środa, 03 luty 2016 07:36

Andrea Muratore: Donald Trump, ultrakonserwatysta w walce o nominację Partii Republikańskiej

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

Andrea Muratore

W ogólnej koncepcji politycznej porywczego nowojorczyka można odnaleźć pewną myśl przewodnią: zamiast stosować w odniesieniu do jego postaci wygodne i mylące uproszczenia, jak na przykład to, zgodnie z którym ma być on po prostu „faszystą”, powinno się postrzegać go nie tyle jako niezależnego polityka, lecz raczej rzecznika najbardziej nieprzejednanego i radykalnego skrzydła Partii Republikańskiej, ultrakonserwatywnej frakcji od dłuższego czasu pozostającej poza uwagą analityków, którzy w swoich rozważaniach woleli ograniczyć się do spostrzeżeń na temat powrotu doktryny neokonserwatystów i zbagatelizowali umacniającą się pozycję nowego, ważnego aktora amerykańskiej sceny politycznej.

Fenomen Donalda Trumpa jest swego rodzaju anomalią na tle amerykańskiego i światowego krajobrazu politycznego, a analiza jego politycznej postaci pozwala na dogłębne zrozumienie ewolucji, jakiej uległy mentalność i myśl polityczna Amerykanów, które z kolei należy wziąć pod uwagę, by wyjaśnić niezwykle szybką i   jeszcze kilka miesięcy temu   przez nikogo nie przewidywaną wspinaczkę miliardera na szczyty sondaży w walce o republikańską nominację do wyścigu o Biały Dom. D. Trump zyskuje poparcie w kraju pogrążonym w głębokim kryzysie tożsamościowym, stającym się areną niepokojów społecznych, rozdartym jak nigdy dotąd przez wewnętrzne podziały, który przyłączywszy się z entuzjazmem do żywiołowego „Yes, we can!” Baracka Obamy, po ośmiu latach rządów byłego senatora ze stanu Illinois, który stanął w obliczu wewnętrznych i zewnętrznych wyzwań znaczenie wykraczających poza jego realne możliwości. Porównywanie milionów Amerykanów, świadomie popierających Trumpa, do bandy prymitywnych, nieokrzesanych ultrakonserwatystów, ksenofobów i wojskowych fanatyków, do którego uciekają się różni komentatorzy, koncentrując się wyłącznie na licznych, mniej udanych wystąpieniach kandydata, jest przejawem skrajnego braku obiektywizmu. Pomijając fakt, że są to upraszczające interpretacje, takie pozbawione obiektywizmu rozważania nie przybliżają do faktycznego zrozumienia, za pomocą jakich środków D. Trump zbudował znaczące poparcie, które zapewniło mu przewagę nad innymi kandydatami w walce o nominację Republikanów na kilka dni przed pierwszymi prawyborami (głosowanie w Iowa ma się odbyć 1 lutego).

Na barwne sformułowania i przechwałki, jakimi dotąd usiana była droga D. Trumpa do prawyborów, można spojrzeć z perspektywy odbiegającej od punktu widzenia, z jakiego zwykło się na nie patrzeć, w ramach którego są one przedstawiane jako charakterystyczne dla osobowości D. Trumpa – który ma cierpieć na nieuleczalną manię przywódczą i być zupełnie nieobyty z zasadami debaty politycznej – i postrzegane przez pryzmat aktualnej sytuacji, jaka panuje w całych Stanach Zjednoczonych, a jest szczególnie odczuwalna w Partii Republikańskiej. W działalności politycznej 70-letniego przedsiębiorcy z Nowego Yorku kontrowersyjne wypowiedzi są nie mniej istotne niż obietnice programowe, prezentowane w momencie składania kandydatury. W ich analizie należy wziąć pod uwagę środowisko, z jakiego wywodzi się D. Trump, który jako jedyny spośród wszystkich republikańskich kandydatów zdołał wykorzystać własne zdolności biznesowe, by przekształcić swoją kandydaturę w prawdziwą markę, wyróżniając się osobowością na tle pozostałych, przeciętnych pretendentów do republikańskiej nominacji. Zbyt niepewny Ted Cruz, za mało zdecydowany Marco Rubio, nazbyt podobny do George’a Walkera Jeb Bush, który, być może z uwagi na nazwisko, jakie nosi, jest wskazywany przez wielu analityków politycznych jako poważny kandydat do Białego Domu: w rzeczywistości żaden z głównych konkurentów D. Trumpa nie wzbudza jakiejkolwiek sensacji, ani też nie wyróżnia się jak dotąd oryginalną myślą polityczną. Trump zrozumiał jedno z najważniejszych praw, jakim rządzi się gorący okres przedwyborczy w USA: chcąc uzyskać nominację i mieć realną możliwość konkurowania o najwyższe stanowisko w państwie, kandydaci muszą sprawić, by o nich mówiono, utrzymując uwagę skupioną na sobie w taki sposób, aby w oczach wyborców zaprezentować się jako silna i charyzmatyczna osobowość.

