czwartek, 01 marzec 2012 08:51

Artur Śliwiński: Proces rozpadu Stanów Zjednoczonych

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

usa-flaga_rozpgeopolityka  prof. dr hab. Artur Śliwiński

Powszechnie przyjmuje się dzisiaj, że Stany Zjednoczone są i zapewne pozostaną epicentrum współczesnego kryzysu ekonomicznego ze względu na ich silną pozycję ekonomiczną, a w szczególności na ich znaczenie w międzynarodowym obrocie gospodarczym. Kwestia jednak nie została do końca zbadana, a jest decydująca dla prawidłowej diagnozy przyczyn i poznania charakteru obecnego kryzysu.

Przyjmując fakt wywołania przez USA kryzysu światowego jako bezsporny, jesteśmy narażeni na powielanie kilku znanych błędów. Po pierwsze, zwalnia to nas od konieczności dokładnego przyjrzenia się mechanizmowi powstania i rozwoju sytuacji kryzysowej, co konieczne dla zapewnienia wiarygodności przewidywań. Wskutek takiego zaniechania następuje zawężenie mapy procesów składających się na potężny kryzys gospodarczy i mimowolne skupienie uwagi na jednym z tych procesów, na procesie „zarażenia” kryzysem.

 

Po drugie, mimo, iż wskutek zaawansowanych procesów globalizacyjnych, jednolitych unormowań gospodarczych (wypromowanych i wprowadzonych pod naciskiem organizacji międzynarodowych i wielkiego kapitału), a także wskutek przyjęcia przez większość rządów jednolitych konwencji o charakterze doktrynalnym (tzw. Konsensusu Waszyngtońskiego), uznaje się pochopnie, że w pozostałych krajach nie powstały lub nie działały analogiczne czynniki i mechanizmy wywołujące lub potęgujące kryzys ekonomiczny. Jeśli przyjmuje się uproszczoną koncepcję „zarażenia” kryzysem, należałoby przynajmniej objąć nią zainfekowanie umysłów, kultury, instytucji oraz rządów. To znacznie zmieniłoby percepcję kryzysu, bowiem sprzyja przyglądaniu się kreacji kryzysu się nie tylko w samej gospodarce Stanów Zjednoczonych, lecz także w pozostałych gospodarkach Zachodu, zwłaszcza należących do Unii Europejskiej. Po trzecie, trzeba wyjaśnić wątpliwość, która ciągle tli się na obrzeżach dyskusji o obecnym kryzysie ekonomicznym. Chodzi mianowicie o to, czy obecny kryzys został celowo wywołany, a takie przekonania pojawiają się dość często. W świetle dotychczasowej wiedzy o kryzysach finansowych jest niemal pewne, że niektóre kryzysy finansowe zostały spowodowane przez celowy atak spekulacyjny, czyli przez zorganizowane działania wpływowych grup interesów finansowych. Doświadczenie (i literatura w zakresu koniunktury gospodarczej) dotyczące takich kryzysów jest dostatecznie bogate i wymowne , aby tego „wątku” nie lekceważyć. Tym bardziej, że obecny kryzys, w przynajmniej niektórych krajach europejskich ma także u źródeł ataki spekulacyjne (Grecja, Hiszpania, Portugalia, Włochy, Węgry). Wprowadzenie wspomnianego „wątku” w istotny sposób zmienia nie tylko dotychczasowe zapatrywania na kryzys, lecz zmienia również metodologię badań zjawisk kryzysowych, w której musi być miejsce na identyfikację ośrodków władzy finansowej i politycznej (Wcześniej traktowanych z reguły jako siły anonimowe). Odsłonięcie tych sił może być szczególnie trudne, gdyż ma charakter demaskatorski.

Podstawowym i zarazem najsilniej rzutującym na sytuację geopolityczną procesem będzie postępujący (prawdopodobnie w okresie najbliższych pięciu lat) rozpad Stanów Zjednoczonych. Bardziej nośne w publicystyce ekonomicznej i politycznej jest określenie „upadku” Stanów Zjednoczonych, może dlatego, że jest zarazem emocjonalne i mało konkretne. Nie chodzi jednak o określenie punktu docelowego (rozpadu czy upadku), lecz o przebieg procesu rozpadu, który uzewnętrznia słabo jeszcze dostrzegane albo pogłębia widoczne już problemy geopolityczne. Do tych problemów należą m.in. : kryzys moralny (w tym wzrost natężenia fałszywej propagandy), neo-protekcjonizm, przesunięcie agresji ekonomicznej, politycznej i militarnej USA do poziomu strategicznego, a także dezintegracyjne przemiany wewnętrzne w tym kraju (zaburzenia społeczne oraz spektakularne działania rządu ukierunkowane na utrzymanie status quo).

