na dość wątłych podstawach - sojusz. Pekin może szukać sojuszników wśród zachodnich sąsiadów Rosji. Stanie się tak zwłaszcza wtedy, gdy Chiny przegrają próbę siły z USA i skupią się na pozycji w regionie. Bardzo zbliżoną prognozę konstruuję George Friedman - szef i założyciel Stratforu - w książce „The Next 100 Years. A Forecast for 21st the Century" (polski tytuł "Następne 100 lat. Prognoza na wiek XXI"). Tak więc również i Polska winna odpowiedzieć sobie na najważniejsze pytania względem Chin, wsłuchać się w eter światowej dyskusji na temat perspektyw stojących przed Pekinem, zważyć które z nich wydają się najbardziej prawdopodobne. Musi zaowocować to konkretną długofalową strategią względem Chin, zarówno w relacjach bilateralnych jak i w odniesieniu do polskiego głosu w UE i NATO. Jest to polski strategiczny obowiązek, którego zwyczajnie nie można zaniedbać. Tymczasem wydaje się, że Warszawa wciąż traktuje Pekin jak jednego z wielu lokalnych azjatyckich tygrysów, który owszem odniósł sukces gospodarczy, ale w niczym nie różniący się - także w płaszczyźnie geopolitycznych konsekwencji - od sukcesu Korei Południowej, Tajwanu czy Malezji. Chiny pojawiają się wyłącznie - mówiąc pół żartem, pół serio - jako interesujący partner przy budowie infrastruktury na Euro 2012. Jest to naiwne spojrzenie i doskonała droga do zaprzepaszczenia idealnej geopolitycznej szansy. Czym prędzej więc Polska musi zrozumieć, że Pekin nie jest kolejnym azjatyckim Dubajem, lecz potężną - już teraz - siłą geopolityczną, do której nie wypada się nie ustosunkować. W przeciwnym razie to ona ustosunkuje się do Polski, na już z pewnością gorszych warunkach.

Pretendent do światowego tronu?
Nikt inny jak Pekin - czasem w duecie z New Delhi - wskazywany jest jako potencjalne zagrożenie dla amerykańskiej samotnej hegemonii w świecie. Wielu ekspertów podkreśla fakt, że już dawno za sobą mamy moment, w którym Państwo Środka z potęgi gospodarczej przekształciło się w potęgę geopolityczną. To nie jest pieśń przyszłości, luźne prognozy - to już się stało! „Chiny stały się państwem, bez którego nie sposób rozwiązać właściwie żadnego problemu uznawanego za istotny" - twierdzi Mark Leonard brytyjski ekspert spraw zagranicznych, autor głośnego tekstu „O czym myślą Chiny?".

Zarówno jednak co do chińskiej dynamiki geopolitycznej, jak i w odniesieniu do spadku znaczenia Stanów Zjednoczonych zdania są niezwykle podzielone. Wspomniany wcześniej George Friedman jest zdania, że nie tylko nie mamy do czynienia z schyłkiem ery amerykańskiej, lecz właściwie z jej początkiem. Waszyngton ma być bowiem bardzo młodym hegemonem, którego samotne przywództwo datować się winno od upadku ZSRR.

Wzrost roli Indii i Chin, zmiana sytuacji w Rosji, która po okresie jelcynowskiego letargu pokazała dobrze znane oblicze w osobie Władimira Putina, a także inne sygnały z państw dalszego planu: Iranu, Brazylii, Wenezueli sprawiły, że zaistniała w ten sposób nowa dynamika geopolityczna rozumiana została jako poważny sygnał zachwiania się pozycji nie tylko samych Stanów Zjednoczonych, ale i całego Zachodu. Spotęgowały to zarówno wojna z islamskim ekstremizmem (m.in. Irak i Afganistan) jak i kryzys finansowy. Tego rodzaju poglądy nasuwają jednak na myśl udowadnianie z góry założonej tezy. W takiej argumentacji bardzo łatwo przecenić, przewartościować pewne procesy i zjawiska nadając im ponadrzeczywistą rangę. Pytanie brzmi: czy z tego rodzaju problemem mamy do czynienia w odniesieniu do prognoz o tak ogromnym wzroście potęgi Chin jako światowego mocarstwa? Chiny znajdują się - nie ma tutaj wątpliwości - się w światowej czołówce państw jeśli chodzi o potencjał polityczny. Czy jednak można wyobrazić sobie Pekin w roli samotnego lidera, na przestrzeniu kilku najbliższych dziesięcioleci, to już bardziej wątpliwe? Tym niemniej należy liczyć się z taką perspektywą.

