sobota, 16 styczeń 2010 08:19

Artur Kościański, Radosław Pyffel: Pekiński poker, czyli jak chińska dyplomacja rozgrywa aneksję Tajwanu

Oceń ten artykuł
(7 głosów)
  alt Artur Kościański Radosław Pyffel   Współczesne Chiny, mimo iż wydają według różnych szacunków od 40 do blisko 100 miliardów dolarów rocznie na zbrojenia, słyną ze sztuki „miękkiej władzy". Ofiarą chińskiej „wojny bez walki" może wkrótce stać się zamożny i rozwinięty Tajwan będący ostatnim elementem imperialnej układanki nazywanej Wielkimi Chinami.    
Amerykański politolog, Joseph Nye, określił „miękką władzą" umiejętność osiągania własnych celów politycznych bez stosowania siły i przemocy. To samo mówił już w IV wieku przed Chrystusem chiński generał Sunzi, autor klasycznego traktatu Sztuka wojny, będącego w Chinach filarem wychowania wielu pokoleń chińskich władców, polityków i strategów wojskowych, a na Zachodzie znanym jako rozchwytywany bestseller, poradnik i podręcznik nie tylko skutecznej polityki, co po prostu realizacji własnych celów i interesów.
 
Wedle Sunzi idealne zwycięstwo to zwycięstwo bez walki, „miękka władza" to subtelna kombinacja handlu, dyplomacji i politycznego marketingu pozwalającą skutecznie unikać zbrojnych starć. Ofiarą chińskiej „wojny bez walki" może wkrótce stać się zamożny i rozwinięty Tajwan będący ostatnim elementem imperialnej układanki nazywanej Wielkimi Chinami.
 
Tajwan to idealny cel do zastosowania oręża chińskiej „miękkiej władzy". Gospodarka tajwańska to znaczne rezerwy walutowe, nowoczesne technologie i „know how" w dziedzinach, w których Chiny wciąż jeszcze mogłyby się sporo nauczyć. Władza w Pekinie dobrze wie, że ta niewielka wyspa, której inwestycje w ostatnim trzydziestoleciu wywindowały Chiny do roli fabryki świata, może się wkrótce stać ważnym zasobem dynamizującym chiński rozwój na kolejnym etapie chińskiej modernizacji. W osiągnięciu idealnego zwycięstwa, w którym przeciwnik poddaje się bez walki i przechodzi na stronę dawnego rywala, pomaga Chinom logika globalizacji i depolityzacji. Rozwijające się kraje Dalekiego Wschodu także łączą się w strefy wolnego handlu tworząc większe organizmy gospodarczo-państwowe nastawione na dynamiczny rozwój i bogacenie się. Współcześnie także w Azji, choć w mniejszym stopniu niż w Europie, społeczeństwa stają się anty-polityczne: wstrzymują walkę o swą suwerenność, a od swych rządów wymagają zapewnienia bezstresowego dobrobytu i świętego spokoju. Bogaci Tajwańczycy, którzy w przeciwieństwie do Chińczyków z kontynentu, mają wpływ na wybór swoich władz właśnie tego od nich oczekują, a ci by sprostać oczekiwaniom wyborców, muszą podporządkować się tej logice, w której walka o suwerenność, wymagałaby ściągających społeczne niezadowolenie ofiar.
 
Czy dzisiaj nieco zapomniany przez Zachód Tajwan, po modelowej transformacji ze społeczeństwa rolniczego w wysoko rozwinięte społeczeństwo późno-przemysłowe i demokratyzacji stanowiącej nagrodę za lata wyrzeczeń czasu przemian, na własne życzenie wejdzie w skład ChRL? Wiele wskazuje na to że tak.
 
Proces ten wyraźnie przyśpieszył ponad rok temu, 3 listopada 2008 roku, gdy doszło do bezprecedensowej, historycznej wizyty najwyższego rangą przedstawiciela Pekinu, jaki od 1949 roku zjawił się w Taipei. Chen Yunlin - formalnie zaledwie szef jednej z sekcji Biura Spraw Tajwańskich podlegającego Chińskiej Radzie Państwa, w praktyce odpowiedzialnej za negocjacje z wyspą - zachowywał się jak jej gubernator. Zgodnie z praktykowanym przez Pekin obyczajem, unikał tytułowania Ma Yinjiu prezydentem i zwracał się do niego prostą formułą: „proszę Pana". Spotkanie trwało zaledwie 5 minut i odbyło się dopiero w czwartym dniu wizyty.
 