Godne zastanowienia jest, dlaczego proces rozkładu Stanów Zjednoczonych zupełnie nie jest brany pod uwagę w Polsce, chociaż to on niejako otwiera puszkę Pandory. Zapewne wielu ludzi jest nadal oślepionych gasnącym światłem dominacji Stanów Zjednoczonych do tego stopnia, że nie potrafią tego dostrzec jakichkolwiek negatywnych czy niebezpiecznych zjawisk w tym kraju. Jednakże bardziej intrygujący jest niepokój, jaki proces ten wywołuje wśród polityków i ekonomistów silnie „zaangażowanych” po stronie Waszyngtonu, tj. budujących własne pozycje i układy na powiązaniach z amerykańskimi ośrodkami politycznymi i finansowymi. Wielu z tych ludzi łudzi się nadzieją szybkiego przezwyciężenia obecnego kryzysu i powrotu do stanu sprzed kryzysu. Tak zniekształcona świadomość stanowi podwalinę obecnych tendencji zachowawczych, wyraźnie widocznych zarówno w polskim społeczeństwie jak też w kręgach władzy.

Ewentualność upadku USA jest dość szeroko rozpatrywana w publikacjach politycznych i ekonomicznych, chociaż ciągle znajduje się poza głównym nurtem propagandy medialnej. Nas przekonują przede wszystkim opinie znanego zespołu analityków LEAP 2020, który wielokrotnie bardzo trafnie przewidywał przebieg obecnego kryzysu oraz jego implikacje. W wydawanym przez ten zespół biuletynie GEAB nr 60 możemy znaleźć następujące stwierdzenie: „Ten kraj, epicentrum światowego kryzysu systemowego oraz filar systemu międzynarodowego od 1945 roku, będzie w najbliższych pięciu znajdował się w szczególnie tragicznym położeniu w całej swojej historii. Już niewypłacalny, że stanie się nieobliczalny, przynosząc Amerykanom i tym, którzy są uzależnieni od Stanów Zjednoczonych gwałtowne i niszczące ekonomicznie, finansowo, monetarnie szoki geopolityczne i społeczne”.

Tutaj już pojawiają się pierwsze pytania o stopień uzależnienia Unii Europejskiej (i tym bardziej Polski) od kręgów rządzących w Stanach Zjednoczonych. Na te pytanie nie mamy jasnych odpowiedzi, lecz domyślamy się, że uzależnienia te nie są słabe czy mało istotne.

Analitycy LEAP 2020 dalej ogłaszają koniec potęgi USA i nie są pod tym względem odosobnieni. To zapowiada radykalne zmiany instytucjonalne w tym kraju. Wspomnianym analitykom można jednak zarzucić uprzedzenia określane mianem „antyamerykanizmu” , które od czasu do czasu pojawią się w krajach europejskich, zwłaszcza we Francji. Ale takich zarzutów nie można jednak stawiać publicystom anglosaskim. Oto The Guardian (w czerwcu 2011 roku) ogłasza artykuł redaktora ekonomicznego Larry Elliotta pod znamiennym tytułem: „Zmierzch i upadek amerykańskiego imperium”. Elliott stara się podważyć jeszcze popularne założenie, iż „problemy można łatwo rozwiązać, ponieważ Stany Zjednoczone są gospodarką największą na świecie”. Sięga po analogie z upadkiem imperium rzymskiego oraz zmierzchem imperialnej Wielkiej Brytanii, gdy znajdowały się u szczytu swej potęgi, ale „widoczne były podobne pęknięcia”.

Charakterystyczna cechą tych (i zbliżonych) opinii jest przesunięcie akcentu z obawy przed utratą przez USA pozycji dominującej w kierunku obaw i stresów związanych z ewentualnością rozkładu i upadku państwa. Jest faktem, że dominująca rola Stanów Zjednoczonych w świecie została poważnie okrojona. Wizje Zbigniewa Brzezińskiego o drugiej szansie praktycznie legły w gruzach. To jednak nie oznacza podważenia pozycji USA – co warto mocno podkreślić – że pod względem informacyjnym, militarnym, a także finansowym i naukowo-technicznym. Stany zjednoczone nadal w tych dziedzinach zajmują pozycję wiodącą. Ten fakt tłumaczy, dlaczego obecne wysiłki podejmowane dla zachowania dominacji Stanów Zjednoczonych koncentrują się szczególnie na tych obszarach.

Ważne wydaje się przy tym ustalenie tych obszarów, które wymknęły się spod amerykańskiej dominacji. Dotyczy to w pierwszym rzędzie dwóch obszarów dominacji, obydwu w sferze duchowej.