Należy bacznie obserwować czy też Chiny nie schodzą z wypowiedzianej przez Zhenga Bijiana ścieżki „pokojowego rozwoju", a jeśli zbaczają z niej, to w jakim kierunku. Takie obawy są jak najbardziej uzasadnione, gdyż przecież największe światowe konflikty miały miejsce w momencie szybkiego odzyskiwania siły przez upadłe mocarstwa, które wyłączone zostały z podziału światowych wpływów i tym bardziej jeśli zostały przy tym upokorzone. Szybkie odbudowanie potęgi - a więc poczucie siły i dumy, w połączeniu z rodzącym nacjonalizm upokorzeniem, powodowało przecież często pragnienie prędkiego rewanżu, który bardzo często z kolei nie pozwolił się utrzymać w karbach przez pragmatyzm. Tak działo się przecież zarówno z Niemcami cesarskimi i tym bardziej hitlerowskimi, ZSRR czy też Japonią. Na Zachodzie istnieje obawa, że taką postawę mogą przyjąć Chiny.

W klubie autokratów?
Obawa ta jest potęgowana przez towarzystwo w jakim spotkać można przedstawicieli Pekinu: Ahmadinedżad, Putin, Chavez. Nie są to nazwiska, które kojarzą się z bezpieczeństwem. Nie są to również kraje, które grają w tę samą grę, co Zachód, a zwłaszcza Unia Europejska. Bruksela jako podmiot o charakterze ponowoczesnym posiada zupełnie inne zasady, mówi zupełnie innym językiem jak wschodzące autokracje, które oprócz niebezpiecznych ambicji posiadają nadto niemal odwrócony system wartości i system politycznych narzędzi. O ile więc Waszyngton potrafi zrozumieć aspiracje autokratów, o tyle UE nie ma na ten temat - jak się wydaje - ani większego pojęcia, ani pomysłu na dalsze działanie. W przypadku Europy jest to metoda dość naiwna i zarysowana na krótką perspektywę czasową - do pierwszego bardziej intensywnego konfliktu, w którym okażę się, że europejski model ponowoczesnego prowadzenia geopolityki nie ma żadnych szans w starciu z metodami niemal dziewiętnastowiecznymi.

„Wybuchowa czwórka" w postaci Chin, Iranu, Rosji i Wenezueli bez Pekinu wydawałaby się wywoływać znacznie mniejsze obawy. Strach jednak istnieje, zwłaszcza gdy zwracamy uwagę na intensywne zbrojenia całej czwórki, ale Chin przede wszystkim. Tworzy się więc alternatywny wobec zachodniego blok, który do złudzenia przypomina oś Berlin-Rzym-Tokio, a więc blok upadłych, odrzuconych mocarstw, które gdzieś w mniej lub bardziej odległej historii miały swój okres świetności, a które w ostatnim czasie doznały samych upokorzeń. Wspomniana „czwórka" ma jeszcze jedną zasadniczą cechę wspólną: mają zupełnie inny system wartości niż „państwa posiadające", na których opiera się dziś system międzynarodowy. Wartości Zachodu są im obce, uważają je za niewłaściwe i chcą zaprowadzić swój model. Jakimi metodami?

Z całą pewnością powiedzieć należy że Zachód, a konkretniej NATO, nie mogą pozwolić sobie na rozwarstwienie postaw wobec autokratów. Ci drudzy chętnie grają na nieporozumieniach między Europą Atlantycką a USA. Śmiertelnie niebezpieczną byłaby sytuacja, w której autokraci nadal wykazywaliby bardzo intensywną, nastawioną na ekspansję współpracę, a po drugiej stronie miałyby wyłącznie USA ( nawet w dobrej kondycji) i pomniejszych już sojuszników, którym zagrażałyby rzeczone autokracje, sojuszników takich jak: Izrael, Polska czy państwa bałtyckie.