Wszystkie najważniejsze decyzje zapadły wcześniej bez udziału prezydenta Ma. Chen uzgodnił je ze swoim tajwańskim odpowiednikiem z Komisji ds. Kontaktów z Chinami, wiceprezydentem Kuomintangu Jiang Bingkunem. Urzędnicy podpisali 4 porozumienia: o ustanowieniu bezpośrednich połączeń lotniczych, bezpośrednim transporcie towarów i korespondencji, a także o kontroli żywności. W efekcie tego 2 miliony Tajwańczyków mieszkających na kontynencie (blisko 10 proc. populacji Tajwanu) będzie korzystać tygodniowo ze 108 bezpośrednich lotów oficjalnie uznanych za loty krajowe, a nie międzynarodowe. Trasa Taipei-Szanghaj stanie się najbardziej popularnym lotem w Azji. Jak obliczyli przewoźnicy, fakt iż nie trzeba będzie się przesiadać, tak jak do tej pory w Hong Kongu, pozwoli im zaoszczędzić co najmniej 100 milionów dolarów rocznie.
 
Wiadomości o zawartych porozumieniach doprowadziły do masowych protestów zwolenników niepodległości wyspy, którzy zarzucają Ma, iż dąży do zjednoczenia z Chinami i sprzeniewierza się interesowi Tajwanu. Ma zaprzecza odpowiadając, że właśnie te porozumienia i zbliżenie z Pekinem jest zgodne z tajwańską racją stanu.
 

Ma doszedł do władzy w 2008 roku, zdecydowanie wygrywając wybory prezydenckie (zdobył 58 proc. głosów). Wyborczy triumf przypieczętowała ostatecznie styczniowa decyzja społeczeństwa tajwańskiego z wyborów parlamentarnych, którą po 8 latach rządów odsunęło od władzy niepodległościowe ugrupowanie „Zielonych". Odchodzącą władzę uznano za nieudolną i skorumpowaną. Skarżono się na styl rządzenia, wymachiwanie szabelką i konfrontacyjną politykę wobec Chin, której skutkiem było spowolnienie gospodarcze na wyspie. Oskarżono odchodzący rząd o spowodowanie stagnacji. Tymczasem Kuomintang zaproponował politykę miłości, przyjaznej atmosfery dialogu i ocieplania stosunków z Chinami, która miała być panaceum na kłopoty gospodarcze spowodowane przez działania proniepodległościowych „paranoików". Ma przedstawiał się jako skoncentrowany na gospodarce, sprawny technokrata z Harvardu (jest absolwentem wydziału prawa tej uczelni), pogromca obciachu, niekompetencji i pieniactwa. Od wielu lat był idealnym kandydatem na najwyższy urząd i spełnieniem marzeń tajwańskich wyborców. Elokwentny, sympatyczny, zawsze uśmiechnięty, do tego wykształcony w Stanach światowiec świetnie wypadający w mediach, w każdej sytuacji wiedział jak wykreować swój pozytywny wizerunek.
 
Pomimo dramatycznych demonstracji i krwawych starć z policją, publikowane zaraz po listopadowej wizycie pekińskiego emisariusza sondaże wskazywały na szerokie społeczne poparcie dla polityki kuomintangowskiego prezydenta i podpisanych porozumień. 52 procent uznało je za korzystne dla Tajwanu, zaś jedynie 18 procent badanych uważało, że „szkody są większe niż osiągnięte korzyści".
 
Dlaczego więc społeczeństwo tajwańskie uwrażliwione na imperialną politykę Chin, tak łatwo rezygnuje z własnej suwerenności i właściwie na własne życzenie wpada w ramiona Pekinu?
 
Przyczyn tego stanu rzeczy jest wiele: od związanych z antagonizowaniem rdzennej ludności w pierwszych latach obecności chińskich nacjonalistów z Kuomintangu na Tajwanie (1945-49); ich późniejszą masową ucieczką na wyspę w 1949 roku po przegranej wojnie domowej z komunistami; poprzez lata autorytarnego „białego reżimu" Czang Kaj Szeka (1949-1975), który wprawdzie doprowadził kraj do rozkwitu, ale jednocześnie utrwalił podział ludności na przybyszów i autochtonów; aż po niepełną, fasadową demokratyzację (do 1987), w której dawne urazy i antagonizmy etniczne wybuchły z jeszcze większą siłą.
 