Pierwszą stratą w sferze duchowej okazała się kompromitacja doktryny neoliberalnej, owocująca m.in. kryzysem ekonomii neoliberalnej. Nie oznacza to, że doktryna ta nie pozostawiła trwałych śladów na systemach kształcenia akademickiego, na mentalności mediów oraz zarządzaniu państwami i organizacjami międzynarodowymi. Jednak profesura z nauk społecznych, zwłaszcza z ekonomii, finansów i zarządzania, stała się niewiarygodna i – co widać - bezbronna jak niemowlę. Obecny system edukacji budzi więc uzasadniony niepokój z powodu braku jasnych podstaw światopoglądowych i funkcji formacyjnej. Z kolei media demonstrują żenująco niską jakość treści przekazu; są wyprane z rzetelności i elementarnych funkcji informacyjnych. Słabo odradza się prospołeczny kierunek praktyki politycznej i gospodarczej, który został wyrugowany pod przemożnym wpływem wspomnianej doktryny neoliberalnej. Do tej ułomności dochodzi dalsza degradacja praktyki dyplomatycznej w skali międzynarodowej, przyjmującej coraz częściej mafijny charakter.

Są to sprawy poważne, gdyż wskazują , iż pomimo kompromitacji doktryny neoliberalnej, jest ona nadal praktykowana. Różnica sprowadza się do tego, że obecnie fałsz jest bardziej widoczny. To zjawisko jest wyjątkowo niebezpieczne, ponieważ nie tylko ujawnia próżnię ideową, lecz również sprzyja renesansowi darwinizmu społecznego, czego symptomy są już widoczne (ściślej biorąc bioekonomii - Malthus, Darwin, Marks, Schumpeter). Brak powszechnego zrozumienia, czym jest współczesny darwinizm społeczny i jakie są jego następstwa, utrudnia konieczną reakcję.

Nie musimy dodawać, że są to również poważne problemy także dla Europy i dla Polski.

Drugi aspekt degradacji duchowej dotyczy systemu wartości. Nie warto zatrzymywać się nad opinią , że „amerykański system wartości” był nadzwyczaj hasłowy i powierzchowny, co z historycznego punktu widzenia dziwić nie powinno. W tym bodaj najważniejszym obszarze ducha Stany Zjednoczone nigdy nie osiągnęły pozycji dominującej. Można raczej mówić tylko o ambicjonalnym dążeniu do zdobycia tej pozycji. Wynikało to głównie z tego, że na przeszkodzie realizacji tych dążeń stała stosunkowo niski poziom amerykańskiego dorobku filozoficznego oraz brak gruntownego zrozumienia znaczenia tradycji historycznej i religijnej. Tak więc była to raczej presja idąca w kierunku awansu kulturowego (wzmocniona przewagą technologiczną), aniżeli produkt konkurencyjny dla tradycyjnych systemów wartości wyznawanych w różnych częściach świata. Załamanie przyszło z chwilą, kiedy amerykański system wartości został poddany instrumentalizacji politycznej, według pragmatycznej formuły „to jest sukinsyn, ale nasz sukinsyn”, zaś dalej - gdy zaczęto pokrywać agresywne , a nawet barbarzyńskie akcje zbrojne względami „humanitarnymi” oraz „rozszerzaniem demokracji”. Konto akceptacji międzynarodowej dla takich akcji zostało wyczerpane, a w ślad za tym musiało dojść do silnej dewaluacji „amerykańskich wartości”.

Możemy już zadać pytanie, jak należałoby wyważyć znaczenie takiego osłabienia Stanów Zjednoczonych?

Odpowiedź na to pytanie jest bardzo trudna. Nie ma wątpliwości, że w długiej perspektywie czasu upadek doktryny neoliberalnej oraz korozja i spadek atrakcyjności amerykańskiego systemu wartości mają istotne znaczenie, jako że podważają istotę Pax Americana. Jednak jeszcze ważniejszy wydaje się fakt, że omawiane zjawiska są niezwykle trudnymi do pokonania w krótkiej perspektywie czasowej problemami wewnętrznymi Stanów Zjednoczonych. Znamionują tak silne rozchwianie ideowe, że zagraża ono minimum spójności społecznej. Wyrażają „zaawansowana dekadencję” duchową (Larry Eliott).

Dla światowej opinii publicznej, współcześnie przesiąkniętej bezideowością, praktycyzmem i doraźnością, takie zjawiska mogą wydawać się mało istotne (co jednak nie odnosi się do społeczeństw, które spotkały się z jawnie agresywnymi ekspedycjami wyprowadzanymi ze Stanów Zjednoczonych, jak na przykład z atakami spekulacyjnymi, „terapią szokową”, narzucaniem embarga i zamrożeniem aktywów, a także stosowaniem siły militarnej i dywersji. Zwłaszcza w społeczeństwach, których poziom kultury jest względnie niski lub mocno nadwyrężony przez ekspansję nowoczesnych „rewolucji kulturowych” w świecie zachodnim, takie zjawiska będą uznawane za marginalne. To nie jest bynajmniej uboczny aspekt omawianego problemu kryzysu światowego. Jest to raczej naturalne podglebie dla szerokiego wachlarza działań dezinformacyjnych, które pogłębiają procesy kryzysowe w sferze duchowej.