Pokojowy rozwój - zasłona dymna?
Kishore Mashbubani - ceniony singapurski politolog twierdzi, że: „mieszkańcy Azji Wschodniej przyswoili sobie zachodnią kulturę pokoju, która zapanowała w stosunkach między państwami Zachodu po zakończeniu drugiej wojny światowej". Rzeczywiście wspomniana wcześniej doktryna „pokojowego rozwoju" ma w Chinach niebagatelne znaczenie. Jest ważnym elementem chińskiego przekazu. Zastanawia jednak fakt, czy nie jest to przypadkiem retoryka wyłącznie zewnętrzna, nastawiona na budowę pewnego wizerunku Państwa Środka. Chinom bowiem zależy- jak uważa choćby wspomniany Mark Leonard - na nie zwracaniu na siebie uwagi, na spokojnym budowaniu własnego sukcesu, bez angażowania się w światowe spory, które zakłócić może tylko zmierzanie drogą dynamicznego wzrostu gospodarczego. Wpisuje się to w doktrynę Deng Xiaopinga o „trzymaniu światła pod korcem".

Do grona osób, które ufają w ów pokojowy rozwój Państwa Środka, należy znany amerykański publicysta Fareed Zakaria. Pogląd ten został przez niego wyraźnie sformułowany w książce „The Post-American Word" (w Polsce wydanej pod tytułem „Koniec hegemonii Ameryki"). Odnosząc się do pytań o zagrożenie rodzącymi się geopolitycznymi aspiracjami Zakaria zaznacza, że przez całe dziesięciolecia, aż po lata 80. XX wieku Pekin nie posiadał nawet jako takiej rozbudowanej polityki zagranicznej - nie mówiąc już o polityce agresywnej. Oczywiście, wraz z rozwojem gospodarczym, a przez to i wzrostem zapotrzebowania na surowce czy też bezpieczeństwo wymiany handlowej Chiny musiały dużo bardziej rozglądać się w swoim sąsiedztwie, a nawet dalej - na inne kontynenty.

Amerykański publicysta wskazuje również, że brak agresywnych ambicji politycznych można wytłumaczyć również mentalnością Chińczyków, a także...wiarą w Boga. „...kraje będące pod wpływem chrześcijaństwa i islamu przejawiały skłonność do rozpowszechniania swych idei i nawracania innych na swoją wiarę [...]. Tymczasem możliwe jest, że nie będą miały [ Chiny przyp. B.K.] podobnego poczucia misji, predestynacji, celu do osiągnięcia. Wystarczy im, że są tym, czym są, a zdobycie statusu światowego mocarstwa stanowi w pewnym sensie wypełnienie ich historycznej roli".

Tego typu argumentacja oparta na miękkich przesłankach wydaje się pozostawiać wiele do życzenia. Wiele z posunięć Pekinu, każdego miesiąca, sprawia, że coraz bardziej odbiega ona od rzeczywistości. Sam Zakaria zaznacza, że w Chinach następuje proces zastępowania ideologicznego spoiwa w postaci komunizmu - doktryną mocarstwową, czy wręcz nacjonalizmem. Twierdzi nawet, że to właśnie sukces gospodarczy sprawił, że Chińczycy mogą podnieść głowę po „wieku upokorzeń" i dumnie spojrzeć w oczy świata. Co ważne, tego rodzaju uczucia są powszechne zarówno wśród elit jak i pozostałej części społeczeństwa, a najbardziej gorące są u przedstawicieli młodszego pokolenia, które wychowało się już bez traumy upadku państwa chińskiego.