Reżim Czanga instrumentalnie traktował Tajwan, eksploatując go ekonomicznie jako zasób w toczącej się wojnie domowej na kontynencie. Całkowite odsunięcie rdzennych Tajwańczyków od udziału we władzy i w mocno ograniczonym życiu publicznym, do tego powszechna sinizacja (zwalczanie miejscowego języka tajwańskiego, będącego południowochińskim dialektem minanhua), narzucenie języka mandaryńskiego i interpretacji historii (w której Tajwan był tylko częścią Wielkich Chin, a w szkołach wisiały mapy Chin i uczono geografii), zahamowały utworzenie nowoczesnego narodu tajwańskiego, który nie mógł powstać za czasów kolonizacji japońskiej w latach 1895-1945.
 
Incydent Er-er-pa z 28 lutego 1947, masakra miejscowej ludności na ulicach Taipei, oraz eksterminacja miejscowych elit przez przybyszów z kontynentu, stały się współcześnie symbolami męczeństwa Tajwańczyków. Jednocześnie są one punktem odniesienia dla ich budzącej się świadomości narodowej uzewnętrzniającej się w antagonizmie do Chińczyków (paradoksalnie tych z Kuomintangu, a nie KPCh).
 
Kolejny paradoks to fakt, iż drugie pokolenie Kuomintangu - dawniej nienawidzące komunistów jako uzurpatorów, którzy przejęli władzę nad Chinami i marzące o powrocie na ziemie Ojców, w glorii prawowitych władców - dziś odzyskawszy rządy na Tajwanie opowiada się za ścisłą współpracą i bliskimi związkami z Chinami kontynentalnymi i po raz drugi zadaje cios narodowo-niepodległościowym aspiracjom Tajwańczyków. Niestety sprawując w latach 2001-2008 władzę na Tajwanie, niepodległościowcy wykorzystali ją do odwetu i brutalizacji tajwańskiej polityki. Powszechne stało się wycinanie kuomintangowców bez względu na kompetencje. W debacie publicznej Waisheng (dosłownie „zewnątrz-urodzonych") piętnowano jako pachołków Pekinu. W czasie kampanii wyborczej, a nawet codziennym życiu na Południu kraju, będącym bastionem niepodległościowców, na pytania w języku mandrayńskim (guoyi) ostentacyjnie odpowiadano w miejscowym dialekcie tajwańskim (taiyu, minanhua). „Niebiescy", spadkobiercy Kuomintangu nie zostali dopuszczeni jako członkowie nowopowstającego narodu tajwańskiego, a wręcz przeciwnie, zostali naznaczeni etykietą śmiertelnego wroga i nie mając praktycznie wyboru zostali zmuszeni do wypełnienia swojej roli zwolennika bliskich związków z Chinami. W ten sposób na odmienne wizje przyszłości tego de facto kraju (integracja czy suwerenność), które musi rozstrzygnąć wiele innych krajów, w tym na przykład Polska, dodatkowo nałożyły się różnice etniczne i historyczne urazy.
 
W objęcia Chin również wepchnęła Tajwan nieprzygotowana do władzy niepodległościowa opozycja. Tu podobieństwo z Polską, gdzie część elity postsolidarnościowej w szybkim tempie uległa pokusie korupcji i nepotyzmu, jest aż nadto widoczne. Zażenowanie budziła arogancja oraz powszechne parcie na stołki według znanej w Polsce maksymy „TKM". Całkowitą katastrofą zakończyła się prezydentura Chen Shuibiana, charyzmatycznego opozycjonisty, który prosto z gabinetu prezydenckiego trafił na salę sądową, a wkrótce potem do tej samej celi, w której odbywał karę 22 lata wcześniej za obrazę urzędnika Kuomintangu. Co gorsza, stawiane mu zarzuty korupcyjne (defraudacja 21 milionów dolarów amerykańskich z funduszy przeznaczonych na kampanię wyborczą) potwierdziły się i ujawniły całą korupcyjną piramidę rodzinno-towarzyską. W grudniu 2008 Chen Shuibian zamiast trafić do hali Oliwii na wiec poparcia dla Lecha Wałęsy, czekał w areszcie na proces.
 