Uwagi metodologiczne: Czynniki destrukcji Stanów Zjednoczonych

Scenariusze rozpadu Stanów Zjednoczonych nie są rzeczą nową. Warto zatem cofnąć się do niektórych wcześniejszych scenariuszy przewidujących ten rozpad, aby przyjrzeć się ich uzasadnieniu.

Są ono oparte głównie na ujawnieniu czynników destrukcyjnych, co pozwala na (subiektywną) ocenę wiarygodności przebiegu omawianych procesów. Nie mniej ważne wydaje się zatrzymanie nad kwestią zasięgu działania tych czynników. Nie ulega bowiem wątpliwości, że mają one prawdopodobnie coraz szerszy zasięg, wykraczający poza granice jednego kraju.

Warto zaznaczyć, że uzasadnienie rozpadu struktury państwowej i terytorialnej wywołanego nasilaniem się czynników destrukcyjnych znajduje się w jaskrawej sprzeczności z przekonaniem, iż o stabilności całego systemu społeczno-gospodarczego świadczą względnie dobre wskaźniki wzrostu gospodarczego, w tym tempo wzrostu Produktu Krajowego Brutto. Przekonanie to należy uznać za fałszywe, o czym pisaliśmy wielokrotnie na łamach EEM (patrz np.: „Fetysz PKB”). Zastrzeżenie to ma znaczenie nie tylko metodologiczne. Analiza procesów destrukcyjnych obejmuje szersze spektrum czynników ekonomicznych, a także wiele zjawisk i wydarzeń pozaekonomicznych, często uznawanych za „miękkie” (trudno wymierne).

Teraz sięgamy po szeroko komentowaną ostatnio (mimo upływu lat) prognozę rosyjskiego profesora Igora Panarina (byłego analityka KGB) „Rozpad USA: mit czy realność?” z 2003 roku.

Konieczne są wstępne wyjaśnienia. U Panarina rozpoznanie symptomów rozpadu imperium opiera się na analogii z okresem poprzedzającym rozpad Związku Sowieckiego, a ściślej biorąc, na rosyjskim oświadczeniu historycznym z tego okresu. Nie można wykluczyć, że prognoza Panarina zawiera tendencyjne, antyamerykańskie akcenty. Zarzuca mu m.in. znany publicysta Andrew Osborn pisząc, że „jego ponure prognozy dla USA, to muzyka dla uszu Kremla”. Jednak nie oznacza to, że jego dobór argumentacji nie powinien skłaniać do poważnych refleksji.

Panarin wymienia trzy czynniki zwiastujące rozpad Stanów Zjednoczonych. Pierwszy, to czynnik oznaczony podwójnie, jako psychologiczny i zarazem moralny („…społeczeństwo amerykańskie jest na skraju psychicznego załamania. Rozpoczął upadek moralny Ameryki”). Powołuje się przy tym na liczne źródła amerykańskie, ukazujące drastyczne przypadki demoralizacji społeczeństwa Stanów Zjednoczonych. Drugi czynnik, to czynnik ekonomiczny, dziś nie wymagający szerszego komentarza: „USA siedzi na bombie finansowej - stopień przegrzania na amerykańskim rynku akcji nie ma precedensu. I prognozy na najbliższą przyszłość są pesymistyczne”. Trzeci czynnik, to zwiastująca koniec dominacji światowej utrata symboli amerykańskiej potęgi takich jak wieże World Trade Center w Nowym Jorku czy promu kosmicznego w lutym 2003 roku, panika wywołana groźbą atakami terrorystycznymi, a także stałe osłabienie dolara i bankructwo największych korporacji narodowych.

W odróżnieniu od obecnych wizji upadku Stanów Zjednoczonych, we wspomnianej prognozie spektrum czynników składających się na ewentualność upadku jest znacznie szersze (faktycznie Panarin operuje nie tyle trzema czynnikami, ile trzema dużymi agregatami czynników). W obecnych wizjach podstawowym czynnikiem (również agregatowym) są silne perturbacje finansowe. Ale to jest zawężenie pola widzenia.


Tekst jest częścią Raportu: Świat i Polska 2012 opublikowanego przez Europejski Monitor Ekonomiczny EEM Publikacja za zgodą autora.

Czytany 10370 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04