Poglądowi Fareeda Zakarii nie można odmówić szansy zaistnienia w niedalekiej przyszłości. Inaczej bowiem należy postrzegać państwa Azji Wschodniej, ich specyfikę, hierarchię celów politycznych i system wartości. Tym niemniej istnieje szereg przesłanek, które świadczą, że doktryna „pokojowego rozwoju" jest raczej zabiegiem wizerunkowym, aniżeli metodą faktycznie realizowaną w praktyce.

Tygrys pokazuje kły
Tezy sformułowane przez Zakarię można zestawić z poglądami neokonserwatywnego politologa i publicysty „The Washington Post" - Roberta Kagana sformułowanymi w książce „Powrót historii i koniec marzeń". Jednym z dominujących poglądów zawartych w tej publikacji jest ten, który mówi, że złudne marzenie o końcu gry mocarstw jest dziś już z całą pewnością pozbawione jakichkolwiek podstaw. Jest to w dużej mierze „zasługa" Chin, które po okresie geopolitycznej bessy z niezwykle podrażnioną ambicją wracają do wyścigu mocarstw. Według Kagana - wzrost geopolitycznych ambicji dla wschodzących, głodnych, a tym bardziej rozdrażnionych mocarstw jest całkowicie naturalny. Takie właśnie nastroje panują w Państwie Środka, które zdaje się mówić: czas Chin właśnie nadszedł.

Dzieje się tak głównie wobec nieufności jaką żywią Chińczycy wobec wielkich tego świata. W ich działaniu widoczne jest coś na kształt starej rzymskiej maksymy: „chcesz pokoju, gotuj się na wojnę". Pekin nie chce otwartej konfrontacji. Prowadzi raczej politykę zmniejszania zagrożenia konfliktem. W Państwie Środka zrozumiano potencjał jaki tkwi w połączeniu „soft power" ze zintensyfikowaną wymianą gospodarczą. W ten sposób Chiny przełamują swój zły wizerunek i obawy. Efekt tego rodzaju zabiegów najbardziej widoczny jest w Azji Wschodniej - w Japonii, Indonezji, na Filipinach czy w Wietnamie.

Nie oznacza to jednak, że Chiny odbudowę zaufania traktują jako cel sam w sobie. Tego rodzaju działaniom towarzyszą jednak inne - już mniej pacyfistyczne. Można w tym miejscu wskazać głównie na stałe i dynamiczne zwiększanie budżetu armii (wzrost wydatków na wojsko szacuje się na około 10% w skali roku). Pekin pragnie odzyskać znaczenie w regionie, doprowadzając do uzyskania pozycji hegemona w tej części świata. Władze Chin doskonale zdaję sobie sprawę, że w tym celu muszą dysponować odpowiednim potencjałem militarnym. Prowadzone są również wzmożone działania mające na celu rozbudowę chińskiej floty, która miałaby być odpowiedzią na dominację amerykańskiej marynarki w basenie Pacyfiku. Trudno odczytać to jako zachowania wpisujące się w piękne słowa o „pokojowym rozwoju", lecz z drugiej strony trudno też się temu dziwić - chyba tylko w pacyfistycznej do granic rozsądku Europie Zachodniej, wierzy się jeszcze, że konflikty militarne to już tylko historia, a potencjał wojskowy budowany jest...ot, tak z powodu kaprysu bogatych państw.

Tajwan - punkt zapalny
Jeśli więc dojdziemy do wniosku, że istnieje prawdopodobieństwo interwencji chińskiej, należy zadać sobie pytanie, kto w związku z tym powinien czuć się zagrożony. Naturalnie obawy winien żywić Tajwan. Stosunki Tajpej-Pekin - ich poznanie i zrozumienie - pozwoli nam powziąć większą świadomość na temat specyfiki i celów polityki chińskiej. Otóż, wydawać by się mogło, że tylko nierozsądne państwo byłoby w stanie zwrócić na siebie uwagę świata, a przede wszystkim USA (jako czujnego żandarma prowadzącego „politykę równowagi" także w tej części świata), by rozciągnąć swoje wpływy na tę niewielką wyspę. Przecież już teraz Chiny odnoszą bardzo duże zyski w wymianie handlowej z Tajwanem, mimo to nikt w Tajpej nie śpi spokojnie.