Kompromitacja rządów „Zielonych" dramatycznie obniżyła szanse utrzymania suwerenności Tajwanu. Wymiana ekipy rządzącej na „niebieski" Kuomintang w oczach całego społeczeństwa miała przynieść uzdrowienie sytuacji politycznej, a przede wszystkim gospodarki, którą „Zieloni" zbytnio się nie przejmowali. Ich główne wysiłki koncentrowały się na sferze symbolicznej. Za najważniejsze wydarzenia w państwie uznawano np. zmianę nazw ulic, walkę o interpretację historii najnowszej, w której Czang Kaj Szek, legenda dla przybyłych wraz nim rodzin Kuomintangu, z generalismussa przeistoczył się w kata Tajwańczyków, a jego mauzoleum zostało udekorowane kolorowymi totemami miejscowych plemion aborygeńskich. Zmieniono także nazwę na Pomnik Tajwańskiej Demokracji (by po wyborach 2008 przywrócić dawną: Mauzoleum Czang Kaj Sheka, Zhong Zheng Jiniandang). Budzące ogromny opór elit Kuomintangu sukcesy w polityce symbolicznej „Zielonych" zbiegły się z niezwykle napiętymi stosunkami z Pekinem, który nie chciał pogodzić się z tajwańską niepodległością.
 
Kuomintang obiecał tajwańskiemu społeczeństwu świetlaną przyszłość i roztoczył wizję dobrobytu mamiąc realizacją gigantycznych zysków. Oczywiście stanie się tak o ile za sprawy gospodarcze wezmą się fachowcy, którzy zaczną z Chinami w przyjacielskiej atmosferze współpracować. Czy ta współpraca zakończy się integracją Tajwanu z ChRL? W perspektywie kilkunastu najbliższych lat zapewne tak.
 
Demokratyczny werdykt tajwańskich wyborców to tylko jedna z wielu mocnych kart w talii Pekinu. Druga, wprawiająca tajwańską opinię publiczną w przerażenie, to ultimatum: izolacja, albo patronat Chin gwarantujący sukces. Tajwan od wielu lat jest konsekwentnie usuwany ze wszystkich organizacji międzynarodowych i nie ma praw, jakie posiadają suwerenne państwa. Państwo Tajwan de iure nie istnieje, a Republika Chińska reprezentowana przez ukrywający się na Tajwanie Kuomintang wykluczona została z ONZ w 1971 roku. ChRL uznano wówczas za spadkobiercę państwowości chińskiej, a Pekin postawił społeczności międzynarodowej warunek: są jedne Chiny i każdy, kto uznaje Taipei automatycznie wyklucza możliwość nawiązania stosunków dyplomatycznych z Pekinem. Rachunek strat i korzyści okazał się prosty już w latach 70. Dziś, w 2009 roku, zdecydowanie przemawia na korzyść Chin. Sukces chińskich reform i wzrost ich znaczenia politycznego w świecie spowodowały, iż Tajwan został z Pekinem właściwie „sam na sam". W obawie przed drugim światowym mocarstwem, jakim są obecnie Chiny, o los Tajwanu nikt się nie upomni, ani tym bardziej nie weźmie go w obronę. Spośród całej społeczności międzynarodowej Tajwan oficjalnie uznaje zaledwie kilka państw i z reguły są to małe wysepki na Pacyfiku, lub nieznaczący sojusznicy w Ameryce Łacińskiej lub Afryce.
 