Należy wziąć pod uwagę niewielką różnicę, jaka w amerykańskim rozumieniu dzieli wyścig o nominację partyjną od decydującego starcia o dostęp do Białego Domu: by osiągnąć sukces w pierwszym przypadku, jeszcze zanim ktoś stanie się mężem stanu, musi być przede wszystkim zaangażowanym „człowiekiem partii”, który z zamierzonym skutkiem zabiega o poparcie różnych frakcji, na jakie dzielą się dwie najważniejsze amerykańskie partie, a w oczach wyborców zainteresowanych głosowaniem w prawyborach zyskuje opinię charyzmatycznej postaci, która – jeśli uzyska nominację – może z powodzeniem ubiegać się o stanowisko prezydenta. Dopiero wtedy, gdy [w prawyborach] wyłonieni zostaną kandydaci, kluczową rolę odgrywać zaczynają obietnice wyborcze i cała seria zmiennych, związanych zarówno z aktualną sytuacją w kraju, jak i z określonymi tendencjami społecznymi oraz politycznymi (takimi, jak np. poparcie obywateli należących do danej grupy etnicznej dla jednego z dwóch kandydatów), które mogą przyczynić się do wprowadzenia bieżących zmian w zakresie wizerunku pretendentów do fotela prezydenta i ich celów.

Biorąc pod uwagę pierwszy z procesów – rozgrywający się wewnątrz partii – Trump był od początku bardzo zaangażowany. Właśnie dlatego jego wypowiedzi powinny być analizowane z punktu widzenia złożonej i wyjątkowej (delikatnie rzecz ujmując) logiki Partii Republikańskiej. W obliczu kryzysu tożsamościowego i braku określonego celu duża część starych zwolenników Partii Republikańskiej zwróciła się ku Trumpowi właśnie ze względu na postawę, poprzez którą przejawia on o wiele większą pewność i zdecydowanie niż jego mało stanowczy przeciwnicy. Wypowiedzi Trumpa nie są elementarnymi gafami, lecz raczej silnymi ciosami, które zadaje on z pełną świadomością tego, że może sobie na to pozwolić. Wyborcy Republikanów prawdopodobnie nie potępią kandydata za jedną z jego ostatnich przechwałek („mógłbym kogoś zastrzelić na ulicy, a i tak nie straciłbym żadnego głosu”), właśnie dlatego, że pozostałe opcje wyboru są niespójne i wewnętrznie sprzeczne, przez co nie stanowią dla niego poważnej konkurencji. Poza samą postawą Trumpa, także program wyborczy, jaki zaprezentował w ramach walki w republikańskich prawyborach, odpowiada jego strategii. Trump od lat przedstawia siebie samego jako zwolennika najbardziej konserwatywnego podejścia, co ewidentnie przejawia się w przesłaniu, jakie kieruje do swoich wyborców, począwszy od hasła przewodniego swojej kampanii prezydenckiej, które – jak się zdaje – wybrał specjalnie po to, by kolejne światła reflektorów skierowano na jego osobę.