W ciekawy sposób przyczyny takiego poglądu na „problem tajwański" przedstawił Robert Kagan. Otóż - według niego - Chiny rozumieją swoją mocarstwowość w sposób dziewiętnastowieczny, a sprawę Tajpej w granicach urażonej dumy, która burzy mit o chińskiej sile. Publicysta „The Washington Post" twierdzi, że Pekin jest w stanie zaryzykować nawet konflikt zbrojny ze Stanami Zjednoczonymi niż „pogodzić się z niepodległością Tajwanu". Tak więc, choć z całą pewnością ChRL nie zmierza do wojny z Republiką Chińską (ani też o Republikę Chińską) to do tej właśnie wojny się przygotowuje. Kagan idzie nawet dalej twierdząc, że Tajwan może odegrać taką rolę w potencjalnym nowym konflikcie mocarstw jak Sarajewo w czasie pierwszej wojnie światowej.

Ambicje sięgają dalej
Czy ambicje Pekinu sięgają tylko sąsiedniego Tajwanu? W krótkiej perspektywie czasowej, być może tak, ale wiele wskazuje na to, że przy dalszym wzroście gospodarczym i wzroście znaczenia geopolitycznego na tym się nie skończy. Przytaczany przez Kagana Dawid Shambaugh w publikacji pod tytułem „Modernizing China's Military" wskazuje na pojęcie „trzech łańcuchów wysp" jako sfer ambicji Pekinu - łańcuch pierwszy to: Japonia, Tajwan aż po Filipiny, drugi: od Sachalinu po wyspy południowo-zachodniego Pacyfiku, a trzeci: od Wysp Aleuckich, w pobliże Alaski

Prowadzić to będzie z pewnością do batalii o sojuszników. To Chiny muszą tutaj odrabiać straty, gdyż stan posiadania Waszyngtonu jest w tej części świata imponujący. Już dziś widać bardzo intensywną i przemyślaną politykę Pekinu wobec Filipin, Indonezji, Wietnamu. Pierwsze owoce tego rodzaju działań widać w licznych badaniach opinii publicznej, w których wizerunek Chin już jest pozytywny i stale się poprawia.

Przyglądając się dzisiejszej sytuacji w Azji - mając na uwadze także wszelkie prognozy - niepokoju nie widać na linii New Delhi-Pekin. Uwaga państwa znad Żółtej Rzeki została skierowana w przeciwnym kierunku. Indie oddzielone są od Chin naturalną barierą w postaci Himalajów. Nie oznacza to jednak, ze jeśli państwo z subkontynentu nadal będzie rozwijać się tak dynamicznie i przełoży się to na wzrost aspiracji geopolitycznych, Pekin nie może skierować baczniejszej uwagi na swojego południowego-zachodniego sąsiada.

Fareed Zakaria jako jeden z argumentów na pokojowy charakter polityki ChRL wskazuje intensywne działania strony chińskiej mające na celu normalizację stosunków z Japonią. Rzeczywiście, widać tu pewne spójne działania zmierzające do poprawy wizerunku Chin w Japonii, do zintensyfikowania współpracy gospodarczej. Państwo Środka potrzebuje bowiem kapitału, a znaleźć go może właśnie w Tokio. Nie należy jednak zapominać o tym, że może być tylko proces, obliczony na krótką perspektywę czasową. Nawet najwięksi optymiści twierdzą bowiem, że popularyzowane poglądy nacjonalistyczne wypełnione są zazwyczaj antyjapońską treścią. Przypomina to ideologiczny pocisk, który może zostać użyty w momencie, gdy interesy Pekinu i Tokio ponownie się skrzyżują, a w perspektywie ambicji ChRL jest to bardzo prawdopodobne.