Kolejną bronią w arsenale chińskiej „miękkiej władzy" jest uzależnienie gospodarcze Tajwanu od chińskiego wzrostu i wynikających z niego profitów. Nie jest prawdą, że dopiero ostatnie lata umożliwiły Chinom pokojową aneksję Tajwanu. Zjednoczenie z Chinami nie jest kwestią ostatnich lat, ani nie spowodowało ich wyborcze zwycięstwo Kuomintangu, czy też zeszłoroczna wizyta emisariusza Pekinu. Były to raczej konsekwencje procesów, które dokonywały się już od lat 80., kiedy zniesiono zakaz podróżowania na kontynent (oficjalnie w 1987 roku) i rozpoczęło się masowe przenoszenie produkcji przemysłowej do Chin. Wzrastający lawinowo udział wymiany handlowej z ChRL uzależnił Tajwan od chińskiej taniej siły roboczej i gigantycznego chińskiego rynku. Obóz „Zielonych" tajwanizował debatę publiczną, mówił o niepodległości i zmianie nazwy państwa na Republika Tajwanu. Próbowano nawet wyrwać Tajwan z kręgu kultury chińskiej wprowadzając kategorię hua ren, tj. osoby wyrastającej z kultury chińskiej, ale nie Chińczyka. Wskaźniki ekonomiczne były jednak bezlitosne pokazując postępujące uzależnienie i właściwie gospodarczą integrację w jeden organizm. Brutalne uliczne zajścia i masowe protesty nie zahamują tego procesu. Tajwańczycy mieszkający już na kontynencie czerpią z tego niemałe profity, a to oznacza, że chcą spokoju, nie niepodległości, która pozbawi ich pracy, dochodu, a także zburzy dostatnie życie.
 
Na korzyść Pekinu działa też fakt, iż za integracją opowiadają się elity. Bo to przede wszystkim one korzystają na bliskich związkach z Chinami. Większość mediów przedstawia zatem zwolenników niepodległości jako oszołomów i awanturników. Zadanie to tym łatwiejsze, że są to ludzie biedniejsi, gorzej wykształceni, z prowincji (można powiedzieć: tajwańskie „moherowe berety"), którzy często nie nauczyli się nawet dobrze języka mandaryńskiego. Tutaj „miękkiej władzy" czy symbolicznej przemocy Pekin nie musi nawet stosować. Robią to za niego zwolennicy integracji, którzy suwerenność społeczeństwa tajwańskiego utożsamiają z gospodarczą stagnacją. Sugeruje się, i być może nie bez pewnej racji, że dalszy rozwój Tajwanu jest możliwy tylko w oparciu o Chiny, a niepodległość nie jest warta gospodarczych wyrzeczeń (zwłaszcza, iż to głównie elity musiałby je ponieść). Wielu Tajwańczyków po prostu się z tym zgadza. To bogate społeczeństwo żyjące w błogostanie kocha medialnych polityków obiecujących bezproblemowe życie, bez kłopotów i wyrzeczeń.
 

2009 rok nie był jednak udany. Elokwentny Ma Yinjiu obiecujący zmianę stylu sprawowania władzy i głoszący hasło „gospodarka głupcy!" otworzył Tajwan na Chiny, lecz zamiast obiecywanego ożywienia gospodarczego, wyspa odczuwa skutki globalnej dekoniunktury. W 2009 roku PKB Tajwanu ma skurczyć się o 3 procent. Będzie to najgorszy wynik w historii kraju. Posunięcia prezydenta to skomplikowana gra, w której trudno się domyśleć, czy Ma (urodzony i wychowany w chińskiej rodzinie, który na Tajwan przybył z rodzicami będąc niemowlęciem) dąży do zapisania się w historii Wielkich Chin jako zjednoczyciel bogatej wyspy z macierzą, czy może walczy o niepodległość Tajwanu, czy może chce jedynie zapewnić niezdefiniowaną i mglistą pomyślność obywateli Tajwanu (prawdopodobnie w ramach ChRL) uzyskując jak najwyższą cenę za akcesję. O tym że Ma targuje się z Pekinem świadczy fakt, iż pod koniec kwietnia, na dwa dni przed trzecią turą rozmów Tajwan-Chiny w Nankinie, nieoczekiwanie zwrócił się do USA, by te sprzedawały więcej broni na Tajwan. „Delikatne status quo zakłócone jest przez brak balansu militarnego w Cieśninie Tajwańskiej. Dlatego też zwracam się z prośbą do USA o zapewnienie Tajwanowi dostawy niezbędnej broni, zgodnie z ustaleniami z Ustawy o Relacjach z Tajwanem (URT)", mówił. Czy dzięki temu uzyskał jakieś ustępstwa?
 