Make America great again! – slogan pozbawiony oryginalności, w całości zaczerpnięty z kampanii wyborczej Ronalda Reagana z 1980 r., trafnie streszcza w kilku słowach wizję prezydentury, jaką stworzył Trump. Zgodnie z jego rozumowaniem Stany Zjednoczone powinny zrobić wszystko, by odzyskać pozycję najważniejszego gracza na arenie międzynarodowej i odnosić się do tego z dumą. Nieograniczony i nigdy niekończący się prymat Ameryki jest według niego na wyciągnięcie ręki, podobnie jak powrót American Dream, o którym tak często wspomina w swoim programie. Chociaż nawiązania do mglistych i odległych ideałów, stosowane, by odwołać się do uczuć i emocji głosujących, są typowe dla przedstawicieli ultrakonserwatyzmu, w przypadku Trumpa zaskakuje upór, z jakim wplata je do swojego coraz bardziej agresywnego programu wyborczego, a przede wszystkim wizerunek tego człowieka, który podczas trwania swojej długiej kariery w świecie biznesu, zawsze jawił się raczej jako zwolennik pragmatyzmu niż idealista.

W praktyce można wyróżnić pięć głównych założeń kampanii wyborczej Trumpa. Pozostają one w zgodzie z jego wypowiedziami na temat najbardziej skutecznych według niego rozwiązań politycznych, jakie formułował jeszcze zanim pojawił się na scenie politycznej: jego projekt reformy podatkowej [1] powstał na bazie tradycyjnej myśli konserwatystów, opowiadających się za coraz większą redukcją podatków, na której w zamyśle Trumpa ma najbardziej skorzystać klasa średnia, a więc potencjalny elektorat magnata, dzięki któremu zamierza on kontynuować swój marsz. Kolejnym z założeń konserwatystów jest reforma systemu pomocy społecznej dla weteranów wojennych [2], którą Trump chce wdrożyć, by usprawnić jego funkcjonowanie.

Obrona Drugiej Poprawki [3] gwarantującej każdemu obywatelowi USA prawo do noszenia broni, a także kontrowersyjna propozycja wprowadzenia zakazu wjazdu dla imigrantów [4] wyznających islam (oraz ograniczenia napływu imigrantów z Meksyku) są prawdopodobnie najbardziej znanymi pomysłami miliardera, o których wiadomo już niemal wszystko. Jednak większe znaczenie niż sama ich treść ma sposób, w jaki jest ona prezentowana w obu przypadkach: Trump przedstawia obie sytuacje jak potyczki w walce o niezbywalne prawa, a nawet w obronie samej „cywilizacji amerykańskiej". Obserwatorowi zza Atlantyku ciężko pojąć, że tego rodzaju argumenty mogą być z entuzjazmem przyjmowane przez miliony osób, jednak w Stanach Zjednoczonych istnieje duża grupa zwolenników ultrakonserwatywnego stanowiska Trumpa, który, wrzuca wszystko do jednego worka i łączy obie pozornie nie związane ze sobą propozycje, mówiąc o nich jako o niezbędnych środkach, kluczowych dla zachowania amerykańskiej tożsamości. Tożsamości, którą konserwatyści umacniają, otaczając Amerykę murem swoich przekonań i prowadząc zmasowany atak na multikulturalizm – również w kontekście obecnego kryzysu modelu multikulturowego w Europie.