Chiński smok kontra rosyjski niedźwiedź
Chiny znajdują się w bliskim sąsiedztwie kilku bardzo ambitnych państw. Drugą co do długości (po mongolskiej) granicą jest granica rosyjska. Paradoksalnie ta właśnie granica wydaje się na dzień dzisiejszy najspokojniejsza - mimo faktu, że zarówno Pekin jak i Moskwa prowadzą politykę mocarstwową o ambicjach charakterystycznych dla państw XIX w. W tej jednak chwili stosunki chińsko-rosyjskie należą do poprawnych. Oba państwa posiadają co prawda sprzeczne interesy w dłuższej perspektywie, lecz na dzień dzisiejszy dla obu państw te właśnie problemy znajdują się daleko w dole hierarchii wartości. Jako państwa o ogromnych i urażonych wcześniej ambicjach, państwa, które wybrały radykalnie inną drogę wejścia na scenę mocarstw aniżeli działo się to na Zachodzie posiadają one wiele cech wspólnych. Do tej grupy wspólnych elementów z pewnością dodać można niechęć do demokracji liberalnej i związanym z nią systemem praw człowieka. Zarówno Rosja jak i Chiny wybrały własny model funkcjonowania państwa w sensie wewnętrznym i zewnętrznym. Co więcej, chcą go promować razem tworząc zacieśnione stosunki z „państwami potępionymi" przez międzynarodową opinię publiczną.

Mimo tych wszystkich wspólnych cech sojusz Moskwy i Pekinu nie jest stabilny w dłuższej perspektywie czasowej. Chiny muszą zapewnić sobie dostęp do surowców. Dla nich są w stanie wiele poświęcić, choćby pieczołowicie budowany wizerunek (można tu wskazać choćby na kontakty z Robetem Mugabe czy Hugo Chavezem). Im dłużej Państwo Środka będzie utrzymywać się na fali dynamicznego wzrostu gospodarczego, tym bardziej kwestia surowców stanie się kwestią palącą. Wówczas oczy Pekinu mogą zostać zwrócone w stronę Syberii.

Pomocna, a być może wręcz kluczowa będzie tutaj coraz liczniejsza chińska ludność po drugiej stronie granicy. Wielu politologów i futurologów spodziewa się, że na przestrzeni kilku dziesięcioleci może dojść do uzyskania przewagi przez ludność chińską - co już będzie prostą drogą do referendum w sprawie akcesji Syberii przez Państwo Środka. Interesujący artykuł na ten temat napisał Lech Haydukiewicz („(Nie) Wielka Europejska Ruś" Myśl.pl nr 7/2007). Autor twierdzi - opierając się na prognozach demograficznych, że: „[...] w bliżej nieokreślonej, choć pewnie liczonej w dziesięcioleciach, perspektywie Rosja utraci swoje azjatyckie rejony i stanie się państwem europejskim, zawężonym od wschodu do pasma Uralu. Z obecnych 17 mln km2 pozostaną jej nikłe jak na rosyjskie warunki 4 mln km2. Pozostałe tereny zasilą powierzchnię Chin, przez co Państwo Środka zwiększy swą powierzchnię z 9,5 do 22,5 mln km2 stając się najpotężniejszym powierzchniowo państwem świata".

Chiński „Microsoft"
Może okazać się, że na przestrzeni kilkunastu czy kilkudziesięciu lat aspiracje Pekinu tak wzrosną, że otwarty konflikt ze Stanami Zjednoczonymi będzie po prostu faktem. Kto wie z jakimi sojusznikami przyjdzie Chinom uczestniczyć w tym konflikcie? Pewien zarys już jednak się tworzy. Co do zaistnienia takiego konfliktu zdania są podzielone, podobnie jak w odniesieniu do pytania: czy będzie to wojna gorąca, czy też kolejna czekająca świat zimna wojna? Jeżeli zaistnieje ten ostatni przypadek to można przypuszczać, że ideologia, ale także model państwa, system władzy będą wyciągnięte na sztandary. Tym razem nie będą to hasła gospodarcze - zarówno bowiem Chiny jak i USA to państwa o różnym, ale jednak kapitalizmie. Osią sporu będzie wybór między liberalną demokracją, a - jak nazwał to przytaczany już Kishore Mashbubani - merytokracją.