Ostatecznie status wyspy mogą określić nie chińskie oddziały desantowe czy charakterystyczne dla poprzedniej epoki działania militarne, ale gorąca debata dotycząca podpisaniu Ogólnego Porozumienie o Współpracy Ekonomicznej z Chinami (CECA) która wybuchła w lutym tego roku. Minister gospodarki popierał układ twierdząc, że uchroni to tajwański eksport na kontynent, na czym opiera się tajwańska gospodarka.
 
Ratyfikowania CECA domagają się także eksporterzy. Sześć największych organizacji biznesowych Tajwanu, skierowało oficjalne pismo w tej sprawie. Istnieje duże prawdopodobieństwo, iż wkrótce w sąsiedztwie Tajwanu powstanie strefa wolnego handlu, której skład mają stanowić państwa ASEAN oraz Chiny, Japonia i Korea Południowa. Do strefy Tajwańczycy, tradycyjnie na żądanie Chin, nie zostaną zaproszeni. Oznacza to, że tajwańskie firmy będą musiały zmagać się z cłami importowymi rzędu 6,5 do 14,9%, i będą w gorszej sytuacji od eksporterów z krajów bloku. Poparcie dla podpisania CECA za pośrednictwem i akceptacji Chin otwarcie głosi Ma Yinjiu. Sprzeciwia się temu słaba tajwańska opozycja uważając, że porozumienie z Chinami sprowadzi Tajwan do roli Hong Kongu czy Makao, które są specjalnymi strefami administracyjnymi z ograniczoną autonomią i porządkowanymi Pekinowi (oficjalnie stają się częścią Chin odpowiednio w 2047 i 2049 roku).
 
Pod koniec marca minister gospodarki oznajmił, że ekonomia kraju w przyszłym roku znacznie się poprawi, jeśli specjalne porozumienie z Chinami zostanie ratyfikowane. Na seminarium poświęconemu regionalnej integracji oraz współpracy ekonomicznej w Cieśninie Tajwańskiej mówił, że dzięki temu produkt krajowy brutto w 2010 roku zwiększyłby się o 1,37%. „W innym wypadku, nasze PKB zmniejszy się o co najmniej 1%", przewidywał. CECA będzie obowiązywać od 1 stycznia, gdy utworzona zostanie strefa wolnego handlu SNAP plus jeden. Strefę tę tworzą państwa ASEAN oraz Chiny, a do 2015 roku mają dołączyć Japonia i Korea Południowa. Tajwan jest brany pod uwagę tylko wtedy, gdy... zgodzi się podpisać specjalne porozumienie z Chinami. Inaczej nie będzie krajem członkowskim CECA, a jego eksport do Chin oraz krajów SNAP obłożony będzie podatkiem. „Znajdziemy się na marginesie, ponieważ nasze produkty będą opodatkowane i wypadną z rynków azjatyckich", mówił.
 
26 kwietnia Tajwan i Chiny zrobiły kolejny krok w stronę integracji podpisując w Nankinie (przedwojennej kuomintangowskiej stolicy Chin, gdzie dziś znajduję się Mauzoleum Ojca Republiki Chińskiej Sun Yat Sena, czczonego zarówno na Kontynencie, jak i wśród zwolenników Kuomintangu na Tajwanie), trzy porozumienia, które stanowić będą podłoże dla przepływu inwestycji i uruchomienia regularnych połączeń lotniczych: o współpracy finansowej, regularnych lotach w Cieśninie Tajwańskiej oraz o wspólnej walce z przestępczością.
 
Liderzy proniepodległościowej Demokratycznej Partii Postępu z przewodniczącą Cai Ing Wen na czele przypuścili ostry atak na prezydenta Ma Yin Jiu za podpisanie tych porozumień, określając spotkanie w Nankinie jako „negocjatorską porażkę". „Nasi negocjatorzy poszli na wszelkie możliwe ustępstwa, wydając się całkowicie na łaskę strony przeciwnej. W sprawie możliwości ekonomicznych nie zachowano nawet równości", oskarża Cai.
 