O ile imigranci są przedstawiani jako personifikacja sił, które przyczyniają się do rozpadu amerykańskiego społeczeństwa, Chiny są natomiast symbolem zewnętrznych wyzwań dla amerykańskiej potęgi, a w programie politycznym Trumpa stają się jej największym przeciwnikiem geopolitycznym [5]. W związku z tym, że polityka zagraniczna jest dziedziną, w której ryzyko „spalenia" własnej kandydatury jest szczególnie wysokie, D. Trump skupia się na rywalizacji w wymiarze czysto gospodarczym. Jest on mu znacznie bliższy niż wymiar dyplomatyczny, a ponadto znajduje się w centrum uwagi grupy docelowej, do której chce dotrzeć, tzn. klasy średniej, której żądania wiążą się właśnie ze stabilnością finansową. W tej kwestii Trump zamierza przeprowadzić całkowitą rewizję umów handlowych z Chinami, według niego niekorzystnych dla USA, która ma być zrealizowana poprzez zmniejszenie udziału Chin w amerykańskim długu publicznym, ograniczenie współpracy przemysłowej między chińskimi i amerykańskimi spółkami, wprowadzenie restrykcyjnych ograniczeń w zakresie przepisów prawa dotyczących własności intelektualnej, na których mogą obecnie korzystać konkurenci, a także zwiększenie presji militarnej poprzez rozmieszczenie jednostek wojskowych w Azji Południowo-Wschodniej oraz Korei. W zamyśle Trumpa odstraszanie militarne ma być zatem narzędziem gospodarczej ofensywy, swego rodzaju przejawem odradzającej się potęgi Ameryki.

W ogólnej koncepcji politycznej porywczego nowojorczyka można więc odnaleźć pewną myśl przewodnią: zamiast stosować w odniesieniu do jego postaci wygodne i mylące uproszczenia, jak na przykład to, zgodnie z którym ma być on po prostu „faszystą”, powinno się postrzegać go nie tyle jako niezależnego polityka, lecz raczej rzecznika najbardziej nieprzejednanego i radykalnego skrzydła Partii Republikańskiej, ultrakonserwatywnej frakcji od dłuższego czasu pozostającej poza uwagą analityków, którzy w swoich rozważaniach woleli ograniczyć się do spostrzeżeń na temat powrotu doktryny neokonserwatystów i zbagatelizowali umacniającą się pozycję nowego, ważnego aktora amerykańskiej sceny politycznej. Przyczyny sukcesu Trumpa mogą być ostatecznie powiązane z ogromnymi trudnościami, jakich na różnych obszarach doświadczają Stany Zjednoczone. Obywatele USA już od lat borykają się niestabilnością finansową, bezrobociem, brakiem stabilności społecznej, a politycy muszą operować w momencie najbardziej krytycznym dla międzynarodowej potęgi państwa, która kruszy się pod naporem bezpośrednich konkurentów. Sytuacja ta owocuje rosnącą niechęcią wobec zawodowych polityków i przyczynia się do sukcesu znanego człowieka, któremu – w powszechnym odczuciu – obce są rozgrywki o władzę, a który tworząc swój program, począwszy od wyboru samego sloganu, nie ukrywał, jaki jest jego prawdziwy cel – przywrócenie dawnej potęgi Stanom Zjednoczonym. Cel, który, jak dowodzą liczby, przyświeca wielu Amerykanom.

Już wkrótce Trump z całą swoją retoryką, ideologią i radykalizmem, ze swoimi przechwałkami, docinkami, jakie kieruje do przeciwników, i wypowiedziami, w których ostentacyjnie podkreśla pewność co do wyników, zostanie poddany pierwszej próbie. W długoterminowej perspektywie przewaga w sondażach na poziomie krajowym nie zapewnia mu nominacji. By odpowiedzieć na pytanie, czy Trump rzeczywiście może z powodzeniem ubiegać się o urząd prezydenta, należy poczekać na wyniki pierwszych prawyborów, a także pojąć, jak silnie spolaryzowana jest Partia Republikańska, i jak trudno przewidzieć, który z jej wewnętrznych nurtów ostatecznie zwycięży.

Źródło: http://www.lintellettualedissidente.it/esteri-3/donald-trump-un-ultraconservatore-allassalto-del-grand-old-party/
Przekład: Martyna Pałys
Fot. deadline.com

___________________________________
1. https://www.donaldjtrump.com/positions/tax-reform
2. https://www.donaldjtrump.com/positions/veterans-administration-reforms
3. https://www.donaldjtrump.com/positions/second-amendment-rights
4. https://www.donaldjtrump.com/positions/immigration-reform
5. https://www.donaldjtrump.com/positions/us-china-trade-reform

Czytany 4706 razy