W Chinach, a także wśród ich sojuszników - bardzo często mówi się, że demokracja na Zachodzie traktowana jest niemal jako religia, a przecież - jak sądzą - nie jest to system bez wad, w dodatku istnieje lepszy - model chińskiej merytokracji. Także niektóre rządy demokratycznie, nieoficjalnie zazdroszczą możliwościom, jakie posiada rząd w Pekinie. Zakaria przytacza słowa jednego z indyjskich ministrów: „Musimy robić wiele rzeczy, które są politycznie popularne, ale w rzeczywistości głupie [...]. Osłabiają one na dłuższą metę nasz potencjał ekonomiczny, ale politycy potrzebują głosów tu i teraz. Chiny mogą sobie pozwolić na dalekosiężne spojrzenie".

Czym więc jest owa merytokracja. Warto posłużyć się w tym miejscu słowami Marka Leonarda: „Nie chodzi tu o staromodną formę autorytaryzmu - to jest forma znacznie nowocześniejsza, zdolna do wielu adaptacji. Chińczycy nieustannie eksperymentują, korzystając z zachodnich doświadczeń demokracji partycypacyjnej czy socjologicznych metod w rodzaju grup fokusowych. Ich celem jest zbudowanie stabilniejszej, odporniejszej na wstrząsy formy autorytaryzmu. Można ją nazwać dyktaturą deliberatywną. Nie ma w niej wyborów, zwiększa się natomiast pole konsultacji". Z kolei Mashbubani podkreśla inne aspekty merytokracji: „każda jednostka w społeczeństwie jest potencjalnym zasobem, wszyscy powinni mieć możliwość rozwoju i jak najlepszego wykorzystania swoich uzdolnień dla dobra społeczeństwa. Żaden talent nie powinien być marnowany. Rygorystyczne stosowanie zasady merytokracji jest jedyną drogą do sukcesu dla dowolnej organizacji". Singapurski politolog porównuje system władzy w Chinach do modelu wielkiej korporacji - Microsoftu.

Prognozy dla Państwa Środka
Chiny wzbudzają coraz więcej kontrowersji. Jedni upatrują w nich światowego lidera, wróżąc dalszy dynamiczny rozwój gospodarczy i geopolityczny, inni zaś sądzą, że nie można tak długo biec w tak szybkim tempie, zapowiadając że bardzo prawdopodobnie jest zatrzymanie tak dynamicznego wzrostu, co przełożyć się może na falę niezadowolenia społecznego, a w dalszym czasie podział lub ponowną izolację państwa ( takie prognozy konstruuję George Friedman w książce „Następne 100 lat"). Istnieje spora grupa osób, która sądzi, że słowa o pokojowym rozwoju w przypadku Pekinu są szczere, inni widzą w Chinach głównego agresora. Dla tych pierwszych jest to państwo nowoczesne w wielu płaszczyznach i dobry kandydat na światowego lidera w miejsce skompromitowanego Waszyngtonu. Dla drugich jest to typowe mocarstwo o dziewiętnastowiecznej morfologii.

Poglądy na te i na całą gamę innych kontrowersyjnych, chińskich tematów są bardzo zróżnicowane. Niemniej jednak serial „Chiny w świecie" rozkręca się na dobre. W Stanach Zjednoczonych już dawno to zauważono. W Europie zaś ciągle panuje niezrozumienie kwestii chińskiej, brak jest pomysłu na politykę wobec Państwa Środka. Jeśli bowiem Europa nie podejmie zdecydowanych działań w tematyce chińskiej, to Chiny mogą ją instrumentalnie wykorzystać do własnej gry. Także Polska winna zastanowić się nad swoim pomysłem na relacje z Pekinem - Polska jako suwerenne państwo o strategicznym położeniu, Polska jako ważny członek Unii Europejskiej a także Polska jako ważny członek NATO, wyrażający nadto inną optykę aniżeli państwa Europy Atlantyckiej. Nie mniej ważną w budowaniu relacji z Chinami będzie rola Polski jako sąsiada i przeciwnika politycznego Rosji...kto wie czy za jakiś czas także przeciwnika politycznego Chin.
Artykuł ukazał się w nr 16 (zima 2009) pisma polityczno-społecznego alt
Czytany 12055 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04