Integracja Tajwanu z Chinami, która ma umożliwić dalszy rozwój gospodarczy wyspy i zapewnić trwały dobrobyt jej mieszkańców, prowadzi do osłabienia roli społeczeństwa obywatelskiego jako strażnika suwerenności i podmiotowości społeczeństwa. Naród tajwański właściwie rezygnuje z aktywności obywatelskiej wymagającej ponoszenia wielu kosztów i wycofuje się do przestrzeni prywatnej. Przykład Tajwanu doskonale pokazuje, jak pojęcie „dobra wspólnego" (na Tajwanie de facto istnieją dwa zantagonizowane etnosy i dwa inaczej definiowane „dobra wspólne") zastępowane jest pojęciem „pożytku publicznego", które instrumentalizuje działania obywateli sprowadzając je do świadczenia obowiązków. Można zaryzykować stwierdzenie, że na Tajwanie dochodzi do sinizacji społeczeństwa obywatelskiego, które przestaje być źródłem poczucia wolności i podmiotowości wspólnoty (społeczeństwa) jako partnera dialogu z władzą, a staje się narzędziem podtrzymywania ładu stanowionego przez władzę w parciu o konfucjańskie idee porządku publicznego (gong). W efekcie społeczeństwo staje się zasobem taniej (jak Polska) lub wykwalifikowanej (jak Tajwan) siły roboczej, lub też silosem kapitału wypompowywanego w zależności od celów i okoliczności. Przywódcy w tej sytuacji negocjują jedynie cenę za towar, im ma on więcej zalet, lub im bardziej sprzyjają mu aktualne globalne trendy, tym wyższa może być za niego cena.
 
Utrata suwerenności przez Tajwan pokazuje, że demokratyczna retoryka to swoiste dekorum w tej okrutnej, toczącej się przy negocjacyjnych stołach grze w „pekińskiego pokera". Jej istotą są procesy, które daleko wykraczają poza proceduralną demokrację, czy jak najbardziej demokratyczne wybory, które są jedynie konsekwencją tych procesów. Oczywiście to smutne, że kraj cywilizacji konfucjańskiej, który tak wiele poświęcił dla budowy demokracji, i który miał się nawet stać inspiracją dla Kontynentu, dzisiaj na własne życzenie wchodzi w alians z autorytarnym reżimem. Osamotniony Tajwan niestety nie otrzymuje od Zachodu odpowiedniego do obecnej sytuacji wsparcia. Kluczowe wydaje się w tym momencie zachowanie Ameryki, jednak zważywszy na fakt, iż ona także uzależniła się od Chin, które finansują jej gospodarkę kupując rządowe obligacje USA, staję się oczywiste, iż Tajwan to kwestia ceny, a nie pryncypiów przypartej do muru Ameryki. Czy patrząc jak kończy demokratyczny Tajwan, który przy milczeniu Zachodu ( czy też „demokratycznego świata") negocjuje jak najlepsze warunki integracji z Chinami, znajdą się chętni do jego naśladowania i wejścia na drogę demokratyzacji? Czy ktoś jeszcze uwierzy w demokrację i „politykę wartości" a nie „politykę interesów"? Mocno wątpliwe.
 
Jaki wynika z tego morał dla Polski? Tajwan to przecież odległy, bogaty kraj, który z powodzeniem poradził sobie z modernizacyjnym skokiem, do którego Polska stale się przymierza. Dylematy, przed którymi stoimy jako młode demokracje - Tajwan 1987, Polska 1989 - wydają się bardzo podobne. Współczujmy Tajwanowi, ale przede wszystkim uczmy się na jego przykładzie, aby nie skończyć tak jak on. Nawet jeśli za swoją akcesję z Chinami osiągnie ostatecznie bardzo atrakcyjną cenę.
 
P. S. 11 września 2009, Chen Shui-bian został uznany za winnego sprzeniewierzenia funduszy państwowych i skazany na dożywocie. Orzeczenie wydał sąd okręgowy Tajpej, kończąc tym samym trwający ponad trzy lata skomplikowany proces. Chenowi zarzucono sprzeniewierzenie w czasie sprawowania urzędu w latach 2000-2008 środków finansowych o równowartości 3,15 mln dolarów ze specjalnego funduszu biura prezydenta Tajwanu. Był również oskarżony o przyjęcie łapówek na łączną sumę 9 mln dolarów oraz pranie brudnych pieniędzy za pośrednictwem kont w bankach szwajcarskich.
 
Artykuł ukazał się w numerze 90 (6/2009) dwumiesięcznika Arcana alt
Czytany 12566 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 10 marzec 2016 18:41